Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Anna Skoczylas, CÓRECZKA PANA PROFESORA

Szkoda, że już niedługo. Że też wakacje muszą się kończyć. Jeszcze kilka dni i trzeba wracać do idiotycznej szkoły. Pożegnać się z domem, z ogrodem i górami, zostawić sarnę, odprowadzić ją do Anny. Umrę za nią z tęsknoty, oszaleję, jest taka kochana, ktoś może ją skrzywdzić, kiedy mnie nie będzie. Anna ma tyle pracy, nie będzie stała przy niej cały czas. Falina wybiegnie do lasu i zjedzą ją wilki. Nie mogę o tym myśleć, martwiła się Dosia. Gdyby wiedziała, że z tym domem i ogrodem pożegna się już na zawsze... Nie tylko z sarną.
W ostatnich dniach sierpnia atmosfera zrobiła się nerwowa. Coś niewytłumaczonego czaiło się w powietrzu. Gazety pisały o wojnie, która mogłaby nadejść, ale ludzie temu nie wierzyli. Nikt nie chciał wierzyć, bo były to pomysły nie z tej ziemi. Niemniej Szarmeza poleciła Annie zasolić masło i ubić je w glinianych garnkach. Spakowała też do kartonowego pudła kopę jajek. I zawinięte w ścierki połcie słoniny. Ritek wyjechał do Lwowa wcześniej, żeby się rozejrzeć w sytuacji. Na stacji w Sławsku pojawiły się afisze wzywające naród do mobilizacji. Wszyscy mężczyźni mieli iść do wojska.
W ostatni dzień odprowadziła Falinę do domu Anny, błagając na wszystkie świętości, żeby jej strzegła jak oka w głowie i nie dała wilkom. Anna przytuliła Dosię i głaskała ją po włosach uspokajająco. Odprowadziła je obie z Fciesią na stację a Jurko wiózł na wózku walizki. Siedziała już w pociągu i po raz ostatni patrzyła na Zielony Wierch, na którym była niedawno, na Orszowiec i Trościan i na wielkie płachty afiszów o mobilizacji. Pociąg ruszył, Anna zamachała ręką i peron w Sławsku zaczął się oddalać. Kiedy stanęli w Stryju, zobaczyła maszerujące wojsko i usłyszała jak śpiewają coś ochrypłymi głosami. Każdy z nich miał kwadratowy tornister i karabin. Wsiadali do pociągu, żegnani przez matki i dziewczyny, był rwetes, krzyki, płacz, na szczęście pociąg ruszył i kotłowisko na stacji zostało za nimi. Kiedy zbliżali się do Lwowa uderzyła ją ciemność. Miasto było wygaszone. Ciemno na torach, tylko nikłe światełka semaforów, ciemno na peronach i na dworcu. Kolejarze biegali z latarkami, przysłoniętymi atramentową szybą. Ritek czekał na peronie i też miał taką latarkę.
Wsiedli do taksówki. Dosia z matką trzymały na kolanach gliniane garnki z masłem, owinięte górą w liść kapusty. Pod nogami stał kosz pełen flaszek miodu i soków.
– Dlaczego tak ciemno, można się porozbijać w tych ciemnościach. Co to znów za porządki! Elektryka się zepsuła w całym mieście? – powiedziała do Ritka ze złością.
– Jest takie rozporządzenie, bo w każdej chwili może być nalot. Chodzi o to, żeby samoloty też nic nie widziały.
– Jakie samoloty, jaki nalot? – spytała, ale ojciec nie odpowiedział.
Bieszczady Wschodnie w okolicach Sławska.
Rano, kiedy otworzyła oczy, zobaczyła zalany słońcem pokój i wszystkie strachy zniknęły. Szarmeza wybierała się do fryzjera i guzdrała się przed lustrem, jak zwykle. Zdziwiło ją, czemu nikt nie wygania jej do szkoły, przecież jest już pierwszy września. Ale dziś i tak nie ma jeszcze lekcji tylko akademia na początek. Zostawiła więc mamuśkę przed lustrem i wybiegła do ogrodu. Ale jakoś nikt się nie pokazał. Nie było nikogo do zabawy. Kręciła się pomiędzy grządkami, oglądając róże i astry, które już zaczynały kwitnąć. Powoli robił się rozklejający upał, zachciało jej się pić i postanowiła wrócić na górę, żeby napić się wody z cytryną. Kiedy wchodziła na schody, zobaczyła Ritka, który właśnie wyszedł z piwnicy.
