Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Franciszek Nadachowski, LWÓW 1940–1945 - OKUPANCI W NASZYCH OCZACH

Franciszek NadachowskiOpis ten składa się z fragmentów większej całości, przygotowanej jako część rodzinnej kroniki. Określając przedstawione tu spostrzeżenia i odczucia jako nasze, mam na myśli nie tylko nastroje własne, mojej rodziny i moich przyjaciół, ale także zasłyszane komentarze innych Lwowian – ich reakcje na zachowanie się Sowietów i Niemców w trakcie wojennych wydarzeń. We Lwowie znaleźliśmy się wraz z matką i siostrą w jesieni 1939, po pośpiesznym wyjeździe z Kobrynia na Polesiu, gdzie mieszkaliśmy w miasteczku koszarowym przez ostatnie 4 lata. Dzięki tej ucieczce udało nam się uniknąć wywiezienia przez władze sowieckie – losu, który spotkał wiele polskich rodzin wojskowych. Mój ojciec, dowódca 83. pułku piechoty, poległ na froncie, w boju odwrotowym 30. dywizji (w tym samym dniu skończyłem 16 lat, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem o jego śmierci).

Osobliwy mityng w sowieckiej szkole
Niezależnie od wstrząsu, jakim była katastrofa wojenna Rzeczypospolitej i degradacja warunków codziennego życia, musiałem zacząć chodzić we Lwowie do szkoły. Trafiłem do gimnazjum o klasycznym profilu nauczania, z łaciną i greką. Trudno dziś uwierzyć, że taki program był jeszcze jakiś czas kontynuowany mimo włączenia tej części Małopolski w skład ZSRR. Nastała już zima, kiedy władze zabrały się wreszcie do wyplenienia tego rodzaju reliktów „pańskiej Polszy” i do totalnego przeobrażenia systemu kształcenia młodzieży. Jednym z elementów tych działań było zarządzanie typowych dla komunistycznego ustroju mityngów, czyli bardziej po słowiańsku mówiąc: spotkań (ale nie spontanicznych, przeciwnie, jak najbardziej obowiązkowych). Kolejny krok ku sowietyzacji szkoły stanowiło uformowanie się młodzieżowego organu partii znanego pod skróconą nazwą Komsomoł (Kommunisticzeskij sojuz mołodioży). Jego priedsiedatielem został kolega z wyższej klasy nazwiskiem Fall, znacząco rudy (a więc go zapamiętałem). Zbiegło się to mniej więcej w czasie z rozpętaną przez Stalina wojną z Finlandią, która nie uległa sowieckim żądaniom terytorialnym i innym. Wiadomo było, jaki los spotkał przedtem trzy inne, bezsilne państwa bałtyckie – za przyzwoleniem Niemiec, zgodnie z paktem Ribbentrop–Mołotow. Najpierw wymuszona zgoda na wkroczenie Armii Czerwonej, potem spontaniczna (a jakże!) prośba tych krajów o przyłączenie ich do ZSRR. Finowie od razu powiedzieli twardo nie i, co więcej, dysponowali umocnieniami obronnymi (tzw. linią Mannerheima) oraz sprawną w warunkach zimowych, choć małą, armią. Sowietom ta wojna wyraźnie nie szła, ponosili wielkie straty mimo przeszło trzykrotnej przewagi liczebnej. Propaganda oczywiście milczała na ten temat, ale cały Lwów wiedział, co się działo, cieszył się, i tu i ówdzie pozwalano sobie na kpiny. W jednej ze szkół już wcześniej miały miejsce ryzykowne żarty, na przykład wtedy, kiedy na mityngach intonowano hymn radziecki. Zaczynał się on od słów: Wyklęty powstań ludu ziemi, powstańcie, których dręczy głód. Przy pierwszych dźwiękach melodii (zresztą całkiem ładnej) źle wychowany szkolny „lud” nieporuszenie siedział, natomiast wstawał gremialnie, w nagłym ruchu całej sali, kiedy zabrzmiało słowo „głód”, związane z „powstańcie”. Inny kawał był zaiste nie do wybaczenia: w czasie pochodu młodzieży uniesiono nieoczekiwanie transparent z napisem: Nie damy Lwowa Finom! W mojej szkole też wyśmiewano się z Czerwonej Armii i tu miarka się przebrała – władze sowieckie postanowiły dać „wrogom ludu” prawdziwą nauczkę. Uczniów