Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Jan Zubrzycki, DWA ZAMKI WE LWOWIE

Wracamy do spraw najdawniejszych. W latach 2003–2004 zamieściliśmy całą serię artykułów i przedruków, dotyczących czasów sprzed najazdu ruskiego w 981 roku. Między innymi w CL 2/04 znalazł się artykuł znanego architekta lwowsko-krakowskiego, Jana Sasa Zubrzyckiego pt. „Z dziejów pierwotnych Lwowa”. I oto drugi artykuł tego samego autora na temat tej samej epoki, opublikowany pierwotnie w Poznaniu w „Tygodniku Katolickim” nr 15 z kwietnia 1926 r. Odpis tego artykułu nadesłał nam z Leszna p. Janusz Ragankiewicz, za co w imieniu zainteresowanych Czytelników i Redakcji gorąco dziękujemy.
Zwróćmy uwagę, że artykuł Zubrzyckiego jest napisany stylem dość kwiecistym, dziś trudnym w odbiorze. Odłóżmy jednak na bok styl, a zauważmy ciekawe informacje, jakie podaje. Są one przeważnie zgodne z tym, co nam dziś przedstawiają nasi naukowcy-archeo­lodzy, historycy i inni, zaprzeczając całkowicie wersjom, podawanym dość bezmyślnie przez polskich historyków z przełomu XIX/XX wieku, korzystających niepotrzebnie z jednostronnych interpretacji „uczonych” ruskich.
Jan Sas Zubrzycki nie był ani archeologiem, ani historykiem, umiał jednak w sposób inteligentny obserwować, kojarzyć fakty i wyciągać wnioski.

Rzut Zamku Niskiego na planie Lwowa z 1780 r.
Dziejopis Długosz mówi o Łysogórze ponad miastem Lwowem. Nazwa ta w Polsce była nadzwyczajnie rozpowszechniona, albowiem odnosiła się do wiary Światowida. Najsławniejsza jest Łysogóra koło Opatowa. W wielu miejscach Polski jednoczy się ta nazwa z Jasnogórą, jak koło Kielc, jak na Polesiu; jest Jasnogóra na Śląsku Cieszyńskim i Jasnogóra, czyli Łysogóra na północ od Krakowa. Starodawność miejsc, wyniesionych wysoko, a panujących nad okolicą, łączy się z nazwami niemieckimi, jak Kahlenberg pod Wiedniem i Kahlen­berg na wschód od Gdańska, nad morzem. Wszystkie Łysogóry przeważnie są powiązane z osadami najstarszymi na ziemi naszej, a zatem i Lwów sam i Łysogóra lwowska, na której stał zamek odwieczny, należą do czasów najdawniejszych. Tuż obok Łysogóry tutejszej, jako góry zamkowej, stoi również wysoka, no­sząca nazwę góry lwiej, później znana jako góra piaskowa. Nie dość na tym, tuż opodal, gdzie na pamiątkę cesarza austriackiego był „Kaiserwald”, tam od niepamięci istniało tak zwane pole Światowida, czyli Światowidzkie, jakie się dochowało na mapach najstarszych. Dodawszy jeszcze Skałę Czartowską, możemy na pewno zawyrokować, iż istniała tu znaczna siedziba ludzka na wiele wieków przed książętami ruskimi, skoro po obrzędach pogańskich pozostało tu tak wiele tak znacznych śladów.
Utarło się przekonanie całkiem błędne, jakoby Lwów miał założyć nagle za rozka­zem narzuconym książę Daniel dla swojego syna Lwa i dlatego nazwał gród Lwowem. Jest to nieprawda, ponieważ lew jako godło Czarnoboga, ogólnie słowiańskiego, należy do cza­sów bardzo zamierzchłych. Rocznikarz wołyński pisze wyraźnie, iż „Lew wyprawiwszy pos­łów nie założył, lecz zburzył miasto stare” (Staroż. Polskie, Poznań 1852, II. 391).
Lwów było to miasto zawsze znaczne, a zatem nie z przypadku wyrosłe, lecz opar­te o tradycje handlu wielkiego i dalekiego, przez morze lwie, czyli Czarne, sięgającego aż na Wschód azjatycki. Lwów u Długosza to trzecia stolica Polski, „którą za Władysława trzeciego, króla polskiego, z Halicza do tego miasta przeniesiono”. Gdybyśmy wzięli rok ostatni Władysława Laskonogiego, wypadałoby, że już w roku 1206 Lwów musiał być większy od Halicza, o czym pomyśleć by nie można, gdyby książę Lew później w przeciągu lat 50 miał osadę znienacka utworzyć.