– No, Żaba, jest wojna – powiedział.– Ciesz się, bo zawsze chciałaś ją zobaczyć. Radio podało przed chwilą.
Oniemiała, bez słowa podążyła na górę. Nie umiała w ogóle wyobrazić sobie tego farktu. Szarmeza już wyszła a Frajda, ich służąca, jeszcze nie wróciła z urlopu, co też było dziwne, i w kuchni było pusto. Poszukała w spiżarni cytryny, ale jej nie było, napiła się więc samej wody. Może przynajmniej nie trzeba będzie chodzić do szkoły, skoro jest wojna. Nagle rozległ się potworny huk i trzask, jakby piorun rąbnął tuż obok, szklanki w kredensie zadygotały, zadzwoniło szkło. Wybiegła z kuchni przerażona. Stojąc w przedpokoju usłyszała narastające mruczenie i dudnienie, to rzeczywiście nadlatywały samoloty, znowu łoskot i huk, lampa na suficie kołysała się niespokojnie, drżenie biegło przez cały pokój. Stała tak w środku, zatykając uszy, żeby nie słyszeć jak drżą i dzwonią szyby w oknach. To coś, co zbliżało się, było niewiadome i straszne. Nieprzewidywalne. Dusiło jak zmora. Ritek wbiegł do mieszkania, złapał ją za rękę i ciągnął po schodach w dół, aż wpadli do piwnicy. Tu było stanowczo ciszej.
– Gdzie jest mama? – krzyknął.
– Poszła do fryzjera, nie wiesz – odpowiedziała,– wybierała się od samego rana.
– Też sobie wymyśliła akurat dziś! Diabli wiedzą, gdzie jest w tej chwili, kiedy wszystko wali się na głowę.
Za jakiś czas można już było wyjść na świat. Po raz pierwszy usłyszała syreny fabryczne, które ogłaszały koniec bombardowania. Początku, jak widać, nie zdążyły zapowiedzieć, bo samoloty nadleciały szybciej. Ludzie potem opowiadali, że nikt nie spodziewał się tu bombowców niemieckich, tak daleko od granicy, w głąb kraju. Myśleli, że to nasze. Dopiero, kiedy się zbliżyły i zaczęły schodzić w dół, było widać krzyże na skrzydłach. Ale w tym momencie już zaczęły spadać bomby i nikt nie miał czasu się zastanawiać. Każdy uciekał do najbliższej bramy.
Wyszli na górę i zaraz za nimi nadeszła Ptaszyna, matka Szarmezy, która mieszkała niedaleko, po drugiej stronie ulicy a za chwilę i sama Fciesia. Mocno wystraszona.
– Gdzież ty się włóczysz – przywitał ją Pan Profesor.– Mogłabyś już mieć rozum w głowie. Widzisz przecież, co się dzieje. Ale ty muszisz iść do fryzjera!
– Przestań – powiedziała Fciesia.– Dzięki Bogu, nie doszłm do fryzjera i żyję. Cały Pasaż Mikolascha leży w gruzach. Spuścili tam ogromną bombę. Gdybym wcześniej wyszła z domu, to już byś miał spokój na zawsze.
Dosia słuchała tego z przerażeniem. Faktycznie, najlepszy fryzjer był w Pasażu. Nie mieściło jej się w głowie, że Pasaż już nie istnieje. Był taki wspaniały, miał różne gzymsy i złocenia, kolorowe szybki i sporo lat. Coś podobnego!
– No, raz przynajmniej przydało się na coś twoje guzdranie – rzekła do matki.

