Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

NOWE KSIĄŻKI

• Nasi Czytelnicy na pewno z dużym zaciekawieniem i satysfakcją przeczytali w CL 4/06 wywiad Janusza M. Palucha z dr Karoliną Grodziską. Rozmowa w większości była poświęcona przygotowywanej wtedy Księdze cytatów o Lwowie (wcześniej Autorka wydała podobną o Krakowie). Oczekiwana książka wyszła wreszcie z druku z końcem roku 2007. Wreszcie, bo trudności – całkiem formalnych – miała Autorka i Wydawnictwo „Universitas” niemało, mowa była o nich we wspomnianym wywiadzie. Szczęśliwie wszystkie problemy zostały pokonane, a gruby tom zatytułowany Miasto jak brylant z ponad 500 stronami tekstu (nie licząc wyjaśniającego wstępu, indeksów i ilustracji) znalazł się w końcu w naszych rękach. W książce jest ponad tysiąc cytatów, krótszych i dłuższych, autorstwa około 600 osób, lub z tekstów z różnych epok – od średniowiecza po czasy nam współczesne. Dla nas szczególnym powodem do dumy jest parokrotne przytoczenie fragmentów z artykułów zamieszczonych w ciągu parunastu lat w „Cracovia-Leopolis”.
Całość księgi została podzielona na 25 rozdziałów ujętych w dwóch częściach: I. Lwów, II. We Lwowie. Pierwsza ujmuje dzieje miasta i jego polskiej społeczności, zamykając się między rozdziałami: Tarcza i mur przeciw wrogim poganom, a Przed zatrzaśniętą bramą mego miasta. Druga część to kultura miasta poprzez wieki rozwoju, jego położenie, zabytki, instytucje. Czytamy o Wysokim Zamku, o Rynku Lwowskim, o kościołach, murach i bramach, o pomnikach i cmentarzach. Osobne rozdziały traktują o Uniwersytecie, Ossolineum i lwowskim teatrze.
Książka Karoliny Grodziskiej jest znakomitym dokumentem polskiej historii i kultury Lwowa, jego ludzi i tradycji miasta, którego rolę w dziejach naszego kraju i państwa – obok Krakowa, Warszawy, Wilna czy Poznania – trudno przecenić. Dr Grodziska oddała do rąk profesjonalistów i zwykłych (lecz kulturalnych) czytelników dzieło niezwykłe.
Na stronie 1. niniejszego numeru zamieszczamy kilka cytatów, które na pewno zachęcą Czytelników do poznania wypowiedzi ludzi wielkich, średnich i małych o naszym mieście.
Janina Reichert w pracowni przy ul. Kurkowej.

• I druga książka Karoliny Grodziskiej, tym razem mniejszego (wymiarowo) formatu. Autorka artykułu o lwowskiej rzeźbiarce J. Reichert, opublikowanego niedawno w CL (3/07), ofiarowała nam swoją pracę pt. Janina Reichert-Toth (1895–1986). Początek drogi artystycznej. K. Grodziska rozwija w książce wątki znane nam w części z wymienionego artykułu, dowiadujemy się wielu nowych szczegółów z życia artystycznego i osobistego artystki. Jeśli chodzi o czas, treść książki dochodzi do połowy lat trzydziestych minionego wieku.
Dodatkową wartością książki są liczne zdjęcia rzeźb i samej twórczyni – tych ostatnich zabrakło nam w artykule. Jedno z nich wykorzystujemy powyżej.
Pani dr Karolinie serdecznie dziękujemy.

