Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

WERTUJĄC WYDAWNICTWA

• W krakowskim „Dzienniku Polskim” z 13 VII znalazł się artykuł J. Świdra Kresy są zaraźliwe, w którym czytamy – prawdę mówiąc – o wszystkim i o niczym (sezon ogórkowy był w pełni!). Autor omówił (z grubsza rzecz biorąc) trzy organizacje, które działają, czy też powinny działać na rzecz Kresów.
Pierwsza to powstały niedawno w Warszawie „Instytut Kresowy”, w którym jego dyrektor bije się z myślami – co robić. Najwięcej o pamiątkach, które jeszcze zalegają u ekspatriantów, tylko nie wiadomo, jak je ratować. Otóż, panie dyrektorze Wyszyński: jest w RP kilka instytucji, które te rzeczy od lat zbierają, mają do tego warunki i kompetentny personel. Najważniejsze to: Ossolineum we Wrocławiu i Muzeum Niepodległości* w Warszawie, ze swoją Kolekcją „Leopolis”, a jest takich jeszcze kilka i nie ma potrzeby liczby tej powiększać i zbiorów rozpraszać (zwłaszcza gdy się nie ma ani odpowiedniego miejsca, ani pieniędzy, a ponadto koncepcji). Lepiej roztoczyć akcję uświadamiającą na rzecz tych dwóch wymienionych, jeżeli chciałoby się zrobić coś pożytecznego w tej dziedzinie.
Drugą organizacją jest Federacja Organizacji Kresowych, która przedstawia dziś przedziwnie zwiędłą strukturę, a przedmiotem jej zainteresowania (czy tylko teoretycznie?) jest sytuacja Polaków na Białorusi. Pada tu m.in. nazwa TMLiKPW (autor używa na zmianę: raz Miłośników, raz Przyjaciół), uznane przez autora za najpotężniejszą organizację, skupiającą Kresowian, jednak nie uznał za stosowne zwrócić się także do kogoś kompetentnego z naszego Towarzystwa. Federacja występuje w różnych sprawach, podobnie jak Zarząd Główny TMLiKPW (dobre i to!), jednak w rozbiciu są zbyt słabe, żeby cokolwiek wskórać.
Kolejna organizacja omawiana w artykule to „Związek Wypędzonych z Kresów Wschodnich RP” w Bytomiu, z mec. Janem Skalskim na czele. To dość nowy twór, bo wcześniej słyszeliśmy inne nazwy, ale też wcześniej nie było realnego zagrożenia ze strony wypędzonych Niemców. W sumie więc mówi się o dwóch związanych ze sobą torach aktywności Związku mec. Skalskiego: obrona przed zakusami Niemców, dopominających się zwrotu utraconej własności (co uderza zwykłych Polaków-ekspatriantów), a z drugiej strony energiczne domaganie się rekompensat od naszego rządu za utraconą przez Polaków własność na Wschodzie, co – dodajmy od siebie – nie uderza w zwykłych Ukraińców, a nawet w tamto państwo. Taka subtelna różnica.
Trzeba powiedzieć, że ten fragment artykułu J. Świdra dotyka problemów, które – poza gronem działaczy środowiska związanego z mec. Skalskim – jest mało znany.
Dalej czytamy w artykule o działalności Oddziału Krakowskiego „Wspólnoty Polskiej” na rzecz Polaków we Lwowie i Małopolsce Wschodniej**. Ale taka pomoc świadczona jest (poza Krakowem) także dla innych regionów kresowych, ponadto analogiczną działalność prowadzi Federacja „Pomoc Polakom na Wschodzie” oraz – we własnym zakresie – liczne organizacje ekspatrianckie (przede wszystkim oddziały i koła regionalne TMLiKPW) oraz inne. Obraz jest więc w artykule cząstkowy.
Sumując: każdy pozytywny głos na tematy kresowe uważamy za cenny, chciałoby się jednak, by przekazywane informacje były pełne.
 
*     MN gromadzi nie tylko „kresowiana”.
**     Nie wspomniano, że omawiana akcja prowadzona jest przy walnej pomocy członkówTMLiKPW, którzy stanowią większość wśród rozwożących dary do Lwowa i do innych miast.

• Nie zajmują nas aktualne sprawy polityczne ani ludzie z nimi związani, chyba że dotyczyłyby naszych Ziem Wschodnich oraz żyjących tam rodaków. Nie interesuje nas również osoba Andrzeja Leppera, nie mającego – jak się wydawało – żadnych, ale to żadnych zainteresowań w tamtym kierunku. Bo niby jakie korzyści mogłoby mu to przynieść?