Tak rozpoczęła się wojna, zmieniając od razu miasto i całe życie, które odtąd nigdy już nie wróciło do stanu poprzedniego. Nic już nie było takie jak dawniej i nigdy już takie być nie miało. Dosia chłonęła wszystko, jak nową nieznaną przygodę. Niewątpliwie było ciekawiej, niż dotychczas. I nie musiało się chodzić do szkoły. Prawda, że naloty nasilały się coraz częstsze, nie tylko dniem, również nocą. Wobec tego starsi postanowili, że zaniosą im łóżka do piwnicy, żeby tam spały już całą noc, bez biegania. Było to bardzo ekscytujące a równocześnie praktyczne. Nie trzeba już było naciągać na siebie ubiorów w środku nocy, w stanie nieprzytomności. Dosia, zresztą, od razu za pierwszym takim razem wpadła do nocnika pełna furii, szukając po omacku bucików, kiedy było ciemno, bo na czas alarmu wyłączono elektryczność. Był to więc doskonały pomysł. Teraz zasypiali razem, Franek, Heniek i Dosia, opowiadając sobie nawzajem różne historyjki, więcej lub mniej prawdziwe. Celował w tym zwłaszcza Heniek, straszony od lat przez Aćkę. Teraz wreszcie mógł usypiać z dala od niej, bo starsi w piwnicy nie nocowali. Brak było miejsca. Mógł więc z kolei wyżywać się na nas.

Później szybko zjawił się któregoś dnia w domu Nacek, młodszy brat Szarmezy, zmieniony do niepoznania. Wojskowy mundur ciasno opinał jego pulchnawe kształty. Brązowy, skórzany pas był zapięty na ostatnią dziurkę. I coś jeszcze, co zobaczyła z bliska pierwszy raz w życiu. Nacek miał dopięty do tego pasa prawdziwy rewolwer w skórzanej torebce. Ten rewolwer napełnił ją dziwnym strachem. Nasz duży harcerz kręcił się po domu dziwnie podekscytowany. Opętany do maniactwa starożytną Helladą, oszalały profesor łaciny gdzieś się podział. Nacek wyglądał teraz jak prawdziwy żołnierz. Opuścił swoje wygodne mieszkanie w Warszawie, żeby bronić ojczyzny w potrzebie. Od tego nie było wymówki. W pewnej chwili pochylił się nad Dosią i musnął ją wstydliwie wąsami. Wyciągnął coś z kieszeni i wcisnął jej do ręki. Ostry i chłodny kawałek metalu.
– Co to – spytała – co mi dajesz?
– To moja odznaka Hallerczyka, która tak ci się podobała. Pilnuj jej jak oka w głowie i opiekuj się mamusią.
Otworzyła dłoń i spojrzała na błękitny krzyż, przekreślony dwiema szablami.
– Kiedy wrócisz, to mi ją zabierzesz, prawda? – spytała.
Nie odezwał się tylko podniósł ją do góry i ucałował, tym razem bez żadnego już udawania. Zrobiło jej się głupio i żałośnie.
– Czy naprawdę musisz gdzieś iść, żeby tam walczyć? Przecież robią to już inni i tak. Tylu ich jest już na tej wojnie, po co jeszcze tam ciebie. Nie nadajesz się do tego.
– Tak trzeba – powiedział Nacek – tak trzeba. Wszyscy mężczyni muszą iść. Nie jestem jeszcze emerytem, choć mnie tak nazywacie.
– Wszyscy w tym kraju ciągle o coś walczą, co chwilę. Nie podoba mi się to, że idziesz!
– A mnie się podoba. Bardzo mi się podoba.
Siedzieli potem przy stole i jedli kolację z resztek smakołyków, które jeszcze zostały z wakacji. Ale rozmowa się nie kleiła i nastrój był pełen powagi. W końcu Nacek wstał od stołu i zaczął się żegnać. Wszyscy uważali pilnie, żeby się do reszty nie rozkleić i Ritek sypał żartami na siłę. Przycisnęła się do Nacka mocno, ostatni raz.
– No, na mnie już czas, pora iść na dworzec.

