Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Teresa Rodziewicz-Szepietowska, WSPOMNIENIA Z TRZECH OKUPACJI

Wspomnienia autorki stanowią opisy wydarzeń na Wołyniu (głównie w Lubomlu) w latach 1939–1945, zapamiętane przez dorastającą dziewczynkę w wieku 8 do
14 lat, córkę aptekarza z Lubomla. Z obszernego materiału wybraliśmy kilka fragmentów, charakteryzujących przeżywane przez nią kolejne okupacje w czasie II wojny światowej.

„PIERWSI” SOWIECI, LUBOML
[...] W końcu września – daty nie pamiętam – rano pochmurno, deszczowo, cały rynek przed naszym domem zatłoczony szarym mrowiem bez dystynkcji, w niezaobrębionych szynelach, koniki, wózki, mrowie – sowieci.
Mama siada w fotelu i płacze – nie ma już Polski. Zaraz wszystkie sklepy prywatne zamknięte, a tylko takie były, apteka upaństwowiona. Radio i telefon zarekwirowane i już do końca wojny nie mamy ich. Jeden pokój, czerwony – salonik – zabrany na Raj-Zdrow (Rejonową Przychodnię Zdrowia). Pokój ten miał osobne wejście. Przez krótki czas były używane jeszcze polskie pieniądze. Kiedyś przyszedł do apteki sowiet i płacąc za lekarstwa polskim bilonem, wskazał na profil Piłsudskiego umieszczony na monecie i powiedział do Tatusia: „Wot smatritie, kakaja abieziana zdies siedit” (patrzcie jaka małpa tu siedzi). Tatuś był zagorzałym piłsudczykiem, więc była to dla niego obraza świętości. Na widocznej ścianie w aptece wisiał duży obraz Chrystusa. Po tym incydencie, obawiając się profanacji Tatuś obraz zdjął. [...]
Sowieci urządzili na podwórku gminy palenie książek polskich z bibliotek i szkół. Potem przez całą wojnę było bardzo trudno dostać coś do czytania. U nas były „Dzieła wszystkie” Piłsudskiego, porządnie oprawne w granatowe płótno. Rodzice w obawie przed represjami spalili to w piecach tom po tomie. Patrzyłam na to i przejmował mnie żal.
Sowieci już w październiku urządzili wybory. Rodzice nie chcieli w nich brać udziału, ale pod wieczór ktoś po nich przyszedł i musieli iść. Dostali paszporty z zaznaczeniem, że nie wolno im mieszkać bliżej niż 100 km od granicy, a to oznaczało, że są przeznaczeni do wywozu. Rodzice nie zapisali mnie do szkoły, bo „na wiosnę będzie po wojnie”, a mam rok zapasu. Jakoś się udało, choć był obowiązek szkolny. [...]    
Nie wiem którego to było, może w październiku. Rano obudził nas dochodzący zza okien szmer tłumu, kroki, może rozmowy. Z naszego okna na piętrze był widok na fosę wokół Górki Jagiellońskiej. Fosa była bez wody. Pod górką są z drugiej strony lochy: 3 duże komnaty. Otóż z tych lochów prowadzono pod uzbrojoną strażą złożoną z sowieckich żołnierzy tłum mężczyzn w strzępach polskich mundurów, pookrywanych jakimiś kołdrami, kocami, w bandażach, z kosturami, bez butów.
Patrzyłyśmy przez szpary w zasłonach ze ściśniętymi sercami. Było ich tylu, że wypełniali fosę i szli ku kolei, aż ginęli za zakrętem. Widzę to ciągle, choć miałam wtedy 8 lat. Teraz myślę, że mogło ich być około 2000. Szli bardzo powoli w ciszy i nawet nie popędzani. Był tylko szum tłumu i ponury jesienny ranek. Z powodu zakazu wychodzenia z domów nikt nie mógł im podać jedzenia ani wody. Może wśród nich był wujek Edek, Józek lub wujek Stefan, którzy wszyscy dostali się do sowieckiej niewoli i później zginęli w Katyniu. Straszny to był widok. [...]