A jednak... Media doniosły o dość podejrzanych konszachtach Leppera z jakimś rzekomym duchownym z Ukrainy, o nazwisku Mikoła Hinajło, dawnym sowieckim oficerem, który podobno stacjonował przez 5 lat w Polsce z wojskami rakietowymi Armii Czerwonej. Istnieją poszlaki, że był on w istocie związany z tajnymi służbami ZSRR.
Również i to mogłoby nas nie interesować, bo w końcu wychodzi dziś na jaw niemało afer. Dowiadujemy się jednak dość pikantnego szczegółu. Oto Lepper – kiedy ujawniły się jego oryginalne związki z Wielkim Kanclerzem Zakonu Mikołaja grafem (!) Hinajło, którego mianował swoim doradcą (!) i za co w rewanżu otrzymał... doktorat Ukraińskiej Akademii Teologicznej w Kijowie – udzielił pewnych wyjaśnień. Cytujemy za „Dziennikiem Polskim” (z 22 VI ‘07, rozmowa Leppera z M. Majewskim):
[...]
Hinajło panu doradzał?
Przekazywał mi informacje o Polonii i wewnętrznej sytuacji na Ukrainie. [...]
Pana współpracownik Janusz Maksymiuk mówił nam, że Hinajło miał pomóc Samoobronie w założeniu instytutu we Lwowie. To prawda?
Trzeba z Maksymiukiem rozmawiać. Od razu powiedziałem, że w żadne machinacje wchodził nie będę. Podgórski, który przyprowadził Hinajłę, zabiegał o jakiś budynek we Lwowie. Dziwne pomysły miał. Mówił o pieniądzach, które można zarobić. [...]
Pieniądze miały być z tego instytutu?
Miały być na pomoc dla rodaków ze Wschodu.
... I tak dalej.
A więc Lepper nie znał innej drogi do pozyskania wiadomomości o Polonii niż poprzez „ojca” Hinajłę. Nie wiedział, że w RP jest wiele towarzystw i ich oddziałów, że działa „Wspólnota Polska” i Fundacja „Pomoc Polakom na Wschodzie”, i jeszcze parę innych instytucji.
Oczywiście Lepper nie wie, że Polacy na Wschodzie nie są Polonią, bo to słowo łączy się z emigracją w Anglii, Francji, w Ameryce, Australii itd., lecz po prostu Polakami. Skąd ma wiedzieć, skoro go to wcale a wcale nie interesuje? Typowe argumenty wymyślane ad hoc.

• Leszek Mazan, krakowski dziennikarz i publicysta, współautor – wraz z Mieczysławem Czumą (obaj z dawnego, dobrego „Przekroju”) – kilku książek o ck Galicji, której są fanami, zamieścił długi artykuł o rodzinie Dulskich i zamiarze nazwania jednej z ulic Krakowa imieniem Felicjana Dulskiego.
Postać pani Dulskiej i jej całej rodziny została opisana przez Gabrielę Zapolską w scenerii lwowskiej, kiedy jednak wystawiano Moralność pani Dulskiej w Krakowie, realia pozamieniano na krakowskie i tak jest do dziś (nie wiemy, jak się wystawia w innych miastach, np. w Warszawie, Poznaniu czy Wrocławiu? Jako Lwów czy jako Kraków? Kto nam napisze?).
Jednak Leszek Mazan prezentuje familię Dulskich, których wzorem była autentyczna, lecz skarykaturyzowana rodzina Gołąbów we Lwowie, bardzo rzetelnie przedstawia te lwowskie realia, także w stanie dzisiejszym. Był niedawno we Lwowie, odnalazł dom na Łyczakowie, stwierdził, że mieszkanie Dulskich jest podzielone dla dwóch osobnych rodzin. Był także na Cmentarzu Łyczakowskim i znalazł rodzinny grobowiec Gołąbów. Przez rozwaloną płytę widać trumnę. Czyżby pan Gołąb?

• Ze sporym opóźnieniem piszemy o tej rozmowie, ale sprawa nie traci na aktualności. Oto w „Dzienniku” (tzw. niebieskim, z lipca ‘06) znalazł się ciekawy wywiad C. Polaka z Włodzimierzem Odojewskim. Mowa o wielu sprawach, ale przede wszystkim o nowej książce pisarza ...i poniosły konie, traktującej m.in. o eksterminacji ludności polskiej na Wołyniu. Oto ciekawsze dla nas fragmenty.