zwołano do wielkiej auli na mityng, ale nie dostrzegłem tam żadnego z moich nauczycieli. Był tylko polonista Wolańczyk, który w mojej klasie nie uczył. Podobno to właśnie on pozwalał sobie na kpiny z przebiegu wojny w Finlandii. Idąc korytarzem zdziwiłem się, widząc wielu wojskowych w mundurach. W sali, w tylnej części, stało pod ścianą kilkunastu podejrzanie wyglądających mężczyzn; zwróciłem uwagę zwłaszcza na jednego z nich, o zbójeckiej gębie, z wklęsłym nosem. Wypełniliśmy salę siadając na krzesłach, ja blisko tylnej ściany, niedaleko mnie Tarlerski (bardzo pewny siebie tłuścioch), a także grupa komsomolców z rudym Fallem na czele. Przemawiał po ukraińsku jakiś nieznany w szkole typ, wypowiadając oklepane polityczne banały (których nikt nie słuchał) i co jakiś czas robiąc przerwę w oczekiwaniu na oklaski, których prawie nie było. Tarlerski siedział ze znudzonym pół-uśmieszkiem na ładnej buzi. Jednak niespodziewany zwrot w treści płynących zza stołu prezydialnego banałów obudził uwagę sali. Było coś o wyśmiewaniu się z naszej lubimoj Czerwonej Armii, że robią to wrogowie ludu, padły nazwiska, których nie dosłyszałem. I na końcu: ... my cich worohiw naroda znyszczymo! To był sygnał – „zniszczyć wrogów ludu”, i wtedy zaczęło się coś w rodzaju masakry bez strzelaniny: ruszyły te draby spod ściany. Dostrzegłem kątem oka, jak ten z wklęsłym nosem wsuwał paluchy w obręcze kastetu. Widziałem też, jak Fall i jego koledzy wskazywali, kogo bić – w użyciu były nie tylko kastety, ale i połamane krzesła. Krzyk i zamieszanie, uczniowie z tyłu sali uciekali do przodu, w stronę prezydialnego stołu. W pewnym momencie zobaczyłem kolegę z klasy, osiłka Buchmana, z twarzą zalaną krwią (pewnie rozcięli mu kastetem skórę na głowie); bronił się, trzymając w ręku wyłamaną nogę od krzesła. I znowu komenda z przodu sali: Towaryszy, uspokojteś. Od razu otwarły się drzwi na korytarz, okazało się, że w szkole są sanitariuszki w białych fartuchach, nosze itd. Wyniesiono, kogo trzeba, i mówca kontynuował agitkę do stłoczonej masy uczniów; teraz wszyscy uczestniczyli w mityngu na stojąco, ale jak gorliwie: niemal każda krótka przerwa w potoku słów zza stołu prezydialnego była, jak należy, wypełniana oklaskami. Spojrzałem na buzię Tarlerskiego: wyraz nabożnej powagi, a w oczach panika; za każdym razem klaskał ze wszystkich sił, bardzo długo. Ja może trochę krócej, ale też nie ośmieliłem się nie klaskać. Wróciłem do domu wstrząśnięty, opowiedziałem, co się wydarzyło, i moje przerażenie udzieliło się rodzinie. Do następnego dnia, bo trzeba było uspokoić się i dalej funkcjonować w sowieckiej rzeczywistości. Buchman zjawił się w klasie po paru dniach, z opatrzoną głową; chyba pobili go przez pomyłkę, bo nigdy przedtem nie słyszałem, żeby coś wygadywał na Związek Radziecki. Profesor Wolańczyk miał połamane kości, umarł w szpitalu. Na lekcjach zapanował powszechnie sowiecki styl zbiorowych zachowań – potakiwanie i zakłamanie. Zacząłem myśleć z wielką niechęcią o części młodzieży tej szkoły – moich rówieśnikach.
W odwecie za podbój przez obcych ze wschodu, którzy ewidentnie żyli nędznie w porównaniu z nami, ale pokrywali to zakłamanym wychwalaniem wszystkiego co sowieckie, lwowianie wymyślali kąśliwe żarty. Jeden z nich wykorzystywał zwrotkę chełpliwej piosenki: Kipiąca, potężna, przez nikogo niepokonana, kraina moja, Moskwa moja, ty najukochańsza; powtarzają się w niej rosyjskie przymiotniki z żeńską końcówką -ja: kipuczaja, moguczaja, moja, lubimaja itd. Brzmienie tej końcówki przechwycili nasi dowcipnisie, układając kontrwierszyk: Bez butów ja, bez spodni ja, dzień cały głodny chodzę ja.