• O związkach znanego archeologa prof. Andrzeja Żakiego ze Świrzem pisaliśmy niejednokrotnie na tych łamach w ubiegłych latach. Teraz ukazała się napisana przezeń historyczna monografia jego rodzinnej miejscowości: Dzieje Świrza. Średniowiecze (Wydawnictwo „Edytor”, Legnica, zapewne 2007). Autor już na wstępie zapowiada, że po tym tomie nastąpią dalsze części monografii.
Przypomnijmy, że Świrz leży w odległości około 40 km na płd. wschód od Lwowa, nad rzeczką tak samo się zwącą, dopływem Dniestru (o Świrzu pisaliśmy w Słowniku w CL 2/2000). Ciekawe jest pochodzenie owej nazwy. Spotyka się ją (lub o podobnym brzmieniu) na znacznym obszarze – od środkowej Wisły i Bugu po Pokucie. Można przeto na tej podstawie wnosić, że mamy tu do czynienia z nazwą lechicką – lędziańską, jednak jej źródłosłów nie został rozpoznany.
Kwestia zamieszkania Świrza i jego okolic w średniowieczu – za czasów panowania ruskiego i po powrocie tych ziem do Polski w XIV wieku – jest dość zawiła. Prof. Żaki rozważa na podstawie nader ubogich źródeł kilka możliwości. W każdym razie ok. połowy XV w. na rzadko zamieszkałe, lesiste tereny napływali Wołosi, którzy należeli do przybywających z południa pasterzy wołoskich, osiedlających się głównie w Karpatach i u ich stóp, a także miejscami bardziej na północ. Do takich miejsc należał właśnie Świrz. Prócz Wołochów była tu ludność polska – katolicka. O ludności ruskiej nie wspominają ówczesne źródła zupełnie. Ta zaczęła napływać w XV wieku, łącząc się z Wołochami na gruncie prawosławia.
Z końcem XIV wieku Świrz należał do dóbr, których centrum stanowił pobliski Romanów, własność rodu Saławitów (od herbu Saława). Ród ten przybrał z czasem nazwisko Świrskich. W ostatniej ćwierci XV w. Andrzej i Marcin Świrscy dokonali fundacji kościoła katolickiego w Świrzu.
Dalej autor przechodzi do spraw bardziej szczegółowych, dotyczących Świrza: topografii, stosunków społecznych i gospodarczych, obrony przed wrogami.
Monografia historyczna Świrza – zwłaszcza gdy ukaże się następny tom (czy tomy) – niezwykle wzbogaca zakres opracowań o miastach i miasteczkach oraz ­ważniejszych wsiach Małopolski Wschodniej. Mamy ich niewiele. W tej dziedzinie liczyliśmy – i nadal liczymy – na planową akcję w ramach Instytutu Polskiego Dziedzictwa Historii i Kultury Kresów Wschodnich. Opracowania, o jakich tu mówimy, powstają dotąd „z dobrej woli” osób zaangażowanych emocjonalnie w historię bliskich im miejscowości, a tworzone są w dużej mierze i wydawane własnym sumptem. Należą się za to – zarówno historykom profesjonalnym (jak w wypadku omawianej pracy), a także nieprofesjonalnym – gorące podziękowanie. Pozostaje jednak pytanie: czy to jest jedyna droga do pozyskania obrazu wielowiekowej historii i kultury ogromnej części naszego ­kraju tylko dlatego, że przed sześćdziesięciu paru laty z woli agresorów zostały one nam zabrane?

• Książka, o której tu piszemy, nosi tytuł Zbrojne ramię Miasta Lwowa i podtytuł Oddziały lwowskie walczące na Zachodzie podczas drugiej wojny światowej. Autorem jest Kazimierz Piotr Kapuściński, ale nie podano, gdzie i kiedy tomik się ukazał. Domyślamy się, że to wydawnictwo londyńskie, bo przedmowę napisał Józef Baraniecki, nieżyjący już prezes londyńskiego Koła Lwowian. Zmarł w latach 80. minionego wieku, pozycja zatem ukazała się wcześniej (ale dostaliśmy ją całkiem świeżo).
Autor poświęca swoją książeczkę pamięci Józefa Kapuścińskiego, który – jak dobrze pamiętamy z historii Lwowa – wraz z Teofilem Wiśniowskim został stracony przez Austriaków w 1848 r. Obaj byli przywódcami powstania narodowego w Galicji w czasie „Wiosny Ludów”, a wzniesienie na Kleparowie, gdzie ich powieszono, nazwano Górą Stracenia, a nazwę tę – my Polacy – używamy po dziś dzień. Stoi tam pomnik, niszczony przez sowietów, lecz w części przywrócony do dawnego stanu.
Wnosimy przeto, że autor jest potomkiem Józefa Kapuścińskiego, bohatera lwowskiego sprzed ponad półtora wieku.
Książeczka (formatu A5, 120 stron) zawiera opisy polskich oddziałów, które wyszły na Zachód ze Lwowa lub kontynuowały tradycje lwowskich i wschodniomałopolskich formacji wojskowych, opisuje ich bitwy. Teksty przeplatają się z wierszami różnych autorów, z opowieścią o Chórze WP i o wojennej działalności „Wesołej Lwowskiej Fali”. Wszystko bardzo ciekawe.

