Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Jadwiga Ciechanowska, WSPOMNIENIA NAFTOWCA (2)

Dokończenie z CL 3/07

Mieszkanie nasze, położone przy ul. Nabielaka 55 (w domu profesorów Politechniki Lwowskiej), również było w zasięgu sieci gazu ziemnego. Dlatego w zimie 1940 czy 1941 roku inż. Bourdon dopomógł mi – jako pracownikowi „Ukrgazu” – w uzyskaniu zezwolenia na zainstalowanie odpowiednich palników pod kuchnią z blatem żelaznym, dotychczas opalaną węglem, i w piecu do etażowego centralnego ogrzewania, doty­chczas opalanym koksem. Co to znaczyło podczas ciężkich zim, może ocenić tylko ten, kto te ciężkie zimy musiał przeżyć. Zezwoleń na instalowanie urzą­dzeń na gaz ziemny udzielał inż. Wiśniewski. Jego prawą ręką był inż. Bourdon. Często kontaktowali się oni z dyrektorem Gazowni Miejskiej inż. Piwońskim, z racji powiązań i współpracy tych dwóch instytucji. Do większych robót zamierzonych i czę­ściowo wykonanych w latach 1940–1941 należało poprowadzenie – jak to określano – 10-diumowego (10”) gazociągu z Daszawy do Kijowa. Była to po­ważna inwestycja. Tak dalekosiężnego gazociągu w byłej „Gazolinie” dotychczas nie budowano (naj­dłuższy Daszawa–Lwów wynosił 82 km).

Po okresie reorganizacji, gdy funkcja moja brzmiała „maszynistka” z pensją 300 rubli miesięcznie, zosta­łam przydzielona do Działu Technicznego. Mój tytuł służbowy zmienił się na „sekretarkę” z pensją 350 rubli. W hie­rarchii służbowej był to trzeci stopień w tabeli pra­cowników umysłowych, po telefonistce i maszynistce z najniższą pensją 250 rubli. Rosjanka, tow. Baryszewa, planistka, miała pensję 600 rubli, inż. Wiś­niewski – Polak, jako naczelnik Działu Technicznego – 900 rubli, a Rosjanin tow. Gr., naczelnik planowania – 1100 rubli. Gdy przez miesiąc zastępowałam urlopo­waną bibliotekarkę Jadwigę Schwarz, dostałam pen­sję w wysokości wykonywanej zastępczo funkcji, tj. 400 rubli. Zasada wyższej pensji w przypadku zastępowania kogoś z wyższymi poborami była ściśle przestrzegana. Księgowe miały pensję 500 rubli.
Jadwiga Ciechanowska wśród swej polsko-angielsko-
Moja rola ograniczała się do prowadzenia ewidencji godzin przepracowanych przez robotników zatrudnio­nych w oddziale lwowskim, ze ścisłym zarachowaniem godzin nadliczbowych, pierwszych dwóch opłacanych z 50-procentowym dodatkiem, dalszych ze 100-procentowym. Wraz z nauką języka rosyjskiego opano­wałam pisanie na rosyjskiej maszynie, w czym na­brałam dużej wprawy i pisałam wszelkie pisma zle­cone mi przez moich szefów. Na wszystkich biurkach pojawiły się tzw. „szczoty”, bardzo użyteczne i proste w obsłudze liczydła.
Zjawił się nowy dyrektor, Samojłowicz, wyglądający na Ormianina, za którym po pewnym czasie przyje­chała żona, również zatrudniona w „Ukrgazie”. W cią­gu zimy przyszedł też specjalista od spraw finanso­wych, niejaki Krassowski (?), o którym w kilka miesię­cy później rozniosła się wieść, że popełnił samobój­stwo po dokonaniu jakichś nadużyć. W dziale finan­sowym pracował przyjęty już po wrześniu Polak Ambroziewicz.
Polacy trzymali się razem. Przyjaźniłam się z Basią Zdanowską, a naszymi najbliższymi kolegami byli technicy: nowo przyjęty Ludwik Lipiński, były student chemii, Julian Lenieć, b. słuchacz Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, oraz Jan Perkowski, b. słuchacz Politechniki Lwowskiej. Zostali zatrudnieni przy obliczaniu zużycia gazu ziemnego z tarcz ze­garowych, Ludwik L. dopiero od czasów „Ukrgazu”, a pozostali dwaj byli zdaje się uprzednio stypendy­stami inż. Wieleżyńskiego. Jan Perkowski po wojnie w 1946 r. uzyskał dyplom na Politechnice Śląskiej w Gliwicach z bardzo dobrym postępem. Ciekawym typem był Julek Lenieć, który przed otrzymaniem pracy w „Gazolinie” rok przebiedował na strychu w Krakowie jako student ASP, pragnąc poświęcić się rzeźbie. Warunki domowe zmusiły go do podjęcia pracy w „Gazolinie”. Po wojnie pojechał do Elbląga i tam założył czy też objął zakład kamieniarski, gdzie mógł dać upust swoim zamiłowaniom artystycznym. Przyjeżdżał czasem do Krakowa z córeczką, której chciał pokazać to zabytkowe miasto.
