Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Zbigniew Kubas, WOŁOWE, WIEŚ KOŁO BÓBRKI

Do cierniowego wieńca wspomnień
z tych tragicznych lat, chciałem i ja dorzucić swoje wspomnienia. Miałem wtedy 10 lat. Mieszkaliśmy w Bóbrce k. Lwowa i po 17 września 1939 r. zawalił się mój dziecięcy świat. Cofnięty o rok, jak było to w zwyczaju bolszewików, nadal chodziłem do szkoły i z przerażeniem oglądałem wszystko, co się wokół działo pod patronem naszych „wyzwolicieli”. Za ich poczynaniami kryła się tragedia ludzka, nienawiść i zbrodnia. Tylko zbiegiem szczęśliwych okoliczności udało się naszej – nie całej – rodzinie uniknąć deportacji na Sybir. Ostrzeżeni wcześ­niej przez dobrych ludzi, w noc wywózki nie nocowaliśmy w domu, a następnego dnia nie byliśmy już w kręgu zainteresowania enkawudzistów. A oni trzymali się regulaminów i w innych terminach nie wywozili, co nie przeszkadzało wywiezieniu, aresztowaniu i zamordowaniu części rodzin, które miały mniej szczęścia od nas.
Życie toczyło się w jakiejś dziwnej konwencji. Jako przykład na te ponure czasy pozostały mi w pamięci fragmenty tych niespotykanych dotąd sytuacji.
Zgodnie z zaleceniem bolszewickich władz, raz w tygodniu odbywały się spotkania mieszkańców ulicy w wyznaczonym domu. Dotyczyło to mieszkańców 10 domów, w większości Żydów i Ukraińców. Nasz dom został wyznaczony na takie spotkanie, sądzę dlatego, że byliśmy jedną z dwóch rodzin polskich mieszkających na tej ulicy. To spotkanie było koszmarem, tak to zapamiętałem. Do czystego, porządnego i gustownie urządzonego domu, mieszkania, przyszła gromada ludzi w większości niedomytych, w brudnych buciorach, a zapach machorki, którą palili (o ile to można nazwać zapachem), prześladuje mnie do tej pory.

Z lat szkolnych tego okresu
niewiele pamiętam, ale taki fragment, który utkwił mi w pamięci, pozostał. Mieliśmy obowiązek nauczenia się hymnu sowieckiego na pamięć. Jako pilny i zdyscyplinowany uczeń, uczyłem się tego hymnu na głos w domu. Słyszała to moja siostra Hela, która była starsza ode mnie o siedem lat. Zwymyślała mnie i powiedziała: zamiast uczyć się tej chachałackiej piosenki, nauczył byś się lepiej hymnu polskiego. Hymn polski znałem dobrze, ale poczułem się urażony w swojej ambicji i na złość nauczyłem się na pamięć całego Ojca zadżumionych J. Słowackiego, który był wówczas tematem na lekcjach polskiego. Musiałem go oczywiście siostrze wyrecytować i znalazłem uznanie w jej oczach. Wyszło mi, jak to się mówi, na zdrowie, gdyż do tej pory pamiętam długie fragmenty tego wiersza.
Wspomnieć jeszcze muszę o drobnym incydencie z tego okresu, który utkwił mi na całe życie w pamięci. Kino było dla sowietów mocnym argumentem propagandowej indoktrynacji. Oprócz pojedynczych filmów – nazwijmy to względnie dobrych – większość była nie do oglądania. Nam, dzieciom i młodzieży, właściwie było obojętne, co grają, byle tylko dostać się na film. W Bóbrce kino mieściło się w budynku przedwojennego „Sokoła”, do którego prowadziły wysokie i szerokie schody. Na jakiś film pchała się cała czereda dzieciaków, wśród nich oczywiście ja. Stałem na stopniu w ciżbie, gdy stojący wyżej kolega Żyd, trochę starszy ode mnie, ściągnął beret z mojej głowy, w którą uderzył i tak się odezwał: – Ty, Rydz-Śmigły, gdzie się pchasz, Wasze czasy już się skończyły i nie masz co tu robić. Całe życie pamiętam te słowa i dopiero później zdałem sobie sprawę, ile było w nich nienawiści i jak były prorocze. Do kina oczywiście poszedłem.