Kto rozgromił Niemców pod Grunwaldem?
Atak Hitlera na sowieckiego sprzymierzeńca w dniu 22 czerwca 1941 był podobno zaskoczeniem dla Stalina; jak dziś się wskazuje, ten czwarty geniusz ludzkości (po Marksie, Engelsie i Leninie) nie dawał wiary ostrzeżeniom własnego wywiadu. Nad ­ranem tego pamiętnego dnia usłyszałem przez radio po rosyjsku dramatyczny komunikat o zdradzieckiej agresji faszystowskiej (takie jest w ideologii komunistycznej oficjalne określenie prawicowych totalitaryzmów; nie wiem, dlaczego nie użyto słowa hitlerowska). Komunikat uzupełniono przedziwnym komentarzem quasi-historycznym, zapewne w intencji dodania ducha rosyjskim patriotom. Wyobrażam sobie, że zaskoczeni biegiem wypadków radiowi spece od propagandy próbowali nawiązać do jakiegoś historycznego zwycięstwa Rosjan nad Niemcami i – o zgrozo – nic nie znaleźli! Wyszperali więc – Grunwald! Jak to? A tak to, że w tej bitwie uczestniczyły trzy chorągwie ze Smoleńska — tri smoleńskich połka. W wersji sowieckiej to one rozbiły armię krzyżacką, bo komunikat ani słówkiem nie wspominał o kilkudziesięciu chorągwiach polskich, armii litewskiej (w której skład zresztą owe smoleńskie chorągwie wchodziły, bo ziemia smoleńska stanowiła wtedy część Wielkiego Księstwa Litewskiego), dowództwie Jagiełły i w ogóle koalicji polsko-litewskiej jako strony walczącej. Chyba ci radiowcy moskiewscy zgłupieli w nastroju popłochu pierwszego ranka wojny; mogli przecież, bardziej wiarygodnie, przypomnieć rzeczywiste zwycięstwo Aleksandra Newskiego nad niemieckim zakonem Kawalerów Mieczowych na jeziorze Pejpus w 1242 r.
Niepowstrzymana ofensywa niemiecka w głąb terytorium ZSRR i początkowe klęski Armii Czerwonej budziły w nas mieszane uczucia. Zrazu wydarzenia te dawały ujście nagromadzonej nienawiści do Sowietów i w jakiejś mierze budowały odruch, który właśnie Niemcy trafnie określają jako Schadenfreude – a dobrze wam tak! Jednak nowa okupacja nie była mniej groźna, a program wyniszczenia narodu polskiego głoszono niemal jawnie – bez zakłamanej przesłony propagandowej, który stanowił (i stanowi do dziś) nieodłączny składnik komunistycznej ideologii. Już po paru tygodniach narastało pytanie: a co, jeśli Hitler wygra całą wojnę? Broni się przecież tylko jeden nasz prawdziwy sojusznik – samotna Anglia. Zapamiętałem słowa, jakimi odpowiedział na pytanie kobiety stojącej na chodniku jeden z wjeżdżających do Lwowa niemieckich motocyklistów: Ja, wir sind stark. Bo byli silni – bardzo; zajęli już prawie całą Europę i leźli w Ukrainę i Rosję jak nóż w masło. I jeszcze śpiewali: Wir werden weiter marschieren, bis alles in Truemmern faellt, derin heute gehoert uns Deutschland, und morgen die ganze Welt – czyli, że będą dalej maszerować, aż wszystko legnie w gruzach, bo dziś należą do nich Niemcy, a jutro cały świat; no, no, niezła zapowiedź dla świata. Oczywiście świat na to się nie chciał się zgodzić, a lwowski ludek nucił na przekór: Siekiera, motyka, bimber, alasz (to trunki, pierwszy z nich pędzony chałupniczo), przegrał wojnę głupi malarz. Taka śpiewka trochę dodawała optymizmu, chociaż malarz-Hitler głupi nie był i, jak dotąd, wojnę raczej wygrywał.

