Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Barbara Czałczyńska, PODRÓŻ NA WSCHÓD (3)

Most
Wiadomo już, że trzeba uciekać. Po klasztornych korytarzach chodzi generał, medale na jego piersi pobrzękują przy każdym stąpnięciu, odpowiadają na stuk podkutych butów na kamiennej posadzce. Za nim snuje się szary zwiewny dym machorki, nieoczekiwany za drzwiami na których napisane jest „klauzura”.
– Trzeba uciekać – mówi mieszkająca we wsi guwernantka Leny, pokazując na wypchane sucharkami worki. Sucharki są z najbielszej mąki, na samych żółtkach, a jeść ich nie wolno bo to na drogę. Jak nie będzie niczego innego do jedzenia. Z Leną zostałyśmy w klasztorze same. Pozostałe pensjonarki rozjechały się do domów.
– Ty syritka – mówi do mnie na korytarzu Hrebeniuk – pojidesz w ditiaczyj dim.
Powtarzam to siostrze Andrei a ona mówi to samo:
– Najwyższy czas uciekać. Dłużej nie można zwlekać z wyjazdem.
Nadszedł wreszcie dzień wyjazdu. Pod łóżkami spakowane walizki. Po kolacji kładziemy się z Leną do łóżek w ubraniu, tylko buty czekają na podłodze. Leżymy i czekamy na sygnał.
– O dziewiątej – mówi siostra Andrea – Hrebeniuk odchodzi do domu. To wtedy zapukam leciutko do drzwi. Gdyby ktoś wszedł nieoczekiwanie, udawajcie że mocno śpicie. Jutro albo pojutrze, jak się zorientują, że nas nie ma to się mu powie. Byle nie za wcześnie. Przecież on też się boi. Musi zameldować.
Po dziesiątej leciutkie pukanie. Prędko. Beret. Płaszcz. Buty. Ach te sznurowadła! Walizka. I najważniejsze to cisza. Cicho przez korytarz. Boczną furtką. Furmanka przy pierwszych zabudowaniach. Kopyta końskie obwiązane workami żeby podkowy nie stukały na bruku. Wóz wymoszczony szeleszczącą pachnącą słomą. I ani mru, mru. Milczeć. I najpiękniejsza na świecie majowa noc. Okrągły, wielki księżyc, żółciutki jak kaczan dojrzałej kukurydzy. Na obudzone z zimowego snu pola układa się jak zwoje białego tiulu poświata. Ciepłe podmuchy wiatru i pełne wesela cykanie świerszczy. Cichutki skrzek nietoperzy, których skrzydła zrobione są z miękkiego czarnego aksamitu. Za nimi znikają wielkie, kocie oczy ruin jazłowieckiego zamku.
– Pani Mario – szepcze Lena – zjadłabym sucharka. Teraz już chyba wolno.
Pani Maria wzdycha głęboko. Wszystkie zostały w chałupie. Cały worek. Żeby nie zauważyli, że uciekamy.
Stacja kolejowa. Mały budynek czernieje w ciemnościach. Zawiadowca jest uprzedzony. Dostał kopę jaj. Worek mąki i kaszy. Garnek smalcu. No tak, ale on nie jest sam. Musi się podzielić. Albo to z jednym? Cały wagon trzeba było przetoczyć na boczny tor. A jakby go tak złapali? Milczące cienie przesuwają się po torach. Z tobołkami na plecach. Z tłumokami w rękach. Jest wagon. Rozwarta czeluść. Ktoś szepcze: Tss! Nie hałasować. Trzeba wspiąć się w górę, uczepić mocno krawędzi. Czyjeś ręce pomagają. I znowu cisza. Nawet nie słychać oddechów. Jakby w zatłoczonym wagonie nikogo nie było. Z hukiem zatrzaskują się drzwi. Zgrzytliwie zaciska się kłódka. A potem chrzęst kroków, czyjeś głosy. Snop światła.
– Ten już zamknięty – mówi ktoś.
– Cóż to znaczy? – upiera się inny.