W dniu święta pracy „Ukrgaz” urządził zabawę z popisami artystycznymi i tańcami. Jak wszystkie tego rodzaju uroczystości i ta była „dobrowolnie przymusowa”. Nie pamiętam, czy tego typu imprezy powtarzały się częściej, czy też po prostu nigdy więcej na nich nie byłam. Nie były to czasy do zabaw.

W lutym 1940 r. zaczęły się masowe wywózki Polaków według pewnego schematu. Wywożono ro­dziny wojskowych, sędziów, leśników, osoby piastu­jące ważniejsze funkcje w administracji państwowej. Niektórzy ukrywali się lub starali się zatrzeć swój poprzedni status. Na przykład ojciec Ludwika L., były starosta, zaangażował się jako nocny stróż w „Ukrgazie”. Wywożono również tzw. „bieżeńców”, tj. ucie­kinierów w 1939 r. z zachodniej i centralnej Polski, którym nie udało się wrócić przed ustaleniem nowych granic. Na ten powrót trwały rejestracje w Przemyślu, gdzie ludzie czekali miesiącami w bardzo ciężkich warunkach. Szczęśliwcy, którym udało się dostać przepustki, ­przekraczali most na Sanie i przechodzili do ówczesnego Generalgouvernement. Cokolwiek ich tam czekało, wracali do rodzin i do swoich miejsc. Tych wywózek było kilka. Gdy w lutym 1941 r. po kolejnej wywózce i niespokojnej nocy spiesznie szłam do pracy ubrana w najcieplejsze, co miałam, czyli buty i spodnie narciarskie, gdyż był wielki mróz, wszyscy napotkani mieli łzy w oczach; nieomal z każ­dego domu kogoś wywieźli. Czasem zlitowali się nad kimś, tak jak nad babką mojej koleżanki z AHZ, Marysi Mossor, znanej mi również z harcerstwa. Marysia wraz z siostrą zostały wywiezione, matkę przedtem aresztowano. Ich przestępstwem było to, że ojciec Marysi był zawodowym oficerem wyższej rangi, czterej bracia wyruszyli zaś z wojskiem w roku 1939. Odwiedziłam tę ponad 90 lat liczącą staruszkę przy ul. Murarskiej 51. Z całego mieszkania zajętego przez Rosjan zostawiono jej jeden mały pokój. Leżała siwiuteńka, bezsilna, na łóżku, a obok piętrzyły się pod sufit materace ze wszystkich łóżek całej rozbitej rodziny, przy czym los żadnego z jej członków nie był znany.
W nocy z 13 na 14 lutego 1941 r. brat mój Artur został aresztowany za konspirację. W więzieniu ukoń­czył 21. rok życia. Rozprawa grupy liczącej 26 osób, w której było 6 młodocianych, odbyła się 12 i 13 czerwca tegoż roku. Obrońcą brata z urzędu był adwokat Rudnicki. Brat otrzymał wyrok śmierci (10 lat więzienia, powiedział adwokat, zapewne widząc roz­pacz Ojca), podobnie jak 9 innych osób z tej grupy. 18 czerwca podaliśmy ostatnią paczkę, do której pozwolono włożyć ciepłe skarpety z włóczki kupionej ­przeze mnie na początku wojny. Po tym dniu ślad po moim bracie zaginął, jak po wszystkich 26 osobach z tej grupy – o nikim nie udało się uzyskać żadnych wiadomości mimo wytrwałych poszukiwań*.
Na wiosnę 1941 r. odbył się normalny coroczny w ZSSR pobór mężczyzn do wojska. Tym razem zostali nim objęci również młodzi Polacy z części ziem polskich włączonych do ZSSR. Jednym ze sposobów, nie wiem, czy skutecznym, aby się przed tym uchronić, było picie nafty dla wywołania stanów podgorączkowych. W naszym dziale do poboru stanął Ludwik L., jednak udało mu się uzyskać to, że uznano go za niezdolnego do służby wojskowej.
21 czerwca wieczorem byłam z ojcem na koncercie byłego laureata przedwojennego Konkursu Chopino­wskiego, Rosjanina Oborina. Koncert odbywał się na wolnym powietrzu w Parku Stryjskim, gdzie pod muszlą koncertową ustawiono fortepian. Wieczór był przepiękny. Wracaliśmy około 22.00, obserwując roz­gwieżdżone niebo i komentując grę artysty. Na tego rodzaju imprezach nie czuliśmy się swobodnie, zresztą była to chyba jedyna impreza, na której byliśmy.

