Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Leszek Goliński, NAD ZAGASŁĄ ŻAGWIĄ

Przedstawiamy drugi już tekst o legendarnej „Żagwi” – pierwszy znalazł się w poprzednim numerze CL (3/07), pióra krakowskiego historyka literatury, prof. S. Sierotwińskiego. Traf chciał, że już po wydrukowaniu tamtego natknęliśmy się (w materiałach śp. dra Tadeusza Krzyżewskiego) na stary numer „Nowych Sygnałów” (Wrocław, nr 12 z 1956 r.), a w nim wspomnienie napisane przez jednego z członków „Żagwi”, późniejszego polonistę i dziennikarza (w tamtych latach miał niewiele ponad 20 lat).
Oba teksty wykazują drobne różnice, trudno jednak mieć o to pretensję do któregoś z autorów. „Żagiew” działała w wyjątkowo dramatycznych warunkach we Lwowie, potem była ekspatriacja, nic więc dziwnego, że materiały nie zachowały się w pełni. Wielu świadków od dawna nie żyje. Odręczne dopiski dra T. Krzyżewskiego na kartce gazety wykorzystujemy, oznaczając kwadratowymi nawiasami.

Mija właśnie 91 lat od urodzenia Henryka Greba – Jana Obucha i 51 lat od Jego śmierci.