• Słyszeliśmy już od pewnego czasu o pracy poświęconej polskiej społeczności Buczacza i Ziemi Buczackiej, w skład której wchodzą – poza samym Buczaczem – tak ważne dla naszej historii i kultury miejscowości, jak Monasterzyska, Potok Złoty, Koropiec, a przede wszystkim Jazłowiec i jeszcze wiele innych miasteczek, wsi, majątków ziemiańskich. I oto doczekaliśmy się: ukazała się gruba księga (660 stron), zawierająca ponad 10 200 haseł – nazwisk ludzi, którzy tu spędzili całe życie czy część swego życia. Książka nosi tytuł: Życiorysy Buczaczan, a jej autorem jest rodowity buczaczanin, Władysław Szklarz, zamieszkały dziś we Wrocławiu. Wydawcą i fundatorem pracy jest Oddział Buczacz przy Tow. Miłośników Lwowa i Kresów Płd. Wschodnich (Wrocław 2007).
Trzeba podziwiać nie tylko ogrom pracy autora, ale jego determinację. Dr Szklarz zrobił to, co powinni uczynić ekspatrianci ze wszystkich miast i powiatów zabranych nam Ziem Wschodnich: utrwalić nazwiska i żywoty rodzin i ludzi, które i którzy tam żyli, rozradzali się, budowali polską kulturę i tradycję, bronili nie tylko swojej najbliższej ziemi, ale całego kraju, a w końcu – w wieku totalitaryzmu – zostali stamtąd wypędzeni w imię wyższych racji ­politycznych, rozpraszając się po nowej Polsce i całym świecie.
W ostatnich latach wydano w kraju sporo podobnych materiałów, głównie w formie serii zeszytów, dotyczą one jednak pewnych grup społecznych. Tak uczyniono w Lublinie, w Poznaniu – chwała im za to, jednak praca dra Szklarza przerasta wszystkie nie tylko ilościowo, także wkładem pracy. Autor zbadał wiele dokumentów, objechał cmentarze, odczytując zachowane napisy na nagrobkach, zbierał informacje od ludzi, np. o nieżyjących, zaginionych w wojnach, deportacjach, emigrantach itd.
Jest to więc praca nadludzka, dlatego na dalszy plan schodzą pewne błędy, braki i nieścisłości, których na pewno nie dało się uniknąć.

Z błędów merytorycznych rzuciły mi się w oczy hasła dotyczące dobrze mi znanej rodziny Horodyskich z Trybuchowiec – nastąpiło tam pomieszanie kilku informacji dotyczących różnych osób. Myślę, że w innych miejscach są one mniej dotkliwe.

Wymienione (i inne) braki nie zmieniają mojego uznania dla dzieła dra Szklarza. Trzeba mu wyrazić podziękowanie, a innym postawić jako przykład do naśladowania.
Prosiłby się – co pewnie w naszym czasie już mało możliwe – drugi tom, oparty na żmudnych badaniach naukowych, dotyczący dawnych wieków (mały lapsus stylistyczny w przedmowie w zdaniu na str. 10: ...staram się udowodnić na podstawie dokumentacji ich obecność na tych ziemiach już od roku 1872. Prawdziwiej i bardziej zrozumiale byłoby: ... dopiero od roku 1872, ponieważ Polacy byli tam obecni – o czym autor pisze wcześniej – od wielu wieków).  (AC)