Po tym pięknym wieczorze nagle wyrwały nas ze snu odgłosy padających bomb. Wybiegłam na balkon. W poświacie ledwie widniejącego ranka widać było nad Skniłowem, lotniskiem lwowskim, sylwety ciężkich bombowców. Odgłosy padających bomb nie były nam obce – wiedzieliśmy, że znowu jesteśmy w kręgu wojny. Jakiś sowiecki żołnierz, spędzający noc z dziewczyną na trawie nieogrodzonej parceli obok naszego domu, zerwał się błyskawicznie i pobiegł do swej jednostki, podobnie jak inni kwaterujący na naszej i sąsiednich ulicach, którzy w biegu dopinali spodnie i pasy. Było to 22 czerwca 1941 r.
Rano zgłosiłam się do pracy. Jako siostrze Czer­wonego Krzyża, mającej przeszkolenie przeciwpoża­rowe, polecono mi pełnić w „Ukrgazie” dyżury po pracy, na noc mogłam wrócić do domu. Miejscem moich dyżurów był Czerwonyj Kutok (Czerwony Ką­cik), coś w rodzaju świetlicy na pierwszym piętrze „Ukrgazu”. Okna z jednej strony wychodziły na ul. Łąc­kiego, a z drugiej na gmach dawnej policji, zajęty potem przez NKWD, i na podwórze więzienne od­dzielone od ulicy wysokim 3-metrowym parkanem. W gmachu tym, od tyłu, gdyż front był od ul. Leona Sa­piehy 1, była ­brama od podwórza prowadząca do wydzielonej części, ogrodzonej od ulicy jeszcze wyższym, może 5‑metrowym płotem. Na tę wydzieloną część podwórza zajeżdżały kryte samochody z więźniami, które od tyłu wpuszczano do tego gma­chu. Tak było od chwili przejęcia gmachu przez NKWD we wrześniu 1939 r.
We Lwowie stan wojenny spowodowany napaścią hitlerowską utrzymywał się przez tydzień od 22 do 29 czerwca 1941 r. Jak mówiono, Rosjanie przy­gotowywali kolejną wielką wywózkę ludności ze Lwo­wa i 3 tysiące ciężarówek czekało na przedmieściach. To ułatwiło Rosjanom natychmiastowy masowy wyjazd ze Lwowa. Otwarte ciężarówki załadowane ludźmi i wszelkiego rodzaju dobrami pędziły ulicą Sapiehy pod oknami „Ukrgazu” tam i z powrotem.
We wtorek rano przyszłam normalnie do pracy. Nasz dział miał okna wychodzące na ul. Łąckiego i z trzeciego piętra widać było od rana wojskowych sowieckich kopiących dół w części podwórza otoczonej tym bardzo wysokim ogrodzeniem. Wszyscy byli w ran­gach oficerów i gdy zauważyli, że patrzymy z góry, zaczęli nam wygrażać. Po południu z okna na ul. Łąc­kiego widziałam, jak grupa Rosjan z „Ukrgazu” w po­płochu usiłowała zająć miejsca w sportowym, odkrytym samochodzie jednego z byłych dyrektorów „Gazoliny”, do którego mogło wsiąść jedynie 4–5 osób, podczas gdy chętnych było dwa razy więcej. Ostatecznie pod­stawiono jakiś wóz ciężarowy i wszyscy wyjechali.
W środę rano patrząc z okien „Ukrgazu” stwier­dziłam, że ów dół wykopany poprzedniego dnia został zasypany. We czwartek po południu, kiedy Lwów bombardowany był przez Niemców lekkimi bombami, na ulicach tu i ówdzie pojawiły się grupki Niemców. Moje dyżury automatycznie się skończyły. Biegnąc prawie cały czas pod bombami z ul. Nabielaka dostałam się na ul. Kazimierzowską do Brygidek, więzienia, gdzie ostatnio przebywał mój brat. Bramy więzienia były otwarte, a więzienie opustoszałe, tu i ówdzie leżały porzucone rzeczy. Zeszłam powoli do piwnicy, skąd dolatywał potworny odór. W jednym z korytarzy niedaleko zejścia na wysokości ramienia ujrzałam okrągły otwór średnicy około 1,5 m, przez który widać było złożone jedne na drugich ciała pomordowanych więźniów. Na wierzchu zauważyłam zwłoki młodej dziewczyny, pewnie niedługo przeby­wającej w więzieniu, bo jaśniały białe skarpetki na nogach i biała bluzka. Wiele zobaczyć się nie dało, gdyż światło było słabe i trudno było oddychać. Wstrząśnięta i przerażona pobiegłam do domu.
Po opustoszałym gmachu NKWD obok „Ukrgazu” krążyli ludzie szukając swoich. W celach leżały po­zostawione ciała nieszczęsnych pomordowanych, do których – jak stwierdzono – strzelano przez „judasze”. Tam już nie wchodziłam.