– Nie wiadomo, przyjechał już zamknięty.
Szkoła SS. Niepokalanek w Jazłowcu.
Oddalają się. Obok dudni przejeżdżający pociąg. Pojedziemy czy nie pojedziemy? Ruszy czy nie ruszy? Może zapomną. A może za mało było tej mąki i kaszy? Mimo przechodzi jedno, drugie dudnienie pociągu. Przez szparę widać migające wagony. A potem gwałtowny wstrząs, trzask. Dołączyli. Wszyscy pochylają głowy:
– W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego – słychać cichutki szept. Czy aby doczepili do właściwego pociągu? Trzeba czekać do Buczacza. W Buczaczu się zorientujemy. Jakby coś było źle, trzeba wyskakiwać. Nawet z jadącego pociągu. A potem stacja. Nic nie widać. Ktoś stoi koło wagonu, ale strach zapytać. Narasta niepokój. Ktoś zaczyna płakać. I znowu stacja. Ktoś sylabizuje z trudem: Czechów. A więc właściwy kierunek. Westchnienie ulgi. A potem już za porządkiem: Monasterzyska, Korościatyn, Komarówka, Niżniów... Lwów.
W wielkiej dworcowej hali na zawiązanych w przemyślne supły węzełkach siedzą ludzie. Czapki nasunięte na oczy. Nieufne spojrzenia. Trzeba trzymać wszystko koło siebie bo ukradną. Nie oddalać się nigdzie, bo można się zgubić. Coś chrobocze w głośnikach, wszyscy zrywają się ze swoich miejsc gotowi biec do nadjeżdżającego pociągu, ale to jeszcze nie ten pociąg i wszyscy znowu usadawiają się na swoich tobołkach. Czy to naprawdę ta sama sala, w której parę miesięcy temu czekałam na pociąg mający mnie zawieźć do Buczacza? Gdzież podziały się przykryte białymi obrusami stoliki? Kelner z serwetką w ręce pytający:
– Państwo sobie życzą?
Gdzież są świetlne tablice na których pokazywały się nazwy stacji i godziny odjeżdżających pociągów? Ze ścian zwisają szczątki drutów, podłoga pokryta jest lepką brudną mazią. Siostra Brygida idzie dowiedzieć się o pociąg do Przemyśla. Mówi do mnie:
– Pamiętaj, masz do mnie mówić proszę pani.
– Dobrze siostro – potwierdzam.
Trzeba czekać. Znowu czekać. Tłum milczy. Tu lepiej z nikim nie rozmawiać. Nagle głośnik wychrypuje z siebie:
– Peremyszl.
Wszyscy rzucają się ku wyjściu. Biegną przez tory nie zważając na nadjeżdżające pociągi. Na krzyki. Na strzały. Byle zdążyć. Peron. Pociąg wtacza się majestatycznie. Tłum stoi nieruchomy, milczący, sprężony jak tygrys gotowy do skoku na swą ofiarę. Przy drzwiach każdego wagonu stoi konduktor w granatowej czapce. Pociąg zatrzymuje się i już na dachach, buforach, stopniach roi się od ludzi. Ale wagony pozostają zamknięte. Ludzie czekają na ich otwarcie. Ale nie! Teraz zaczyna się dla konduktorów znakomita zabawa. Zgięci w pół przebiegają z jednego końca wagonu na drugi, pokazują się to przy jednych to przy drugich drzwiach. Zdezorientowany tłum miota się z jednego na drugi koniec wagonu. Co sprytniejści stoją pośrodku licząc na to, że uda im się szybciej doskoczyć do otwierających się drzwi. Nagle z brzękiem rozsypuje się szyba. Jedna. Druga. Przez okna wciąga się ludzi, tobołki, dzieci, Tłum opanowuje wnętrze, konduktorzy znikają. Ludzie stoją, siedzą na ławkach, na tobołkach. Dzieci winduje się na półki. A pociąg rusza, przystaje. Całą noc wlecze się ze Lwowa do Przemyśla. Przemyśl. W poklasztornych budynkach na podłodze rozłożona