PIERWSZE WYWOZY
10 lutego 1940 r. sowieci zrobili pierwsze wielkie wywozy w tym strasznym mrozie. Wywieziono wielu ludzi, niezależnie od wieku, od niemowląt do starców. Przygotowaliśmy się i my. Mama poszyła plecaki z płótna. Każdy miał naszykowane ubranie, w którym miał jechać. Dla mnie na drogę było przeznaczone futerko mamy, bo było cieplejsze niż mój płaszczyk, a poza tym rosłam przecież i trzeba było dla mnie czegoś większego na zapas. Pamiętam wieczór, kiedy mierzyliśmy te ubrania i plecaki. Były przygotowane jakieś suchary, kluski i nie wiem co jeszcze, pewnie cukier i jakiś tłuszcz. Szykowaliśmy się tak, bo na zapakowanie dawali 2 godziny i zależało od ludzi, którzy wykonywali te zadania – albo pozwalali te 2 godziny wykorzystać, radzili co brać i nawet pomagali pakować, albo inaczej: skracali czas, nie pozwalali wiele zabrać, popędzali – różnie było. Nasze przygotowania odbywały się już po pierwszych wywozach i na razie nie było następnych, więc nasze szykowanie było niepotrzebne.
Wywożono rodziny funkcjonariuszy państwowych: policjantów, pracowników administracji, burmistrzów, starostów, osadników wojskowych. Mężczyźni z tych rodzin zostali już wcześniej aresztowani, jeśli nie dostali się do niewoli w czasie wojny, co oznaczało Katyń. Rodziny wywożono bez względu na wiek i płeć. Był luty 1940 r., mróz 40O, bo pierwsze dwie zimy wojenne były wyjątkowo ostre, wagony były oczywiście towarowe. Wtedy przyszli po panią Ludwikę Nowodworską i jej synów: Jurka 9 l., Witolda 6 l. i Januszka 2 l. Stary pan Wiktor Nowodworski był w Lubomlu notariuszem i miał własny piętrowy dom niedaleko nas. Oboje starsi państwo nie chcieli puścić synowej samej z dziećmi (ojciec chłopców został zabity przez Ukraińców w 1939 r.). Na własne życzenie pojechali z p. Ludwiką, a z nimi ich dwie dorosłe niezamężne córki. Pani Ludwika i chłopcy oraz jedna z tych panien przeżyli pobyt w Rosji i wrócili po wojnie do Polski. Starsi państwo i jedna z córek umarli tam. W tym czasie wywieziono z Winklerowszczyzny koło Nieświerza ciocię Marysię, żonę wujka Stefana z 10-letnim Jurkiem i 7-letnią Alusią. Byli koło Archangielska, gdzie ciocia pracowała przy wyrębie lasu, Jurek w stajni, a Alusia niestety była za mała, żeby się na coś przydać. Pisali do nas listy oni i inni wywiezieni ludzie. Nie mieli co jeść, w co się ubrać i nie mieli lekarstw. Niektórzy prosili o maść na świerzb, inni o cukier, Toluś Nowodworski lizał stół po ostatnim kryształku cukru. [...]
Prócz wywozów i innych represji sowieci postanowili, że żaden właściciel apteki nie może zostać we własnej aptece. Toteż do nas przyszedł p. Grojnowski, Żyd z Kowla, z rodziną, a nas tj. tatusia, mamę Wandę i mnie wysiedlono do odległej o 20 km wsi Olesk, skąd wyrzucono gdzieś tamtejszego właściciela apteki p. Grzybowskiego z żoną. [...]
