Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

ROZDZIAŁY JEDNEGO ŻYCIA

Jerzy Tymcik w latach 1970.Historia, którą tu prezentujemy, zwróciła naszą uwagę z dwóch powodów. Są to dramatyczne koleje losów lwowskiego chłopaka z przedwojennej inteligenckiej rodziny, akowca i więźnia sowieckiej katorgi, wreszcie zdolnego plastyka projektanta, którego z trudem zdobywana normalność życia zbyt wcześnie została przerwana.
Jerzy Tymcik w każdym etapie swojego życia zyskiwał przyjaciół i wspominany jest z autentyczną serdecznością, uznaniem, żalem. To jest drugi powód naszego zainteresowania. Postanowiliśmy zaprosić jego przyjaciół, żeby wspólnie utrwalić wspomnienie o człowieku, który miał zbyt mało czasu na pełnię życia.
W rozmowie wzięli udział: najdawniejszy przyjaciel Jerzego Tymcika z czasów młodzieńczych, lwowskich – przedwojennych i okupacyjnych, pan Bogusław Rogal; wdowa po drugim przyjacielu z tamtego czasu Tadeuszu Zbiegieniu, pani Jadwiga Zbiegieniowa; koleżanka ze studiów w lwowskim Instytucie Sztuk Plastycznych w latach wojennych, pani Ewa Żygulska; koledzy z Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie: prof. Adam Gedliczka oraz panie Barbara Borkowska i Krystyna Starzyńska; wreszcie żona, pani Aniela Szatara-Tymcikowa. Wykorzystaliśmy też list pana Stanisława Trusza, kolegi ze studiów we Lwowie i konspiracji. Gościny na wielogodzinną rozmowę udzielił nam Dziekanat Wydziału Form Przemysłowych ASP, za co serdecznie dziękujemy.
Ze strony redakcji byli obecni: Andrzej Chlipalski i Barbara Czałczyńska, która rozmowę opracowała.
Jerzy Tymcik urodził się w 1927 roku w Dubiecku, gdzie jego ojciec był notariuszem. Wkrótce potem rodzina (o korzeniach lwowsko-stanisławowskich) osiadła znów we Lwowie i tam Jerzy się wychował.
Wspomina B. Rogal: Jerzego poznałem jako mały chłopiec parę lat przed wojną, chodziliśmy do tej samej szkoły powszechnej im. św. Antoniego na Łyczakowie. Byłem od niego o rok starszy, więc nie od razu zaprzyjaźniliśmy się. Nastąpiło to dzięki naszemu wspólnemu koledze, Tadeuszowi Zbiegieniowi, który mieszkał o dwie kamienice dalej za Jerzym. Po nauce graliśmy często w siatkówkę albo piłkę nożną. Jerzy zadziwiał nas swoją sprawnością fizyczną: grał dobrze zarówno lewą jak i prawą nogą, a w siatkówce obiema rękami. Zaskakiwał nas również swoją umiejętnością rysowania i malowania. Tak biegło nasze dzieciństwo i lata młodzieńcze wśród ulic Łyczakowa, w mieście, gdzie patriotyzm i miłość do miasta były zawsze obecne w rodzinnym domu, szkole i otoczeniu.
1 września 1939 wybuch wojny wstrząsnął naszym światem. Ale do całkowitego jego zawalenia się nie przyczyniły się te niemieckie bomby i ostrzał miasta, lecz dzień 22 września, kiedy to na ulicach Lwowa ujrzeliśmy pierwsze oddziały sowieckie, z ich brudem, nędzą, azjatyckim wyglądem, z ich prymitywem i chamstwem. Oswobodzano nas szybko na nędzę i śmierć. Wchodziliśmy, nie wiedząc jeszcze o tym, w dorosłe i zupełnie inne życie. Nasz świat znikł na zawsze.
W r. 1941 przeżyliśmy kolejne „oswobodzenie” przez nazistów, którzy rychło okazali się podobnymi zbrodniarzami.
Jerzy Tymcik z gronem swoich współpracowników w Domu Kultury w Miaundży na Syberii, ok. 1954 r.
