Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Alfred Senze, Z TAMTYCH LAT, Z TAMTYCH DNI (4)

Wspomnienia z Akademii Medycyny Weterynaryjnej w okresie okupacji niemieckiej we Lwowie

Wojna trwa i zmienia się jej oblicze, związane z klęską Niemców pod Stalingradem. Zmienia się także nowy dyrektor T. F. Odchodzi prof. Habersang, a miejsce jego zajmuje nieprzejed­nany polakożerca – dr Witte, przeniesiony wraz ze swoją sekretarką i jej synkiem – synem niezna­nego żołnierza z Opola. Czwórka moich współlokatorów, zawodowych podhalańczyków, coraz częściej wieczorem urzęduje z wojskowymi ma­pami, zalecając mi bezwzględną ostrożność. Kierowane są pod moim adresem prośby o do­starczenie bandaży. Nasze żony mają teraz peł­ne ręce roboty przy ich praniu i suszeniu. Zbliża­jący się front wzmaga terror ukraińskich band UPA. Palą się całe osiedla polskich osadników na Podolu. Rejony Podhajec, Trembowli i Tłustego należą do najbardziej zagrożonych. Wielu osadników jest mordowanych i palonych w swoich osiedlach, a wielu ucieka do centralnej Generalnej Guberni. Znajdują opiekę w dużych miastach i wsiach. Zaskakuje fakt, że nie chodzi tu tylko o same morderstwa, zwłoki pozbawiane są głównie dowodów osobistych. Także przy przeszukiwaniu mieszkań szuka się tego rodzaju dokumentów. Nasuwa się coraz bardziej podej­rzenie, że napastnicy działają wspólnie z armią radziecką. Terrorem chcą zmusić osadników do opuszczenia tych ziem, względnie polskie dowo­dy osobiste będą im w przyszłości potrzebne do stałego zamieszkania na Ziemiach Zachodnich lub do emigracji do Kanady czy USA.
Pomoc dła osadników ze strony Wehrmachtu jest z reguły spóźniona lub niedostateczna. Na­pastnicy szybko i niespodziewanie napadają i jeszcze szybciej uciekają. W takich warunkach zostaje zorganizowana pomoc przez AK. Do miejsc zagrożonych, na zmianę w czuwaniu i ochronie, wysyłani są z bronią w ręku żołnierze AK w towarzystwie wytrawnych zawodowych oficerów i przeszkolonych specjalistów. Wypra­wy takie określane są jako tzw. dorywcze lub przymusowe urlopy. Chodzi o otrzymanie za­świadczenia z miejsca pracy. Ułatwia ono szyb­kie dostanie się do zagrożonej miejscowości. Uczestnicy takich akcji niejednokrotnie wracają z okaleczeniami, a bywa że nie wracają z nich wcale.
W związku ze zbliżającym się frontem zmie­niają się nastroje wśród Ukraińców. Są wyraźnie przestraszeni. Również coraz bliżej Lwowa docierają bandy UPA. We Lwowie zamordowany zostaje młody profesor histologii z Wydziału Le­karskiego – prof. Jałowy. Natychmiast w rewan­żu wyrok śmierci otrzymuje ukraiński profesor interny – Pańczyszyn. U prof. Grzyckiego pra­wie każdego dnia gromadzą się ukraińscy asy­stenci. Pewnego dnia, prowadząc zajęcia klinicz­ne ze studentami w podwórzu Kliniki Położni­czej, spostrzegam wśród nich na szarym końcu prof. Grzyckiego. Sądząc, że wymieniony ma do mnie jakąś osobistą ważną sprawę, przepraszam studentów i przerywam ćwiczenia, prosząc prof. Grzyckiego na bok dla otrzymania od niego in­formacji dotyczącej celu wizyty. Z prawdziwym zdumieniem wyjaśnia, że przy tak szybkim zbli­żaniu się frontu sowieci niedługo dotrą do Lwo­wa. Wtedy albo zostanie zastrzelony jako nacjo­nalista ukraiński, albo zostanie zwolniony z pracy. Mając żonę i małe dziecko na utrzyma­niu, chce nabyć trochę wiadomości praktycz­nych potrzebnych w terenie. Wtedy tylko będzie mógł po odejściu z uczelni zabezpieczyć byt całej rodzinie. Uspokajam go zapewniając, że tak do­skonałym specjalistom absolutnie nic nie grozi, a jego udział w prowadzonych moich ćwicze­niach jest zawsze największym zaszczytem. Od­chodzi bez przekonania mówiąc: Nie uśmiecha mi się zupełnie los krakowskich i lwowskich pro­fesorów.