Henryk Greb – Jan ObuchUliczka św. Anny skręcała tuż koło kościoła w prawo. Była to bardzo smutna i niepiękna uliczka; brudne, czynszowe kamieniczki, trochę nieba nad nimi albo – bywało – niewiele deszczu. Naprzeciw wznosiły się ponure mury jakiegoś szpitala czy czegoś w tym rodzaju. Henryk mieszkał na parterze, w mieszkaniu zagraconym po uszy. Zresztą nie pamiętam ani mieszkania, ani uliczki.
Czas był niewygodny dla poezji. Pisał w tym czasie Baumgardten w konspiracyjnie odbitym tomiku poezji:
Przed Buckinghamem karety.
Chorągiew płynie nad królem,
A nam jest gorzko od wiosny
i ciasno od nienawiści.
Poznałem Henryka Greba na jakichś imieninach „cioci”. Bywały takie imieniny w czasie okupacji: zachowane cudem mieszkanie, zrudziały patefon w kącie, płyty pamiętające Piasta i Własta, obowiązkowo wódka, wreszcie tańce. Trwały owe „imieniny” zwykle przez całą noc z racji godziny policyjnej. Czasami grywano na nich w brydża, a młodzi bohaterowie deklamowali z ogniem w oczach „Odę do młodości”
Owego wieczoru krąg gości był szczególnie liczny. Ba, same obce twarze. Gospodyni, krąglutka szatynka o artystycznych aspiracjach, sprzątnęła ze środka pokoju stół i zaczęła się sjesta. Ktoś coś deklamował, ktoś grał na fortepianie. Oczy zachodziły patriotyczną mgłą. Na zakończenie części artystycznej gospodyni chowała nie lada niespodziankę. Wskazując na wysokiego, kędzierzawego młodzieńca w kącie, przedstawiła:
– A to jest Jan Obuch.
Był to Henryk Greb. Właśnie Obuch: taki miał pseudonim. Obuch, to mówiło wszystko: codzienne satyry, które znało na pamięć całe miasto, dzieci i starzy, Polacy i Ukraińcy, komuniści i akowcy. Prawie co dzień Obuch drukował swoje satyry i prawie co dzień otrzymywał setki i tysiące listów. Była to najdziwniejsza korespondencja czytelników, którzy nie wiedzieli nic o autorze, i autora, który nie wiedział nic o czytelnikach. Bo Obuch nie chodził do redakcji. Była to niedobra redakcja: gadzinówka. Redaktorem naczelnym był bojkotowany później i sądzony w Polsce Ludowej, głośny przed wojną pisarz Stanisław Wasylewski. Nie znalazł się jednak jeszcze monografista okupacyjnego Lwowa. Tam wszelkie sprawy miały inne proporcje: rzeczy uważane w krakowskim czy warszawskim za drobnostkę nabierały we Lwowie monstrualnych rozmiarów zbrodni – i na odwrót.
Piszę o tym, bo Obuchowi wyrządzono po wojnie krzywdę. W tamtych latach, gdy polscy mieszkańcy Lwowa mieli wroga nie tylko w postaci umundurowanego gestapowca, ale także sąsiada – ukraińskiego szowinisty, codzienne satyry Obucha odgrywały nie lada rolę. Ludzie czytali je między wierszami, odpisywali, uczyli się ich na pamięć. Obuch nigdy nie zaglądał do redakcji, nigdy nie brał za swoje satyry honorarium. Żył psim swędem jak miliony Polaków, przyczepił się do jakiejś spółdzielni rzemieślniczej, handlował jakąś skórą czy zelówkami i pisał. Gotowe satyry rzucał do skrzynki redakcyjnej na Sokoła wprost z ulicy. Przez pośredników odsyłano mu sterty listów od czytelników. Gromadził owe listy w osobnej skrzyni, pokazywał je czasem przyjaciołom, ale najczęściej się nimi nie chwalił. Była to jego wewnętrzna, osobista sprawa – rozmowa ze społeczeństwem, któremu zabroniono żyć, choć nie zabroniono marzyć.
Czas był dla satyry niewygodny. Nasi satyrycy piszący i drukujący w okresie „kultu jednostki” mogli czuć się ptakami wolnego lotu w porównaniu z dolą ówczesnego satyryka. Każde słowo brano przecież pod lupę, w każdym dopatrywali się trzech znaczeń nie tylko cenzorzy, ale całe społeczeństwo, tysiące czytelników. Może Obuch źle robił, drukując w tamtym czasie swoje satyry. Może powinien był milczeć. Nie wiem. Mimo wszystko, dwanaście lat* – to za mały dystans, aby sądzić epokę i na jej tle człowieka. Zresztą wkrótce Obuch zerwał i ten luźny kontakt z redakcją – przeszedł do pracy konspiracyjnej, całkowicie odsuwając od siebie możliwość zarzutu kolaboracji.
Nic dziwnego, iż na owym spotkaniu imię Obucha zrobiło należyte wrażenie. Henryk uśmiechał się, błyskał swoim złotym zębem, wyglądał wcale niepoetycko. Któż zresztą
w tym gronie chadzał w pelerynie poety? Był tam aptekarz, pisujący dziś udane wiersze [Mieczysław Miszewski]**. Był gadatliwy hodowca żółwi, chodzący dziś w poetyckiej aureoli [Jerzy Hordyński]. Był przyszły autor żołnierskich piosenek [Bronisław Król], przyszły inżynier-chemik [Henryk Gruszkowski?], przyszły lekarz [Leszek Majerski] – wszyscy próbujący poetyckich strof. Deklamowaliśmy na zmianę swoje wiersze: któż z nas nie popełnił w młodości tego grzechu? Noc zeszła prędzej niż myśl.
Potem zaczęły się już normalne, coraz częstsze spotkania. Raz w pokoiku przy ulicy św. Anny, raz u aptekarza na dalekim przedmieściu, raz u przyszłego dziennikarza. Na stole zazwyczaj leżała paczka „Lewiatanów”, mocnych jak śmierć, rzadziej – nieco alkoholu, zresztą poezja szumiała mocniej niż alkohol. Za oknami, zasłoniętymi nieszczelnie kocem, stała noc ciemniejsza od czasów i stukały po bruku kroki żandarmskich patroli. Front toczył się już wówczas na zachód, nadchodziła wiosna czterdzieści trzy, potem czterdzieści cztery. Było nam gorzko od wiosny i ciasno od nienawiści. Co dzień mętny ranek znajdował na ulicy wystygłe zwłoki spóźnionych przechodniów. Dokoła miasta płonęły struchlałe, choć częściej broniące się bohatersko wsie.
Czas był nieprzychylny poezji, ale to nieprawda, że pośród walki milkną muzy: czasami bywają one samą walką i samą pieśnią. Założyliśmy grupę poetycką „Żagiew”. Była to grupa bez politycznych manifestów, jedynym jej manifestem była chęć walki z okupantem. Tą chęcią walki przepojone były wszystkie wiersze. Jeżeli szukaliśmy nowych form poetyckich, to tylko takich, które potrafią rozpalać najskuteczniej i ranić najboleśniej, trafiać najcelniej. Europa była na dnie upadku i u progu wolności. Umarł Jan Obuch, narodził się wtedy Kajetan Szalej. Pozostał wierny swojemu poetyckiemu rodzajowi, ale ostrzył satyrę coraz bardziej, uczył się nią władać coraz doskonalej. Z naiwnych, może akademickich sympozjów poezji, z wieczorów przetykanych strzałami na ulicy, ukrzyżowanych widmem godziny policyjnej, rodziły się strofy, które zaczęły przenikać poza ściany, poza okna, krążyć w odpisach. Powstała potrzeba znalezienia takich środków publikacji, któreby umożliwiły narodziny poezji prawdziwie społecznej, prawdziwie narodowej, prawdziwie przydatnej. Chodziło nam przy tym o oddziaływanie nie tylko słowa, ale i o szatę graficzną, o zespolenie plastyki i poezji, treści i formy, grafiki i słowa. Z tych wspólnych marzeń, poszukiwań i prób narodziły się wreszcie trzy tomiki poezji. Drukowane na maszynie, pieczołowicie i z dużym wyczuciem piękna ozdobione, zaczęły krążyć po mieście.
Nie o to nam jednak chodziło. Mimo wszystko „Żagiew” była wciąż kameralna, nieco snobistyczna, odrobinę wysublimowana. Stawała się dla szybko rosnącego grona współpracowników zbyt często ucieczką od smutnego świata poza granice twórczości. A przecież w pierwszym tomiku na czołowych stronach, pisaliśmy w formie litanii oddziałów powstańczych.