W czasie pierwszej okupacji sowieckiej konspiracja polska dopiero powstawała, ale „siatki” były często zrywane przez „wsypy” na skutek dużej ilości czerwonych konfidentów. Byliśmy jednak wtedy zbyt młodymi chłopcami, dopiero za Niemców zaczęliśmy się orientować, że w starszym pokoleniu zaczyna się tworzyć konspiracja. Pojawiła się tajna prasa. Wreszcie w sierpniu 1943 r., naciągając swoje lata urodzenia, złożyliśmy przysięgę jako żołnierze Armii Krajowej. Po pewnym czasie przydzielono nam konkretne zadania w ramach wywiadu i propagandy, kierując do właściwej pracy. Tadek zaczął pracować jako szatniarz w niemieckim lokalu „Rathaus Keller” na Dominikańskiej, Jurek zajął się prasą konspiracyjną i kolportażem. Mnie skierowano do dawnego Kasyna Literackiego na Akademickiej: „Casino der Stadhauptmanschaft”, jako pikolaka, a następnie kelnera. Właśnie z uwagi na naszą przyjaźń rozrzucono nas do różnych komórek. Spotykaliśmy się bardzo rzadko i w czasie spotkań nie rozmawialiśmy o naszej działalności i kontaktach.
Jerzy po ukończeniu szkoły powszechnej (czerwiec 1941 – przyp. red.) wstąpił do szkoły sztuk plastycznych (wrzesień 1941 – przedwojenny Instytut Sztuk Plastycznych przy Szkole Przemysłowej – przyp. red.) przy ul. Snopkowskiej.
Z listu S. Trusza: (...) Z Jurkiem Tymcikiem spotkałem się we Lwowie w roku 1942 w szkole artystycznej, która w czasie okupacji niemieckiej nazywała się „Kunstgewerbeschule”. Jurek miał wtedy 15 lat i należał do najmłodszych studentów. Zaprzyjaźniliśmy się od razu. Jurek był zdolnym malarzem akwarelistą, a także dobrze orientował się w geometrii wykreślnej. Zgodnie z opiniami profesorów Rutkowskiego i Tyskiego, Jurek był jednym z najzdolniejszych studentów. Prócz zdolności malarskich miał dobry charakter. Był koleżeński, cichy, skromny, a nade wszystko był dobrym Polakiem i patriotą. Wraz z Gienkiem Frajdenbergiem postanowiliśmy wciągnąć Jurka do organizacji, tj. Związku Walki Zbrojnej. Zaprzysięgliśmy Jurka w jego mieszkaniu przy ul. św. Antoniego. Był dobrym członkiem organizacji. Moje rozkazy wykonywał wzorowo. Drogą służbową został przekazany do swojego macierzystego oddziału na Łyczakowie.
Po ukończeniu pierwszego roku ogólnego, został studentem Wydziału Architektury Wnętrz w lwowskiej Szkole Sztuk Plastycznych. W naszej szkole pozostaliśmy do roku 1944. Aresztowanie Jurka nastąpiło 22 listopada 1944 r. (...)
A. Tymcikowa mówi: Co do okoliczności aresztowania zdania są podzielone. Według matki była rewizja w domu, podczas której Jurek zdołał uciec. Nie zgadzałoby się to z wersją, według której był aresztowany w domu (matka też mówiła o wyprowadzeniu go pod eskortą). Zatrzymany był również mieszkający naprzeciw Stefan Dozorcow, wypuszczony po miesiącu. Jerzy został skazany na 15 lat, sąd odbył się 9 kwietnia 1945. Utrzymywano, że Dozorcow został zwolniony jako młodszy (nie miał jeszcze 17 lat, a w myśl prawa sowieckiego pełnoletność następowała w wieku 17 lat).
B. Rogal dorzuca: Jerzy wspominał też, że zgubiło go to, iż nie dość dobrze ukrył druki konspiracyjne. Zauważył je ktoś, kto złożył donos.
A. Tymcikowa: Jedno jest pewne, że wiadomości o aresztowaniu nie pokrywają się ze sobą. Ze Lwowa wywieźli Jerzego w kwietniu 1945 roku do Chabarowskiego Kraju. Przebywał w łagrach, najpierw w Neksykanie, potem w Adygałłach, w Magadańskiej Obłasti.
