Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Adam Trojanowski, TA DZIE CI TA PEŁTEW PŁYNI?

Dawno te czasy minęli, gdy – jak mawiali nieraz lwowianie – na Cytadeli kwitnęli mureli, a ja odbywałem z rodzicami grzeczne spacery oraz niezapomniane, samodzielne wyprawy po okolicach mojego miejsca zamieszkania. W sensie szerszym była to dzielnica nr 1, czyli Halickie. W zasięgu mojej aktywności była tam Pohulanka z pięknym lasem dębowo-bukowym oraz leżący naprzeciw niej, po drugiej stronie doliny, las Węglińskich czy Węglińskiego, albo w uproszczeniu – lasek Węgliński. Był od Pohulanki mniejszy, ale dzikszy i tym bardziej kuszący.
Wiosną spacerowało się tam miejscami po wonnych dywanach kwitnącej masowo konwalii, a jesie­nią następowała prawdziwa żółto-czerwona orgia opadających liści. Pod drzewami zbierałem wśród nich nasiona zwane bukwą oraz żołę­dzie, a przy okazji natrafiałem na pojedyncze łuski karabinowe, po­zostałość po walkach o wolność miasta.
Między tymi lasami płynął wspomnianą doliną, gdzieś od Lesienic, czyściutki potok Pasieka, by naprzeciw Cmentarza Obrońców Lwowa zniknąć kaskadą w miejskim kanale, prowadzącym w stronę Śródmieścia.
Kierując się z lasku Węglińskiego w stronę miasta, można było przejść przez sympatyczną dzielnicę willową o znaczącej nazwie Kwiatkówka, ku górnej części ulicy Zielonej, nieco powyżej tamtejszych zbiorników, należących do wodociągów miejskich. W tym celu przechodziło się pod stokami wyniosłej piaskowni, przez charakterystyczną kotlinkę na końcu ul. Pawlikowskiego, a dalej piaszczystą ścieżką, pnąc się dziko ku wspomnianej ulicy Zielonej. Tam można było przekroczyć ją, pozostawiając z lewej strony wśród gęstych drzew dworek, który (nie wiem czy słusznie) wiąże się z gen. J. Zulaufem. Z prawej strony, przy sa­mej jezdni, znajdowało się małe miejskie śmietnisko, w którym zako­pałem rodzinną broń palną oraz białą, by nie „zdawać” jej pierw­szym sowietom.
Śliską podczas deszczu, stromą ścieżką schodziłem codziennie do mojego – po przeprowadzce z Góry św. Jacka* na Kwiatkówkę – wspaniałego przedwojennego VIII Gimnazjum. Po drodze mijałem, jeszcze przed wojną, ładne, otoczone naturalną roślinnością kąpielisko Zielone Oko. Obecnie zastępuje je grząska bajura, a po kąpielisku ani śla­du. Przez te malownicze tereny schodziło się na zaplecze Państwowej Szkoły Technicznej, zwanej dawniej Przemysłową, by dojść do innej lwowskiej doliny, którą zdążały wówczas wody potoku Żelazna Woda. Zaczynał się on wśród dosyć odległych wzgórz Sichowa, w pobliżu zamiejskiej siedziby dra A. Domaszewicza, o intrygującej mnie wówczas nazwie Lauda. Doktor był znanym neurochirurgiem, a podczas II wojny działaczem walki podziemnej. W pobliżu, na Snopkowie, znajdowała się Żeńska Szkoła Gospodarcza, która zmieniając kilka razy nazwę, zachowała zawsze swoją istotną rolę społecz­ną. Do jej znacznych zabudowań prowadziła wówczas wspaniała aleja lipowa.
Wspomniany potok spływał dosyć leniwie wzdłuż ulic Krasuczyńskiej oraz Snopkowskiej, mijając z lewej strony wydatne pagóry oraz jary parku Żelazna Woda. Jeszcze powyżej przedwojennego kąpieliska o tej samej nazwie znikał z szumem w kanale miejskiego systemu ściekowego. Park był w suchych porach roku terenem pięknych spacerów, zaś w zimie długich oraz miejscami ostrych zjazdów nar­ciarskich, w tym poprzez słynne Piekiełko.
Pomiędzy stokami parku Żelazna Woda oraz wzgórzem, na którym znajdowały się tereny Targów Wschodnich, dołączał w pobliżu kąpieliska lewostronny dopływ głów­nego potoku i właśnie ten nazywaliśmy pro domo sua, a nie ten głów­ny, Żelazną Wodą. Nie bez powodu! Posiadał on wybitnie rude dno oraz typowe dla wód żelazistych lokalne, powierzchniowe, niebieskie zacieki.


