Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Barbara Czałczyńska, PODRÓŻ NA WSCHÓD (1)

Początek
Pędziliśmy wciąż dalej i dalej po dro­gach i bezdrożach. Kota samochodu to zapadały w koleiny i doły bocznych dróg, to sunęły pewnie po twardych nawierzch­niach szos. Omijaliśmy z daleka miasta i miasteczka, a przede wszystkim głów­ne trakty na których kłębiły się w bezład­nej ucieczce drabiniaste wozy, landa i karety i zaklinowane w powolnym ruchu furmanek samochody. Nad nami rozcią­gał się najczystszy z możliwych błękit nie­ba, a z niego odrywały się znaczone czar­nymi krzyżami samoloty i zasypywały uciekających gradem kul z karabinów ma­szynowych. W przydrożnych rowach le­żały porzucone samochody, koła i dyszle, a czasem całe wozy, nagle drogę taraso­wał koński trup. W okolicach mostów wy­tryskały w górę fontanny wody od zrzuca­nych niemieckich bomb. Tliły się zgliszcza spalonych wiosek, nocą towarzyszyły nam łuny płonących rafinerii i wiatr przywiewał z tamtej strony gorący podmuch pożarów. Był wrzesień 1939 roku. Wokół nas roz­pętała się Apokalipsa a myśmy jechali coraz dalej i dalej na wschód aż wreszcie ocknęliśmy się nad brzegami Dniestru. U jego brzegów kobiety prały bieliznę. W szum rzeki wpadał rytmicznie odmie­rzany stuk uderzających w kamienie kija­nek. Na polach złociły się ułożone w pry­zmy kolby kukurydzy. Po stokach spływały w dół czerwieniejące już liście winnych gron. Było pięknie i cicho.
Kobieta, która wyszła ujrzawszy nas na progu chaty mówiła miękkim mało zro­zumiałym językiem, z którego od czasu do czasu można było wyłowić znajome słowo.
- Czego chcieli? - pytała - Jajcia? Skilky treba? Dwa? Tilky dwa dla diwczynky! A szczo ż wy dytynu choczete hołodom umoryty? Wy ne bafko! — głos ko­biety stawał się gniewny, ale w trakcie tego przemówienia wyciągała z glinianej miski jajka i wrzucała na patelnię z rozgrzaną słoniną. Patrzyłam na przerażoną minę ojca, który dopiero po chwili ośmielił się przestrzec mnie szeptem:
- Nie jedz tego wszystkiego, bo się roz­ chorujesz.
We wsi pytali -A wyzwidky?- i uspo­kajali - U nas ne maje nijakoji wijnylAna-wiszczo tut Nimciam prychodyły?
Przepłynęliśmy Dniestr na wielkiej tra­twie, prąd znosił ją w różne strony, ale przewoźnik pewną ręką prowadził ją ku drugiemu brzegowi.
Po drugiej stronie Dniestru zajechali­śmy do znajomego dworu. Wyciągnięto mapy i zaczęto naradzać się gdzie mogą być Niemcy i co robić dalej. Mężczyźni oczywiście zdecydowali, że pójdą do woj­ska. A mnie postanowiono odwieźć do po­bliskiego klasztoru.
- Będzie ci tam dobrze - uspokajał mnie ojciec - A do Bożego Narodzenia wojna się skończy i przyjadę po ciebie.
Pojechaliśmy więc między winnicami i ogrodami do miejsca gdze ponad głębo­kim jarem wznosiły się ruiny zamku, za nim była klasztorna brama ponad którą Matka Boska rozpościerała zapraszające ramiona. Miejsce nazywało się Jazłowiec. Wyszła do nas biało ubrana zakonnica i spytała:
- Jak ci na imię?
Patrzyłam jak po białej drodze oddala się samochód wraz z ojcem. Jeszcze na zakręcie zabłysła tylna szyba, potem wzniesiony przez niego kłąb kurzu opadł i była tylko biała droga, długa, pusta i nie­ruchoma. Po paru dniach na tej drodze zaklekotały gąsienice czołgów udekoro­wanych czerwonymi gwiazdami, zostawia­jąc po sobie tęczowe plamy ropy. To było to, co nazywało się wbiciem noża w ple­cy, a dla nas w odległym klasztorze było jak zaciśnięcie na gardle żelaznej obrę­czy.