W piątek i sobotę wieże kościołów lwowskich, m.in. kościoła Marii Magdaleny znajdującego się nie­daleko biura, zostały ostrzelane przez Niemców, którzy obawiali się umieszczonych tam rzekomo sowieckich karabinów maszynowych. Po południu byłam w domu przy ul. Nabielaka. Tylne okna wychodziły na ogrody i znajdowały się naprzeciw Wzgórz Wuleckich, dołem wiodła droga Wulecka. W pewnej chwili usłyszałam warkot motoru. Podeszłam do okna. Mo­tocykl prowadził żołnierz niemiecki, a drugi z przy­czepy ostrzeliwał z karabinu maszynowego domy stojące w górze. Dwie kule wpadły do naszego mieszkania. Jedna, przebiwszy szyby i ściankę dzia­łową, wpadła do drugiego pokoju i utkwiła w zegarze, w którym schowana była fotografia Artura, a druga utkwiła w fortepianie. Oboje z młodszym bratem popatrzyliśmy na siebie – chyba mieliśmy szczęście.
W niedzielę wiadomo było, że wojska radzieckie opuściły Lwów. Z ojcem udałam się rano do kościoła Marii Magdaleny. Po drodze na skarpie prowadzącej do kościoła spotkaliśmy jakąś kobietę. Okazało się, że ojciec ją znał. Spotykał ją dostarczając paczki dla mego brata i przy innych okazjach, gdyż jej syn również był więziony. Powiedziałam jej, że widziałam, jak kopali dół na podwórzu więziennym we wtorek rano. Pokiwała głową: – Paaani! Całą noc z wtorku na środę z więzienia i podwórza było słychać strzały, a także jęki i prośby „dobijcie nas”. Wiadome się stało, co zawierał ten przykryty świeżą ziemią dół. Po Lwowie rozniosła się okrutna wieść: Nasi po­mordowani!
W poniedziałek 30 czerwca zjawiliśmy się w biurze i czekaliśmy, jaki będzie nasz los. W tym dniu odbył się uroczysty wjazd zmotoryzowanych wojsk hitlero­wskich, który oglądaliśmy z okien „Ukrgazu” od ul. Leo­na Sapiehy. Patrzyliśmy ze zdumieniem, jak w kamienicy obok na balkonie żydowskie rodziny klęcząc (!) kwiatami witały tym razem Niemców. A przecież wiadomo było, jaka była polityka Hitlera. Czy mogli się jeszcze łudzić? Uratowali się ci, którzy zostali wywiezieni przez So­wietów jako bieżeńcy z zachodu (m.in. Drobner z Kra­kowa, wywieziony początkowo za krąg polarny, a potem odszukany i wezwany do Moskwy, kiedy tworzono Związek Patriotów Polskich), lub ci, których w ramach poboru wzięto do wojska, a zdołali przeżyć.
Dział Techniczny ciągle był na straży, gdyż sieć gazu ziemnego stale musiała być pod kontrolą. W biurze zjawił się Niemiec mający pełnić funkcję dyrektora. Gmach siedziby NKWD zajęło Gestapo. Przez sąsie­dztwo staliśmy się świadkami dalszych makabrycznych scen. Gestapowscy ściągali Żydów, którzy zapędzani byli do odkopywania tego zasypanego dołu i wyciągania rozkładających się ciał. Był lipiec, upał. Powietrze prze­sycone było znanym mi już okropnym odorem. Całe podwórze więzienia zostało zryte i okazało się jednym wielkim grobem. Ciała pomordowanych układano w rzę­dach, a rodziny przychodziły rozpoznać swych bliskich. Ojciec mój z bratem Kazimierzem i serdecznym kolegą Artura, Tadeuszem Muellerem, też tam chodzili. Ja już nie poszłam.
W nocy z 3 na 4 lipca 1941 r. zbudził nas bliski strzał. Zerwaliśmy się i patrzyliśmy ukradkiem z okien wychodzących na ogród. Do sąsiadującego z nami z lewej strony parterowego domu profesora Polite­chniki Lwowskiej Romana Witkiewicza dobijali się Niemcy. Profesor wyszedł, aby im otworzyć, a z nim wybiegł pies, którego Niemcy zastrzelili. To był ten strzał, który nas zbudził. Profesor Witkiewicz został aresztowany i wyprowadzony. Potem Niemcy weszli do naszego domu. Na parterze mieszkał profesor Politechniki Włodzimierz Stożek. Wyprowadzili go wraz z dwoma synami, Emanuelem i Eustachym. Ojciec mój spał z drugiej strony mieszkania, od ulicy, i nie słyszał strzału, który nas zbudził. Przeżyłam długie minuty trwogi. Niemcy ominęli nasze miesz­kanie. O drugiej w nocy znowu zasnęliśmy zmęczeni przeżytym wstrząsem. W niespełna dwie godziny później ponownie wyrwały nas ze snu salwy kara­binów. Rzuciliśmy się do okien. Ledwo świtało. Z dala, na zboczu tzw. Wulki, w odległości pół kilometra zobaczyliśmy pięć osób ustawionych szeregiem tyłem do nas, a za nimi pluton żołnierzy w mundurach niemieckich. Rozległa się salwa i wszyscy padli twarzą w dół, prawdopodobnie do wykopanego uprzednio dołu. Następnych pięciu – z daleka roz­poznaję Mulka (Emanuela) Stożka, miał marynarkę koloru tabaczkowego. Po salwie nie pada, tylko nadal stoi wyprostowany. Po drugim strzale pada twarzą w przód jak inni. Sparaliżowana patrzę – następni i następni. W końcu trzech mężczyzn – jeden w pła­szczu, z postawy rozpoznaję profesora Stożka. Na końcu żołnierz prowadzi słaniającą się kobietę – i ona pada. Potem oprawcy podchodzą do brzegu dołu, wrzucają porzucone czapki czy kapelusze i od­dają pojedyncze strzały w dół. Przysypują to miejsce ziemią i odchodzą. Doczekaliśmy do rana. Ojciec dowiaduje się od nas, co zaszło. Milczy i wychodzi.