Istnieje wzmianka w zapiskach pergaminowych, że gdy wybuchł pożar w Chełmie w roku 1257, to łunę widać było ze Lwowa, a zatem gród ten istniał przed książętami ruskimi i na­leżał do grodów czerwonych, o które walki toczono jeszcze za czasów Mieczysława I i za Bolesława Chrobrego.
W Weronie była brama zwana Arco de Leoni z wieku lll. Koło Lubeki ist­niało już za Helmolda w wieku XII miasto Lówenstadt, tj. Lwi gród. Jest Lwów koło Gostynia, Lwów na Śląsku, jest jezioro Lwityn [niem. Lówentin]. Okazuje się, że nie wol­no dziejów narodu ani miast rozpoczynać dopiero od zwycięstw krwawych. Jakże można to pogodzić, aby ci najeźdźcy, idący naprzód krwią i pożogami, równocześnie rozsiewali bło­gosławieństwo pokoju i objawiali zamiłowanie do otaczania życia opieką, jeżeli dzieje mó­wią tylko o ich okrucieństwach i ich zaburzeniach nieustających?
Ponad wszystko atoli zasługuje na uwagę naszą okoliczność jedna, ta, która do­tyczy wzmianki o istnieniu dwóch zamków we Lwowie jeszcze za czasów ruskich. Zimorowicz** bowiem podaje wyraźnie, że Kazimierz Wielki po opanowaniu grodu kazał spalić zamki obydwa, a potem zaraz „na górze rzadkiej własności w krainie Sarmackiej” wzniósł zamek nowy w rzucie do lutni podobny. O dwóch zamkach we Lwowie przed Kazimierzem Wielkim mówi i Kromer i wszyscy dziejopisowie to potwierdzają. Prąd dzisiejszy w nauce polskiej usiłuje co krok wykazać mylność latopisów naszych, aby uwy­datnić nieomylność źródeł obcych. A jednak... należy raz jeszcze uwzględnić twierdzenie Długosza, że stolicę z Halicza za Władysława Laskonogiego przeniesiono do Lwowa, za­pewne mocno i dostojnie pobudowanego, umocnionego wedle zwyczaju polskiego dwo­ma zamkami. Były dwa zamki w Krakowie, w Wilnie, w Łucku i po wielu, wielu miejs­cach Polski. Musimy uważać grody nasze, we dwa zamki opatrzone, jako właści­wość rdzennie polską, samoistnie wykształconą i zachowaną prawie do czasów ostatnich. Już sam ten wzgląd na dwa zamki z czasów przed Władysławem III i przed królem Chłopków, przekonać nas może raz na zawsze, jak sztuczne i ponaciągane są twierdzenia nam narzucone, mające na celu zaprzeczenie polskości na każdym kroku. A dodać wypa­da koniecznie jeszcze tę uwagę, że Kazimierz Wielki przystępując w połowie stulecia XIV do budowy dwóch zamków, nie czynił nic innego, jak tylko odbudowywał to, co przeszłość dawna pozostawiła. Nasuwa się przeto przypuszczenie, iż książę Lew nie tylko nie budował miasta i nie zakładał, ale poniszczywszy i poburzywszy przy zdobywaniu wszystkiego, co tutaj łączyło się z bogactwem (po które wrogowie u nas zawsze ręce wyciągali), wśród ruin i szczątków czas przepędzał na szukaniu zdobyczy dalszych. Toteż, gdy Polska objęła gród w posiadanie dalsze, musiała najpierw pomyśleć o zabezpieczeniu stolicy wschodniej za pomocą dwóch zamków, jednego na górze, drugiego na dole. Czyż król polski, umacniający tu zaraz władztwo swoje, byłby tak nagle i niespodziewanie zakła­dał dwa zamki, mimo kosztów i trudów, bez potrzeby wyraźnej, gdyby nie ta okolicz­ność, że zastał już we Lwowie dwa zamki z czasów Bolesława Chrobrego pochodzą­ce, a obecnie domagające się odbudowania.
Jeżeli za Władysława Laskonogiego przeniesiono stolicę z Halicza (Galicza) do Lwowa, to przyczyną zmiany musiała być na pewno silniejsza obrona w zamkach lwow­skich, do których przewieziono skarby i klejnoty wschodnie.
Czytamy po przywilejach o tym, że była kaplica w zamku mniejszym, a zatem musiał być kościół i na zamku większym. Po pergaminach czytać można jeszcze określenia inne: „zamek górny i dolny”, czyli wysoki i niski.