Dziennikarz stawia kwestię: Opisuje pan [...] nie oszczędzając czytelnikowi obrazów okrucieństwa. Na ile opisane w książce makabryczne wydarzenia są prawdziwe? Odojewski odpowiada:
Mój Boże... No tak, rozmawiam z mężczyzną młodszym ode mnie o 40 albo więcej lat... Potknąłem się o wydarzenia nawet bardziej makabryczne od tych, które opisałem, choć nie mogę powiedzieć, że je przeżyłem. W 1943 roku pojechałem z mamą do krewnych, którzy mieszkali między Trembowlą a Czortkowem. Nie przeżyłem pogromu. Ale widziałem furmanki przykryte płótnem, spod którego wystawały nogi pomordowanych. Widziałem tłumy uciekinierów...
Dziennikarz: Swoimi książkami przyczynił się pan do spopularyzowania problematyki kresowej. Wydaje się, że moda, której apogeum przypadło na połowę lat 90. już minęła. Może to znak, że Polacy pogodzili się z wyrokami historii?, a pisarz wyjaśnia: Niezupełnie. Z moich obserwacji wynika, że zainteresowanie tą problematyką rzeczywiście opadło pod koniec lat 90. Zadawałem sobie nawet pytanie, czy nie brnę w ślepy zaułek, czy pisanie o tych miejscach i wydarzeniach ma sens? Od czterech–pięciu lat dostrzegam ożywienie. Ukazało się kilkadziesiąt pamiętników dotyczących tamtych ziem i czasów. Wygląda na to, że staruszkom rozwiązały się języki, leciwe panie publikują wspomnienia, te książki się sprzedają. Nowe pokolenie zaczyna się interesować przeszłością, chce ją uporządkować.
I dalej: Drąży pan problemy tragicznej historii polsko-ukraińskiej. Od czystek etnicznych na Wołyniu i akcji „Wisła” minęło kilka dekad. Jak pan ocenia z perspektywy lat – czy pojednanie między naszymi narodami się dokonało? Odojewski odpowiada: Czy się dokonało? Nie wiem. Nie jeżdżę na Ukrainę. Mam informacje od wielu przyjaciół, którzy tam bywają, że nadal żywe są nastroje antypolskie. Ciągle [...] buduje się pomniki ku czci UPA, ludzie kierujący tą faszystowską organizacją mają swoje ulice niemal w każdym miasteczku. Widziałem zdjęcia, na których kamień upamiętniający zbrodnię na ponad tysiącu Polaków w Hucie Pieniackiej jest pokryty kałem*... Może jesteśmy narodem, który za łatwo przebacza? Może musi minąć więcej czasu? Tamta strona ciągle jest pełna nienawiści, chociaż poznałem także innych Ukraińców. Spotkania z nimi opisałem chociażby w najnowszym tomie „...i poniosły konie”. Po wojnie odwiedziłem Ukrainę tylko raz pod koniec lat 60., kiedy przejeżdżałem przez jej terytorium do Rumunii. Przekupiłem szofera, który zboczył z wyznaczonej przez władze trasy i zawiózł mnie do Trembowli i Czortkowa. Zapamiętałem ogromne przestrzenie, step, gdzieniegdzie ruiny, kilka chałup i cerkiewkę. Opisałem tę podróż w jednym z opowiadań. Nigdy więcej, mimo wielu zaproszeń, nie pojechałem na Ukrainę. [...]

* Rozmowa powstała zapewne przed powstaniem – po wielu trudach – pomnika ofiar rzezi w Hucie Pieniackiej. Ale i dziś dochodzą różne wiadomości o wybrykach nacjonalistów ukraińskich w stosunku do polskich miejsc upamiętnienia. Przykładem odnawiające się co pewien czas pretensje na temat krzyża-miecza na Cmentarzu Obrońców Lwowa.

• Z tegorocznego „Biuletynu Koła Samborzan” (ukazuje się w Krakowie od 12 lat pod redakcją doc. dr. L. Martiniego) dowiedzieliśmy się paru nowych dla nas rzeczy.
Pierwsza wiadomość – ze Szczecina – dotyczy formalnego poświęcenia w tym mieście pomnika poety Kornela Ujejskiego w grudniu 2006. Pomnik został tam przewieziony ze Lwowa po II wojnie (!) i ustawiony wstydliwie w mało eksponowanym miejscu – bo władze partyjne nie dopuszczały nagłośnienia niczego co lwowskie. Podobny nonsens trwał więc przez pół wieku, dopiero teraz doszło do uczczenia w Szczecinie twórcy Chorału, którego pomnik jest jedynym istniejącym polskim zabytkiem w tym mieście.