• Wielką zasługę ma p. Marek Gierczak, autor świeżo wydanej monografii jego rodzinnej miejscowości pod Samborem, pt. Dzieje wsi Strzałkowice. Książkę – dzięki świadomym działaczom ze Stowarzyszenia Pomocy Polakom ze Wschodu w Koszalinie i kilku innym darczyńcom – wydała Dyrekcja Zespołu Szkół Niepublicznych „Czaplówka” w Koszalinie (2007).
Autor porusza wiele wątków historii i kultury tej prapolskiej wsi, od prehistorii poczynając. Szczególnie ważne są uwagi o mieszkańcach tamtej Ziemi z czasów przed najazdem ruskim w 981 r. – są podstawy do przypuszczeń, że Samborszczyznę, tak jak wszystkie ziemie w górnych biegach Dniestru, Sanu i Bugu zamieszkiwali Lędzianie, lud zachodniosłowiański.

W tym miejscu mielibyśmy uwagę: autor pisze o ludności ruskiej, zamieszkującej Karpaty, która pod względem antropologicznym przedstawia ciekawy typ, wyróżniający go cechami fizycznymi i duchowymi od reszty ludności ruskiej w dolinach. Chodzi tu oczywiście o Bojków i Łemków. Odpowiedź jest oczywista: Huculi, Bojkowie i Łemkowie nie są Rusinami z pochodzenia, lecz Wołochami z południowych Karpat (z domieszką krwi węgierskiej), którzy przez wieki wędrowali górami ze swymi stadami w poszukiwaniu dogodnych pastwisk. Doszli, jak wiemy, w rejony sądeckie, a będąc prawosławnymi, związali się z konieczności z prawosławnymi Rusinami (jeszcze przed unią). Doprowadziło to do daleko idącej rutenizacji owych przybyszów z południa. O ich odmiennym pochodzeniu świadczą także ich stroje i muzyka, inne niż „ukraińskie”, nazwy wielu szczytów górskich itd.

Wracając do książki: M. Gierczak porusza kolejno różne aspekty historii i kultury Strzałkowic: dzieje rzymskokatolickiej parafii, architekturę i dzisiejsze wyposażenie kościoła parafialnego oraz kościółka św. Barbary, zachowane zabytki wiary i polskości oraz polski folklor i obyczaje, życie organizacyjne współczesnej polskiej społeczności. A w ramach tych tematów mnóstwo szczegółów zebranych od ludzi i szczęśliwie utrwalonych dla następnych pokoleń.
W naszym piśmie z satysfakcją notujemy inicjatywy działań wspomnieniowo-dokumentacyjnych, zarówno ze strony pozostałych w rodzinnych stronach, jak i ekspatriantów rozproszonych po całej RP, lecz zachowujących więź z Ziemią Ojców – zwłaszcza jeśli chodzi o mniejsze miejscowości. Prace, jakie powstają na temat Strzałkowic czy Bukaczowiec – to są przykłady do naśladowania, nie tylko dla profesjonalistów.