Zmorą pobytu w Olesku jest szkoła, do której już muszę chodzić. Szkoła jest wiejska i ukraińska, a ja jedna jestem z miasta i Polka. Co dzień wracam z płaczem. Dokuczają mi bardzo, nie znam liter i języka ukraińskiego – koszmar. Ułożyli taką zagadkę: „Szczo ce take? Kosy maje, zwetsia Tereszko, w sztanach chodyt’, a diwczyna” – „Co to takiego? W spodniach chodzi, nazywa się Tereszko (ukraińskie imię męskie), ma warkocze, a dziewczyna”. To byłam ja, a chodziłam w dresach, co wtedy było wyjątkowe dla dziewczynki, bo były wielkie mrozy. Na szczęście dużo chorowałam, a dobry pan dr Telszewski dawał mi jeszcze więcej zwolnień, tak że więcej siedziałam w domu, niż chodziłam do szkoły. Hala zaczęła mnie uczyć francuskiego, czytałam dużo książek, ale zaniedbano uczyć mnie po porządku polskiego, historii itd. W tych warunkach nikt pewnie nie mógł o tym myśleć. Szkoła nie dawała mi nic. I tak rosłam bez nauki. [...]

CZERWIEC 1941, ZACZYNA SIĘ OKUPACJA NIEMIECKA. JESZCZE OLESK
[...] Zaraz po uspokojeniu się działań wojennych tatuś pojechał zobaczyć, co z domem i apteką w Lubomlu. Choć duża część Lubomla została zrujnowana lub spłonęła, nasz dom z apteką ocalał. Do Oleska też zgłosił się p. Grzybowski, właściciel apteki. Widocznie Niemcom nie zależało na takich zamianach, bo pozwolili wracać do swoich aptek, jakkolwiek pozostały one upaństwowione, a właściciele na pensji. Tatuś wyjechał z Oleska zaraz w lipcu, a my pod koniec sierpnia, gdy zebrałyśmy warzywa z ogródka. Pamiętam, że ukraiński chłop z Oleska, który nas odwoził, strasznie się chwalił, że teraz Niemcy zrobią wolną Ukrainę, której flaga jest niebiesko-żółta, więc jak nie będzie z czego jej uszyć, to on zabierze żółtą spódnicę mojej Mamy, którą miała na sobie. Strasznie mnie to ubodło i bałam się go. Był to najbliższy sąsiad pp. Telszewskich, Marczuk, który potem podobno brał udział w wymordowaniu rodziny doktora. Gdy wjechaliśmy do Lubomla, widziałam po raz pierwszy straszną dla mnie rzecz: po brukowanej kocimi łbami ulicy Żyd z białą opaską z gwiazdą Syjonu na rękawie pchał ręczny wózek. Zapytana przeze mnie mama objaśniła mnie krótko, pewnie ze względu na obecność Marczuka, że Niemcy tak teraz kazali Żydom chodzić. Nie wolno im chodzić po chodniku. [...]

ROK 1943, LUBOML
[...] Przychodzi sierpień 1943 r i jednej nocy Ukraińcy urządzają rzeź polskich wsi: Kątów, Ostrówek, Czmykosa, a potem mordowanie pojedynczych rodzin polskich zamieszkałych na wsiach ukraińskich. Niedorżnięci uciekają do Lubomla i lokują się, gdzie kto może. Pełno jest ludzi u księdza na plebanii, gdzie jest oprócz domu duża szopa. U nas w kuchni, w pokojach i nawet w piwnicy (tj. suterenie). Jest okres, kiedy przebywa u nas 44 osoby. I właśnie wtedy Niemcy robią rano łapankę. Wchodzą od podwórza, wpuszczeni przez mamę, ale widząc aptekę, zawracają. Apteka jest potrzebna Niemcom, jedyna w miasteczku i w okolicy. A właśnie za otwartymi jednoskrzydłowymi drzwiami do apteki ukryło się czworo wiejskiej młodzieży, w sam raz do zabrania na roboty do Niemiec.