Popiersie Ujejskiego wykonał na przełomie XIX/XX wieku wybitny rzeźbiarz lwowski Antoni Popiel, a pierwsze odsłonięcie nastąpiło w 1901 r.
Obecnie jeszcze otoczenie pomnika czeka na uporządkowanie. W ciągu półwiecza wyrosły tam drzewa, które skutecznie go zasłoniły.
* * *
Drugą ciekawostką jest życiorys znanego swego czasu – niestety w nowym pokoleniu powoli zapominanego – muzyka Jana Cajmera, rodem z Sambora. Do lat II wojny nosił nazwisko Zeimer, dopiero po wojnie pisownia została spolszczona. Miał już własną małą orkiestrę w Samborze.
Po pierwszej okupacji sowieckiej Cajmer wstąpił do armii Berlinga w Sielcach nad Oką i założył tam wojskową Orkiestrę Reprezentacyjną, a potem, już w Warszawie, Orkiestrę Taneczną Polskiego Radia. Po okresie sukcesów, gdy powstała szeroka konkurencja (pamiętamy te orkiestry: Haralda, Czernego, Damrosza...), w 1956 r. zdecydował się na wyjazd do Izraela.
   
• W „Gazecie Lekarskiej” 6/07 znaleźliśmy artykuł pt. Zjazdy lekarzy i przyrodników polskich, czyli o potrzebie dialogu (autor Z. Wiśniowski), w którym nawiązano do tradycji zapoczątkowanej zjazdem w r. 1869 z udziałem lekarzy żyjących i praktykujących na terenach trzech państw zaborczych. Autor pisze:
[...] Polacy, wśród nich lekarze, najwięcej swobody mieli w Galicji, czyli w zaborze austriackim. Dwa miasta uniwersyteckie, Lwów i Kraków, kształciły na wydziałach lekarskich polskich lekarzy na poziomie, który umożliwiał im praktykowanie i specjalizowanie się na wszystkich uczelniach europejskich. Tu nauka i praktyka lekarska rozwijała się szybko i reprezentowała poziom światowy. Stąd, z Galicji, wyszedł pomysł naukowych spotkań lekarzy-Polaków, żyjących w Rosji, Niemczech i Austrii.
Pomysłodawcą zjazdów naukowych był dr Adrian Baraniecki z Krakowa. [...]

ADRIAN BARANIECKI (1828–1891), ur. w Jarmolińcach na Podolu, pochodził z rodziny szlacheckiej z okolic Buczacza, syn lekarza, bratanek arcybiskupa lwowskiego. Studia lekarskie odbył w Kijowie. Utworzył polskie Stowarzyszenie Lekarzy Podolskich w Kamieńcu i podobne w Kijowie. Zaangażowany w ruch powstańczy 1863 r. musiał ujść do Galicji, potem przebywał w Paryżu i Londynie. W 1868 r. przyjechał do Krakowa i przy pomocy prezydenta J. Dietla utworzył Muzeum Techniczno-Przemysłowe (istniejące do dziś), oddając mu swoje zbiory. Aktywny społecznie, zorganizował pierwszy ogólnopolski zjazd lekarzy i przyrodników w 1869 r.


• Trudności polityczne sprawiły, że na I zjazd przyjechali głównie lekarze z terenu Galicji, a tylko 9 z Poznania i 5 z Warszawy, i to jako osoby prywatne.
Powodzenie – mimo wszystko – I zjazdu spowodowało propozycję organizacji następnego w innym zaborze, a więc w Warszawie lub Poznaniu. Władze rosyjskie i niemieckie dały jednak negatywną odpowiedź.
II zjazd odbył się więc ponownie w Galicji – we Lwowie w 1875 roku. Przybyło 468 uczestników. Autor pisze:
[...] gościnność lwowian zdominowała relacje i wspomnienia z II Zjazdu. Pozostawiła niezatarte przeżycie dla przybyszów z Kongresówki i z Poznańskiego, gdzie języka polskiego nie można było używać w kontaktach urzędowych, a tu – we Lwowie mówiono i goszczono jak za dawnej Rzeczypospolitej. To spotkanie lekarzy polskich z trzech zaborów zamieniło się w patriotyczną manifestację. [...]