Zajęcia odbywają się wprawdzie normalnie, ale udział studentów staje się coraz mniejszy. W każdej grupie brakuje po 2–4 studentów. Tak­że sytuacja aprowizacyjna staje się coraz gorsza, a na czarnym rynku coraz trudniej o podstawo­we artykuły spożywcze. W związku z tym coraz częściej jesteśmy proszeni na pyszne rosoły i gu­lasze, przygotowywane przez doc. Źulińskiego i dr. Cisowskiego (Strońć) z materiałów dostarcza­nych do badań laboratoryjnych. O ile przy roz­poczęciu okupacji hitlerowskiej takie obiady do­mowe były tylko raz w tygodniu, to teraz jemy je co drugi dzień. Na stole pojawia się także wie­przowina. Przedtem były jedynie kury. Nikt z nas nie choruje, mimo że wszystko przyrządzane jest na oleju rycynowym z Zakładu Farmakologii lub oleju silnikowym kradzionym z parku Luftwaffe i sprzedawanym na czarnym rynku. Błogosławi­my więc strach Niemców, obawiających się o swoje życie nie ze strony działań wojennych, ale podejrzanych produktów spożywczych. To zwiększa także obszar działania w ramach pry­watnej praktyki przy usługach na rzecz niemiec­kich gospodarstw rolnych. Tzw. Liegenschafty zwracają się coraz częściej o pomoc do klinik. Biorę chętnie w tym udział, ponieważ honoraria za usługi opierają się zwykle na ziemniakach, kaszy, tłuszczu, wódce i papierosach. Tego typu zapłata jest korzystna przede wszystkim dla niemieckiego intendenta, ponieważ na konto hono­rarium kradnie on dwukrotnie więcej. Jedna z takich moich umów kończy się jednak tragicz­nie. O pomoc w sprawie zapaleń wymion u krów prosi dr Łukasz Czarnota, mający opiekę nad oborą wojskową pod Winnikami. Godzę się chętnie i ustalamy datę oraz wysokość honora­rium w naturaliach. Mając na uwadze własne przykre doświadczenie sprzed kilku dni, kiedy to policjanci ukraińscy odebrali mi worek ziem­niaków wraz z rowerem, kiedy transportowałem je z Sokolnik od gospodarza za weterynaryjną przysługę – zastrzegam się, że bez ochrony woj­skowej nie pojadę.W umówionym dniu kol. dr Czarnota nie pojawia się, ale dopiero trzy dni później. W dniu tym mając bardzo dużo zajęć kli­nicznych i dydaktycznych nie mogłem wyjechać przed południem, ale dopiero po godz. 15. Do tej jednak godziny nie mógł czekać dr Czar­nota z konwojem. Rozstaliśmy się po ustaleniu daty kolejnego spotkania. Następnego dnia do­tarła wiadomość do Kliniki, że cały konwój w le­sie winnickim został ostrzelany bronią maszyno­wą przez nieznanych sprawców. Na miejscu zginęli dwaj żołnierze Wehrmachtu, dr Czarnota oraz dwa konie.
Zbliżający się front dochodzi do Tarno­pola. Zwiększa się zdenerwowanie naszych kolegów Ukraińców. Zwiększa się także ilość zmotoryzo­wanych transportów wojskowych przejeżdżają­cych w obu kierunkach przez Lwów. Na dwor­cach kolejowych transporty ciężko rannych żoł­nierzy czekają godzinami na pomoc lekarską i jazdę do Niemiec. Z relacji polskich dyżurnych
ruchu wynika, że bez­względne pierwszeństwo w przejaz­dach mają sprzęt wojskowy i żołnierze udający się na wschód. Zwiększa się dezercja. W dworcowych ustępach coraz częściej wraz z bronią pozosta­wiane jest pełne umundurowanie żołnierzy. Co ciekawsze, są nawet mundury oficerów. Widocz­nie teren GG oraz bliski front sprzyjają uciecz­kom.