Kiedy królowa Jadwiga obejmowała Lwów w posiadanie w roku 1387, wtedy tu od­prawiła od strony Gródka wjazd uroczysty z pocztem panów i szlachty, a naprzeciw królowej wyszedł lud i mieszczaństwo, panowie i duchowieństwo. Żyła więc tu w Lwigrodzie i panowa­ła myśl polska, ponieważ owe wjazdy uroczyste objawiały zwyczaje czysto narodowe pols­kie. Tak i mowa o dwóch zamkach we Lwowie jest wynikiem ducha polskiego, od początku prawem zwyczajowym nakazującym takie budowanie.
Na poparcie naszego twierdzenia możemy przytoczyć szczegół niewątpliwie bardzo starożytny, a tylko po zamkach polskich przeważnie znany. Są to ganki podziemne, ciągnące się rozlicznie w głębokości ziemi. Badacz Franciszek Jaworski powiada, że takich przejść podziemnych było bardzo wiele we Lwowie. Prawdopodobnie łączyły one zamek wysoki z zamkiem niskim, a także klasztorem oo. bernardynów. Koło klasztoru sióstr miłosierdzia przy ulicy Teatyńskiej natrafiono na liczne rozgałęzienia boczne. Taki przechód podziemny znale­ziono i na Żółkiewskiem. To nie są żadne bajania, lecz to prawda szczera, mówiąca do nas echami wieków zamierzchłych. Wszystkie zamki nasze najstarsze głoszą tajemnice ganków podziemnych. Z tymi przejściami związana była wieża główna zamku wysokiego, zwana Do­rotą, całkiem tak samo jak w Krakowie na Wawelu. Był to stołpień najwyższy po zam­kach polskich i najgłębiej w dół sięgający.
Jak Lwów zwano: „ozdób i pomników miastem pierwszym na Rusi i całym państwie”, tak oba zamki celowały pięknością i bogactwem. Nic a nic z tego wszystkiego nie pozostało. Jakaś siła tajemnie działająca dążyła stale do niszczenia, aby pamięć zaginęła nawet. Zamek wysoki miał wieże i szczyty wydatne, a zdaje się przybrany był i w attyki, czyli otoki dookoła, bo o tych ostatnich wiemy na pewno odnośnie do zamku niskiego. Attyka owa była „omamentalnie uwieńczona wazami”, co przypomina doskonałe kształty stylowo polskie stylu zygmuntowskiego. Na zamku wysokim były wspaniałe świetlice królewskie. Z czterech wież pierwotnie zbudowanych trzy dochowały nazwy takie: Cebrowskiego, Górskiego i Żulińskiego. Były one niezawodnie pięknie wyprowadzone w górę, gdyż o jednej z nich mówi Zimorowicz, że wicher silny zerwał ganek wieżowy i na ziemię rzucił.
Z tych wszystkich rzeczy nie pozostał właściwie ani kawałek okrucha. Pastwiła się groza burzenia i gładzenia, tak że dzisiaj z zamku wysokiego ocalała tylko część nieznaczna jed­nego muru kamiennego, a z zamku niskiego ślad zaginął doszczętnie, bo nie wiedzieć na­wet, gdzie był plac zamkowy?...
Jedynym wspomnieniem cośkolwiek obrazowym jest opis Kaczkowskiego w powieści 0lbrachtowi rycerze (tom II).
„Natenczas szli na mszę św., która na ich intencję odprawiała się w kościele św. Kata­rzyny, znajdującym się wewnątrz niskiego zamku i słuchali całego nabożeństwa, klęcząc przy drzwiach za plecami rycerstwa.
Po mszy rycerstwo rozstąpiło się, a oni stanęli w środku kaplicy i słuchali kazania, które miał dla nich tym razem Krzesław z Kurozwęk, biskup kujawski, chociaż duchowny, sam jed­nak bardzo wspaniałym duchem rycerskim przejęty.
Po kazaniu król zasiadł pod baldachimem w dziedzińcu zamkowym, po jego stronie pra­wej w półkolu dygnitarze koronni i nadworni, duchowni i świeccy, po lewej co najprzedniejsi rycerze, w głębi naprzeciw króla owych dziewięciu młodzieńców ze swoimi ojcami chrzest­nymi. Z krużganków na tę uroczystość patrzyli goście świątecznie przybrani”...
