Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

POEZJA

Maryla Wolska

Poznanie

Seweryn GoszczyńskiRaz mnie wzięli – pamiętam oczyma –
Rodzice,
Miałam wtedy kuse trzy lata
I weszli ze mną w jakąś kamienicę,
Była narożna i popielata.

Dziś już jej nie ma.

Schodami
Szło dużo ludzi z nami,
Do pokoju gdzie się paliły świece.
Nie wiedziałam, czy to dzień czy noc,
Bo okno zasłaniał koc,
Ale jak od choinki,
Było całkiem jasno.

Ludzie tam stali,
Jedni przy drugich, ciasno,
Sami dorośli.
Pośród zielonych zarośli,
Koło jakiejś długiej skrzynki
Starsi panowie płakali...
Nie mówiło się dzień dobry nikomu,
Trzymałam się mocno Tatka
I bardzo chciałam do domu...

Lecz nie pisnęłam nic.

Urzekł mnie migot świec,
Gęsta, jarząca rabatka,
Dziwiły wianki zielone,
Większe od mojej obręczy,
Wstążki aż do ziemi zwieszone,
Szerokie, biało-czerwone
I wąsate między cierniami kłoski...

Widziałam że wuj Pawłowski,
Pani Janowska z panią Jezierską i Mama
Na gołej podłodze klęczy –
I mówią pacierz – pewno do tych świec?

Nie rozumiałam nic.

Wtem ktoś, nie wiem sama,
Może dziadzio Darowski,
Może pan Żuliński Tadeusz, a może Tatko,
Nagle – podniósł mnie z ziemi
I rękami mocnemi
Podtrzymał blisko,
Tuż przed tą świecącą rabatką,
Nad wielką, długą kołyską,
Pełną kwiatów i poduszek,
Na których cicho spał jakiś obcy staruszek...
Na piersiach miał krzyż
I obrazek między kwiaty wetknięty.

Trzymana przez czyjeś mocne ręce,
Zahaczona o jakiś czarny kołnierz,
Jak lalka w krótkiej sukience,
Wysoko nad ciżbą czamar i peleryn
Zapytałam:
– Czy ten dziadzio to święty?

Na to ktoś z tych co najbliżej stali:
– Nie mała, to żołnierz!
Polak, co bił Moskali
I pisał wiersze.

Nazywał się Goszczyński Seweryn.

Teraz umarł i poszedł do nieba.
Dobrze się przypatrz, mała,
Trzeba, żebyś zapamiętała...

Nie rozumiałam nic.

A jednak – ten dźwięk nazwiska
I ta rabata świec,
Ta długa w kwiatach kołyska,
Umarły żołnierz – Moskale – i wiersze,
To było ze śmiercią i Polską
Moje poznanie pierwsze.

Nie zapomniałam nic.
 
 
Jerzy Masior

Wciąż wrzesień

Jeszcze wciąż w uszach, jeszcze tam,
na mej ulicy stuk piechoty.
Z Wandą na Leśnej nocna straż,
szczęka pelotka – znów naloty.
Skrzy się pogoda, wrzesień drży,
że może Niobe, że powróci,
lecz przerwa w snach, runęło coś –
lęk naszych orbit nie obrócił.

I pójdzie to za nami wciąż,
marsz ku niewoli – kula w skroń,
pogarda stepów, tajgi chłód
i podłe słowa, martwa dłoń.
Kałmuckich źrenic czujna straż,
rozpięta gwiazda krzyżowania;
już nie batalion i nie pułk,
lecz rozkaz nie do wykonania.

Już się wypalił tamten dzień
i nawet słodycz śliw jak dawniej,
ale to stamtąd wszystko jest,
spiekota warg w wrześniowej trawie.
A więc na pamięć jeden dzień,
bezdroża czasu, wieku koniec,
nad mogiłami pośród wzgórz
krzyże do dziś nie postawione.

Zły kolor nieba z dnia po noc,
dym najczarniejszy nad Zniesieniem,
popiół spalonych wtedy lat,
kasztanów na Podwalu cienie,
i wciąż te pokonane dni,
i marsz ku chwale pokonanych.
Tam porzucony hełm na bruk,
amarant w słońcu pogrzebany.

Pozostał krzyk i hałas barw,
i podglądanie jak tam teraz –
lirnik stepowy ponad tłum
i bramy, które omijamy.
To nie odeszło. To tam jest.
Jeszcze nie runął strop pamięci,
chociaż nam burzą gniazdo snów:
są jeszcze pory rozpoczęcia.