Skoro była mowa o zapleczu Szkoły Technicznej, uruchamiam kocioł pomieszanych w czasie wspomnień o różnych ludziach z tamtej okolicy, którzy mieli dla mnie wówczas istotne znaczenie. W potężnych zabudowaniach Szkoły rezydował długimi laty, do czasu pierwszej okupacji bolszewickiej, jej dyrektor inż. Klaudiusz Fiłasiewicz. Był to wspaniały organizator nauki zawodu, człowiek nowoczesnej wiedzy i poglądów, prawdziwy erudyta i absolutny Europejczyk tamtych czasów.
Przy ul. Zaścianek widywałem do 1930 r. sławnego uczonego, długoletnie­go sybiraka, prawie stuletniego wówczas prof. Benedykta Dybowskiego. Lubił wy­grzewać się na werandzie swojego domu, otoczonej charakterystycznymi kolumnami. Tam to wskazywał mi go ojciec, ze stosownym, budującym ko­mentarzem.
Zamieszkałym tam moim rówieśnikiem oraz kolegą szkolnym był Marek Zakrzewski, późniejszy profesor Politechniki Wrcławskiej. Tam też przemierzał biegiem górzyste tereny inny koleżka, a mianowicie F.F. Winkler, któremu mógł w biegu dorównać jedynie syn prof. Dręgiewicza, ze wspomnianego już wcześniej gimnazjum. Trudno nie wspomnieć przy tej okazji pracowni pana Michotka, który przy ul. Żyrzyńskiej produkował wspaniałe, cieniutkie płatki strudlowe.
Przy ul. 22 Stycznia, już w pobliżu narożnika ul. Snopkowskiej, mieszkał w swym domu rodzinnym mój długoletni druh i kolega z ławki szkolnej w VIII gimnazjum, a potem 14. bolszewickiej Szkoły Średniej z polskim językiem nauczania. Obok mieszkał autor znanego przedwojennego podręcznika chemii dr E. Turkiewicz, długo­letni zesłaniec na nieludzką ziemię. Tam widywałem, mieszkającego w pobliżu, późniejszego kustosza Muzeum im. Czartoryskich w Krako­wie, prof. Zdzisława Żygulskiego, juniora.
Za rogiem ul. Snopkowskiej mieszkał chłopak ze szczególną klasą, syn przedwojennego dyrektora „Orbisu” we Lwowie, „Zbynio” Kuźmiak. Aresztowany podczas słynnej branki przez drugich sowietów, jako działacz AK-owski, znalazł się podobnie jak Jasio Wiktor na zesła­niu w Donbasie. Jego pobyt tam zakończył się śmiercią przed samym końcem wojny. Jasio uległ później skutkom nabytej choroby, także nie bez przyczyny. Bliskim kolegą „Zbynia” był niepozorny wówczas Zbig­niew Herbert, tak jak my wszyscy, uczeń 14. Szkoły Średniej, ale z niższej klasy. Kręcił się między nami cichy i prawie niezauważalny wówczas, ten późniejszy wielki poeta, określany mianem kolejnego wieszcza polskiego.
Naszym stałym kompanem był Tomek Gluziński, późniejszy trener nar­ciarski oraz poeta zakopiański, blisko związany rodzinnie z K. Makuszyńskim**. Stąd to Zakopane. Nieraz pojawiał się wśród nas jego star­szy brat, późniejszy naukowiec Uniwersytetu Wrocławskiego. Wszyscy byliśmy wtedy intelektualnie oraz patriotycznie bardzo sobie bliscy.
Tyle o ludziach, a teraz przechodzę nieco „w teren”. W bok od ul. 22 Stycznia znajdowały się u południowych stoków Góry św. Jacka liczne cegielnie, zanim tereny te zostały zabudowane przedłużeniem ul. Hauke Bosaka. Tam to, na tzw. Sztelerówce, znajdowały się, odwiedzane przeze mnie celem zabaw, dwa niewielkie, bezodpły­wowe stawy, różniące się otoczeniem oraz głębo­kością. Innym stawem w zasięgu moich wędrówek był przed wojną staw na Cetne­rówce, otoczony dużym, uniwersyteckim ogrodem botanicznym, niestety nieosiągalnym dla mnie, ogrodzony metalową siatką. Przecho­dziłem obok niego obrzeżem Pohulanki, w drodze do Miodowej Groty, w ramach samotnych wypraw, a także w ramach okresowych ćwiczeń lwowskich drużyn harcerskich.