I od tych rzezi zaczyna się u nas koszmar, trwający już właściwie aż do naszego wyjazdu z Lubomla. Rzezie, co wynika z nazwy, były bardzo okrutne. Dosłownie zarzynano Polaków nożami, piłami, obuchami, oczywiście bez różnicy wieku i płci. Jak za Chmielnickiego. Do Lubomla w jesieni 1943 r napłynęło wielu „nedorizanych” – „niedorżniętych”. Wielu było poranionych i tych umieszczano w szpitalu, gdzie zgromadzono do opieki polskie młode dziewczyny, nie tylko pielęgniarki.
Inni uciekinierzy potrzebowali mieszkań i powoli z plebanii i od nas odpływali, wyjeżdżając za Bug – w okolice Chełma lub w większości zajmując opuszczone przez wymordowanych przed rokiem Żydów, nadające się do zamieszkania domy. Przez jakiś czas u nas mieszkały dwie rodziny z Kątów. Obie rodziny miały po czworo dorastających dzieci. Jednych wrzucono do studni, a na nich wrzucono koryto. Reszta rodziny wylazła i uciekła do Lubomla. Myślę, że zrobili to jacyś sąsiedzi, którzy tak naprawdę nie chcieli ich zamordować, tylko zrobili to na rozkaz rezunów. To byli Pawlukowie. Jaszczukowie znów byli bez matki, bo kiedy do wsi weszli rezuny, oni uciekli do lasu. Tylko matka wróciła do domu i tam ją zamordowano. Wróciła po chleb. Doktora Telszewskiego z Oleska wraz z rodziną zamordowali podobno sąsiedzi, a brat doktora ukrył się w krzakach, bo myślał, że zaopiekuje się małymi córeczkami doktora. Kiedy jednak zobaczył, że i dziewczynki zamordowano, wyszedł z ukrycia i sam oddał się im w ręce. Zginął też w Olesku aptekarz pan Grzybowski z żoną. Byli to starsi ludzie. Zginęła Trepkowa, chłopka, będąca tam żoną Ukraińca. Nawet tak rozdzielano rodziny: Ukrainiec – życie, Polak – śmierć. Jak Niemcy z Żydami. Zamordowany został też mój krewny Jarosław Rodziewicz, który był leśniczym koło Ołyki.
Na całym Wołyniu, Polesiu i Podolu wrzało. Potem polscy partyzanci z AK mścili się na Ukraińcach, ale raczej na tych z bronią w ręku, bo wsie ukraińskie i ludność w nich pozostawała nietknięta, bo nikt do Lubomla nie uciekał.
Zamieszkuje u nas w saloniku pan Anatol Turski, który jest oficjalnie jakimś pracownikiem nadleśnictwa, a naprawdę kieruje partyzantką. Na jesieni po rzeziach prawie wszyscy lubomelscy chłopcy idą do lasu. Najpierw u nas w domu jest przysięga. Przychodzi ksiądz dziekan kanonik Stefan Jastrzębski, przynosi ze sobą spory krzyż. Ja, wygoniona na górę, podglądam ze schodów, kto przychodzi. Znam większość z tych chłopców. Jedni wchodzą przez aptekę, inni od podwórka, tak konspiracyjnie. Ludność cywilna w dużej części ucieka za Bug. [...]

ROK 1944, LUBOML
[...] 19 lub 20 lipca 1944 r. nadleciały myśliwce ruskie i strzelały do Niemców. Niemieckie samoloty biły się z nimi w powietrzu i Wandka oglądała te walki z okna, przy czym była lekko ranna w rękę odłamkiem. Nie bała się.