Pamiętam z tych czasów
dość tragiczno-komiczną sytuację i odnosi się ona właśnie do ludzi, którzy mieszkali w Wołowem i byli związani z naszą rodziną ze względu na interesy, jakie prowadził mój ojciec z właścicielami Wołowego. Wieś Wołowe leży niedaleko Bóbrki, przy drodze do Strzelisk, Świrza, Dunajowa i Przemyślan. Właścicielką majątku w Wołowem była p. Mally-Cieńciałowa. Jej pierwszym mężem był Fryderyk Mally syn Alfreda, właściciela Wołowego. P. Mally-Cieńciałowa była z domu Szkodlarska, a jej siostra była nauczycielką w Bóbrce. Córka p. Mally-Cieńciałowej była żoną p. Kirsznera (Kirschnera), ostatniego starosty w Bóbrce.
Jak powszechnie wiadomo, jednymi z pierwszych ofiar bolszewików byli przede wszystkim właściciela ziemscy, uznani przez reżim sowiecki za największych wrogów ludu pracującego i władzy sowieckiej. Byli w pierwszej kolejności aresztowani, mordowani i wywożeni na Sybir. Taki los miał spotkać właścicieli Wołowego. Nie znam okoliczności, jak dowiedzieli się pp. Cieńciałowie, że grozi im aresztowanie; sądzę że ktoś z mieszkańców Wołowego musiał ich ostrzec, bowiem byli w Wołowie bardzo lubiani. Któregoś dnia września 1939 r. cała rodzina zjawiła się u nas w Bóbrce z tragiczną wiadomością, że mają być aresztowani. Przyjęliśmy ich i zorganizowaliśmy maskaradę. P. Mally-Cieńciałowa z córką przebrały się w bardzo prymitywne ubiory chłopek i zajęły się wraz z moją matką gospodarowaniem w obejściu. Mężczyźni ukryli się w zabudowaniach gospodarczych i prawdopodobnie w tym dniu albo następnym wyjechali do Lwowa. Nie trwało długo, gdy na podwórze wszedł sowiecki sołdat z karabinem i zapytał przekręcając nazwisko, czy u nas są Kiszkiery czy coś w tym rodzaju. Matka zorientowana w tragicznej sytuacji i chcąc w jakiś sposób wybrnąć odpowiedziała, że dziś kiszek nie robiliśmy i niestety nie może sołdata ugościć. Nie mogąc się za bardzo dogadać, sołdat odszedł. Rodzice w wielkiej tajemnicy zorganizowali wyjazd pp. Cieńciałów do Lwowa.
Z inżynierem Cieńciałą spotkałem się już po tzw. wyzwoleniu w Brzozowie w 1945 r., gdzie zatrzymaliśmy się podczas ucieczki z Bóbrki przed bandami UPA i zbliżającym się frontem. Oczywiście w swej naiwności i całkowitym braku informacji o sytuacji politycznej sądziliśmy, że po przejściu frontu wrócimy do siebie. Niestety na marzeniach się skończyło. Nigdy już do Bóbrki nie wróciliśmy. Inż. Cieńciała zatrudnił się w nadleśnictwie w Brzozowie, gdyż z zawodu był leśnikiem. Mieszkał u nas, jak długo już nie pamiętam, przeniósł się następnie do Sanoka, gdzie również pracował w nadleśnictwie i tam zmarł. Nie znam dalszych losów tej rodziny i do dziś bardzo żałuję, że bardziej nie interesowałem się historiami o takim charakterze. Młody wiek, poświęcenie się innej działalności w tym czasie, w konspiracji (AK, WiN), harcerstwo, a także nauka w gimnazjum tak mnie pochłonęły, że zupełnie nie myślałem kategoriami, że tego typu historie będą tak istotne i frapujące dla dziejów tego okresu i miejsc, w których się one działy.