słoma, leżą na niej ci, którzy odsypiają nocne stanie po przepustkę. Za jakiś czas przyjdą ci stojący teraz, a leżący będą ich musieli zastąpić – dzień i noc. W długim napęczniałym wnętrzu kolejki dziesięć może dwanaście osób w jednym rzędzie. Kolejka posuwa się o jeden, czasem o dwa kroki na godzinę. W nocy stoi czarna, nieruchoma. W milczącej rozpaczy czeka dnia. Przybiega siostra Brygida. Prędko. Strażnik zgodził się nas przepuścić poza kolejką. Ruski za słoninę, niemiecki za pierścionek. Biegniemy. Kolczaste druty rozsunięte w jednym miejscu, trzeba się przez nie przecisnąć. Żołnierze z karabinami udają, że nic nie widzą. Ale kiedyś podobno jeden strzelił. Na drutach zostały jeszcze ślady krwi. Jesteśmy w biurze. Na podsuwanych przez siostrę Brygidę papierach urzędnik przybija czarnego orła z rozpostartymi skrzydłami. A jutro rano przejście przez most. Most. Przed mostem ustawiony czwórkami tłum. Posępny. Milczący. Czekający na to przejście jak na przejście do innego życia. Każdy ma na sobie wszystko co posiada. Wciśnięte przemocą jedno na drugie dwa ubrania. Dwa płaszcze. Futro odwrócone podszewką do góry żeby nie zwracało uwagi. Związane sznurkami wyrywające ręce ze stawów tłumoki. Resztki rodzinnych kosztowności, pozaszywane w ubrania. I majowy upał. Słońce pali niemiłosiernie. Byle przejść. Uciec od jadących w niewiadomych kierunkach pociągów. Od widma nędzy i głodu. Nie zgubić się ze swoimi. Nie dać sobie wydrzeć z rąk resztek dotychczasowego życia. A obok żołnierz w wystrzępionym szynelu, karabin zawieszony na sznurku. Jeszcze może w ostatniej chwili odebrać wyżebrane, wyczekane nocami papiery. Krótko szczęknąć:
– Niet. Nie prejdiosz. Ostaniesz.
Ruszamy bardzo powoli. Spod czerwonych gwiazd patrzą na nas podejrzliwe oczy. Szlaban w górę i most. Pierwsze przęsło. Nie potknąć się o kłody kolejowych podkładów. Trzymać mocno w rękach tłumoki. Pot leje się strumieniami. Odpocząć. Złapać trochę tchu. Ale to niemożliwe. Drugie przęsło. Iść szybko, dołączać do tych z przodu. Trzecie przęsło. Stop. Chwila postoju. Tam za mną z tyłu pozostaje tatarski trakt, na którym nigdy nie wyrośnie trawa. Ruiny zamku. Miejsce przy murze z którego widać: głęboki jar, a jego dnem płynie rzeka Olchowiec, latem cieniutka jak wąska strużka, wiosną potężna i wzburzona, nanosząca muł na leżące koło niej szparagowe pola. A po przeciwnej stronie wzgórze pokryte lasem bukowym, dębowym, grabowym, złotorudym jesienią. I widać też zimą na białym śniegu sarnę, której nie dało się uratować, bo miała złamaną nogę. I kicające szybko, przystające, strzygące uszami zające, spieszące na żerowisko. I drogę jak białą wijącą się wstęgę. I zostają gdzieś tam w tyle, zapadają się w czeluść schody, które przeskakiwało się biegnąc do ogrodu, a teraz chciałoby się ucałować każdy stopień z osobna. Czwarte przęsło. Biało czarny szlaban unosi się w górę.
– Schnell, schnell.
Szybki bieg. Jesteśmy już po drugiej stronie mostu. Wchodzimy w szpaler czarnych mundurów. Hełm przy hełmie. Na rozstawionych szeroko nogach wyglansowane buty z cholewami. Przysiadłe na zadach, gotowe do skoku brunatne psy. I komenda jak szczęk zamku u karabina:
– Hände hoch!