• Pozwalamy sobie przedrukować z „Gazety Krakowskiej” z 29 IX ’06 omówienie bardzo ważnej i potrzebnej książki*, której przeczytanie dla wielu osób – zwłaszcza dla tych, którzy wydarzenia w niej opisane przeżyli osobiście lub byli nich blisko – przekracza możliwości psychiczne. Ta książka, czy się to komu podoba, czy nie, powinna zostać przetłumaczona na język ukraiński i za jałtańskim kordonem rozpowszechniona (oczywiście nie przez tamtejsze księgarnie).
Nienawiść, książka Stanisława Srokowskiego** to literatura niełatwa. I to bynajmniej nie z powodu komplikacji formalnych. Przeciwnie, zawarte w tym tomie opowiadania mogłyby posłużyć za wzór przejrzystości stylu. Gdyby nie ich treść, można by powiedzieć, że dobrze się je czyta. Jednak chwilami aż chciałoby się rzucić tą książką w odruchu sprzeciwu. Współczesny czytelnik odwykł od takiej lektury. Wojenna rzeczywistość na dawnych polskich Kresach, jak ją opisuje Srokowski, w każdym normalnym odbiorcy musi obudzić przerażenie. Autor nie ucieka od okrucieństwa, choć go też specjalnie nie szuka. Ono po prostu w tych opowieściach jest, naturalne jak jedzenie i codzienna krzątanina wołyńskich czy podolskich wieśniaków. Tą samą siekierą w dzień ukraiński chłop rąbie drewno na opał, a w nocy swych polskich sąsiadów.
Mimo wszystko mamy do czynienia z książką, którą powinno się przeczytać. Jej autor próbuje ocalić tę część naszej zbiorowej świadomości, której nie możemy amputować ani w imię pojednania, ani tym bardziej – doraźnej politycznej poprawności. Srokowski zresztą najdalszy jest od jątrzenia, rozpalania na nowo ognia pod kotłem narodowej nienawiści. On jedynie nie pozwala o tej nienawiści zapomnieć, aby pogrzebana byle jak, nie odżyła na nowo.
Nie można też Srokowskiemu zarzucić oceny rzeczywistości według nacjonalistycznego szablonu. Oprócz niemieszczących się w głowie ukraińskich okrucieństw mamy tu więc także piękne, a nawet heroiczne postaci Ukraińców, jak choćby bohaterka opowiadania „Olena”, która woli śmierć niż wyparcie się swego polskiego męża. Obok polskich ofiar i cierpień znajdziemy też porażający opis bezmyślnej polskiej zemsty w opowiadaniu „Odwet”.
Autor, który dzieciństwo przeżył na Wołyniu, zdawał sobie sprawę z siły rażenia swych kresowych opowieści, bo uznał za konieczne opatrzyć je posłowiem o pojednawczej wymowie. Czytamy w nim: Są to wydarzenia i sytuacje prawdziwe. One na pewno się zdarzyły... Nie mamy powodu, by w to nie wierzyć. Jednak boję się, że tak zwane kręgi opiniotwórcze będą udawać, że nie zdarzyło się nic takiego, jak „Nienawiść” Stanisława Srokowskiego. Świadczyłaby o tym głucha cisza, jaka przywitała jej ukazanie się przed ponad miesiącem***. To może martwić. Jeśli umiarkowani zwolennicy pojednania i politycznej poprawności spróbują tę książkę przemilczeć, może ona posłużyć za argument fanatykom. A tych wciąż nie brakuje ani po polskiej****, ani po ukraińskiej stronie.

* Ukraińskie widma, autor recenzji Marek Lubaś Harny.
** Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Kraków 2006.
*** Powyższy tekst ukazał się w GK przed rokiem.
**** Tu nie zgadzamy się z Autorem. Kim mają być ci „polscy fanatycy”? Nietrudno natomiast zauważyć przedstawicieli owych „kręgów opiniotwórczych”, o których mowa nieco wyżej. Przykład pierwszy z brzegu: M. Wojciechowski z „Gazety Wyborczej”, którego wypowiedzi cytowaliśmy w CL 4.07, w ramce „Naszym zdaniem” na str. 5.