Zjazd lwowski był zdominowany przez problematykę społeczno-zdrowotną (badania zdrowia ludności miejskiej, szerzenie oświaty zdrowotnej i higieny na wsiach, objęcie opieką lekarską młodzieży szkolnej). Ta sama problematyka zdominowała kolejne 8 zjazdów aż do I wojny światowej (we Lwowie 1888, 1894, 1907). Zjazdy te gromadziły już ponad tysiąc uczestników.
W okresie międzywojennym ogólne zjazdy lekarzy i przyrodników polskich straciły na znaczeniu, ponieważ rozwinęły się liczne specjalizacje lekarskie i one przejęły inicjatywę w swoich węższych zakresach. Istotne też to, że po odzyskaniu niepodległości odpadła intencja „pokrzepienia serc”, ważnego w okresie braku wolności i rozbicia.

• Zarząd Główny TMLiKPW – z okazji XX-lecia Towarzystwa – wydał we Wrocławiu Kalendarz Lwowski „Semper Fidelis” na rok 2008. Autorami są Danuta Śliwińska, Anna Oliwa i Zbigniew Umański, redaktorem Andrzej Kamiński.
Na każdej z 12 kart kalendarza znajdujemy zdjęcie lwowskiego zabytku lub grupę osób oraz portretowe zdjęcie wybitnego Lwowianina naszych ekspatrianckich czasów (nie tylko spośród członków TMLiKPW – słusznie) wraz z życiorysem. Na samym wstępie zaś ukazało się powiększenie kartki pocztowej z 22 herbami wschodniomałopolskich miast, opracowanej i wydanej przed parunastu laty w naszym krakowskim Oddziale. Bardzo nam to pochlebia, jednak wydaje się, że odpowiednie wyjaśnienie powinno się było w kalendarzu znaleźć.

• Przeglądając strony internetowe Wikipedii znaleźliśmy niezwykle ciekawy artykuł pt. Wysiedlenie Polaków ze Lwowa. Ponieważ zawiera on wiele nieznanych dotąd faktów dotyczących zmagań dyplomatycznych o nasze miasto w latach 1944–45, pozwalamy sobie na przedrukowanie go we fragmentach (w ramce):
 
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Z obu zachodnich aliantów najlepszą orientacją odnośnie do zawiłości polskiej granicy wschodniej wyróżniali się Brytyjczycy. W latach 1943–1944 próbowali oni wytargować u Stalina wariant granicy ze Lwowem po stronie polskiej. Zaniechali tych prób po fiasku negocjacji polsko-sowieckich w Moskwie, które toczyły się w dwóch turach, w sierpniu i październiku 1944 roku.
Główni przedstawiciele strony polskiej Stanisław Mikołajczyk i Stanisław Grabski usiłowali przekonać radzieckiego dyktatora do pozostawienia Lwowa przy Polsce. Przywódca radziecki dał jednak im do zrozumienia, że jest absolutnym panem sytuacji i od niego zależą nie tylko kwestie graniczne, ale również fundamentalne, jak np. sprawa niepodległości państwa polskiego. Wsparcie brytyjskie słabło, pod koniec negocjacji Anglicy wręcz wzięli stronę radziecką w sporze o Lwów. W czasie sierpniowych rokowań moskiewskich (3–8 sierpnia 1944 r.) Stanisław Grabski zaapelował do Stalina: Gdyby Polska wyszła z wojny z pomniejszonym terytorium, to naród polski nie mógłby tego nie odczuć jako ciężkiej krzywdy. (...). Szczególnie serdecznie upominam się o Lwów. Stalin zasłonił się wtedy koniecznością obrony interesów ukraińskich.
Na stwierdzenie Mikołajczyka, że Lwów nigdy nie był rosyjski (z wyjątkiem okupacji w latach 1914–1915) przywódca sowiecki odparł, że owszem Lwów nigdy rosyjski nie był, ale Warszawa była. Insynuacje Stalina zmierzały w kierunku uświadomienia polskim negocjatorom politycznym, że waży się sprawa odrębnego bytu państwowego oraz suwerenności Polski, wobec czego dziwi go uporczywe targowanie się o sporne terytoria.