Lwów, który posiadał swoją własną sztukę renesansową, tak zwaną sztukę Odrodzenia Lwowskiego, przechowaną ułamkowo w okazach zaiście przepięknych, ten Lwów musiał zmieścić na obydwu zamkach, jako budowlach świeckich najważniejszych, całe skarby ar­chitektury polskiej. Niestety! Obojętność i pogardzanie, razem z nieuctwem z żyłką tępienia, pokryły to wszystko naleciałościami nowoczesnymi, jakie chciały uczynić stolicę wschodnią podobną do Lipska i Berlina. Jak zawsze w takich razach niczego nie osiągnięto, a zdeptano rzeczy największej wartości miejscowej. Zburzono piękną bramę galicyjską, czyli halicką, na której wisiał zegar pochodzący z roku 1404. Zburzono także okazałą bramę krakowską, o dwóch basztach potężnych otokami, czyli attykami polskimi.
A kiedy już oto pamięć ulotna jak mgła poranna zawisła nad miastem, wtedy duch polski za­pragnął w gorącości swej objawić się raz jeszcze sposobem arcydawnym za pomocą mogiły usypanej na Łysogórze, czyli na Jasnogórze, aby panować ponad ziemię daleką myślą jasną, iż to kopiec Zjednoczenia, kopiec Unii Lubelskiej. Pamiętamy jeszcze dobrze jak młodzi i sta­rzy dobijali się o taczki, aby zawieźć ku wyżynie odrobinę ziemi, naprawdę suto przesiąknię­tej krwią przedojców naszych. Zieleni się dziś z dala ten kopiec, lecz mało kto pamięta o tym, że te kwiatki i listki to duch przodków naszych żyjących nieśmiertelnie ponad Lwigrodem.
Przy kopaniu ziemi odgrzebywano kości liczne, ułamki urn, zbroi, resztki wyrobów krzemiennych itd. Starym zwyczajem naszym rozlatywało się to na wsze strony i gubiło się po kieszeniach tłumu, który łudził się znaleziskiem skarbów. I były skarby, lecz nie takie w postaci dukatów po garnkach, tylko znakach przeszłości kochanej, na której nikt zgoła się nie rozumiał. Szkoda to nie do opisania, że nie było opieki dobrej przy wykopywaniu staro­żytności. Rozdrapała gawiedź okazy małe i większe na to, aby przepadły bez pożytku dla nauki. Część malutka, ocalona w zbiorach Smolki, Bojarskiego i Schneidera, dostała się wprawdzie do muzeum Lubomirskich we Lwowie, lecz to zbiorowisko bez myśli przewodniej nie daje obrazu żadnego. Bezmyślność nie troszczyła się także o przerysowanie murów zamkowych, jakie łamano i burzono. Słowem ofiarą zatracenia pomnika sztuki bar­dzo wielkiej wagi wzniesiono kopiec jeden z największych i najpiękniejszych w Polsce w tym celu, aby z tej Jasnogóry Lwowskiej promieniała daleko polska myśl jasna, zdrowa!...
Raz jeszcze przypominamy, że sam kronikarz Dionizy Zubrzycki w roku 1844 pisał: „miasto Lwów już dawniejsze jak mniemano, że nie od księcia Lwa (Leona), ani od jego ojca króla Daniela założone; przeto i nazwisko jego nie od książęcia tego, lecz od lwa króla zwie­rząt pochodzić musi” – przeto nie dawajmy się porywać prądom dziwacznym, aby przypusz­czać, iż tutaj w tym Lwigrodzie wszyscy byli mocniejsi i bogatsi pod każdym względem, tylko nie my Polacy. Całkiem przeciwnie, we Lwowie starym duch polski jest najwznioślejszy, al­bowiem choć poznikały pomniki chwały i sławy wielo­wiekowej, mimo to zapał i poświęcenie zapalają wszystkich, jak to orlęta lwowskie przykładnie stwierdziły. Dlaczego? Ponieważ Iwowianin ściśle wypełnia, co Goszczyński w „Królu Zamczyska” powiedział: „A on jednak pojął myśl, której oni pojąć nie mogą, i całe życie swoje stosuje do niej i każdy krok jego jest jej koniecznością nieodpartą. Na chwilę nie zboczy z tej drogi”...
I tutaj kiedy staniemy pod kopcem dzisiejszym obok kamieni ostatnich, z murów zam­kowych zdaje się nam w rzeczy samej, jakoby prawdą było, „że kamienie stare dają mi rady, rycerze gotują broń do przyszłych bitew, orzeł mierzy oczami drogę do słońca, mam przed sobą całe życie przeszłości i widzę na jej kolanach przyszłość!”...