J. Zbiegieniowa: Jurek niechętnie opowiadał o swoich przeżyciach obozowych. Ja stanowiłam wyjątek, może dlatego, że pochodzę z Wilna i przeżycia tamtych czasów nie były dla mnie obce. Jurek przychodził do nas zazwyczaj po południu i czekając na mego męża opowiadał o swoich przeżyciach. Pytałam go o to, czy dokuczali mu w łagrze kryminaliści. Mówił, że „urki” zostawiali go w spokoju. Jedyną rzeczą, która utrzymywała go przy życiu i zapobiegała temu, żeby się nie rozpił na samym początku, było to, że chciał wrócić do Polski. Powiedział sobie, że wróci. Pracował w kopalni złota w Chabarowskim Kraju. Kopalnia to była wieczna zmarzlina, którą trzeba było rąbać kilofami. Kiedy zjeżdżał w dół do kopalni, wzdłuż sztolni widział cmentarzysko. Przeziębił się, zaczęła się u niego gruźlica, z czego nie zdawał sobie sprawy. Któregoś dnia bardzo osłabiony, doszedł do wniosku, że dłużej nie wytrzyma. Przebił sobie kilofem rękę i zgłosił wypadek przy pracy. Szczęśliwie brygadier nie robił przeszkód i odesłał go do obozu. Jerzy szedł parę kilometrów bez obstawy (wiadomo było, że nie ma sposobu ucieczki). Po drodze stwierdził, że jego kontuzja jest zbyt mała, bał sie, że po założeniu opatrunku każą mu wracać do pracy. Oblał więc skaleczoną rękę własnym moczem i trzymał ją na mrozie (temp. około –50oC). Udało się. Umieszczono go w szpitaliku, gdzie warunki były nieco lepsze od obozowych. Lekarz zorientował się, że u Jerzego rozwija się gruźlica i zaczął go leczyć. Kiedy Jurek się podleczył, zaczął na papierze pakunkowym rysować. Zauważyli to pracownicy szpitala i zaczęli mu znosić farby, ołówki, fotografie, z prośbą o malowanie portretów. I on te portrety malował. Życzliwy lekarz przeciągał leczenie, żeby nie wrócił do pracy. Po śmierci Stalina i dojściu do władzy Chruszczowa rygor obozowy osłabł. Jerzy z więźnia został przemianowany na zesłańca, dostał pracę w Domu Kultury w Miaundży, gdzie miał małą komórkę do pracy. Był na etacie, ale wszystkie zarobione pieniądze ciułał na bilet do kraju.
B. Rogal: Teraz sobie przypomniałem, że Jerzy opowiadał o malowaniu „dywanów”. Nie zdajemy sobie sprawy, że wśród ochrony obozu było też miejsce na tęsknoty, wychodzące poza życie obozowe. I tak Jerzy malował na pakunkowym papierze to, co nazywało się „dywanem” do zawieszenia na ścianie w mieszkaniu. Była to obowiązkowo kręta, błękitna rzeka, zielona trawa i palmy, a na rzece łódka.
A. Tymcikowa: Statki do Magadanu mogły dopływać najwyżej przez 3–4 miesiące w roku. Miasta, jak mówił Jerzy, były zbudowane na fundamentach z ludzkich kości. Lato trwało miesiąc, półtora. W tym czasie w mgnieniu oka wyrastało coś, co nazywało się szypownik. Był to rodzaj czerwonych jagód. Władze obozowe wypuszczały wtedy więźniów na łąki, a oni jedli te owoce garściami. Dzięki temu prawdopodobnie powstrzymywano rozwój awitaminozy. Trzeba jeszcze dodać, że Jerzy, kiedy pracował w Domu Kultury, grał w piłkę – był świetnym bramkarzem. Grał też na pianinie w orkiestrze.
J. Zbiegieniowa: Rodzice nic o synu nie wiedzieli. Nie było wiadomo, czy żyje, czy nie. Starali się o jakieś wiadomości przez ambasadę polską w Moskwie, ale na ich listy nie było odpowiedzi. Dopiero rezultaty dały poszukiwania ciotek, które mieszkały w Ameryce i przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż usiłowały się czegoś dowiedzieć. Tą drogą uzyskano adres Jerzego. Pierwszy list od niego przyszedł w 1946 r. ale do Lwowa. Listy posyłano do aplikanta ojca Jerzego, Ukraińca, który został we Lwowie i zgodził się być pośrednikiem. On zmieniał kopertę i odsyłał list Jerzemu. Bezpośredniego kontaktu nie było.
A. Gedliczka: Listy od Jerzego, które widziałem, to była kartka z zeszytu, złożona w trójkąt, bez koperty.
A. Tymcikowa: Z tych listów dałam zrobić mikrofilmy. Atrament na nich blaknął i bałam się, że niedługo będą nie do odczytania.
Po dojściu do władzy Chruszczowa rozpoczęła się tzw. druga repatriacja, która Jerzego nie obejmowała. Zwolniono go jednak w momencie, kiedy odjeżdżał pierwszy transport, do którego się przyłączył. Dzięki temu nie musiał wydawać pieniędzy na bilet. Za zaoszczędzone pieniądze kupił aparat filmowy i dwa złote zegarki, – to był plon 10 lat pracy w katordze i na zesłaniu – jeden dla siostry, drugi dla przyszłej żony. 3 grudnia 1955 roku przekroczył granicę w Żurawicy.