Do najbardziej dramatycznych prób ocalenia Lwowa dla Polski doszło podczas rokowań październikowych w Moskwie, w dniach 12–20 października 1944 r. polską delegację (w składzie: Stanisław Mikołajczyk, Stanisław Grabski, Adam Romer) poddano brutalnemu naciskowi, by bez żadnych warunków zgodziła się na linię Curzona jako wschodnią granicę Polski. Mikołajczyk oparł się presji wypowiadając słowa: Jeśli przyjmiemy linię Curzona, to stracimy cały autorytet w Polsce. Mikołajczyk nie chciał brać na siebie całej odpowiedzialności za zrzeczenie się połowy polskiego terytorium ze Lwowem i Wilnem. Uważał, że bez mandatu udzielonego przez cały naród nie może powziąć takiej decyzji. Grabski próbował perswazji wobec Stalina: Polska opinia publiczna nigdy nie pogodzi się z utratą Lwowa na rzecz Rosji. Polscy przedstawiciele próbowali odwlec ostateczną decyzję w sprawie granic do końca wojny i zgadzali się na zaproponowaną przez Churchilla wersję układu polsko-radzieckiego, traktującego linię Curzona jako granicę tymczasową, która ulegnie zmianom po zakończeniu działań militarnych. Strona sowiecka stanowczo odrzuciła taką możliwość, domagając się uznania tej linii jako granicy ostatecznej.
W dniu 15 października 1944 Stanisław Grabski próbował po raz ostatni w czasie rozmowy z Mołotowem, którego uważał za „główną zaporę w każdej próbie posuwania naszej granicy wschodniej”, wytargować Lwów dla Polski. Pomiędzy oboma ministrami doszło wówczas do znamiennej wymiany zdań. Poirytowany nieprzejednanym stanowiskiem Mołotowa Grabski miał powiedzieć: Widzę, że pan minister Mołotow stoi na stanowisku słuszności dawnych zaborów ziem polskich dokonywanych przez rządy carskie. Mołotow odparł na to: To nieprawda! Przecież ja nie żądam Warszawy.
Pod koniec rokowań moskiewskich w październiku 1944 r. Stalin jeszcze raz zręcznie zagrał lwowską kartą dając do zrozumienia Stanisławowi Grabskiemu, że jest gotów wrócić do sprawy tego miasta po zrekonstruowaniu istniejącego wówczas czy też po utworzeniu nowego rządu polskiego. Sprowadzało się to do uznania PKWN i komunistów jako kontrahenta politycznego i wprowadzenia ich do legalnych władz RP.
Niewiele nowego wniosła czerwcowa (1944 rok) podróż Mikołajczyka do USA i uzyskane od amerykańskiego prezydenta papierowe zapewnienie o poparciu jego administracji dla polskiego Lwowa i zagłębia naftowego przy Polsce. Po dymisji Mikołajczyka w listopadzie 1944 roku nowy rząd polski Tomasza Arciszewskiego z wielką determinacją zadeklarował obronę polskich terytoriów wschodnich. W tym oporze podtrzymała go nieco administracja amerykańska wysyłając sygnały, że zamierza wywrzeć pewną niewielką presję na stronę radziecką w sprawie bardziej korzystnych dla Polski rozwiązań na wschodzie.
Było to posunięcie obliczone na pozyskanie polskich głosów w zbliżających się wyborach prezydenckich w USA. Podbudowany tym premier Arciszewski udzielił 16 grudnia 1944 r. wywiadu, w którym stwierdził, że dążenia polskie na zachodzie nie obejmują Wrocławia ani Szczecina, a jedynie obszary zagrabione przez III Rzeszę w trakcie wojny. Minimalizm na zachodzie miał spowodować większą determinację aliantów w rokowaniach o polską granicę wschodnią.
W tworzących się elitach nowej władzy (PKWN oraz KRN) niewielu znalazło się oponentów, którzy byliby skłonni spierać się ze Stalinem o losy miasta. Ludzie tacy jak Bolesław Bierut, Władysław Gomułka czy Wanda Wasilewska opowiadali się kategorycznie za wcieleniem Lwowa do ZSRR. Taka postawa strony komunistycznej została dobitnie zaakcentowana przez Bieruta w roku 1944 podczas rozmów moskiewskich oraz przez Gomułkę po ogłoszeniu uchwał jałtańskich. Wprawdzie latem 1944 Bierut miał powiedzieć, że o Lwów będziemy się jeszcze spierać z ZSRR, był to jednakże zabieg socjotechniczny strony komunistycznej mający zjednać jej nowych zwolenników.