Przez bohaterstwo Armii Polskiej,
walczącej na wszystkich lądach i morzach
za Wiarę i Wolność wybaw nas, Panie!
Przez heroizm żołnierzy Polski Podziemnej
wybaw nas, Panie!
O sztandary i Orły Narodowe
prosimy cię, Panie!
O zwycięstwa na polach bitew
prosimy cię, Panie!
Ktoś rzucił wtedy pomysł najdziwniejszy i jedyny w swoim rodzaju: fotograficznych odbitek. Były one co prawda tylko dwubarwne, dosyć kosztowne i mało czytelne, ale dawały gwarancję znacznego rozszerzenia grona czytelników, a nade wszystko przechowania najlepszych, najcelniejszych utworów. Nie pamiętam już, ile takich odbitek sfabrykowano, wiem, że nasze „poligraficzne” możliwości nie stały w żadnym stosunku do zapotrzebowania.
Wiosna stała już w pełni nad pięknym Lwowem. Od wschodu toczyły się po bardzo błękitnym niebie echa armatnich salw. Ulicami ciągnęły w popłochu resztki wielkich armii Hitlera. „Żagiew”, która w tym czasie okrzepła już organizacyjnie, która miała już swój „hymn” i legitymowała się pokaźnym poetyckim dorobkiem, wkraczając przez niektórych swoich członków do podziemnego Związku Literatów Polskich – przestała istnieć. Wielu jej członków zamieniło pióro na karabin. Sztandary i Orły Narodowe ruszyły w zwycięskim pochodzie na zachód.
Na parę długich i gorących miesięcy straciłem Greba z oczu. Odnalazł się najniespodziewaniej w Zielonej Górze. W małym parterowym domku na cichej ulicy, mając już rodzinę, zrekonstruował swój warsztat literacki. Zaczął pisywać – przeważnie do prasy wrocławskiej, choć nieraz pojawiał się Kajetan Szalej w „Szpilkach”. Widywaliśmy się teraz rzadko, choć w czasie kilkakrotnych odwiedzin zadziwiał Henryk swoją energią, humorem, żywotnością.
I wtedy przyszedł nań chyba najdotkliwszy, najprzykrzejszy okres w jego życiu. Z wykształcenia magister prawa – poszedł drogą prawniczą. Aplikowal w sądzie. W latach wzajemnych podejrzeń i oskarżeń, glajchszaltowania wymiarów sprawiedliwości, a najczęściej po prostu łamania prawo­rządności – ktoś rzucił na Greba naiwne oskarżenia o współpracę z prasą gadzinową. I choć został uniewinniony, musiał na długi okres pożegnać się nie tylko ze swoim zawodem, ale i odłożyć pióro. Nie złamał go jednak nigdy. Pisał dla siebie, gromadził swoje wiersze. Ostatnie lata spędził w Legnicy: stąd zaczął znowu pisać do paru pism, znowu drukować swoje satyry i fraszki, gdy przyszedł czas uchylenia bezsensownej kondemnaty.
Mając zaledwie 39 lat, przed paru tygodniami umarł***
O „Żagwi” nikt zapewne nigdy nie napisze monografii. Wiele było takich „Żagwi” w czasach okupacji. Pozostanie ona epizodem, utkwi w sercach ciepłym, choć coraz już bardziej mglistym wspomnieniem. I skojarzy się na trwałe z sylwetką dobrodusznego kpiarza, nieznanego przyjaciela wielu smutnych ludzi – Jana Obucha, Kajetana Szaleja, Henryka Greba.