• Wydawnictwo Dolnośląskie (Wrocław 2006) przygotowało piękną i ważną książkę – album autorstwa Waldemara Okonia pt. Kresy w malarstwie. Chodzi tu oczywiście o całe wschodnie Kresy, na które składają się w dzisiejszym rozumieniu ziemie najbliższe – s w o j e – od Wileńszczyzny po Karpaty, a dalej ziemie ukrainne sięgające po Dniepr. Na tym geograficzno-historycznym tle powstał szeroki wachlarz rzeczowy, ujęty w 7 rozdziałów, w których wątki tematyczne podporządkowano historii i historii sztuki, np. Kresy i malarstwo historyczne, „Matka Ukraina”*, Kresy, typy i bohaterowie, Wernyhora i inni, Kresy i Monachium (chodzi o tzw. szkołę monachijską), Kresy i modernizm polski.
W książce zamieszczono ponad półtorej setki reprodukcji dzieł malarstwa polskiego, poświęconych Kresom, m.in. E. Andriollego, Napoleona Ordy, J.P. Norblina, L. Wyczółkowskiego, W. Leopolskiego, P. Michałowskiego, M. Gierymskiego, J. Brandta, J. i W. Kossaków, J. Chełmońskiego (Czwórka!), A. Orłowskiego, M. Maszkowskiego, W. Gersona, K. Pochwalskiego, S. Wyspiańskiego, J. Styki, J. Stanisławskiego, F. Ruszczyca, T. Axentowicza, W. Jarockiego, K. Sichulskiego, F. Pautscha, a także kilkanaście reprodukcji J. Matejki, związanych raczej z wydarzeniami historycznymi dotyczącymi Kresów niż z samymi Kresami. Ogólnie więc – kwiat malarstwa polskiego XIX i połowy XX wieku

* Autor cytuje znaczenie słowa „Ukraina” wg Słownika geograficznego Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich: Ukraina to nazwa nie tyle historyczna, ile zwyczajowa, nadawana obszarowi stepowemu Rusi południowej, ogarniającemu dolne dorzecza Dniepru i Bohu. Nazwa to ruska, wszakże bardzo późnego względnie pochodzenia. Ukraina to ziemia krańcowa, graniczna, z powodu większego stale wytężenia czujności obronnej od granicy południowej, uważana wcześniej za wyłącznie ukrainną, a w sensie etymologicznym pierwej znani byli ludzie ukrainni, swawola ukrainna niż nazwa Ukraina, która nigdy nie stała się urzędowa jak Wołyń czy Podole. Ukraina to raczej połacie stepowe niż województwa kijowskie i bracławskie, ziemia niczyja, pas oddzielający Europę od Azji, sfera graniczna między cywilizacją opartą na wolności i postępie a tą, którą rządzi zniewolenie człowieka i bezwład raz ustalonych, niezmiennych praw.

• Pisaliśmy już wcześniej o kolejnych zeszytach biograficznych, opracowywanych i wydawanych przez Poznański Oddział TMLiKPW. Obecnie ich hasła zostały skomasowane w formie książki zatytułowanej Udział Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich w życiu naukowym i kulturalnym Poznania i Wielkopolski. Są to biogramy i wspomnienia, zredagowane przez Juliusza Rozmiłowskiego (Poznań 2007).
W książce o ponad 200 stronach zamieszczono prawie 90 życiorysów wybitnych osób, które w różnych okresach XX wieku (lata międzywojenne i po ekspatriacji) osiadły w Poznaniu i tam odcisnęły swoje pozytywne piętno. Są to głównie naukowcy, ludzie literatury i sztuki, ale i wybitny generał. Z nazwisk powszechnie znanych: filozof K. Ajdukiewicz, aktorka Krystyna Feldman (Nikifor!), malarze F. Pautsch (choć w końcu osiadł i zmarł w Krakowie) i S. ­Teisseyre, pisarz S. Wasylewski, generał Roman Abraham.
Uwzględniono na pewno wszystkie największe nazwiska. Moglibyśmy jednak zasugerować innych jeszcze ludzi kultury, np. profesorów gimnazjalnych Sochaniewicza i Skarbińskiego. W jakimś okresie swego życia działał we Lwowie Roman Wegner (nie Wagner!), wydawca (już głównie w Poznaniu) znakomitych tomów „Cudów Polski”. To on podobno ściągnął do Poznania Stanisława Wasylewskiego.

*  *  *

Książka o Lwowianach w Poznaniu jest kolejnym przykładem dobrej i ważnej roboty dla utrwalenia pamięci, czym był w Polsce Lwów. My niestety nie zdobyliśmy się na to, choć w naszym kwartalniku omawiamy często (niestety nie planowo) wybitnych Lwowian w Krakowie (było ich ogromnie dużo na wszystkich uczelniach krakowskich, na wysokich stanowiskach miejskich i kościelnych). Wielkie zasługi miał zmarły niedawno dr Zbysław Popławski, pisząc o inżynierach lwowskich w Krakowie. Ale to kropla w morzu. Szkoda.