Nasz niemiecki generał ze swoimi towarzyszami wypadli przed dom i zaczęli strzelać do ruskich samolotów, na co oni zrzucili jakieś odłamkowe małe świństwo, które powybijało prawie wszystkie szyby w naszych wielkich oknach. Zeszliśmy do aptecznej piwnicy. Pod ścianą zostały położone materace i tam siedzimy. Przychodzą jeszcze jacyś ludzie. Nasz dom znalazł się między stanowiskami czyichś dział a ich celem. Odgłos jest taki: wystrzał – metaliczne „pamm” – przelot pocisku nad domem – „wiuu” – i wybuch w celu – głuche „buum”. Nad naszymi głowami małe okienka. Przez cały czas bałam się, że wpadający pocisk czy odłamek pocisku porani moje wyciągnięte nogi, ale nic nie mogłam na to poradzić. Poszłam na I piętro do sypialni po poduszki i niedługo po moim ponownym zejściu do piwnicy – do sypialni wpadł pocisk, rozwalając ścianę. Drugi uderzył w sam róg domu tuż przy ziemi i oderwał kawał muru, ale do wnętrza się nie przebił. W czasie tych dwudniowych walk ktoś siedzący z nami w piwnicy podaje projekt, żeby się przenieść do lochów pod górką i trwa nad tym narada. Wtedy ja stanowczo mówię: „To wy idźcie, a ja się stąd nie ruszam” (mam 13 lat) i wszyscy zostają. Zawsze wiedziałam, że wszelkie uciekanie nie ma sensu. Wszystkie rzeczy, które mama oddała z domu ludziom na przechowanie, spaliły się.
Niebo zasnute jest chmurami. Są to „wyziewy wojny”. Dotąd nie wiedziałam, że dym wybuchów czyni takie chmury i mgłę. Bomby, strzelanina z broni wszelakiego rodzaju trwa 2 doby, po czym do piwnicy wpada obsypany ceglanym pyłem oficer radziecki z naganem w ręku. Rewolwer ten zaraz zresztą chowa, widząc ludzi cywilnych i dzieci. Uśmiecha się. Znalazł się w zasięgu wybuchu pocisku, który uderzył w ścianę kina. [...]
We wrześniu 1944 r otwarto szkołę. Nieliczni Polacy pozostali w Lubomlu zabiegali o polską, przynajmniej jedną klasę, ale nie udało się. Natomiast utworzono rosyjską kl. V w ukraińskiej szkole i do tej rosyjskiej klasy poszły wszystkie polskie dzieci, z rozpiętością wieku chyba 5 lat. Ja miałam 13 lat, ale Romek Zimny, który też z nami chodził, był ode mnie starszy 2 lata, a byli starsi i młodsi. Polacy nie chcieli się uczyć po ukraińsku, woleli po rosyjsku, zawsze to piękny język. Chodziłam tam jednak krótko, tylko w jesieni, bo nauka była znowu byle jaka, a mogłam przestać chodzić do szkoły, bo z chwilą zapisania się naszej rodziny w Polskim Urzędzie Repatriacyjnym na wyjazd za Bug, czyli do Polski w nowych granicach, nie podlegałam pod sowiecki obowiązek szkolny.
Któregoś dnia wróciłam ze szkoły i zastałam w domu dwóch NKWD-zistów, robiących w obecności tatusia rewizję w naszych książkach. Odbywało się to spokojnie, nie trwało długo i nic nie znaleźli. Dzieła Piłsudskiego i inne takie pozycje zostały spalone jeszcze za pierwszych sowietów. Pamiętam, jak patrzyłam ze zgrozą, jak płoną. Powodem rewizji był znowu donos, że tatuś, wydając jakiś lek z apteki, zawinął go w kawałek przedwojennej „Muchy”, pisma satyrycznego, gdzie był jakiś antysowiecki dowcip. Funkcjonowało na naszych terenach takie określenie czasów wojny: „za Polski” – tzn. przed wojną 1939 r., „za pierwszych sowietów” – od połowy września ’39 do czerwca ’41, „za Niemców” od lipca ’41 do lipca ’44 i „za drugich sowietów” – od 22 lipca ’44 r. aż do naszego