Moja przyjaciółka Nadia
Jeszcze wieczorem nic nie zapowia­dało porannej katastrofy. Jakieś tam dziw­ne i niesprawdzone pogłoski szeptano sobie po cichu, ale były tak nieprawdopo­dobne, że nikt w nie nie wierzył. Wieczo­rem jeszcze siedziałyśmy przy długich stołach w jadalni, grymasząc, śmiejąc się i psocąc, jak to było w naszym pensjo-narskim zwyczaju. Właśnie miałyśmy za sobą pożegnania z rodzicami w „szarym pokoju”, o którym krążyła legenda, że spo­tykali się w nim targowiczanie. Ze ścian patrzyła na nas jak groźne memento po­nura twarz Szczęsnego Potockiego. Nad frontonem pałacu czuwał herb Poniatow-skich, a z pod niego z kaplicznej nyży spo­glądała na świat słynąca cudami figura Matki Boskiej Jazłowieckiej. W winnicach dojrzewały ostatnie winogrona i ich wy­grzane słońcem, przezroczyste jak agaty owoce pobłyskiwały w ciemnej zieleni liści. A rano obudziło nas ciężkie łomota­nie w bramę.
- Szybko, szybko - popędzała nas sio­ stra wychowawczyni. Zaspane, dopinając w biegu guziki granatowych mundurków biegłyśmy do kaplicy. W bocznej nawie tłoczyli się przybyli ze wsi ludzie, którzy zdążyli jeszcze przed zamknięciem głów­ nej bramy. Między ławkami stały, nieru­ chome jak przybrane w welony statuy, za­ konnice. Klasztorny kapelan przesuwał w palcach paciorki różańca, a wszyscy po­ wtarzali za nim modlitwy.
- Wyważyli bramę - powiedział ktoś szeptem. I w tej samej chwili, jakby na potwierdzenie tych słów z bocznych drzwi wyskoczył żołnierz. Zatrzymał się przed ołtarzem, na jego czapce błyszczała czer­ wona gwiazda, w ręku czernił się wymie­ rzony w nas rewolwer.
- Ruki wwierch! - wrzasnął przeraź­ liwie.
Zapadła cisza, wszyscy unieśli w górę ręce, tylko ksiądz klęczał nadal na stop­niach ołtarza. I wtedy okazało się, że żołnierz nie jest sam, że jest ich paru. Otoczyli księdza i wyprowadzili go z ka­plicy. Wszyscy stali nadal w milczeniu na­słuchując odgłosu wystrzału. Ale nie. Księdza postawiono pod murem ogrodze­nia, gdzie stał z uniesionymi w górę ręko­ma. Przed nim przechadzali się żołnierze z bronią gotową do strzału. Na bieli muru jego czarna sutanna i rozpopstarte ramio­na układały się w znak krzyża. Stał tak przez dwa dni. Na trzeci dzień żołnierze odeszli, a księdza odprowadzono do kla­sztoru. I potem już każdy dzień przynosił
niespodziankę. Zakonnice musiały włożyć świeckie stroje. Wyglądały śmiesznie jak przebrane w staroświeckie stroje matro-ny. Na korytarzach klasztornych pojawił się Hrebeniuk. Jego stałym miejsce po­stoju była kancelaria, ale on snuł się po korytarzach, w filcowych pantoflach, przy­stawał pod drzwiami i podsłuchiwał o czym się mówi. Kiedy znienacka otwie­rało się drzwi można było dostrzec prze­mykającą się wzdłuż ścian sylwetkę. Przy-klasztorna szkoła została przemianowa­na na publiczną. Zaczęły przychodzić do niej dzieci ze wsi.
- Teper - oznajmiła nauczycielka - budemo howoryty na ruski} mówi.
Podczas przerwy między ławkami cho­dziła Nadia i upominała wszystkich:
- Howory po-ruśky. Howory po-ruśky. Wtedy to z klasy zaczęło powolutku
ubywać dzieci. Najpierw zniknęły pensjo­narki, po które zgłaszli się rodzice.
- Wojna, czasy niepewne, lepiej być razem - wyjaśniali przy odjeździe.
W dużej sypialni było coraz więcej pu­stych, przykrytych białymi kapami łóżek.
- Mv - mówiła do mnie Nadia - ty takoż pojidesz, zwidky pryjichata.
A potem pytała:
- A ty zwidky pryjichata?
- Z Krakowa -odpowiadałam.
- Krakiw - powtarzała Nadia ze zdzi­wieniem - a deż ce? Tebe bafky prywe- zty?
- Nie mam rodziców - odpowiadałam. A Nadia dziwiła się nadal:
- Jak ce, u tebe ne maje bafkiw?
A potem dodawała jakby te dziwne wiadomości i tak nie mogły przeszkodzić jej zamierzeniom:
- A u nas tak i budę wilna Ukrajina.
Nadia miała krótko przystrzyżone wło­sy, ciężki chód, garbiła się lekko i spoglą­dała na mnie wielkimi niebieskimi oczami przechylając na bok głowę.
Któregoś dnia wyszedłszy do ogrodu w czasie przerwy zobaczyłyśmy żołnie­rzy otaczających klasztorny dziedziniec. Żołnierze mieli szare mundury, nie zao-brębione u dołu, postrzępione płaszcze i barankowe czapki z czerwonymi gwia­zdami. W rękach trzymali wycelowane przed siebie karabiny.