Wojna trwała już cały tydzień i przeszkadzała w zabawie. Na podwórko nie zawsze dało się wyjść, mimo słonecznej pogody. Było gorąco jak latem, wręcz upalnie, ale w każdej chwili syreny mogły zapędzić wszystkich do piwnicy. Nalotów było stanowczo za wiele, kiedy bomby padały za blisko w oszałamiającym huku, wydawało się, że lada chwila dom zwali się im na głowę. Wtedy zatykała uszy i trzęsąc się ze strachu usiłowała przetrwać to piekło, które nie miało nic wspólnego z upragnioną wcześniej przygodą. Wtulona w kąt piwnicy, obok stertu koksu, błagała w duchu o szybki koniec bombardowania. Żeby tylko ucichło i można było wybiec na wolność.
Zaczęli pojawiać się w domu ludzie z ucieczki. Znajomi z Krakowa, z Warszawy, nawet z Poznania. Czasem na parę godzin, posiedzieli chwilę i znikali, czasem na jedną lub dwie noce. Spali na rozłożonych na ziemi materacach. Każdemu z nich Ritek dawał na drogę jakiś plecack, bo ich było pełno w domu. Leżały na półkach w ciemni, większe i mniejsze. Wreszcie półki opustoszały i któregoś dnia Ritek podarował komuś nawet ulubiony plecak Dosi, nowy plecak, kupiony ostatniego lata, kiedy byli w Zakopanem. Na nic się zdały protesty i płacze. Słowo „wojna” było odpowiedzią na wszystko, kończyło dyskusję.
Pewnego dnia zjawił się stryj Karol z wujkiem Kostkiem i zostali już na dobre. Dosia nigdy przedtem nie widziała Karola, tylko na zdjęciach. Wyglądał jak wielki lew z grzywą i można się go było przestraszyć. Kostka znała już wcześniej, z wakacji w Kosowie. Był o wiele milszy, nie budził strachu. Był nawet śmieszny.
Któregoś ranka, kiedy Szarmeza, jak zwykle, zaczęła się o coś czepiać bez sensu, Karol stanął nad nią, a był taki wielki, że zasłaniał sobą cały widok i tubalnym głosem huknął:
– Dosiu, masz w tej chwili posłuchać, co ci mówi matka i zrobić to! Jeżeli nie zastosujesz się, zostaniesz ukarana.
Podeszła do niego i z całej siły rąbnęła go pięścią w nogę, bo wyżej nie dostała. Karola aż zatchnęło ze zdumienia a Szarmeza złapała ją za rękę i odciągnęła do drugiego pokoju. W jakiś czas potem Dosia usłyszała jak Karol w salonie mówił głosem, pełnym najwyższego oburzenia: – Ona jest zupełnie nie wychowana i tak potwornie indywidualna, że to się w głowie nie mieści. Nie miała pojęcia co znaczy to słowo, ale ucieszył ją ton głosu Karola. Widocznie mu dopiekłam, a to heca, udało mi się, pomyślała mściwie, nie będzie już z niego taki ważny zadufek. Karol rzeczywiście przestał ją pouczać. Ale też i przestał do niej mówić w ogóle. Udawał, że jej nie zauważa, kiedy wchodziła do pokoju. Ale to już było o wiele lepsze, niż te ciągłe reprymendy, które wygłaszał uprzednio mentorskim tonem, jak z uniwersyteckiej katedry.
– Czy wszyscy ludzie w Krakowie zachowują się w sposób, który jest nie do zniesienia? – spytała Ritka.
– Może nie wszyscy – odpowiedział z przekornym uśmiechem – ale ci z Uniwersytetu Jagiellońskiego z pewnością tak.
– A cóż to za jakaś okropna instytucja, okropna jakaś szkoła! Wypuszcza ze siebie takich mędrków pańskich, aż uszy bolą ich słuchać.
Ritek pokładał się ze śmiechu. Po tym wszystkim Karol był u niej skończony raz na zawsze. Postanowiła również traktować go jak powietrze. Wuj Kostek był o wiele lepszy, choć niekiedy też bywał pedagogiczny i nudził. Ale się nie czepiał, nie był złośliwy i nie musiał stawiać zawsze na swoim. Nie był taką piłą. Ze swoim olbrzymim nosem wyglądał jak klown z cyrku. Był w jakiś sposób okropnie drobiazgowy i przywiązywał wagę do rzeczy zupełnie bezwartościowych, bo też był z Krakowa. Ale potrafił być dobry i opiekuńczy, kiedy chciał.