Po latach1
Pociąg ostrożnie wjeżdża na most, jakby zdając sobie sprawę, że jest to chwila zbyt poważna ażeby można ją zlekceważyć pośpiechem.
– Przez ten most – mówi ktoś obok – przechodziłem w czterdziestym roku. W połowie drogi zacząłem uśmiechać się i ten uśmiech na zawsze przykleił mi się do warg.
Staram się obejrzeć dokładnie każde przęsło mostu, które niegdyś zdawało mi się być etapem drogi krzyżowej, ale nawet przy powolnym ruchu pociągu wszystko zbyt szybko ucieka. Nie tak jak niegdyś, kiedy między jedną a drugą szyną wyrastały mile beznadziejności. I jakby zaraz za mostem wyskakuje stacja. Lwów. Szklany dach nad peronem. Przytrzymujące go żeliwne ramiona, rozgałęzione jak unerwienia liści. Na peronie nikogo nie ma. Pusto. W otchłań zapomnienia wpadł rozgorączkowany tłum szturmujący przepełnione wagony. Jakżeż to było strasznie dawno! Jakby w innym życiu. Przy wejściu do budynku pomalowana na szarobury, ochronny kolor budka. Szara? Nie. Odbarwiona. Wszystko jest pozbawione koloru. Ulice, domy, ludzie. Jakby ktoś usunął sprzed oczu kolorowe szybki przez które niegdyś oglądało się świat. W kościele skład mebli2. Koło sosnowej szafy stoi grupka zaaferowanych obywateli. I szafa i ludzie wyglądają jakby się tutaj znaleźli przez pomyłkę.
– Dlaczego akurat skład mebli? – dziwi się ktoś z przyjezdnych. – Przecież można tu było zrobić muzeum.
Wszystko nagle staje się pozbawione sensu. Sklepy, w których niczego się nie sprzedaje, kawiarnia, w której nie ma kawy. Kościół, w którym nie wolno się modlić, cmentarz, na który nie wolno wejść. W hotelu, dawniej George’a, a teraz Inturista pozostały z dawnej świetności czerwone plusze i kryształowe żyrandole. W żyrandolach brakuje żarówek, a od wytartych pluszy zalatuje stęchlizną. Herbata ma smak karbolu. Umundurowany portier nie wpuszcza do wnętrza miejscowych ludzi. Dlatego kiedy wieczorem ktoś puka do drzwi mojego pokoju, myślę, że to ktoś z naszej wycieczki. Ale nie. Wchodzi mężczyzna w nieokreślonym wieku i szarym trenczu. W rękach obraca czapkę z daszkiem.
– Przepraszam – mówi – słyszałem, że pani z Krakowa.
– Bo to widzi pani, ja też z Krakowa. Ojciec miał sklep na Starowiślnej ulicy. Z butami. Może pani pamięta ten sklep? Ojciec się nazywał Krokiewicz. A sklep był zaraz za IKC-em.
– Bardzo mi przykro, ale nie pamiętam. Teraz to wszystko się zmieniło. Nawet nie wiedziałam, że w tym miejscu był sklep z butami.
– A może pani słyszała gdzieś nazwisko. Przed wojną byłem piłkarzem Cracovii. Wszyscy mnie znali.
– Strasznie mi przykro, ale nigdy nie zajmowałam się sportem.
Mężczyzna jest wyraźnie zmieszany i zdziwiony. Pewno przez wszystkie lata pielęgnował w swojej pamięci obraz miasta, w którym mieszkał, a teraz okazuje się, że ludzie o nim zapomnieli. Nagle pyta się:
– A Lwów? Jak się pani podoba?
– Jakiś taki smutny – mówię ostrożnie.
– Smutny? – dziwi się przybysz. – Przecież się rozbudował. Mamy nowy dom towarowy.
Teraz dla odmiany ja jestem zdziwiona.
– Nowy dom towarowy? Nowe dzielnice? Nie, nie zauważyłam. A dlaczego został pan we Lwowie? – pytam.