 „Gazetki” i „gadzinówki”
Służba w lwowskiej konspiracji dawała regularny dostęp do prasy podziemnej – tzw. gazetek. „Biuletyn Informacyjny” bardzo poprawiał samopoczucie – dostarczał wiarygodnych relacji o niemieckich niepowodzeniach frontowych, które od 1943 stały się już znaczące. Stanowił niemal jedyne źródło tego rodzaju wiadomości, bo miejscowa gazeta (określana przez lud lwowski jako gadzinówka) nie podawała takich faktów.
Otrzymywaliśmy też sporadycznie inne gazetki; te, które do mnie trafiały, były redagowane, jak zgadywałem, w komórce związanej ze Stronnictwem Narodowym (jedną z czterech partii sprzymierzonych w organizowaniu Polski Podziemnej). Z tej prasy dowiedziałem się o utworzeniu odrębnej struktury partyzanckiej, o nazwie „Uderzenie”, powołanej dla obrony polskich wsi przed nasilającymi się atakami (i masakrami) ze strony licznych i dobrze uzbrojonych (przy współdziałaniu Niemców) organizacji ukraińskich UPA. To była wiadomość, która zmniejszała u nas poczucie przewagi wrogów, wyrażającej się m.in. rosnącą liczbą napadów ukraińskiej milicji na polskie mieszkania w samym mieście. Informacje o rajdach „Uderzenia” zaspokajały też w jakiejś mierze potrzebę odwetu.
Trudno uwierzyć, ale zdarzało się, że złośliwej uciechy dostarczały nam właśnie wydawnictwa władzy niemieckiej, na ogół bojkotowane przez Polaków. Raz jakiś inteligentny dowcipniś wykorzystał to, że ­nazwisko wodza naczelnego polskich sił zbrojnych i premiera nie jest rzadkie i zamieścił w gadzinowym lwowskim „Kurierze” ogłoszenie niewinnego niby rzemieślnika branży skórzanej, które przeszło niezauważone przez cenzurę (powierzoną zapewne gestii jakiegoś tępego volksdeutscha). Oto treść: Garbarz Władysław Sikorski garbuje skóry iberalesów i innych dzikich zwierząt. Temu, kto nie kojarzy tej dziwnej nazwy (jakiegoś futerkowego gatunku?) z ówczesnymi okupantami wyjaśniam, że dumny hymn zaczynający się od słów Niemcy, Niemcy ponad wszystko brzmi w oryginale Deutschland, Deutschland ueber alles, a garbować skórę znaczyło wtedy powszechnie: prać, bić, lać, tłuc, łoić. Ludek lwowski zrozumiał (zapewne dzięki tym, co umieli ten żart zauważyć i rozpowszechnić) i rechotał przez parę tygodni. W tym czasie zresztą iberalesy rzeczywiście brały już w skórę od aliantów. Te chwile uciechy przeplatały się z dniami depresji; skrajne przygnębienie ogarnęło wielu Polaków, kiedy dotarła do nas wiadomość, że właśnie Sikorski zginął niespodziewanie w katastrofie lotniczej koło Gibraltaru. Urwał się żart o iberalesach.

SS-man w leśnym oddziale AK
Mój bezpośredni dowódca w plutonie łączności Armii Krajowej (pseudo: „Piekarski”) zabierał mnie jako eskortę do przewożenia sprzętu radiowego poza miasto. Notabene słuchanie alianckich audycji władze okupacyjne karały śmiercią. Nikt z nas się nawet nie dziwił temu prawnemu terroryzmowi; tak już Niemców postrzegaliśmy w owym czasie. Kiedy front wschodni zaczął zbliżać się do Lwowa, powtarzały się sowieckie bombardowania, wyczuwało się napięcie na ulicach i nastrój mobilizacji w strukturach konspiracyjnych.