wyjazdu. Określenie „za okupacji” funkcjonujące na reszcie terytorium Polski, przy tak częstych zmianach okupantów na naszych terenach, niczego nie precyzowało. Kiedy chodziłam do sowieckiej szkoły, tatuś przykazał mi, żebym w niczym nie zadzierała z nauczycielami i nie gadała, czego nie potrzeba. Pewnego dnia jedna z nauczycielek werbowała uczniów w naszej klasie do pionierów. Nikt się nie zgłosił, więc ona zaczęła namawiać, ktoś się zgłosił, ale to było dla niej za mało, więc zaczęła grozić, aż powiedziała: „jesli kto nie zapiszetsia, tak eto wrag sowietskowo sajuza” – „kto się nie zapisze, jest wrogiem sowieckiego kraju”. Wtedy wiele osób, w tym ja, zapisało się. Ja czułam się moralnie złamana i po lekcji się rozpłakałam. Wtedy jeden z uczniów, Gołębiowski, który mimo nacisku nie zapisał się, przechodząc koło mnie z pogardą powiedział po ukraińsku: „zapysałasia taj płacze”. Ten Gołębiowski był sporo ode mnie starszy. Jego rodzina to byli Polacy zamieszkali przed wojną na terenie Związku Sowieckiego. Za Niemców przyjechali do Lubomla, tak jak dr Nałęcz, chcąc już mieszkać w Polsce. Chłopak był żulowaty, znał sowieckie metody i nie bał się. Nazwisko Gołębiowski było trudne do wymówienia przez uczących nas Rosjan, więc różnie je przekręcali, a on za każdym razem z ostatniej ławki, gdzie siedział, spokojnym, donośnym głosem poprawiał: Gołębiowski. Być może jedynie swoje nazwisko umiał poprawnie po polsku wypowiedzieć, bo w ogóle mówił bardzo źle po polsku, za to świetnie po rosyjsku i ukraińsku. Nie wiem, czy tej rodzinie udało się wyjechać do Polski, pewnie nie, bo przypuszczalnie mieli obywatelstwo sowieckie. [...]

ROK 1945
Wieczorem 7 stycznia 1945 roku widziałam mojego ojca ostatni raz. Pobłogosławił mnie, mówiąc, że już mnie więcej nie zobaczy. Nie pozwolił mamie, żeby go odprowadziła na dworzec, co chciała zrobić. Poszedł sam do pociągu. Był ciemny, zimowy wieczór. 8 stycznia 45 r. Tatuś skończył 61 lat. Na pewno specjalnie dzień jego urodzin mu przeznaczyli, bo sowieci zawsze lubowali się w takim psychicznym znęcaniu się. Tatuś wieczorem w Łucku poszedł do swego stryjecznego brata Feliksa Rodziewicza i tam przenocował, a rano 8 I 45 zgłosił się na NKWD, ale nie chcieli go zaraz zamknąć i kazali przyjść nazajutrz, więc znowu przenocował u wujostwa Feliksów, a rano 9 stycznia zgłosił się, jak mu kazali, i więcej go nie widzieliśmy.
Wujostwo Feliksowie namawiali ojca, żeby uciekał, ale on odmówił. Był już wtedy zrezygnowany, a poza tym ucieczkę trzeba było jakoś zorganizować. Dokąd? Do kogo? Podczas pobytu w domu mama też chciała, żeby uciekał, ale on mówił, że wtedy wezmą mnie i mamę. Pewnie go tym zaszantażowali.
I tak znowu zaczęły się dni bez ojca i bez wiadomości o nim. Zapłacił za to, że wszystkim, którzy go ostrzegali i namawiali do wyjazdu, mówił, że „oni teraz przychodzą jako przyjaciele, więc nie będą nic takiego robili”. A przecież znał ich jeszcze z Kijowa z czasów rewolucji 1917 r i powinien był wiedzieć, że każdego człowieka wystającego ponad swoje środowisko należy traktować jako potencjalnego wroga i najlepiej skrócić o głowę. Mawiał, że w Rosji sowieckiej ludzie dzielą się na takich, którzy siedzieli, siedzą albo będą siedzieć. [...]
Tatuś, odchodząc 7 stycznia, zostawił zegarek i obrączkę.