– Tak jakoś wyszło – mówi mężczyzna niepewnie. – Najpierw to chciałem wracać. Myśmy uciekali w 39-tym. Ale potem wzięli mi papiery i dali nowe z ukraińskim obywatelstwem. To wszystko przez to nazwisko. Nie dałem rady udowodnić, że nie jestem stąd.
Rozmowa jakoś nie bardzo się klei, mężczyzna wychodzi i już przy drzwiach, z ręką na klamce pyta:
– A nie dziwi się pani jak udało mi się tu wejść?
Przypominam sobie portiera przy drzwiach.
– No widzi pani. Wszystko można załatwić jak się tylko chce. Na wszystko jest sposób – mówi z dumą w głosie.
Wychodzi. Dziwny człowiek. Niby mówimy tym samym językiem, ale już nie bardzo się rozumiemy.
Rano pod hotelem grupki ludzi. Spoglądają to na drzwi hotelowe, to gdzieś w bok. Czujni, gotowi rozejść się w każdej chwili, zniknąć. Rozpuścić się w tłumie, z którego nikt z nich się nie wyróżnia. Wszyscy mają te same okrycia głowy, te same blade i nalane twarze i tak samo uszyte płaszcze. A jednak to, co ich tutaj przywiodło jest silniejsze aniżeli grożące im niewidzialne i nieznane dla nas niebezpieczeństwo. Między grupkami dostrzegam uczestników wycieczki. Z rąk do rąk przechodzą kawałki kolorowej bielizny, błyszczące bluzki. W oczach błyszczy pożądanie, dłonie łakomie obmacują kawałki materiału, usta mamroczą cyfry. Czasem dyskusja odbywa się na migi, a wszystko ostrożnie i po cichu. W drzwiach ukazuje się portier i na chwilę wszyscy znikają. Pojawiają się znowu. Towary znikają w kieszeniach, torbach, koszykach. Ktoś dotyka rękawa mojego płaszcza. Kobieta o bladych zaciśniętych wargach jest równie bezbarwna jak i wszyscy, odróżnia się tylko tym, że zamiast chustki ma na głowie beret.
– Nie ma pani czegoś do sprzedania? – pyta po polsku.
– Nie. Nie mam. – odpowiadam szorstko.
– A może się jednak coś znajdzie – nalega kobieta.
– Nie wożę niczego na sprzedaż – wyjaśniam – bo nie chcę ryzykować.
– Nie chce pani ryzykować – mówi z żalem kobieta – a my tu czekamy jak na zbawienie na każdą wycieczkę, że może coś będzie do kupienia. Tutaj, proszę pani, jakbyśmy nie ryzykowali tobyśmy w ogóle nie żyli. Może się znajdzie jakiś sweterek. Strasznie jest mi potrzebny sweter. – szepcze błagalnie kobieta.
– Może pani wejdzie ze mną do hotelu – proponuję – może coś dla pani znajdę.
Kobieta cofa się jakby z przestrachem i mówi:
– Nie proszę pani. Nam nie wolno wchodzić do hotelu dla zagranicznych gości.
Przypominam sobie przechwałki wczorajszego gościa.
– Niech pani czegoś poszuka. Ja tu poczekam.
W pokoju hotelowym przerzucam zawartość walizki. Bez swetra mogę się na razie obejść. Wyciągam jeszcze parę rzeczy, które nie są mi bardzo potrzebne i wracam przed hotel. Nie widzę nikogo. Kobieta wyłania się z jakiegoś zakamarka ulicy, przechodzi koło mnie i mijając mnie mówi:
– Niech pani idzie za mną.
Wchodzimy do bramy. Wszystko znika w torbie, którą kobieta wyciąga spod płaszcza. Podaje mi pieniądze. Waham się chwilę z ich przyjęciem. Kobieta stoi jeszcze chwilę a potem mówi:
– Jest tu taka jedna kobieta, bardzo chciałaby się z kimś z Polski zobaczyć. Może pani pójść za mną?