Podczas późniejszych rozmów w Moskwie Bierut miał w obecności Churchilla stwierdzić: Domagamy się w imieniu narodu polskiego wcielenia Lwowa do ZSRR. Kwestia ta została wypowiedziana przez niego w tonie tak służalczym, że wywołała konsternację i zażenowanie nie tylko brytyjskiego premiera, ale i obecnych przy rozmowie notabli sowieckich. Samego Stalina wprawiła natomiast w stan żartobliwego usatysfakcjonowania skutecznością własnej polityki. Komuniści polscy byli wówczas wierni koncepcji Lwowa jako stolicy Zachodniej Ukrainy i Wilna jako stolicy Zachodniej Białorusi, która została sformułowana na lwowskim Zjeździe Pracowników Kultury już w roku 1936.
W latach 1943–1944 próbował zmienić sowieckie stanowisko w kwestii wschodnich granic Polski pułkownik Zygmunt Berling. Związane było to z nastrojami w wojsku formowanym w ZSRR i złożonym głównie z mieszkańców województw wschodnich II RP. Jak mówił sam pułkownik Berling: polskie Wilno i Polski Lwów stanowią dla nich (tzn. żołnierzy) kamień węgielny zaufania i szczerości wzajemnych stosunków między nami a Związkiem Radzieckim. Jego kilkakrotne próby nawiązania rozmów ze Stalinem w celu zmiany radzieckiej koncepcji granic na bardziej korzystne dla Polski, a także propozycje ustalenia granicy tymczasowej w celu przeprowadzenia plebiscytów na spornych terytoriach po zakończeniu wojny, zakończyły się fiaskiem. Podnoszone przez Berlinga wobec władz sowieckich polskie prawa do Lwowa były kwestionowane przez Wandę Wasilewską – jedną z głównych przeciwniczek pozostawienia miasta przy Polsce.
Nieco większe rozterki i wątpliwości przejawiali w tym względzie również lewicowi socjaliści sprzymierzeni z komunistyczną PPR oraz ludowcy z lewicującego Stronnictwa Ludowego. Na wymienienie zasługuje Oskar Lange – socjalista oraz ekonomista, skłonny do współpracy ze Stalinem. Lange stał na stanowisku, że: ... rząd radziecki powinien uznać istnienie starych ośrodków kultury polskiej (takich jak np. Lwów), które choć usytuowane na etnograficznym terytorium ukraińskim lub białoruskim, ukształtowały się jako integralna część polskiego życia narodowego, tak że nie mogą być odłączone od Polski bez silnego negatywnego wpływu dla przyjaznych relacji między narodem polskim i radzieckim. Dla Ukraińców i Białorusinów te ośrodki znaczą bardzo mało, ich rzeczywiste ośrodki kulturalne są w takich miastach jak Kijów, Charków, Mińsk i inne.
Oskar Lange sądził, że pozostawiając te ośrodki Polsce, oddzielono by od Związku Radzieckiego stosunkowo małą liczbę Ukraińców i Białorusinów, którzy mieliby zapewnioną przez demokratyczną Polskę pełną wolność narodową. W okresie późniejszym Lange zmienił swój pogląd na przyszły los polskich ośrodków kulturalnych na wschodzie zarysowując alternatywę – proponował albo ich włączenie do Polski, albo nadanie im specjalnego statusu w ramach radzieckich republik ukraińskiej, białoruskiej i litewskiej.
Program stworzenia we Lwowie polskiego terytorium autonomicznego nie był nowy i narodził się wśród polskich komunistów już po klęsce 1939 roku. Po raz pierwszy wystąpiła z nim jesienią 1939 roku działaczka komunistyczna Halina Górska uzyskując poparcie Alfreda Lampego. Pomysły te już wówczas spotkały się z chłodnym przyjęciem władz sowieckich. W dniach 17–29 maja 1944 r. Lange odbywał podróż do ZSRR, gdzie konferował ze Stalinem na temat granic powojennych Polski. Wobec Stalina wyraził wolę pozostawienia Lwowa Polsce. Stalin zaakcentował, że musi bronić interesów ukraińskich w tym względzie. Wtedy Lange powiedział: ... dla Ukraińców Lwów znaczy mniej niż dla Polaków. Ukraińcy mają inne ważne ośrodki kulturalne, a Lwów był w każdym razie poza Ukraińską Republiką Radziecką. Poza tym Ukraińców jest prawie dwukrotnie więcej niż Polaków, w konsekwencji mogą oni łatwiej znieść stratę terytorialną. W Polsce było pięć centrów kulturalnych: Warszawa, Kraków, Poznań, Lwów i Wilno. Utrata dwóch z nich byłaby bardzo ciężka, a uzyskanie niemieckich miast bez polskiego dziedzictwa kulturalnego nie może być uważane za wyrównanie utraty starych historycznych polskich ośrodków kulturalnych. Gdyby Polska musiała oddać Lwów, to byłoby to stałym źródłem antysowieckiej urazy i agitacji. To może być najniebezpieczniejsze dla przyszłych stosunków polsko-sowieckich. Stalin w odpowiedzi na to stwierdził, że sprawa ta wymaga dalszego zbadania.