Jak się później okazało, tej nocy Niemcy areszto­wali 37 profesorów, w tym 7 profesorów Politechniki. Byli wśród nich: prorektor Politechniki prof. Włodzi­mierz Krukowski, były premier prof. Kazimierz Bartel, matematycy prof. Antoni Łomnicki i prof. Włodzimierz Stożek, prof. Stanisław Piłat, technolog ropy naftowej, prof. Kacper Weigel, miernik, prof. Roman Witkiewicz, pomiary maszynowe. Kobieta, która – jak mi się zdawało – słaniała się, była utykającą na nogę żoną znanego chirurga prof. Greka, Maria z domu Pareńska, szwagierka Boya-Żeleńskiego. Zginęli wtedy tak­że Boy-Żeleński (żonaty z Zofią z Pareńskich), prof. Longchamps z trzema synami, prof. Progulski z synem i inni uczeni.

Niewiele pamiętam, co się działo w pracy w tych makabrycznych dniach i nocach. W biurze pracował dr Potok, prawnik, Żyd, przyjęty jeszcze do „Ukrgazu”. Władający dobrze językiem rosyjskim chętnie pomagał nam w pisaniu życiorysów, które za każdym razem musiały być identyczne, gdyż jakakolwiek zmiana nasuwała natychmiast podejrzenia „Specotdiełu”. Sie­dział teraz zmaltretowany i usiłował załatwiać jakieś pisma. Pewnego dnia przyszedł już z białą opaską z sześcioramienną gwiazdą na ramieniu, które Niemcy kazali nosić wszystkim Żydom w mieście, i znikł po jakimś czasie.
Dyrektorem biura został Niemiec, dr Siegfried Hinz. Sprawował on swe rządy wraz z dyr. Stolzem. Obaj mieli w klapach Hackenkreuze, co oznaczało ich przynależność do partii. „Ukrgaz” został przemia­nowany na „Karpathen Oel GmbH”. Większość pracowników „Ukrgazu” dostała wypowiedzenie, a ci, którzy pozostali, głównie z eksploatacji, wkrótce zostali przeniesieni na pl. Mariacki 8 do tzw. kamienicy Sprechera, wielopiętrowego gmachu zajętego na biura naftowe. Niebawem nazwa została zmieniona na „Beskiden Erdöl Gewinnungsgesellschaft m.b.H.”, przy czym nasze biura oddziału gazowego we Lwowie podlegały Stryjowi (Betriebsinspektion Stryj, Gasab-teilung Lemberg). Cały nasz dział mieścił się w kilku obszernych pokojach po dawnym „Polminie”. Kierow­nikiem Działu Technicznego zawiadującego gazem pozostał inż. Wiśniewski, a personel naszego działu nie uległ dużym zmianom. Natomiast „Beskiden Erdöl” stało się już dużą firmą o wielu działach. Nieco dwuznaczną rolę odgrywała tam moja koleżanka z pierwszych lat gimnazjalnych. Chodziła doskonale ubrana i patrzyła na nas z góry. Nie zgolono jej włosów, zniknęła jednak z naszego horyzontu po pewnej nieprzyjemnej konfrontacji.

Praca trwała od godziny 8 do 17 z godzinną przerwą na obiad. Biura przy pl. Mariackim oddalone były od naszego mieszkania o około 20 minut drogi. W przerwie biegłam do domu, podawałam więcej niż skromny obiad, przygotowany poprzedniego dnia wie­czorem, i pędziłam z powrotem. Raz spóźniłam się rano kilka minut i zostałam w niezwykle ostry sposób napomniana przez będącego właśnie we Lwowie dyr. Hinza. Wieczorami starałam się o jakąś żywność i załatwiałam wszystkie sprawy związane z prowa­dzeniem gospodarstwa.