* Pisane zapewne w r. 1956.
** To i następne nazwiska – patrz notka biogr. H. Greba.
*** Patrz odsyłacz pierwszy.


HENRYK GREB, ur. 11 XI 1916 we Lwowie, zmarł 13 XI 1956 w Legnicy. Studiował prawo na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. W 1944 rozpoczął działalność literacką pisząc fraszki i utwory satyryczne pod pseudonimem Jan Obuch. Równocześnie prowadził konspiracyjną grupę poetycką Żagiew, do której należeli: Maria Bielecka-Kasprowiczowa, Leszek Goliński, Henryk Gruszkowski, Tadeusz Forowicz, Bronisław Król, Mieczysław Miszewski, Leszek Majewski i Jerzy Hordyński. Żagiew wydała trzy tomiki wierszy: A imię jego jest 44, Przekroje,
i Werble Lwowa. Kolportaż ich odbywał się przy pomocy odbitek fotograficznych. Po ekspatriacji na Ziemie Zachodnie zamieszkał Greb najpierw w Zielonej Górze, potem w Legnicy. Pracował w redakcjach „Głosu Wielkopolskiego” i „Słowa Polskiego” (mutacja dla Ziemi Lubuskiej), gdzie drukował szereg artykułów i esejów. Współpracował z pismami satyrycznymi („Szpilki”, „Rózgi”, „Mucha”, „Kocynder”), zamieszczając w nich swe fraszki i satyry pod pseudonimem Kajetan Szalej. Współpracował również – już pod własnym nazwiskiem – z „Sygnałami”.


LESZEK GOLIŃSKI – zmarł w 1967 roku w wieku 47 lat. Kto mógłby o nim więcej opowiedzieć?

DOPISEK REDAKTORA CL
Pozwalam sobie opisać niezwykły dla mnie zbieg okoliczności, jaki miał miejsce we Lwowie w 1944 roku. Oto przed kilkunastu laty krakowski antykwariat „Rara Avis” urządził aukcję, na której znalazła się księga pamiątkowa pracowni arch. Janusza Witwickiego, gdzie wykonywano „panoramę plastyczną dawnego Lwowa” (z XVIII w.), mieszczącą się dziś – po dramatycznych wydarzeniach końca II wojny – we wrocławskim Ossolineum. Nie wiem skąd znalazła się ta księga w posiadaniu antykwariatu ani kto ją nabył.
W marcu 1944 – jako niespełna 13-letni chłopiec – udałem się na ulicę Krakowską (?), by zobaczyć wykonywany model historycznego Lwowa, i oczywiście wpisałem się do księgi. W kilkadziesiąt lat później w Krakowie poszedłem obejrzeć aukcję (ktoś mnie o tym powiadomił) i w wyłożonej do sprzedaży księdze pamiątkowej inż. Witwickiego znalazłem swój podpis. Najciekawsze jednak to, że jako następny wpisał się... Jan Obuch. To jeszcze nie wszystko: obok widnieje podpis p. Tadeusza Krzyżewskiego.
Przecież nie znałem tych panów (dra T. Krzyżewskiego poznałem po kilkudziesięciu latach w Krakowie), nie wiem, czy znali się między sobą, nie ma już kogo zapytać. W każdym razie dla mnie to niezwykła pamiątka. Poprosiłem właścicieli antykwariatu o skserowanie odnośnej strony księgi, a jej fragment przedstawiam Czytelnikom.
Andrzej Chlipalski