Wcześniej wymienione potoki stanowiły dopływy Pełtwi, którą nieraz widziałem jako bardzo nieciekawą, cuchnącą ściekami rzeczkę, wydoby­wającą się z kanału miejskiego na Zamarstynowie. Podczas śnieżnych lwowskich zim obserwowałem na Placu Akademickim ciężarówki Miejs­kiego Zakładu Oczyszczania, opróżniane z zebranego śniegu do dużego włazu kanalizacyjnego. Powiedziano mi wtedy, że tam, popod ul. Akade­micką i dalej Placem Mariackim oraz Wałami Hetmańskimi, płynie ona poprzez ogólnomiejski układ kanałów. Wprawdzie ukryta pod ziemią, ale jednak tam była.
Paryż ma swoją Sekwanę, Wiedeń Dunaj, a mniejsza Florencja swoje Arno. Lwów bez względu na dysproporcję, ma więc swoją Pełtew. Spoty­kane w literaturze określenie Lwowa jako grodu nad Pełtwią stanowi oczywiście przecenianie znaczenia tej marnej rzeczki, dyktowane oczy­wistym sentymentem oraz tęsknotą do dużej rzeki, której temu malowni­czemu miastu tak bardzo brakuje. Przeglądając pochodzące z różnych lat opracowania dotyczące Lwowa, zauważyłem z zaskoczeniem, że na temat wód spływających poprzez te­reny miasta i tworzących Pełtew, istnieją różne poglądy. Niektóre wręcz sprzeczne, a nawet takie, które negują nawet jej aktualne ist­nienie. W takiej sytuacji zrodziło się dla mnie pytanie: ta dzie ci ta Pełtew płyni?
Dr Fryderyk Papee w swojej historii miasta Lwowa z 1924 roku stwierdza, że Pełtew powstaje między Wulecką a Stryjską rogatką. Tworząc kilka dosyć du­żych stawów, kieruje się od pewnego miejsca już w podziemnym kana­le pod ulicami Pełczyńską i Jabłonowskich w stronę placu Akademickiego. Dalej podaje, że jeszcze przed tym placem dołącza do Pełtwi potok Żelazna Woda, płynący ze Snopkowa. Za wylotem ul. Kochanowskie­go ku ul. Fredry, za tzw. „Kręconymi Słupami”, dołącza do niej z kolei potok Pasieka, zdążający z Pohulanki i już wcześniej także skanalizo­wany. Pełtew, uzupełniona w ten sposób wspomnianymi potokami, toczy poza miasto swoje niezbyt ciekawe wody, by ujawnić je oczom ludzkim dopiero za Placem Gołuchowskich.
Inaczej Aleksander Medyński. W swoim przewodniku pt. Lwów z 1937 r. informuje, że Pełtew powstaje z dwóch strug, a mianowicie Pasieki, spływającej z okolic Pohulanki, oraz Soroki (Sołonki), zbierającej wody dwóch strumyków, a to spływa­jących z Wulki oraz z Żelaznej Wody. Soroka otrzymuje pod ziemią bocz­ne dopływy, a mianowicie ten z Żelaznej Wody przy placu św. Zofii oraz Pasiekę w okolicach ulic Fredry i Romanowicza. W pewnym miejscu autor ten informuje, że u podnóża wzniesień parku Żelazna Woda ist­niał mały stawek z żelazistymi źródłami, który otrzymał oprawę nowo­czesnego kąpieliska.
Jeszcze inaczej Jerzy Janicki. W swoim przewodniku pt. Nima jak Lwów z 1990 r. podaje, że obok niewielkiego, wedle niego, parczku Żelazna Woda, w stawku wciśniętym tu między stoki wyschniętej do cna Pełtwi, odkryto przed laty źródła żelaziste. Ten niewątpliwy „rebe” lwowski wskazuje przeto na obecność Pełtwi, zanim, jego zdaniem, wyschła do cna już przy ul. Snopkowskiej, a więc jeszcze zanim dotarła w okolicę Placu Akademic­kiego. Pełtew pochodziła więc według niego ze Snopkowa, a nie z Wulki. Plan Lwowa wydany przez Książnicę Atlas w 1931 r., a także Stadtplan von Lemberg z 1942 r. pokazują Pełtew pod tą nazwą faktycznie już na Snopkowie, by nieco wcześniej, niż znajduje się kąpielisko Żelaz­na Woda, spłynąć do podziemnego kanału. Jak widać z tych planów Peł­tew jednak tam jeszcze wtedy istniała. Na ww. planach brak jest po­toku o nazwie Żelazna Woda – na rzecz Pełtwi.