Uczestnicy kursu samitarnego w Bóbrce w 1939 r. Trzeci od lewej siedzi starosta Kirschner
Bóbrka i jej okolice
to nie tylko wielcy Polacy, jak np. Stanisław Wyspiański, którego pradziadek mieszkał w Bóbrce, ale również współcześni nam znani wojskowi, jak gen. Klemens Rudnicki, którego rodzina była właścicielami Strzałek, wsi niedaleko Bóbrki, za Wołowem. Drugim – gen. hrabia Bór-Komorowski, który był zięciem właścicieli Świrza, wsi pomiędzy Bóbrką a Przemyślanami, ze wspaniałym do dziś istniejącym zamkiem, a przed wojną ze znanymi na całą okolicę odpustami, w których i ja również kilkakrotnie brałem udział. Ze Świrza pochodzi też p. prof. Alicja Grześkowiak, była marszałek Senatu RP. Generał Scewola-Wieczorkiewicz, był jednym z 24 oficerów WP, którzy ukończyli sławną Ecole Superieure de Guerre w Paryżu. Tuż przed wojną był dowódcą okręgu Przemyśl, a w dniach 15–17 września 1939 r. zatrzymał się z oddziałem w Bóbrce. Niektóre informacje dotyczące wojskowych otrzymałem od mego przyjaciela, mgr. Pawła Kosiny z Sanoka, wielkiego orędownika i miłośnika naszych Kresów, również pochodzącego z Bóbrki. Ojciec Pawła został zamordowany przez bolszewików w Katyniu, a matka zginęła w powstaniu warszawskim.

Wołowe to też miejsce pochówku setek Żydów,
którzy po makabrycznej akcji likwidacji przez Niemców 13 kwietnia 1943 r. getta w Bóbrce, tam byli wywożeni i rozstrzeliwani, na wzgórzu przy cmentarzu.
Na zakończenie wspomnienie o gehennie Żydów w Bóbrce, którzy stanowli 1/3 ludności w tym miasteczku. Jak wszędzie żyliśmy w dobrych układach z Żydami w okresie przedwojennym. Pomijając nie zawsze godne zachowanie się Żydów podczas okupacji sowieckiej, po wkroczeniu Niemców stanowili oni główny obiekt nienawiści ze strony Niemców i częściowo Ukraińców. Byli mordowani i prześladowani w sposób nieludzki, a 8 grudnia 1942 r. zorganizowana została pierwsza akcja likwidacji Żydów i zamknięcie ich w getcie. Druga i ostateczna likwidacja getta w Bóbrce miała miejsce 13 kwietnia (wtorek) 1943 r. Mieszkaliśmy niedaleko getta i wszystko się działo na moich oczach. Burzenie i palenie domów, mordowanie w domach i na ulicach, a około godziny 10 Niemcy zaczęli ładować i wywozić Żydów na ciężarówkach do wsi Wołowe, kilka kilometrów od Bóbrki. Doskonale wszystko widziałem, gdyż mieszkaliśmy nad rzeczką w dolinie, skąd widać było miejsce usytuowane na wzniesieniu w Wołowem, gdzie odbywała się ta ponura akcja mordowania.
Liczyłem auta, którymi wywozili nieszczęśników, było ich 13, a czternaste wyjechało w kierunku Lwowa. Dopiero po tygodniu odważyłem się pójść na miejsce kaźni, gdzie zastałem usypany olbrzymi kopiec – grób, posypany gęsto białym prochem, prawdopodobnie wapnem. Szybko zrobiłem zdjęcie aparatem Rolaicord 6/6 i uciekłem z tego ponurego miejsca, obawiając się, ażeby ktoś nie doniósł na gestapo. Zdjęcie nie bardzo ostre, zapewne drżała mi ręka, czemu nie można się dziwić.
Muszę jeszcze wspomnieć o dwóch znanych w Bóbrce lekarzach – to Żydzi dr Blei i dr Klatz, którzy zostali zamordowani 8 XII 1942 r. w mieszkaniu dra Bleia przez gestapowców, a następnego dnia zwłoki wywieziono na tzw. „okopisko” i tam zakopano.
Miało być tylko o Wołowem, ale to, co się działo w Bóbrce, było tak nierozerwalnie związane z Wołowem, że nie sposób było bodaj we fragmentach o tym nie wspomnieć. Sądzę, że warto zbierać i ujawniać nazwiska osób, którzy żyli i pracowali na Kresach Wschodnich Polski, szerzyli oświatę, umacniali polskość i dzięki nim uzyskamy niezakłamaną historię tych polskich ziem. Dlatego uważam, że wspomnienie tych paru nazwisk i miejsc, gdzie żyli, zasługuje na to.

Śródtytuły pochodzą od Redakcji.
Notka biograficzna Autora – patrz CL 2/05.