Na uczelni pojawia się nowa postać w rektora­cie. Jest nią dr Alfred Schott, b. doktorant i asy­stent prof. Szczudłowskiego. Jest w mundurze Wehrmachtu w stopniu kapitana. W cywilu jest właścicielem dużego młyna w Bawarii. Z nami mówi płynnie po polsku, z Ukraińcami tylko po niemiecku. Zaznacza, że dr Witte niedługo odej­dzie, a uczelnia przejęta zostanie przez władze wojskowe. O swojej roli nic nie mówi. Z infor­macji rektoratu wynika, że teraz każdą swoją decyzję dr Witte konsultuje z kpt. Schottem. Dr Schott uwielbia grę w szachy. Kiedy dowiaduje się, że ta dziedzina nie jest mi obca, prześladuje mnie swoim partnerstwem. W każdy więc mój nocny dyżur tłuczemy się wzajemnie i niemiłosiemie w ambulatorium chirurgicznym dla ma­łych zwierząt. Moi sublokatorzy proponują wy­korzystanie gry w szachy do wyciągania różnych informacji na temat stosunku do Polaków. Jest jednak powściągliwy w swoich rozmowach i przekonany, że w niedługim czasie na froncie wschodnim nastąpią diametralne zmiany. We­dług niego koszary niemieckie są przepełnione żołnierzami. Nowa tajemnicza broń rzuci na kolana aliantów i bolszewików. Obecność jed­nak choćby jego osoby wskazuje na to, że prze­pełnienie koszar posiada swoje pokrycie w tzw. Landsturm, tzn. obecnością żołnierzy w star­szym wieku i nadających się raczej do działań w gospodarstwie domowym. Wypowiada się także na temat mordów Polaków przez Ukraińców twierdząc, że jest to bolszewicka robota. W tej mierze oczekuje w najbliższym czasie na więk­sze zaangażowanie się Wehrmachtu. Do prof. Szczudłowskiego odnosi się jak do swego szefa i od czasu do czasu kupuje mu na­wet za odpłatnością mięsne konserwy w nie­mieckim sklepie spożywczym.
Na Podolu zwiększa się liczba płonących wsi polskich osadników. Otrzymuję telegram i tele­fon o koniecznym natychmiastowym przyjeździe do gromady Płuhów do rodzącej klaczy. Wiem, co to oznacza. Zawiadamiam prof. Szczudłowskiego i dr. Schotta i wspólnie z technikiem Kruczkowskim (Kruk) jedziemy do tej wsi. Tam dołączamy do innych nie mających nic wspólne­go z ciężkim porodem u klaczy. Przeżywamy tu prawdziwe piekło w bezpośrednim zbrojnym ze­tknięciu z Ukraińcami i tylko dzięki śpieszącemu z pomocą oddziałowi Wehrmachtu ocalamy ży­cie.
Po wstępnych przesłuchaniach w tej jedno­stce wojskowej wraz z innymi tam zatrzyma­nymi zostajemy odtransportowani do Lwowa. Z komendy żandarmerii wojskowej po dokład­nym przejrzeniu naszych uczelnianych dowo­dów osobistych, nadanego do nas telegramu oraz walizki porodowej z pokrwawionym, nigdy nie wyciąganym płaszczem i instrumentami zo­stajemy zwolnieni. Nie było nas wprawdzie 4 dni, ale istniejący bałagan na uczelni oraz zwięk­szająca się absencja studentów, a także ukraiń­skich asystentów przesłaniają naszą nieobec­ność. Tylko dr Schott – pozbawiony możliwości rozgrywek szachowych – był niepocieszony moją nieobecnością.
Z godziny na godzinę koledzy ukraińscy stają się uprzejmiejsi, przypominając sobie dobrze ję­zyk polski i teraz tylko nim się z nami posługują. Pewnego dnia kol. Terlecki zaskakuje nas swoją propozycją zorganizowania w jego willi położonej blisko mego miejsca zamieszka­nia wspólnego zebrania towarzyskiego. Kolacja jest składkowa. Do robienia kanapek zabieramy – za zgodą gospodarza – kilka studentek z wyższych lat. Wieczór płynie w atmosferze poli­tycznego zawieszenia broni i nieobojętnego wpływu alkoholu przy zbyt małej ilości kanapek. Bez żadnych nawet incydentów wypowiadane są różne toasty, np. kiedy z ich strony wymieniają Petlurę, my pijemy zdrowie Andersa itp. Kiedy gospodarz jest już w stanie ogólnej narkozy, wy­nosimy go i kładziemy na stole w ogrodzie w celu powrotu do przytomności. Obowiązująca godzi­na policyjna nakazuje nam czekać do rana. Robi się nudno i sennie. Półmiski puste. Najbardziej na­rzeka kol. Eljasiewicz twierdząc, że coś na tym składkowym stole nie pasuje. Jest przekonany, że zostaliśmy oszukani. Chodzi i znika. Nagle zjawia się podniecony i z tajemniczą miną pro­wadzi nas kilku wraz z ukraińskimi przyjaciółmi Terleckiego do piwnicy. Stoi tam stary kredens, a w nim duża ilość najlepszych wędlin oraz wyro­bów cukierniczych z tortem na czele. Takiej gratki nie przewidzieliśmy. Wynosimy więc to wszystko na górę, czym pobudzamy do nowego życia wszystkich obecnych. Budzi się także kol. Terlecki. Zaczyna się nowe żarcie. Terlecki nie­ustannie powtarza: Zawsze mówiłem, że z Po­lakami warto żyć. Ile oni tego jedzenia jeszcze przynieśli. Wynikało z tego, że on sam o tym zgromadzonym jedzeniu w kredensie piwnicz­nym nic nie wiedział. Umawiamy się więc wszy­scy, że gdyby z tego tytułu były jakieś pretensje, to zostaliśmy tymi smakołykami potraktowani przez Terleckiego, który osobiście powynosił je z piwnicy.