Kolejny oczywisty „rebe” lwowski Witold Szolginia widzi problem Pełtwi zupełnie inaczej. W 1. tomie swojego obszernego opracowania pt. Tamten Lwów z 1992 r. prezentuje mapkę warstwicową kotliny Lwows­kiej, później powtórzoną w „Cracovia-Leopolis”, gdzie pokazane są oraz nazwane wymienione wyżej potoki, a dodatkowo jeszcze potok Kleparowski, którego wcześniejsi autorzy nie uwzględnili. Dopiero gdzieś na terenie Kleparowa pojawia się na tej mapce wspólna nazwa Pełtew, jako suma wszystkich tych potoków. W. Szolginia stwierdza w swym wy­żej wymienionym tekście, że Lwów leży nad Pełtwią tylko umownie, gdyż w samym mieście już jej nie ma. Zanikły według niego także pierwotne źródliskowe strumienie, z których ona powstawała. Jest więc ta Peł­tew czy jej nie ma?
R. Hanas oraz J. Czerwiński w przewodniku pt. Lwów z 1992 r. piszą, że Pełtew, która była niewielkim potokiem, płynie korytem zasklepio­nym na początku XX w. Podobnie J. Czerwiński podaje w swym przewodniku z 1990 r., a więc jeszcze nowszym, że Pełtew płynie wraz z jej krótkimi dopływami Pa­sieką, Żelazną Wodą, potokiem Wuleckim i Kleparowskim otwartą na północ doliną. A więc wówczas jednak tam była.
W numerze 2/2000 „Cracovia-Leopolis” stwierdzone jest istnienie Pełtwi jako zlewiska Pasieki, Potoku Wuleckiego oraz Żelaznej Wody, bez Potoku Kleparowskiego, jest więc wcześniej, zanim osiągnie tere­ny Kleparowa. Podano też, że Żelazna Woda uważana jest jako właściwy początek Pełtwi, że to już Pełtew**. Osobiście nig­dy bym tego nie powiedział, ale to mój prywatny pogląd. W numerze 1/2001 ww. czasopisma potwierdzono ten fakt informacją, że potok Wulecki łączył się przy placu św. Zofii z Żelazną Wodą, czyli Pełtwią. Jedni uważają, że Pełtew istnieje od samego źródła na Wulce, inni że od źródła na Snopkowie. Jeszcze inni twierdzą, że nazwę swą uzyskuje dopiero po połączeniu podstawowych znanych potoków, a nawet dopiero po połączeniu z tym czwartym. Są także tacy, którzy uważają, że Pełtwi już w ogóle nie ma, bowiem wyschła do cna, a pierwotne źródliskowe strumienie w ogóle zanikły. Ta gdzie ci ta Pełtew płyni?
Na koniec sięgnąłem jeszcze do najnowszego źródła informacji, jakim jest Internet. Ku memu uspokojeniu informuje on, że Pełtew wraz ze wspomnianymi dopływami istnieje we Lwowie i spełnia jak wcześniej swoją użytkową rolę wobec znacznie już większego miasta. Jest więc tam, pod ziemią, nieco przed samym Placem Akademickim, gdzie poprzez właz kanałowy niegdyś ją widziałem i słyszałem. Była tam, ta ci zicher dalej jest. Bih me!


* Autor opisał czasy swego zamieszkania na Górze św. Jacka w CL 3/03. (przyp. red.)
** Informacje co do Pełtwi i jej strumieni źródliskowych, zamieszczone przed laty w CL, pochodzą z różnych źródeł i trudno stwierdzić, które są prawdziwe. Wynika to również z ww. tekstu i szczegółowych rozważań autora. A w ogóle pytamy: które składowe są dla Pełtwi ważniejsze – wedle długości (licząc od źródeł) czy wedle ilości niesionej wody? W tym przypadku dociekania wydają się prowadzić donikąd. Warto powołać się na całkiem świeżą analogię dotyczącą jednak innej skali rzek: dawniej uważano, że Narew wpada do Bugu, mówiono: Bug z Narwią. Dziś podobno okazuje się, że Narew górą, że to Bug wpada do Narwi. I bądź tu mądry! (przyp. autora)