Lange po wizycie w Rosji udał się do USA, gdzie 13 czerwca 1944 roku spotkał się z premierem Stanisławem Mikołajczykiem. W rozmowie tej poruszył problem Lwowa. Zreferował Mikołajczykowi nastroje panujące wśród żołnierzy armii Berlinga, nieprzychylne polskim komunistom dążącym do wcielenia miasta do ZSRR. Pewną presję na Stalina w sprawie Lwowa próbowali wywrzeć w lipcu 1944 roku delegaci strony polskiej, którzy przybyli z ramienia PKWN na Kreml, aby uzgodnić ostateczną wersję manifestu oraz definitywnie zamknąć kwestię granic wschodnich Polski. Andrzej Witos, Stanisław Kotek-Agroszewski, Bolesław Drobner oraz Edward Osóbka-Morawski zamierzali wystąpić o korektę linii Curzona, która uwzględniałaby prawo Polski do Puszczy Białowieskiej i ewentualne przyłączenie Lwowa i Zagłębia Naftowego do Polski.
Podczas rokowań ze Stalinem udało się wytargować połowę Puszczy Białowieskiej, rejony Suwałk i Augustowa, jednak w sprawie Lwowa strona sowiecka nie ustąpiła ani na krok. Stanowisko radzieckie w sprawie wschodniej Galicji było do tego stopnia usztywnione, że Stalin nie zamierzał ustąpić Polsce nawet Chyrowa, mimo iż sfałszowana linia Namiera z 11 lipca 1920 r. pozostawiała miasto po stronie polskiej. Jak pisze w swoich pamiętnikach Andrzej Witos: Wspólnie z Drobnerem, który w tych targach od czasu do czasu próbował mi pomagać, wysunęliśmy sprawę Lwowa, motywując to długoletnią polską kulturą, większością polskiej ludności. Odpowiedź sowieckiego dyktatora brzmiała: Lwów należy się Ukraińcom, chyba że chcecie wojny z Ukrainą, bo ja o Lwów wojny nie będę prowadził.
W trakcie rokowań strona sowiecka dawała do zrozumienia Polakom, że jest w stanie w każdej chwili wysunąć pretensje do bardziej na zachód położonych terenów, o czym świadczy passus Stalina: O co tam jeszcze idzie? Czy Chełmszczyzna ma do nich należeć, czy do nas? Rokowania w sprawie Lwowa rozpoczął przywódca ZSRR od manifestacyjnych rozważań na temat przyszłości Przemyśla, co miało zdezorientować polską delegację już na wstępie wzajemnych negocjacji.
Obiecując Grabskiemu „powrót do dyskusji o Lwowie” po powołaniu nowego rządu polskiego z udziałem komunistów, Stalin wprowadzał polską delegację w błąd. Niemal równocześnie prowadząc rokowania z Polakami Rosjanie zainicjowali wielką akcję odwrócenia stosunków narodowościowych w mieście.
Za pomocą specjalnie organizowanych transportów kolejowych i samochodowych do Lwowa ściągano dziesiątki tysięcy ludzi z głębi Rosji i Ukrainy, aby następnie rejestrować ich jako mieszkańców miasta. Według nie do końca wiarygodnego zestawienia władz sowieckich w dniu 1 października 1944 r. we Lwowie mieszkały 154 284 osoby, z czego 102 983 Polaków, co stanowiło 66,7% ogółu mieszkańców oraz 40 743 Ukraińców, czyli 26,4% ogółu. Zaledwie miesiąc później, tzn. 1 listopada 1944, Lwów liczył już 244 285 mieszkańców, w tym 112 413 Polaków, czyli 46% ogółu. Liczba Ukraińców i Rosjan wzrosła w tym czasie o około 80 tysięcy.
W ten sposób strona sowiecka wytrącała z polskich rąk jedyny atut i argument, który mógł zaważyć na konferencji w Jałcie – argument stosunków narodowościowych w mieście.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------