Dla mnie szczególnym przeżyciem na tle narastających wydarzeń był pewien wyjazd do oddziału leśnego w okolicy Winniczek. Dowódcą tego oddziału był zbiegły z transportu jeńców oficer serbski, kapitan „Draża” – postać barwna, która zasługuje na osobny opis. Kiedy dotarliśmy do lasu, nasz kierowca jak zawsze został w samochodzie, a nas z Piekarskim wartownik podprowadził do chałupy, do porucznika. Kiedy oni się naradzali, ja siedziałem przy oknie pod drzwiami i wyglądałem na leśną drogę, bez obowiązku ubezpieczania tamtych. W pewnej chwili pojawił się na ścieżce i skierował w stronę chałupy żołnierz niemiecki w mundurze SS. Miał przewieszony przez ramię pistolet maszynowy MPi (Maschinenpistole). Zbaraniałem, ale po chwili uznałem, że nie będę wszczynać alarmu. Przecież nie mógł przejść tak sobie w pobliżu wartownika, a poza tym nie wyglądało to tak, jakby chciał puścić serię z MPi. Pchnął drzwi, które mnie prawie zasłoniły, i od progu służbiście stuknął obcasami. Piekarski wyglądał na zaskoczonego, ale też się nie odezwał, nie mówiąc o sięganiu po broń. SS-man zameldował się, porucznik mówił z nim dość kiepską niemczyzną (moja byłaby lepsza, ale nie śmiałem ofiarować się z pomocą – zagroziłbym hierarchii). Niemiec chyba zrozumiał rozkazy, odmeldował się i wyszedł z takim samym wojskowym fasonem, a porucznik z pewnym ożywieniem objaśnił sytuację nam obu. Ten SS-man zgłosił się do polskiej partyzantki (nie usłyszeliśmy, z jakich pobudek i za czyim pośrednictwem) i okazał się niezwykle przydatny: prowadził ciężarówkę, miał odpowiednie papiery jeszcze na dwa miesiące, mało kto odważał się go zatrzymywać i sprawdzać. Potem nieraz o nim myślałem: nie znał polskiego, więc nie był Ślązakiem czy Poznaniakiem, nie miał nic do zyskania u nas, i był przecież autentycznym członkiem budzącej postrach hitlerowskiej formacji. Nie sądzę, aby udało mu się przeżyć w późniejszych miesiącach, w czasie dramatycznego wycofywania się oddziału Draży na zachód, po przejściu frontu.

Niemcy słabną; przejście frontu
Był to lipiec 1944, gorący czas. Niemcy we Lwowie zostali już prawie odcięci, sowieckie oddziały zwiadu były na skraju miasta. Nie miałem zaświadczenia pracy, bo laboratorium prof. J. Tokarskiego, działające formalnie dla firmy Karpathen-Oel, przestało istnieć, a samego profesora Niemcy ewakuowali do Jasła. Mimo że zawczasu postarałem się o fałszywe zaświadczenie z komórki legalizacyjnej AK, unikałem wtedy łażenia po mieście bez potrzeby i na jakiś czas zmieniłem adres. Teraz jednak wróciłem – kontrola policyjna na ulicach czy w domach stała się zagrożeniem mało realnym. Natomiast coś w rodzaju paniki wywołała pogłoska o skierowaniu przez dowództwo niemieckie do odparcia natarcia na Lwów dywizji SS sformowanej z ochotników ukraińskich – SS Hałyczyna. Nastąpiła tragedia. Niektórzy Polacy postanowili uciec z miasta i na jego obrzeżu, na zakręcie ulicy Zielonej, zmasakrował ich ogień artylerii niemieckiej z Wysokiego Zamku. Dla mnie szczególnie pamiętny był dzień, w którym zwiadowcy sowieccy dotarli (o czym początkowo nie wiedziałem) do ulicy Jabłonowskich, przebiegającej równolegle do naszej ulicy Zyblikiewicza (bardzo blisko, tuż za rzędem kamienic i podwórzy). Odgłosy strzelaniny odstraszały mnie od wyruszenia do punktu kontaktowego, ale ciągle wychodziłem na nasz w miarę bezpieczny balkon, aby się rozejrzeć i coś postanowić.