• Ukazała się niewielka rozmiarami, ładnie wydana broszurka pt. Święć się imię Twoje. Tryptyk Kresowy. Rzecz napisana przez Janusza Jaśniaka (wyd. staraniem Oddziału Śląskiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana” w Katowicach) dotyczy trzech parafii i kościołów, w których duszpasterzuje dobrze nam znany ks. Krzysztof Panasowiec: w Dolinie, Bolechowie i Kałuszu. Pierwszy jest czynny – po czasach sowieckich – od 1991 r., drugi zwrócono rok później, trzeci natomiast, najbardziej ze wszystkich zdewastowany, oddano w 1999 r., ale daleko idące roboty renowacyjne potrwały aż do przedubiegłego roku. We wrześniu ’05 wierni z nowym krzyżem przeszli pieszo 30 km trasą z Doliny do Kałusza, by z powrotem uroczyście wystawić go na kościelnej wieży.
Książeczka o trzech kościołach przynosi ogromną ilość ciekawych informacji z historii dawnej i całkiem współczesnej, które unaoczniają dramat naszego Kościoła na Ziemiach Wschodnich. Kościoła, który przetrwał w sercach Polaków.

• Książka Żołnierze Wołynia, wydana przed paru laty (wydawca: Światowy Związek Żołnierzy AK – Okręg Wołyński, Warszawa 2002) omawia powojenną działalność żołnierzy 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Dzieli się na pięć części: 1. Lata 1944–1990; 2. 1991–2000; 3. Przechować pamięć; 4. Wezwani do apelu; 5. Spis żołnierzy. Jest to historia przywracania do pamięci tragicznych losów Wołynia i Polaków na Wołyniu w okresie II wojny światowej, widziana poprzez losy i działalność powojenną żołnierzy 27. WDP AK. Dywizja ta posiada w swej historii niezwykle zróżnicowane etapy: walki z Niemcami, prowadzone częściowo we współpracy z armią sowiecką i sowiecką partyzantką; walki z UPA w obronie polskiej ludności; rozbrojenie przez wojska sowieckie w lipcu 1944 pod Lubartowem,
z częściowym wcieleniem do armii Berlinga, częściowo z poddaniem represjom NKWD (z wywózkami na Sybir), a później z represjami Urzędu Bezpieczeństwa PRL, aż do procesów z wyrokami śmierci i długoletniego więzienia. Sprawy te oglądamy na tle podejmowanych starań o ujawnienie
i odkłamanie historii, o przywrócenie pamięci wydarzeń i ludzi, skazywanych przez dziesiątki lat na zapomnienie. W tym aspekcie jest to pozycja niezwykle cenna, godna ­szerokiego rozpowszechnienia w środowiskach patriotycznych i przekazywania młodemu pokoleniu, które wciąż jeszcze w podręcznikach historii nie znajduje pełnej informacji o wydarzeniach wojny i okresu powojennego.(DTS)


Wymienione niżej książki jedynie oglądaliśmy w księgarni, bez możliwości ich przeczytania. Może ktoś z Czytelników, znających te ciekawe wydawnictwa, nadesłałby ich omówienia?

- Towarzystwo Straży Kresowej 1918–1927, autorka Nina Zielińska (Oficyna Wydawnicza „Verba”, Lublin 2006).
- Kresy. Przewodnik, autorstwa Aleksandry Górskiej (wyd. Kluszczyński, Kraków – roku nie podano). Jest to duży album, obejmujący Małopolskę Wschodnią, Podole i Wołyń.
- Tylko we Lwowie. Słowo wstępne napisał Zdzisław Żygulski jun. (wyd. Kluszczyński, Kraków – roku nie podano).
Andrzej Chlipalski (AC)
Danuta Trylska-Siekańska (DTS)
Elżbieta Mokrzyska