B. Rogal: Chyba w styczniu 1956 zatelefonował do mnie Tadek Zbiegień, że Jerzy jest w Krakowie i za godzinę mamy się spotkać na Rynku. Biegłem jak na skrzydłach. Już z daleka zobaczyłem, że koło Tadka stoi, jak mi się wydawało, jakiś „ruski” człowiek. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że to przecież Jerzy. Poszliśmy razem do Esplanady (obecnie tam jest „Bunkier Sztuki”) i zamówiliśmy „po jednym”, a do tego Tadek zaproponował śledzika. Tylko nie śledzik – zawołał Jerzy. Okazało się, że karmiono ich wyłącznie rybami i nawet patrzeć już na nie nie mógł.
E. Żygulska: Jurka po powrocie spotkałam pierwszy raz w Pałacu Sztuki. Podszedł do mnie i spytał: – Co to Ewa, nie poznajesz mnie? Rzeczywiście nie poznałam go. Chodziliśmy razem do Instytutu Sztuk Plastycznych we Lwowie, często odprowadzał mnie do domu, a teraz przy spotkaniu miał na sobie „radziecki” długi, szary płaszcz, opuchniętą twarz. Wyglądał jak „biedny Rosjanin”. Dopiero, gdy spojrzałam w jego oczy, zorientowałam się, że to Jurek.
A. Gedliczka: Z Jurkiem Tymcikiem spotkałem się w październiku 1956 roku, na początku II roku studiów na Wydziale Architektury Wnętrz Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Pamiętam ten dzień, kiedy na zajęciach Szczerbiński przedstawił naszej grupie nowego kolegę, repatrianta ze Związku Radzieckiego, a do mnie zwrócił się, abym mu pomógł zaaklimatyzować się i wejść w rytm studiów.
Jerzy wyglądał biednie, w ubraniu pozyskanym w punkcie pomocy repatriantom, które nie bardzo na niego pasowało. Wiedzieliśmy, że powrócił do wytęsknionej ojczyzny po dziesięciu latach pobytu w obozie na wschodnich krańcach Syberii. Przywiózł stamtąd swój dorobek artystyczny -plik akwarelek nostalgiczno-realistycznych pejzaży syberyjskich. Tutaj w Krakowie czekała na niego matka i siostra. Zamieszkał z matką w bardzo skromnych warunkach w domu przy ul. Topolowej 36. Pomieszczenie, w którym spał, uczył się, pracował, było czymś w rodzaju przedpokoju bez okna. Być może te warunki przyczyniły się do jego kłopotów z oczami, bo przecież kilkanaście lat później był operowany na kataraktę.
Jerzy Tymcik: obrazek z Syberii, kredka, 1955 r.
Jerzy był starszy ode mnie o 9 lat. Wyróżniał się w naszej grupie zapałem, dojrzałym stosunkiem do studiów i jakąś godną, poważną, patriotyczną postawą, która czasem nawet kontrastowała z beztroskim zachowaniem artystycznej młodzieży. Szybko znaleźliśmy wspólny język i zaprzyjaźniliśmy się. Razem studiowaliśmy, razem robiliśmy wypady w plener, można też mówić o intelektualnej więzi określanej jako „nadawanie na tej samej fali” Jego talent, zmysł konstrukcyjny, doświadczenie, znakomita organizacja pracy, a także silna motywacja sprawiły, że znalazł się w czołówce naszego rocznika. Miał też niewątpliwie uzdolnienia malarskie – był świetnym kolorystą. Szybko przyswoił sobie nowe prądy w sztuce, jakimi po okresie socrealizmu zachłysnęło się wtedy środowisko artystyczne. Jerzy mówił o swoim odczuciu spóźnienia w życiu, w studiach, wobec swojej generacji, ale nie poddawał się, pracował nadrabiając lata, przeskakując poziom wymagany przez profesorów. Mieliśmy też własny krąg towarzyski. Spotykaliśmy się często – taka była potrzeba tamtego czasu – bycia razem, dyskusji, sporów i zabawy.
Jerzy był częstym gościem w moim domu. Chętnie siadał przy pianinie i improwizował muzykę rytmiczną, jak się nam zdawało eksperymentalną – bez początku i końca. Jakby odpływał. Być może zanurzał się we wspomnieniach z Miaundży, gdzie pod koniec pobytu na Syberii pracował w tamtejszym domu kultury. Wprawdzie wykonywać musiał tam „łozungi”, tj. propagandowe transparenty, ale także grał na pianinie w zespole muzycznym z współtowarzyszami zsyłki.