Epizod na balkonie rozpoczął się w sytuacji, kiedy kolejny ogląd najbliższego otoczenia wykluczał wyjście z kamienicy. Na pobliskim placu Prusa, stanowiącym koniec ulicy Zyblikiewicza, pojawił się niemiecki patrol, o którego bliskości świadczyło to, że słyszałem fragmenty rozkazów dowodzącego podoficera. Najpierw: – Hier machen wir einen Stuetzpunkt – tu zrobimy punkt oporu. Żołnierze rozmieścili się szybko na skraju skweru, z bronią w pogotowiu (nie mieli MPi, tylko zwykłe karabiny piechoty). Dwóch jednak jakoś dziwnie zaczęło się oddalać w stronę przecznicy, biegnącej pod górę naprzeciw mojego balkonu. Wtedy wrzask: Die laufen da wieder davon – ci tam znowu uciekają (i zaraz wrócili do grupy – cha cha; to już chyba defetyzm). Chwilę później w głębi ulicy pojawił się pojedynczy żołnierz, który biegł w stronę tamtych i coś krzyczał. Mijając długi parterowy budynek z oknami wychodzącymi tuż na chodnik schylał się, aby (nadal biegiem) przemknąć się pod oknami. To mu się nie udało. W budynku byli już krasnoarmiejcy, którzy (niewidoczni dla mnie) przedostali się tam ze wspomnianej sąsiedniej ulicy Jabłonowskich, zapewne wcześniej przez nich opanowanej. Jakby na filmie, zobaczyłem tylko rękę z pistoletem mierzącym wprost w głowę tego Niemca. Usłyszałem jeden strzał, i żołnierz padł. Kiedy patrzyłem na ten dramat, wychylony i odwrócony od placu Prusa, patrol dostrzegł mnie i otworzył ogień, ale wszystkie strzały mię ominęły; strąciły tylko pionową kamienną ozdobę na rogu balustrady balkonu. Dałem nura z powrotem do pokoju przez uchylone drzwi (niedraśnięty, choć mi się należało za głupotę). W niedługi czas potem była powtórka i z głupoty, i szczęścia. Patrol się już wycofał, ale gdzieś na przeciwległej pochyłości ogrodu botanicznego siedział snajper. Jego kula przeleciała mi tylko koło ucha i wybiła kawał tynku w ścianie.
Prawdziwy dramat zdarzył się jednak po południu. Pierwszy po długiej ciszy pocisk wystrzelony przez Niemców z Wysokiego Zamku wybuchnął zawadzając o druty tramwajowe w pobliżu naszej kamienicy. W bramie stała naradzająca się grupka sąsiadek; jedna z nich została ciężko zraniona odłamkiem i w nocy zmarła. Armia Krajowa ujawniła się, aby zaznaczyć swoją odrębność i równocześnie współdziałanie z wojskiem sowieckim w walce z okrążonymi Niemcami. Założyliśmy biało-czerwone opaski z lite­rami AK. W budynku na początku ulicy Kochanowskiego zainstalowała się jawnie komenda lwowska, przed bramą ustawiono dwa rkm-y. Zapamiętałem nastrój tej sytuacji, kiedy przywieźliśmy sprzęt do oddziału Draży (w lesie opodal wsi Winniczki) i ja czekałem blisko chałupy, z której właśnie wywołali kapitana, bo zgłosiło się do niego dwóch zwiadowców sowieckich. Usłyszałem: my priszli swiazawsia s wami – przyszliśmy nawiązać z wami łączność. Chodziło o zacieśnienie okrążenia wokół sporego oddziału Wehrmachtu, który jeszcze bronił się w lesie. Draża zaprosił ich ruchem ręki i wspólnie pochylili się nad stołem, na którym była rozłożona mapa. Ale to współdziałanie nie trwało długo. Po poddaniu się reszty Niemców (w mieście przyglądaliśmy się z satysfakcją kolumnie wycieńczonych żołnierzy prowadzonych ulicą do sowieckiej niewoli) nastąpiło zdradzieckie aresztowanie oficerów AK zebranych w gmachu dowództwa, wśród nich kapitana Draży (który zresztą potem umknął). Nam, szeregowym, kazano zdjąć opaski i wrócić do konspiracji – tym razem przeciw Sowietom (ale chyba już bez planów akcji zbrojnych). We Lwowie głębokie poczucie zdrady pozostało już na zawsze.

