Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Konrad Sura, KRAKÓW NIE MÓGŁ UWIERZYĆ

Wiele napisano już o tragicznych przeżyciach społeczeństwa polskiego we Lwowie i na Kresach Południowo-Wschodnich pod okupacją sowiecką. Przez długie lata był to temat tabu. W czasie wojny był unikany przez sojuszników, którzy zamykali oczy na zbrodnie Stalina, bo był on potrzebny do zwycięstwa nad Niemcami i Japonią. Po wojnie, narzucony Polsce reżim stalinowski, nie dopuszczał żadnej uczciwej publikacji na ten temat.
Zachowanie Sowietów na zabranych Polsce obszarach było tak niewiarygodne w oczach zachodnich demokracji, że wierzyli tylko części dochodzących stamtąd wiadomości. Uwierzyć w to nie mogła nawet część Polaków z terenów Generalnej Guberni, którzy nie zetknęli się z Sowietami. Znalazłem w krakowskiej prasie konspiracyjnej z r. 1941 ciekawy na to dowód.
Rzecz dotyczy okresu odwrotu Armii Czerwonej pod uderzeniem Wehrmachtu po 22 czerwca 1941 r. Więzienia we Lwowie były zapełnione więźniami politycznymi, którzy nie mieli jeszcze wyroków, w związku z czym nie zostali wysłani do łagrów na Dalekim Wschodzie. W mentalności NKWD nie mieściła się myśl, że mogliby oni odzyskać wolność w wyniku wojny, a równocześnie nie mieli możliwości transportowych, aby ich ewakuować przed opuszczeniem miasta. W takiej sytuacji nastąpiła potworna masakra więźniów w czterech lwowskich więzieniach, a to: w Brygidkach przy ul. Kazimierzowskiej, na Łąckiego, Zamarstynowskiej i Jachowicza. Według niepełnych danych łączną liczbę zamordowanych szacuje się na 4 tysiące, propaganda niemiecka mówiła nawet o 7 tysiącach. Metody zabijania były okrutne. W Brygidkach rozstrzeliwano ludzi w celach, przy czym odgłosy egzekucji tłumił huk silników pojazdów na dziedzińcu. W więzieniu przy Jachowicza wywoływano więźniów i mordowano w piwnicy strzałem w tył głowy. Na Zamarstynowie rozstrzelano więźniów na dziedzińcu przy pracujących motorach pojazdów. Na Łąckiego stwierdzono torturowanie więźniów, mordowano ich w celach. Jako mieszkaniec Lwowa mam do dziś w oczach obraz dziedzińca więziennego, gdzie w potwornym zaduchu z rozkładu ciał, rodziny szukały swoich bliskich wśród setek wyłożonych trupów. Takie same sceny rozgrywały się we wszystkich więzieniach Kresów Wschodnich.
Wiadomości o tych okrucieństwach z trudem przedostawały się wtedy do GG, gdyż granica z późniejszym Dystryktem „Galizien” została otwarta dopiero w listopadzie ’41. W tym świetle charakterystyczny jest artykuł w krakowskim dzienniku konspiracyjnym Stronnictwa Demokratycznego „Słowo Polskie”. Ukazywał się on w lipcu i sierpniu 1941 jako kontynuacja zdekonspirowanego „Dziennika Polskiego”. W pracy wydawniczej uczestniczyli m.in. Andrzej Kopff, Maria Wilkusz, Maciej Uziembło, Stanisław Rospond. Dziennik „Słowo Polskie” zamieścił w numerze z piątku 8 sierpnia 1941 charakterystyczny artykuł, który w całości cytujemy, wraz z oryginalnymi podkreśleniami.

Nie pomagać... nie szkodzić...