Były to czasy głodu. Na skutek agresji Niemiec hitlerowskich na ZSRR wczesnym latem 1941 nie zebrano plonów z pól utworzonych przez władze radzieckie kołchozów, a nowi władcy nie zadbali o należyte zagospodarowanie zagarniętych ziem, tak że lato i wiosna 1942 r. były dla Polaków bardzo ciężkie. Niemcy przysyłali do tych majątków zarząd­ców państwowych (Treuhaendlerów) względnie wy­znaczali na te stanowiska fachowców Polaków. Zo­bowiązani oni byli do odstawiania wszystkich ziemio­płodów rolnych i bydła, a dostawali odciągnięte mleko, trochę ziemniaków i zboża. Miałam okazję to widzieć, gdy jeździliśmy z siostrą Basi Zd., Zosią i kolegami do majątku Ostrów Tuligłowski k. Komarna, gdzie właśnie takie gospodarstwo prowadził brat Basi Woj­ciech z pomocą matki i Basi. Tam też zbierała się konspirująca młodzież.
Pensje wszystkich Polaków byty „zgleichszaltowane”. Otrzymywałam 180 zł i flaszkę wódki lub spi­rytusu, za co kupowałam masło na tzw. placu ży­dowskim. Kiedyś kupiłam osełkę masła, zdawało mi się świeżego, ale zaledwie uszłam parę kroków, osełka zaczęła się gwałtownie kurczyć i topnieć. Z trudem odszukałam chłopa w pół-huculskim stroju, który to oszukane masło sprzedał i który widząc moją rozpacz zwrócił mi pieniądze. Żydzi zatrudniani w „Beskiden Erdöl” głodowali jeszcze bardziej. Prosili, aby kupić im marmolady lub coś do jedzenia, obie­cując, że dobrze zapłacą, ale nie było skąd wziąć. Byli jednak tacy, którzy na tym robili interesy. Sama po wojnie spotkałam we Wrocławiu koleżankę z gi­mnazjum, Wandę L., która na wystawie Ziem Odzy­skanych w 1948 r. była szatniarką. Powiedziała: Nie było to jak za Niemców, sprzedawało się Żydom chleb i było dobrze. Wysłuchałam tego z zażeno­waniem. Przez jakiś czas Żydzi przychodzili do pracy z tymi białymi opaskami na ramieniu. Między innymi dość długo utrzymali się jako tłumacze dr Hager i jego rzekoma kuzynka, piękna pani Suchestow, która uchodziła za jego żonę, a w rzeczywistości była żoną Radziwiłła „Rudego”. l oni jednak po pewnym czasie zniknęli.

W biurze miałam niewiele pracy. Załatwiałam ko­respondencję, tym razem w języku niemieckim, ciągle na stanowisku sekretarki. Mimo luzów nie można było wyjść, aby cokolwiek załatwić.
Z końcem września lub z początkiem października 1942 r. Niemcy kazali nam w ciągu dwóch tygodni opuścić mieszkanie przy ul. Nabielaka. Była to dziel­nica zarezerwowana dla Niemców. Całymi dniami, rano sam ojciec, a później razem szukaliśmy możli­wego pomieszczenia w dzielnicy pożydowskiej, w dawnym getcie. Mieszkania, które oglądaliśmy, byty w okropnym stanie, zapluskwione, z podłogami zasłanymi czarną warstwą karaluchów. W końcu upa­trzyliśmy sobie mieszkanie przy ul. Janowskiej 8. Kamienica ta słynna była z lwowskiej piosenki Tam na rogu na Janowskiej, przy ulicy Kleparowskiej, tam jest fajne urządzenie, elektryczne oświetlenie, opiewającej knajpę na parterze tego domu z wejściem od na­rożnika. Było to również mieszkanie pożydowskie, ogołocone ze wszystkiego, ze wszystkimi szybami w oknach porozbijanymi, fruwającym w powietrzu pierzem i pluskwami w ścianach. Musieliśmy otrzymać normalny przydział z tzw. Wohnungsamtu (urząd kwaterunkowy), w czym pomogła pracująca tam daw­na koleżanka z gimnazjum, Lidka Zbydniowska, która ten przydział „pchnęła”. Dzięki Boskiej Opatrzności i ludzkiej pomocy udało się nam doprowadzić mieszkanie do stanu używalności. Inżynier Bourdon ponownie mi pomógł, wydając szkło do oszklenia okien, jakiś zamek zabezpieczający mieszkanie i potrzebną armaturę łazienkową.
Był październik, szła zima. Tutaj nie było już gazu zie­mnego, a gaz miejski dochodził słabym strumieniem; Polakom światło i gaz wyłączano na kilka godzin wieczornych (od 17.00 do 19.00). Przeprowadzki dokonaliśmy na furmankach, nie wiem, skąd zdoby­tych przez ojca. Zamieszkaliśmy ponownie w zmniej­szonym gronie: ojciec, kilkunastoletni brat Henryk i ja; starszy żonaty brat zamieszkał oddzielnie.
