Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Walenty Świtniewski, MOJE WSPOMNIENIE O HENRYKU ZBIERZCHOWSKIM, POECIE LWOWSKIM

Moje wspomnienia o Henryku Zbierzchowskim to okres sześcioletniej wspólnej egzystencji pod jednym dachem w jego willi we Lwowie przy ul. Piaskowej 11. Pan Henryk wynajął mojej rodzinie czteropokojowe mieszkanie wraz z dużą przeszkloną werandą, a z niej wychodziło się bezpośrednio do ogrodu.
Rodzice moi, nauczyciele lwowscy, ­mieli nas pięciu synów, co z pomocą domową Stefcią i Smykiem – cudnym, młodym bokserem, stanowiło grono rodzinne wymagające przestrzeni, powietrza i warunków do prawidłowego rozwoju. Wszystko to znaleźliśmy u pana Henryka.
Tu jeździliśmy rowerem po alejkach dużego ogrodu, tu graliśmy na prawdziwym stole pingpongowym prowadząc niekończące się zawody i rozgrywki, tu można było zaszyć się w ciszy i uczyć się w spokoju. Na werandzie pykało-fermentowało w olbrzymim gąsiorze złociste wino – podobno pyszne. To mieszkanie było naszym niezapomnianym rajem.
W salonie na suficie stiuki ozdobne – ktoś mówił, że miał tu spędzić parę dni sam Jan III Sobieski – ale czy to prawda? Nie wiem.
Żona poety, aktorka, potężnej postury, bardzo tęga, robiła wrażenie nieruchomej matrony, która nie interesowała się zupełnie tym, co się dzieje w jej domu i ogrodzie. Mieszkali z mężem na pięterku, odizolowani zupełnie od ruchu i gwaru, jaki zapewne czyniliśmy. Żona p. Henryka zajmowała się swoimi dwoma wspaniałymi syjamskimi kotami. Były to okazy – olbrzymy – laureaci wystaw, złoci medaliści z Paryża, Wiednia czy też Mediolanu. Hołubione, specjalnie karmione – były zaiste przepiękne. Prześliczne duże, błękitne oczy dla mnie były przezroczyste. Włos długi, śnieżnobiały. Taka kocia arystokracja.
Pamiętam, że przez wiele miesięcy w roku Pani była w rozjazdach – to na występach, to wyjeżdżała do wód w kraju i za granicę, a pan Henryk miał swoje stałe miejsce w restauracji Atlasa – Rynek 45. Tam też tworzył, pracował, pisał, spotykał się, żywił, popijał, bo właśnie tam cały świat literacki i artystyczny Lwowa miał swój Parnas. Był tym, czym Jama Michalika w Krakowie.
Z tej to przyczyny gospodarze przychodzili bardzo późno, a my, dzieci, widywaliśmy ich bardzo rzadko. Z Piaskowej dosłownie 5 minut mieliśmy na słynny Kaiserwald. Tu jeździliśmy do upadłego na nartach, a w lecie na rowerze, tu graliśmy w serso i w kiczki, puszczaliśmy wykonane przez siebie wspaniałe latawce, strzelaliśmy do tarczy z wiatrówki i flobertu.
Po przeciwnej stronie ulicy mieszkał Jan Paweł Gawlik – kolega Rogali, Tymcika, Zbiegienia (w Krakowie wieloletni dyrektor Starego Teatru).
Sam pan Henryk Zbierzchowski nosił długie włosy, a na twarzy miał zawsze pogodny uśmiech i nigdy nie skarcił nas żadnym słowem. Wspomnienie o Nim mieliśmy zawsze bardzo ciepłe, życzliwe, pełne wdzięczności.