Niedługo potem przyjechały trzy młode Rosjanki: Fania, Raja i Nina, które miały prowadzić aptekę. Fania była Żydówką i kierowniczką apteki. Raisa jedyna z nich była zamężna i miała małe dziecko, które zostało w Rosji z matką. Kazali jej wyjechać do Lubomla, to wyjechała, jak przystało na wierną obywatelkę Sojuza. Mus! Mąż jej był Polakiem z pochodzenia i był na froncie. Nazywała się Berezowska. Wszystkie były miłe, wesołe, śpiewające i głupie. Wieczorami ciągle przesiadywały u nas. Mieszkały w pokoju tatusia. Znów niedługo straciłyśmy zielony pokój na piętrze. Zajął go oficer sowiecki Filipow z żoną, małym dzieckiem i siostrą żony. Byli też spokojni. Ta siostra rozmawiała z mamą, a po jakimś czasie bardzo się ośmieliła i zaczęła opowiadać, co tam w głębi Rosji myślano. Mianowicie bardzo żałowała, że Niemcy nie wyzwolili ich od radzieckiej wolności. Gadała, że to wszystko wina traktowania jeńców sowieckich przez Niemców. Najpierw wszyscy się poddawali, ale gdy zobaczyli, że idą na wyniszczenie do niemieckich obozów – zaczęli się bronić. Wcale się nie bała.
Jakoś w tym czasie zaczął przyjeżdzać do nas ksiądz Marian Jasionowski, który został na Wołyniu z pozostałą tam ludnością katolicką po wyjeździe innych księży za Bug. Obsługiwał 4 lub 5 parafii, w tym Włodzimierz i Luboml. U nas odprawiał msze i inne nabożeństwa, grał na organach, pakował utensylia kościelne, księgi – celem wywiezienia za Bug do Chełma, całymi dniami siedział w kościele, chrzcił i dawał śluby, załatwiał różne sprawy lubomelskich pozostałych parafian. Dzięki księdzu zobaczyłyśmy z Bogusią ukrytą salkę nad zakrystią, do której wchodziło się, otworzywszy całą szafę razem z zawartością w zakrystii. Cała ta szafa razem z plecami była na zawiasach i cała się otwierała, ukazując wąskie, strome schody, zrobione w grubości murów (kościół jest z 1412 r.) prowadzące do tej ukrytej salki. W skrytce były szafy, a w nich stare ornaty w kształcie krzyża i kapy, a także księgi.
Z pomieszczenia tego wychodziło na kościół małe okienko, ukryte za szczytem lewego bocznego ołtarza.
Ksiądz był młody, energiczny i oddany bez reszty swoim owieczkom. Wieczorami po powrocie z kościoła jeszcze uczył nas kościelnych pieśni. Był przy tym wesoły i pogodny. Po naszym wyjeździe został na Wołyniu i przebywał tam 17 lat. Odprawiał msze w kościołach, a gdy je sowieci pozamykali – po domach. Potem osiadł we Włodzimierzu i mieszkał u mojej cioci, a gdy umarła – on ją pochował. Nadal jeździł po różnych miejscowościach z posługą kapłańską. Potem był aresztowany i jakiś czas siedział, potem go wypuścili i znów pracował potajemnie, w końcu około 1962 czy 63 roku przyjechał do Polski. Nie pamiętam, czy go zmusili, czy sam już nie wytrzymał. [...]
9 czerwca 1945 r. podstawiono ciężarówkę i jacyś ludzie załadowali nasze „paczki”, a potem wsiadłyśmy i my. Ja wyszłam ostatnia, bo mimo wołania mamy jeszcze całowałam ściany. Wyjechałyśmy z Lubomla na zawsze. Noc lub dwie spędziłyśmy jeszcze na lubomelskiej stacji kolejowej, już w wagonie. W transporcie było ich 60. Razem z nami tym transportem wyjechali wszyscy ci Polacy, którzy chcieli wyjechać, bo był to ostatni transport z Lubomla. Większość Polaków wyjechała w ciągu zimy. [...]