– Teraz nie mogę. Ale może po południu? O czwartej?
– Dobrze. Będę na panią czekała tutaj.
Jakżeż ja poznam tę kobietę? Nie ma w niej niczego co mogłabym zapamiętać. Ale kiedy o czwartej wychodzę z hotelu, ona zjawia się, jakby tuż koło mnie wyrosła z ziemi.
– Jest nas tu trochę Polaków – mówi – zostaliśmy żeby pilnować schedy. Może doczekamy lepszych czasów. Ta kobieta, do której idziemy, to zakonnica. Jest ich tu trochę. Klasztory są pozamykane, mieszkają więc w prywatnych mieszkaniach. Nie za długo w jednym miejscu żeby nie zwracać na siebie uwagi. Może się ktoś zainteresować co to za jedna i dlaczego żyje bezżennie. Ona mieszka u siostrzeńca. A z tym siostrzeńcem to tak było, że on jest dentystą. Ostatnio chodzą po dentystach i robią rewizję. Szukają złota. Bo dentyści używają złota do naprawiania zębów a „oni” twierdzą, że dentyści handlują i dorabiają się na tym złocie majątków. Jak znajdą złoto to konfiskują a ludzi zabierają do więzienia. Ten siostrzeniec to niczego w domu nie miał. Uważa, że wystarczy jak przechowuje u siebie ciotkę zakonnicę. Kiedy jednak usłyszał którejś nocy, że stróż otwiera bramę wyszedł na schody i jak zobaczył mundurowych, niewiele myśląc skoczył z trzeciego piętra. Nie zabił się, tylko połamał sobie ręce i nogi. Takiego go zabrali. Jak przyjdziemy, to proszę nie wspominać, że pani coś wie.
Kobieta w średnim wieku siedzi przy stole nakrytym zieloną pluszową serwetą z frędzlami. Pracowicie plecie z frędzli warkocze i z powrotem je rozsupłuje, ze skupioną twarzą. Ma suknię z szarego harcerskiego płótna i na głowie czarny czepeczek. Szara urszulanka.
– W tym stroju – mówi – to się nie mogę na ulicy pokazać. Drzwi jak otwieram, to coś na siebie narzucam. Mógłby ktoś donieść. Wzięli by mnie, a pani wie, człowiek boi się własnej słabości. Mogłabym powiedzieć coś niepotrzebnego i komuś wyrządzić krzywdę. Ale ja nie po to chciałam panią zobaczyć. Mamy taką prośbę, żeby ci co tutaj przyjeżdżają przywozili biblie. Byle przywieźli. Reszta to nasze zmartwienie. Pieniądze mamy. Przez Lwów ludzie jadą dalej to dolary im się przydadzą. A nam tu dolary na nic nie potrzebne. Nic się za to nie kupi.
Milczy chwilę a potem pyta:
– A pani wie co było z moim siostrzeńcem?
– Tak, wiem – mówię.
Kobieta jakby nie zwróciła uwagi na moje potwierdzenie, mówi dalej:
– Podobno jest w więziennym szpitalu. Nawet jak przeżyje, to się już nigdy nie zobaczymy.
Urywa i dodaje:
– Bardzo pani dziękuję, że pani przyszła. Tak bardzo chciałam zobaczyć kogoś z Polski. A ja będę musiała stąd przenieść się gdzie indziej. Na pewno mieszkanie też skonfiskują.
Teraz widzę, że drżą jej ręce, chociaż twarz ma spokojną. Drżącymi palcami rysuje na moim czole przy pożegnaniu krzyżyk. Schody kręcą się jak potężna spirala. W dole prześwituje ułożona z żółtych płytek posadzka. Nie ma na niej żadnych śladów. W ciszy głucho rozbrzmiewają nasze kroki. Przeciągle skrzypiąc zamyka się za nami czarna brama.
___________________

1. Autorka opisuje swój pobyt we Lwowie w r. 1960.
2. Chodzi zapewne o kościół św. Anny przy ul. Gródeckiej. Ostatnio zamieniono go na cerkiew.