Przewidywania nasze były słuszne. Następnego ranka przy bramie zostaję wraz z kol. Wandokantym wciągnięty przez munduro­wą policję niemiecką na portiernię. Są już tam: kol. Eljasiewicz z bratem, Cisowski, kilku Ukraiń­ców i dwie nasze studentki. Relacjonuję to samo co zatrzymani. Nic nie ukradliśmy, tylko byliśmy traktowani przez Terleckiego przysmakami, za­kupionymi za nasze pieniądze składkowe. Po takim wyjaśnieniu policjanci odchodzą ze słowa­mi skierowanymi do Terleckiego Ukrainische schwefrierei, zostawiając nas samych. Rozchodzimy się w mil­czeniu, zostawiając zupełnie ogłupiałego Terlec­kiego na portierni. Wyjaśnił później koi. Eljasiewiczowi, że znalezione przez niego smakołyki przygotowane były dla biesiadników z okazji imienin matki dr. Terleckiego. Nam smakowały także.
W kilka dni później nowa sensacja, tym razem przykra. Na ulicach Lwowa rozklejone zostają kolej­ne obwieszczenia z 50. zakładnikami. Głoszą one, że jeżeli w przeciągu miesiąca dokonane zostaną jakiekolwiek zamachy na życie Niem­ców, wszyscy wymienieni zostaną rozstrzelani. Czytając listę, z przerażeniem znajdujemy na niej także nazwisko kol. Wandokantego. Jedyną ochroną wyznaczonych na śmierć zakładników są teraz prośby wygłaszane z ambon kościołów o zachowanie spokoju. My zaś w ciągu miesiąca żyjemy w nieprawdopodobnym niepokoju. [...]
Trwa oblężenie Tarnopola, ale front przybliża się do Złoczowa. Na wykłady i ćwiczenia nikt nie przychodzi. Zostają więc automatycznie za­wieszone. Z uczelni wyjeżdżają prof. Sedelmayer i sekretarka dyrektora, Niemka z synkiem nie­znanego żołnierza. Dr Witte wydaje rozkaz ewa­kuacji dóbr materialnych uczelni. Wojsko przy­wozi dużą ilość pak, do których wkładane są pod osobistą odpowiedzialnością i obecnością żołda­ków instrumenty z klinik, urządzenia laboratoryj­ne, aparatura, mikroskopy, odczynniki, alkohol oraz środki oszałamiające. Do jednej z pak spe­cjalnie oznakowanej włożone zostają dokumenty z rektoratu ze spisami studentów oraz wykazem wydanych dyplomów. Są to dla nas rzeczy naj­cenniejsze. W niezmiernie trudnych warunkach w czasie mojego nocnego dyżuru wkradamy się wspólnie z Szymańskim i Rzeczkowskim i przenosimy je do gabinetu prof. Szczudłowskiego. Wykradamy również najpotrzebniejsze instru­menty chirurgiczne i położnicze, oddając je na przechowanie dr. Doroszowi. Przywiózł je po­tem do Wrocławia i były nieocenione w pierw­szym okresie działalności klinik Wydziału Wete­rynaryjnego.
W czasie ewakuacji dr Schott jest bardzo po­denerwowany. W jednej z rozgrywanych partii szachów, atakując mojego króla, ciągle rzuca krótkie słowa: Uciekaj, Fredziu, uciekaj, Fredziu. Ponieważ król nie był specjalnie zagrożo­ny, zaczynam rozważać, czy nie mają one związ­ku z pobytem gestapo u prof. Szczudłowskicgo. Moi współlokatorzy są tego samego zdania. Szy­kują się do wyjazdu, jako że w centrum General­nej Guberni mają już ustalone zadania. Według późniejszych wiadomości, zginęli wszyscy w po­wstaniu warszawskim.