Sowiecka politechnika
W jesieni 1944 r. znalazłem się na studiach – na politechnice, bo ta chroniła od poboru do wojska (uniwersytet nie chronił), na wydziale chemicznym. Potem okazało się, że przydzielono mnie na wydział naftowy, o niemal identycznym programie zajęć na pierwszym roku. Jedynie początek wyższej matematyki był przesunięty na później, ale i tak cała nasza grupa studencka, z wyjątkiem Rosjanek, uczęszczała na wykłady z tego zakresu znanego lwowskiego profesora. Wspomniałem Rosjanki, bo po otwarciu politechniki przywieziono z głębi ZSRR całą grupę dziewcząt o bardzo zaniedbanym wyglądzie, ubranych w byle co, owiniętych jakimiś szalami. Ulokowano je w tzw. churtożytku – domu akademickim z wyżywieniem, brudnym i prawie nieogrzewanym. Trochę nam było tych dziewuch żal, także dlatego, że ich przygotowanie do wyższych studiów okazało się na żałosnym poziomie; a wszystkie były otlicznicami, miały świadectwa ukończenia szkoły średniej ze złotą obwódką (otliczno – celująco). W dodatku zajęcia odbywały się przeważnie po polsku – trudność dla nich niebłaha. Na pisemnym kolokwium z chemii czepiały się naszej pomocy (przerzucanie się informacjami między stolikami nie było surowo ścigane). Dla przykładu, pytanie jednej z Rosjanek do mojego kolegi (w tłumaczeniu na polski): co to są pierwiastki, czy otrzymuje się je przy pomocy syntezy chemicznej? – generalnie, studia prowadzone były w trybie ulgowym. Cieszyłem się bardzo, ja i wielu innych, że niezależnie od trzyletniego opóźnienia mogliśmy zacząć wyższe wykształcenie.
Z rozbawieniem wspominam jeden przedmiot, prowadzony przez Rosjanina: nauki polityczne. Wykładowcą był dosyć sympatyczny rusek, który starał się nam czasem trochę urozmaicić święte prawdy ideologiczne. Abyśmy lepiej zapamiętali czterech największych zbrodniarzy wojennych (którzy jeszcze wtedy żyli i kierowali niemieckim państwem), podkreślał (jakby to był jakiś znaczący wybór losu), że każde z tych nazwisk zaczyna, się na gie: Gitler, Gimler, Gering, Gebels. Niestety, nie zdawał sobie sprawy z tego, że to tylko w języku rosyjskim nie ma rozróżnienia pomiędzy G i H. Podśmichiwaliśmy się, ale nikt nie wyprowadzał go z błędu. Natomiast śmiertelnie poważną sprawą był podstawowy podręcznik tego przedmiotu, autorstwa Stalina: Krótki kurs historii wszechzwiązkowej komunistycznej partii (bolszewików)”. Jak się przekonaliśmy, wykładowca nie ośmielał się zmienić czy pominąć jakiegokolwiek zdania w tekście tej książki; pewnie znał ją na pamięć. Raz, przy sprawdzaniu wiadomości, trzeba było scharakteryzować frakcję komunistycznej partii carskiej Rosji, tzw. mienszewików. Jeden ze studentów głośno odpowiadał stojąc i wyliczał po kolei okropne wady tych konkurentów frakcji leninowskiej (że oportuniści, że nie kochali klasy robotniczej, że właściwie zdrajcy, itd). Te wiadomości podawał mu po kolei szeptem kolega, trzymając pod pulpitem otwartą na odpowiedniej stronie książkę (oczywiście tę w wersji polskiej, łatwo dostępną). Wykładowca słuchał, kiwał życzliwie głową (udając, że nie widzi, skąd u tego studenta tyle wiedzy, no i że rozumie dobrze po polsku). Ale po każdym zdaniu dodawał: da, szto jeszczo (tak, co jeszcze)? Kiedy jednak merytoryczna treść ustępu o mienszewikach skończyła się, pytanie szto jeszczo znowu padło, i znowu. Pytany nie wiedział, co tu jeszcze dodać, powtarzał coś tam innymi słowami, ale nadal słyszał natarczywe: co jeszcze?. Wtedy kolega podszepnął mu ostatnie zdanie tego ustępu – i to było prawidłowe zakończenie odpowiedzi: Tacy byli mienszewicy. Padło radosne: wot, haraszo! – a więc dobrze, żadne zdanie genialnego tekstu Stalina nie zostało pominięte.
Powyższy tekst składa się z wybranych przez autora fragmentów większego opracowania pt. „Notki autobiograficzne”, napisanego w 2005 r. i obejmującego również jego wschodniomałopolski rodowód oraz koleje życia własne i rodziny.


FRANCISZEK NADACHOWSKI, ur. 1923 w Warszawie. Dr inżynier, em. profesor zw. AGH w Krakowie.