Nastrój takich spotkań wzmocniony kieliszkiem czegoś dobrego wywoływał u Jerzego potrzebę odsłonięcia kart swojego życiorysu. Opowiadał o Lwowie, mieście swojego dzieciństwa i wczesnej młodości i o tym jak będąc 17-letnim chłopcem, żołnierzem AK został ujęty przez sowieckich konfidentów na cmentarzu Łyczakowskim, gdy z kolegami składał kwiaty na grobie lotników francuskich.
Wspominał mroźne zimy w obozie, który praktycznie nie miał strzeżonego ogrodzenia, bo też nie było gdzie uciekać. Gdy splunąć, spadał lód. Kriepkij czaj, prawie czarny wywar był dostępną używką, która mogła wprowadzić w stan specyficznej nerwowej aktywności i halucynacji. Nie zapomnę nigdy ściskającej za gardło jego opowieści o wieczorze wigilijnym w obozie. Gdy więźniowie pragnąc zaaranżować bodaj namiastkę wieczerzy wigilijnej skupili się przy wspólnym stole, wyciągnęli zaoszczędzone i przechowywane gdzieś pod poduszką dodatkowe racje chleba – przemówił najstarszy z nich, Rosjanin. Zwrócił się do współwięźniów przedstawicieli różnych narodowości i przepraszał ich w imieniu Rosji za to, co ich tam spotkało.
Jerzy Tymcik po powrocie z Syberii z Tadeuszem Zbiegieniem i Bogusławem Rogalem, Kraków 1956.
Po ukończeniu studiów i uzyskaniu dyplomu z wyróżnieniem Jerzy odbył półroczny staż na utworzonym właśnie Studium Form Przemysłowych.
Z dyplomami magistrów sztuki w kieszeni podejmowaliśmy prace z zakresu architektury wnętrz, meblarstwa, wystawiennictwa, grafiki reklamowej i form przemysłowych. Prace te realizowane były w małych zespołach projektowych a Jerzy w sposób naturalny przejmował na siebie rolę lidera. Tak powstawały projekty i realizacje modernizacji wnętrza galerii ZPAP „Pryzmat”, wystawa laureatów Biennale Grafiki „Postma-Sugai” w Krzysztoforach, wyposażenie kawiarni i restauracji hotelu „Francuski” oraz wnętrz administracyjnych Urzędu Rady Ministrów na Wawelu. Szczególnym doświadczeniem zawodowym był projekt formy karoserii i wnętrza telewizyjnego wozu transmisyjnego, realizowany w 1963 roku. Kilka egzemplarzy tych wozów jest eksploatowanych do dnia dzisiejszego, a co ciekawe, ich forma nie odbiega w sposób zasadniczy od współczesnych trendów stylistycznych.
Zapewne świadomość tego, że tyle przeszedł w życiu sprawiła, że Jerzy nikogo się nie bał, był odważny, gdy chodziło o reakcję na cyniczne akty przemocy, gdy chodziło o racje społeczne, patriotyczne i wreszcie artystyczne. Był naszym sumieniem.
B. Borkowska: Bardzo różnił się od kolegów, o tyle przecież młodszych. Ale miał niepohamowane poczucie humoru. Lubił wymyślać rozmaite dowcipy, bawił się nimi. Jednak od czasu do czasu jakby zapadał się w sobie. Nie chciał opowiadać o swoich przeżyciach.
Do swojego „przedpokoju” zaprosił nas kiedyś na wspomnianą tu „zekowską” herbatę (od „ZK” – zakład karny – przyp. red.), po której koleżanka zemdlała. Musieliśmy ją cucić.
Jerzy chłonął wszystko, co nowe. Wymyślał skomplikowane detale. Pracował nad konstrukcją drzwi obrotowych, które same wracałyby do pozycji zamkniętych. Z Finlandii, gdzie był na stypendium, przywiózł mnóstwo rysunków. Był chyba jedynym stypendystą, który solidnie wykorzystał swoje stypendium.
A. Tymcikowa: Wracam do tej niechęci Jerzego do opowiadania o przeżyciach na „nieludzkiej ziemi”. Kiedy namawialiśmy go żeby spisał je, odpowiadał, że „Sołżenicyn chodził po jego piętach” i że nikt po nim lepiej tego nie opisze.


__________


Jerzy Tymcik ożenił się w roku 1968, na świat przyszły córki-bliźniaczki. Niestety po dwudziestu latach od powrotu, Gułag dał znać o sobie i Jerzy zmarł w 1975 r.
W pamięci tych, którzy go znali, pozostał jako człowiek wielkich zdolności, ale także wielkiego serca i charakteru. I jako taki nie może pozostać zapomniany.