Zaczynają się bombardowania Lwowa przez lotnictwo sowieckie, największe – 1 maja 1944 r. W pierwszej kolejności Lwów zostaje dokładnie oświetlony rakietami spadochrono­wymi, a po­tem zbombardowany. Kilkumiesięcznego synka Andrzeja znoszę w koszu na bieliznę do piwni­cy. Pod materacykiem jest jego cała rodzinna dokumentacja.
W kilka dni później, wchodząc na teren uczelni, zostaję zatrzymany przez war­townika i po okazaniu dokumentów zaprowa­dzony do rektoratu do dr. Witte. Ten oświadcza, że ze względu na ważne zarządzenia wojskowe dzisiaj wyjeżdża ze Lwowa, a mnie porucza opiekę nad wszystkimi klinikami. Kiedy zdumio­ny zapytuję go, jak wyobraża sobie pracę po wywiezieniu wszystkich instrumentów łącznie z termometrem, odpowiada zdenerwowany: Jutro uczelnia zostaje zajęta przez wojsko, niech pan ich o to zapyta. Zaskoczony tym przebie­giem spraw, udaję się do dr. Schotta. Nie zastaję go jednak. Wczesnym rankiem wyjechał wojsko­wym samochodem, zostawiając na portierce kartkę z pozdrowieniami. Z ukraińskich kolegów już nie ma nikogo. Szuka mnie kol. Sawczuk. Przy spotkaniu wyciąga niemiecką kartę mobili­zacyjną z zapytaniem Co mam robić? Odpowia­dam: Podrzeć i zdezerterować. Zrobił to przy mnie na miejscu, mając na uwadze nieprawdo­podobny bałagan. Ten przyfrontowy chaos na­sila się z godziny na godzinę. Znikają szyldy na sklepach niemieckich. Zaczyna się ewakuacja władz administracyjnych Lwowa.
Dnia 17 maja 1944 r. zastaję w domu niecodziennych gości: jednego współlokatora i mego łącznika p. Krasnodębskiego (kolejarza), póź­niejszego dyrektora administracyjnego AR w Olsztynie, a potem doc. AR w Krakowie. Koń­czą pakować rzeczy mojej żony i rocznego synka Andrzeja. Gdybym przyszedł o godzinę póź­niej, miałbym wielkie trudności w odnalezieniu ich w GG. Wywożą nas pociągiem do Chrobrza, ­potem Gór Pińczowskich, otoczonych lasami Sancygniowa i Przecławskim, w których są już partyzanci polscy i sowieccy. Tam w makabrycz­nych warunkach, razem z rodziną, przeżywamy przejście działań wojennych, związanych z fron­tem sowieckim nad Nidą (styczeń 1945). W cztery miesiące później jestem w Krakowie, a z koń­cem czerwca 1945 r. we Wrocławiu, gdzie od podstaw organizuję wraz z innymi Wydział Me­dycyny Weterynaryjnej przy Uniwersytecie i Po­litechnice.


ALFRED SENZE (1911–1993), ur. w Tarnopolu. Po maturze w Gimnazjum im. Śniadeckich we Lwowie ukończył Szkołę Podchorążych Piechoty w 19 PP. 1934-39 studia w Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie, krótko praca zawodowa jako lekarza wet. 1939-44 laborant, potem asystent w Katedrze Chirurgii i Ortopedii oraz Położniczej w AMWet. we Lwowie. W 1945 przybył wraz z pracownikami uczelni do Wrocławia, gdzie był jednym z współtwórców Wydziału MWet przy Uniwersytecie i Politechnice. W 1945 doktorat, od 1948 z-ca profesora i kierownik Katedry, 1960 profesor zw. Ukończył drugi fakultet – Wydział Lekarski. W latach 50. i 60. rektor WSR we Wrocławiu. Wieloletni kierownik Katedry Rozrodu Zwierząt i Kliniki Położniczej Wydziału MWet. Od 1981 na emeryturze.
Wybitny uczony i dydaktyk, autor ponad 160 prac naukowych. Doskonały wykładowca, erudyta. Członek licznych towarzystw naukowych, krajowych i zagranicznych.
Pochowany na cmentarzu św. Wawrzyńca we Wrocławiu.