Dziwne miasto ten Kraków. Ludzie z niego wychodzą, jakby byli z tektury a nie z żywego ciała. Czepiają się o rzeczy nie warte splunięcia. Zależy im tylko na manierach i na niczym więcej. Jakby w ogóle nie mieli duszy ani serca. Nudne to jest i obrzydliwe. Tu ludzie są całkiem inni, weseli i przyjacielscy. Każdy zrobi wszystko, o co prosisz, i jest to normalne. Chyba, że już specjalnie ma powody do robienia na złość, żeby się zemścić. A tamci robią na złość bez powodu i są okropnie nudni. Trudno się do nich przyzwyczaić. trzeba się tylko modlić, żeby wynieśli się stąd jak najprędzej. I nie wracali. Na razie jednak nie mają się gdzie podziać i trzeba ich znosić koło siebie jak dopust Boży. Przydałoby się ich wychować. Całkiem od początku.
Trzeba zaznaczyć, że obaj przyjechali tu ubrani w wojskowe mundury i chodzili w nich całymi dniami szukając jakiegoś pułku, który by ich zechciał wziąć i wcielić do siebie, ale długo z tego nic nie wychodziło. W końcu jednak wynieśli się na dobre. Dosia odetchnęła. Ale niedługo dom obywał się bez gości. Prawie natychmiast wprowadził się wujek Wiktor z ciocią Basią a wraz z nimi czteroletnia Ecia. Ecia była śliczna jak obrazek, jak mała Królewna Śnieżka. Miała takie same brązowe oczy, jak dwa orzeszki, i czarne kosmyki włosów. Brakowało jej tylko krasnoludków. Zanosiła się gardłowym śmiechem i biegała po całym domu jak kulka żywego srebra. Nie dawała się opanować cioci Basi, która usiłowała ją zatrzymać w tych harcach. I tak zaczęła się w domu atmosfera prawie że bajkowa. Sprzyjała temu młodość Wiktora i Basi, bo oboje byli jeszcze bardzo młodzi i bardzo ładni. Wiktor, na szczęście, wcale nie chciał iść na wojnę i chodzić w mundurze. Pisywał wiersze i już był nawet znany. Pokazywał książeczki, gdzie były jego wiersze, już wydrukowane. Pisał nawet dla dzieci. Wspaniałą książeczkę o Słoniu, pełną obrazków. Był jej najmłodszym wujkiem z Krakowa, którego, na szczęście nie było po nim widać, tak jak po tamtych dwóch. Pewnie dlatego, że całe lata mieszkał w Paryżu i to Paryż go wychowywał a nie Kraków. Ciocia Basia wyglądała jak cyganka. Miała długie czarne warkocze i oczy jak węgle. Była szczupła i zgrabna. Oboje razem stanowili bardzo piękną parę. Pełni życia, sypali dowcipami jak Ritek i było z nimi w domu naprawdę szalenie wesoło. Dosia, jako że nie miała ani brata ani siostry, zaprzyjaźniła się z nimi od razu. Nie czuło się tego, że są „starsi”. Byli całkiem inni niż Szarmeza, jakby z innej epoki. Mimo, że też mieli dziecko i byli już dorośli.
Tak to dzięki nim życie stało się łatwiejsze i bardziej znośne.

__________


Anna Skoczylas z Klemensiewiczów, ur. we Lwowie. Ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie. Wydała dwie książki prozą: „Bocianie gniazdo” i „Kram pod Czerwonym Grzybem” oraz pięć zbiorów: „Na cztery wiatry”, „Powietrze, orzech, ziarenko piasku”, „Tak trzymać w rękach świat”, „Rozmowa z Tobą”. Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Uprawiała alpinizm, turystykę górską i narciarstwo. Jest członkinią Klubu Wysokogórskiego. Podróżowała po wielu egzotycznych krajach Afryki, Azji. Ameryki Południowej.
Ojcem Anny Skoczylas był Zygmunt Klemensiewicz, profesor Politechniki Lwowskiej, znany turysta, narciarz i fotografik; stryjem profesor Zenon Klemensiewicz z UJ.