Wojna niemiecko-rosyjska przyniosła nam wiele powodów do radości, ale też i wiele drażliwych tematów. Oto jeden z nich: bezpośrednio po zajęciu Lwowa przez Niemców dowiedzieliśmy się z prasy i komunikatów niemieckich o zbrodniach i wyrafinowanych okrucieństwach dokonanych przez bolszewików na ludności ukraińskiej. Doprowadzona już do poziomu zwykłego rzemiosła propaganda niemiecka dostarczyła nam usłużnie zdjęć fotograficznych wyobrażających to okrucieństwo, wywiadów z różnymi Wasylami itp., uszczęśliwionymi inwazją niemiecką. O ludności polskiej i żydowskiej nie wspomniano słowem.
Niedługo po tym pojawiły się pierwsze jaskółki, donoszące o zbrodniach dokonanych przez uciekających bolszewików na Polakach, a były to: listy przywożone przez żołnierzy niemieckich i informacje rozsiewane przez osoby, które miały „wyjątkowe” prawo udania się do Lwowa, więc byli i widzieli „na własne oczy”. Tą drogą dowiedzieliśmy się o makabrycznych wręcz scenach, jakie odbywały się we Lwowie. Oto bolszewicy, opuszczając pośpiesznie Lwów, wymordowali wszystkich więźniów Polaków, niektórych wymordowali w celach (?), gdzie indziej znów wieszali co przedniejszych obywateli Polaków, a nawet w pewnej ochronce... wymordowali dzieci polskie i pielęgniarki. W bestialstwie posunęli się aż tak daleko, że kobietom obcinali piersi. W ślad za tym jak za swoją awangardą pod osłoną owych „polskich źródeł” ruszyła prasa niemiecka, nurzając się w opisach potwornych scen krwi i śmierci.
Listów tych i informacji, pochodzących z reguły od osób „b. poważnych” napływa coraz więcej, a które poza powyższymi opisami zawierają takie uwagi jak np. „toteż jesteśmy uszczęśliwieni i wdzięczni Niemcom” lub „witaliśmy ich kwiatami” itp.
Nie zamierzamy bynajmniej tuszować zbrodni bolszewickich – jeśli istotnie miały miejsce, choć onegdaj ambasador Wielkiej Brytanii w Moskwie sir Stanford Cripps stwierdził kategorycznie, że wszelkie tego rodzaju wiadomości są kłamstwami niemieckiej propagandy, Wiemy nadto do czego są zdolni bolszewicy i wiemy wreszcie, że Lwów począwszy od 22 czerwca br. stał się terenem wszelkich możliwości, gdy idzie o zbrodnie. Dreszcz grozy musi przejść każdego z nas gdy pomyśli, że w tym nieszczęsnym mieście – jak kotle czarownic – rozgrywają się krwawe porachunki, gdzie zieją do siebie nienawiścią: komuniści, Ukraińcy, Żydzi, Polacy, a obecnie i ci, co przyszli z gałązką oliwną... Niemcy. W tych więc warunkach – wszystko tam jest możliwe i trudno ustalić, kto kogo morduje.
Ale dlaczego o tym piszemy i dlaczego w tej sprawie zabieramy głos? Skoro jesteśmy świadkami i widzimy, że propaganda niemiecka wyłazi ze skóry byle tylko wzniecić do bolszewików nienawiść całej Europy, a więc i Polaków, by szczuć i podburzać, a następnie zbierać plony w postaci wrogiej postawy społeczeństwa polskiego wobec Rosji i ochotników do tej niefortunnej wyprawy, to uznać się musi obiektywnie, że listy tych Polaków i kolportowanie tych wiadomości przez ogół polski – choćby one były i autentyczne – nie jest niczym innym, jak współdziałaniem z propagandą niemiecką, jest pomaganiem Niemcom do ich zwycięstwa. Jeśli się ponadto zważy, że informacje te są nieścisłe, chaotyczne, że tak nadawcy listu, jak i ci informatorzy, którym władze niemieckie „wyjątkowo” zezwoliły na przejazd do Lwowa, są to jednostki o nie stwierdzonych dowodach polskości, to – nie obrażając nikogo – można snadnie podejrzewać, że jest to akcja kierowana przez propagandę niemiecką. Zresztą tak czy owak – stanowisko Polaków w tej sytuacji jest jasne jak dotąd nigdy. Nie pomagać Niemcom – ani nie szkodzić ich wrogom. My musimy się na razie przyglądać, liczyć straty i czekać stosownej chwili. Na stwierdzenie popełnionych zbrodni i zapłatę – jeszcze za wcześnie.
Dlatego apelujemy do polskiego społeczeństwa o nierozsiewanie pogłosek, które leżą w interesie Niemców, by w ten bezmyślny sposób nie pasowano hitlerowskiego żołdactwa – okrytego piętnem zbrodni – na oswobodzicieli gnębionych i uciśnionych. Bo jeśli czytamy, że „Polacy witali Niemców kwiatami” to wiemy, że byli to albo Ukraińcy albo volksdeutsche albo wreszcie te nieliczne jednostki spośród Polaków, które nie znają jeszcze wyrafinowanych zbrodni i okrucieństw Gestapo. A więc – nie pomagać Niemcom.

Artykuł ilustruje ówczesne frustracje Polaków, a przede wszystkim trudność uwierzenia, że tak potworne rzeczy mogą się w ogóle zdarzyć. Z artykułu widać z jednej strony słuszną obawę, aby nie pomagać wrogowi, z drugiej niedowierzanie, że  nie są to pogłoski, lecz fakty. Dopiero późniejsze doświadczenia i kontakty obu obszarów umożliwiły poznamie prawdziwego oblicza „pierwszego państwa robotników i chłopów”. Na razie Kraków nie mógł uwierzyć!

____________

Konrad Sura, ur. w 1921 r. we Lwowie. Żołnierz Ochotniczych Oddziałów Obrony Lwowa w 1939, uczestnik konspiracji niepodległościowej NOW-AK, redaktor konspiracyjnych „Orląt” i „Słowa Polskiego” we Lwowie, członek podziemnego Komitetu Ziem Wschodnich i Młodzieży Wielkiej Polski, więzień UB we Wronkach. W latach 1950–1990 pracownik krakowskich biur projektów, publikował artykuły w prasie technicznej, pełnił m.in. funkcję głównego projektanta ciepłownictwa m. Krakowa.