Przy klasztornej bramie stała bryczka na wysokich kołach, na którą gramoliła się zażywna i rumiana siostra Emilia. Ktoś podawał jej w pośpiechu zawiniątko z je­dzeniem. Potem nastąpiły jakieś pertrak­tacje po których na bryczkę za siostrą Emilią wgramoliła się siostra Maria. Sio­stra Emilia służyła w wojsku polskim w 1920 roku, a siostra Maria zgłosiła się na ochotnika żeby jej towarzyszyć. Żołnierz machnął batem, konie ruszyły niespiesznie, szare mundury żołnierskie zasłaniały obie zakonnice. Nadia przyglą­dała się temu po swojemu, z uwagą i w milczeniu a kiedy bryczka zniknęła za zakrętem powiedziała stanowczo:
- A wse ż taky wony pol’śky pomi- szczyci.
Następnego dnia nauczycielka czyta­jąc listę obecności co chwilę utykała przy którymś nazwisku.
- Petro Iwanowycz - wywoływała. Odpowiadała jej cisza i nauczycielka
spytała:
- Win szczo, chworyj?
Po dłuższej chwili ciszy ktoś z kąta kla­sy poinformował:
- Pojichafy.
Nauczycielka po chwili zastanowienia wykreśliła Piotra Iwanowicza z listy obecności. Codziennie ktoś ubywał i nauczycielka już o nic nie pytając ry­sowała wzdłuż nazwiska grubą wyraźną kreskę.
W tych to dniach Nadia zaczęła mi po przyjściu do szkoły po kryjomu wciskać w rękę a to upieczony w domu kawałek kołacza, a to pachnącą jałowcem kiełba­sę, a to pierożki z serem.
- Mnie to niepotrzebne. - broniłam się jak umiałam.
- Bery, bery- uspokajała mnie Nadia - ty siritka. Ty by mohta buły mojeju se- stryczkoju. My obydwi po-bał’kowi Josy- powny.
Któregoś dnia Nadia zaprosiła mnie do siebie do domu. Na stole stała przygoto­wana na moje przyjście wielka miska z pierogami i jabłka o szarej szorstkiej skórce.
- Bidna ty syritka - użalała się nade mną matka Nadii - hde tobijichaty w ta- kyj datekyj świt. Lipsze ty ostawajsia z namy.
Wieczorem po klasztornych koryta­rzach sunie jak cień Hrebeniuk. Szeptem, żeby nikt nie słyszał, opowiadam siostrze Andrei o Nadii. Siostra Andrea ma dobre oczy.
- Nie rozmawiaj z nią zbyt wiele - radzi - Nawet jak Nadię bardzo lubisz.
A rankiem po korytarzach przetacza się straszliwy lament:
- Pojichafy! Pojichafy! Wsich zabraty! Wsich!
Szloch i krzyk miesza się ze słowami: wagony, stacja. Gdzieże to? Gdzieże to?
W szkole Nadia wciska mi pieróg z powidłem.
- My ne dumafy, szczo tak budę - mówi szeptem - my chotify wilnu Ukraji- nu, a wony nas wywoziat’ jak wsich. Jak wsich. Ot padljuky! - dodaje kiedy jeste­ śmy same na podwórku i spluwa z roz­ machem.
A po paru dniach Nadia nie zjawia się w szkole.
- Nadija Josipywna - mówi nauczy­ cielka i jakby do siebie mówi - może wona chwora?
Ale ktoś w klasie szepcze tłumiąc szloch:
- Pojichafy.
A potem którejś nocy my same wymy­kamy się nocą z siostrą Andreą z klaszto­ru. W nocnej ciszy poskrzypują koła wozu. Wielki księżyc oświetla drogę, zagląda w martwe oczy opuszczonych domów, od czasu do czasu głucho stukają niedo­mknięte drzwi chałup. Jedziemy do tego Krakiwa, który tak dziwił Nadię. Nadia. Czarna kreska na liście obecności.
- Wsich sobaky zabraty, wsich - mru­ czy potrząsając batem woźnica.

Barbara Czałczyńska, ur. 1929 we Lwowie. Ukończyła studia filozoficzne na Uniwersyte­cie Jagiellońskim. Jako prozaik debiutowała w 1947 roku na łamach krakowskiego Dzienni­ka Polskiego, publikowała w czasopismach kul­turalnych. Wydała tomy opowiadań: „Pierwszy zakręt”(1965), „Wielka cisza” (1976) [„Rozmo­wy z babką” (1983), powieści: „Próba życia” (1969), „Magdalena” (1974), „Przesilenie wio­senne” (1980) oraz przekłady w edycjach książ­kowych, wykorzystywane również w audycjach radiowych. Jest członkiem PEN-Clubu i Stowa­rzyszenie Pisarzy Polskich oraz wiceprezesem Klubu Inteligencji Katolickiej w Krakowie.