Okrucieństwo Niemców rosło. Ulicą Janowską w górę przejeżdżały lory tramwajowe załadowane pokrwawionymi ciałami Żydów, które palono gdzieś dalej, na Cmentarzu Janowskim.
Warunki materialne stawały się coraz cięższe, a handlować nie potrafiłam. Do wynędzniałego Lwowa przyjeżdżali Polacy z innych części Generalgouvernement, głównie z Krakowa, gdyż komunikacja została przywrócona, i żerowali na tej części kraju wykupując za bezcen wartościowe przedmioty, jak aparaty foto­graficzne, biżuterię itp. od zbiedzonych i nie orien­tujących się w interesach rodaków.
Jadwiga Schwarz, dawna bibliotekarka „Ukrgazu”, teraz zatrudniona była w prywatnej polskiej firmie drzewnej, dającej lepsze pensje i warunki pracy. Zaproponowała mi przejście do tej firmy. Musiałam tylko uzyskać zezwolenie z „Beskiden Erdöl”, napi­sałam więc odpowiednie podanie, w którym naiwnie uzasadniałam moją prośbę obciążeniem obowiązkami domowymi i pogorszeniem warunków bytowych. Od­mówiono mi. Przeniesiono mnie natomiast do centrali telefonicznej obsługującej duży gmach Sprechera. Szefem moim został Niemiec, niejaki Heindl, dość ludzki, też Parteigenosse. Pochodził z Hamburga, gdzie została jego rodzina. Centrala telefoniczna była siemensowska o 100 gniazdach wtykowych i przełączaniu ręcznym zarówno rozmów wewnętrznych, jak i miejskich oraz między­miastowych przez 10 linii. Centrala była urządzona tak, że gdy przy łączeniu odchylało się dźwigienkę, zaczynał tykać zegar. Prowadzący rozmowę słyszał tykanie, co było dla niego znakiem, że telefonistka podsłuchuje. Po wywołaniu żądanego abonenta i do­konaniu połączenia należało więc natychmiast dźwigienkę zamknąć, aby nie być posądzonym o pod­słuchiwanie. Trwała wojna, przedsiębiorstwo naftowe odgrywało dużą rolę w machinie wojennej i Niemcy obawiali się polskiej konspiracji. Do ­centrali podłą­czone byty mieszkania w dzielnicy wyłączonej dla Niemców, m.in. naczelnego dyrektora Grossego i dy­rektora Maltza, mieszkających przy ul. Nabielaka.
Dyżury odbywały się na trzy zmiany przez całą dobę. Rano miały dyżur dwie Rumunki, ja dyżuro­wałam po południu z panią Stanisławą Martyniuk, która spolszczała sobie nazwisko na Martyniak, była primabaleriną Opery wileńskiej, osobą dość nieza­radną, jak wielu artystów. Pomagała jej matka, która w późniejszym okresie prowadziła dla Polaków sto­łówkę w „Beskiden Erdöl” przy pl. Mariackim 8. Do stołówki tej przychodzili Polacy, m.in. zatrudniony wówczas w tej firmie młodziutki Marian Załucki, późniejszy satyryk, z równie młodziutką uroczą żoną. Mówiono wówczas o nim, że jest zdolnym poetą.
Lwów w owym czasie był jakby przygaszony. Tylko niektóre kina były dostępne dla Polaków, na­turalnie te gorsze, zresztą na ogół do kina „nie chodziło się”, chociaż dla młodych była to jedyna rozrywka. O sportach nie było mowy, jedyne dostępne dla Polaków kąpielisko było na Zamarstynowie. Czas pracy nie pozwalał na wycieczki czy spacery. Teatr zwany szumnie „Opernhaus” dostępny był dla Nie­mców i Ukraińców. Koncertów było niewiele, a radia nie mieliśmy. Aparaty radiowe, podobnie jak i narty, należało oddać (spaliliśmy pięć par nart zrobionych przez mych braci). Konserwatorium lwowskie zostało zamknięte, a w jego miejsce utworzono ukraińską szkołę muzyczną bez polskich sił.
Tak jak innym Polakom przysługiwał mi tygodniowy urlop, który we wrześniu 1943 r. postanowiłam spędzić w Krakowie i odwiedzić moją rodzinę, której nie widziałam od 1939 r. Rodzina ojca pomagała nam przesyłając pocztą w kilowych woreczkach mąkę czy kaszę, o które we Lwowie było bardzo trudno, a ich ceny były wysokie. Któregoś dnia szłam na nocną zmianę. Byłam głodna. Kupiłam od napotkanej wieś­niaczki jakieś małe gruszki i łapczywie je zjadłam. Do rana byłam chora. Dostałam czerwonki, która wówczas panowała powszechnie, podobnie jak tyfus brzuszny. Z urlopu i wyjazdu nic nie wyszło. Po chorobie dla podreperowania budżetu zaczęłam robić na drutach. Pomogła mi w tym Marysia Fredrowa – znajomość, a potem przyjaźń wojenna; mąż jej był więziony w tej samej grupie co mój brat Artur.
Zimą 1943/1944 nastąpił przełom. Armia hitlero­wska cofała się. Wcześniej, w pierwszych miesiącach 1944 r., wyjechały rodziny Niemców zatrudnionych we Lwowie. Czuliśmy, że nadchodzi zmiana.
W nocy z 28 na 29 marca miałam nocny dyżur. Około pierwszej w nocy odezwała się centrala. Włą­czyłam przewód – jakiś Niemiec prosił o połączenie z dyrektorem generalnym Grossem. Nastrój widomej klęski sprawił, że postanowiłam podsłuchać rozmowę. Niemiec dzwonił z Nadwórnej, usilnie prosząc dyre­ktora Grossego, aby ten wstawił się za nim do jakiegoś generała, którego nazwisko podał, i wyjednał mu oraz jego koledze pozwolenie na wyjazd z Na­dwórnej, gdzie pozostali sami na rozkaz wycofującej się jednostki. Wobec zbliżania się wojsk radzieckich pozostanie w Nadwórnej oznaczało śmierć. Grosse odmówił. Zaległa cisza przerywana tykaniem zegara. Wyłączyłam połączenie. Konsekwencji żadnych za podsłuchiwanie nie poniosłam. Być może nawet tego nie zauważono.
30 marca zdemontowano centralę telefoniczną. Sytuacja była jasna. Niemcy byli w defensywie. Pro­ponowano nam przeniesienie i wyjazd do Gorlic lub Glinika Mariampolskiego, ale nie zgodziłam się. W kwietniu wypłacono nam pobory, ale zwolniono z obowiązku przychodzenia do pracy, należało jedy­nie co jakiś czas zgłaszać się w biurze.
Klęska Niemiec była widoczna. Armia radziecka rozpoczęła bombardowanie. Równocześnie zaczęły nas dochodzić mrożące krew w żyłach wiadomości. Były kierowca „Gazoliny” Pawłowski został zamordo­wany przez Ukraińców. Podobnie ks. Kwiatkowski, byty katecheta mego brata Artura, wróciwszy do domu, zastał zamordowanych swoich starych rodzi­ców. Mówiono, że Ukraińcy w ten bestialski sposób zabezpieczają sobie polskie ausweisy, lub też były to po prostu mordy na Polakach dokonywane z pre­medytacją. Polacy osiadli w wioskach z mieszaną ludnością polsko-ukraińską byli masowo mordowani, a kto mógł, ratował się ucieczką do miasta, zosta­wiając swój dobytek. W Buszczu k. Brzeżan na oczach swojej żony leżącej w połogu zamordowany został lekarz Jan Załuczkowski. Jego żona, Celina z domu Knaus, była naszą koleżanką z „Gazoliny”. Taki sam los spotkał naszego kolegę Juliana Korejbę, pełniącego służbę przy stacji gazowej k. Mikołajowa. Osierocił żonę i synka.
Od 1 kwietnia rozpoczęty się naloty, które trwały bez przerwy przez cały kwiecień i maj; nasze mie­szkanie znajdowało się w pobliżu koszar przy ul. Gró­deckiej, bomby padały tuż obok. Postanowiliśmy wy­jechać ze Lwowa, stało się to w dzień Zielonych Świąt 26 maja 1944 r. Wyjeżdżaliśmy z kilkoma walizkami z bombardowanego i nękanego innymi do­pustami miasta; ojciec – w przeświadczeniu, że to na kilka miesięcy, a ja – żegnając je na zawsze. W czerwcu w Krakowie zaczęłam rozglądać się za nową pracą i na rok zaczepiłam się w byłej Izbie Rolniczej (wówczas Agraramcie). A po roku znów wróciłam do nafty, tym razem do Centrali Produktów Naftowych.
Z dawnymi kolegami i szefami miałam słaby kontakt. Wiem, że po wojnie inż. Bour­don osiedlił się w Dzier­żoniowie, gdzie pracował w którymś z tamtejszych zakładów i wzywał ojca na eksperta w sprawie dopro­wadzenia do nich wody. Inżynier Wiśniewski osiedlił się i do końca swych dni mieszkał we Wrocławiu, gdzie pracował w gazowni miejskiej w swej branży.
Tak więc po wojnie wyszłam z nabytą znajomością języka rosyjskiego i maszynopisania, a także z pew­nym obeznaniem w terminologii technicznej, co mi się później bardzo przydało.

* Po 52 latach otrzymałam wiadomość z Memoriału Lwowskiego, że Artur został rozstrzelany 26 czerwca 1941 r. w więzieniu nr 2 na ul. Zamarstynowskiej, co zostało potwierdzone pismem Prokuratury Lwowskiej.
Kraków, 1982 r.