Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Franciszek Jaworski, NA WYSOKIM ZAMKU

Niniejsze opowiadanie zaczerpnęliśmy z książki pt. „Lwów stary i wczorajszy” (Lwów 1910)

Można wymyślać na Lwów z całą pasją lwow­skich reporterów, psioczyć i łajdaczyć na wszyst­kie porządki miejskie, ale niepodobna pozostać głu­chym na wdzięki miasta, któremu wszystkie do­koła pagórki się kłonią, a wieniec drzew co dnia go do snu kołysze. Bo choć ulice lwowskie w dzień upalny okryją się szmatami rozpalonego słońca, choć się roztli wszystka cyna na dachach i odbije palą­cymi promieniami o głowę przechodnia, to przecież od czasu do czasu zaszumi las na Pohulance znanym nam już wspomnieniem wesołego mecenasa Węgleńskiego, Kaiserwald coś o starej rodzinie Lonszanów opowie, lasy Hołoska zaszemrzą echem zamar­łych procesów, ozwie się Kortumówka Horacjuszowym wierszem na swoim dworku, słowa młodości wyśpiewa Park Stryjski i zadumą przejmą stare lipy na Zofiówce, co kościółek piastują między sobą, dzieło mieszczki Hannlowej i Łukiewicza fundację posagową dla biednych panienek.
Dobre, poczciwe miasto. Do swoich filistrów przemawia całym smętkiem swojej historii, przynosi im echa kopyt kozackich, moskiewskich, tureckich, szwedzkich, węgierskich, które jego pola ongi tłumiły, sypie im szumy drzewne od wszystkich rogatek, a w tych szumach równie tyle krwi utoczonej na pobojowisku, ile pieśni, co ją Cerera blada na pszenicznym wyśpiewa zagonie.
Dobre miasto. Cicho gwarzy o tym, co było, a z powieścią nie narzuca się tym, którzy jej nie pragną. Nie nosi swojej historii z namaszczeniem i majestatyczną powagą, ale szepce ją tylko cicha­czem człekowi, co samotny zabłądzi na jego uro­czyska, dla reszty zaś ludzi ma strój nowożytny i podkasaną śpiewkę kabaretu.
Tak czasem starzec sędziwy suknię do kolan zatoczy i w tan pójdzie szeroki, ­a ludzie się śmieją dobrym uśmiechem... bo i tacy są ludzie.
A kiedy się zaduma człowiek na Wysokim Zamku, to wysokie drzewa dopowiedzą mu wszystko: powie coś kopiec w blaskach księżyca skąpany, odległym echem szumi wzgórek koło „groty samobójców”, nawet lew kamienny, co kiedyś progi ra­tusza zdobił, przerwie swe długie milczenie, a z cieni nocnych wypełznie jakaś nieznana gwara, dziwaczny język lwowskich „batiarów”.
Wysoki zamek w trakcie budowy 
Inaczej tu niegdyś bywało na Zamku, na Wysokim, skrzydlato i górnie, czasami smutno i stra­szno. W cieniu drzew filister jeszcze wówczas swo­jej nie chłodził łysiny, mamki się z dziećmi nie rozsiadały, ani par gruchających nie było, ani roz­marzonych spojrzeń w oczu głębię przepaścistą. Inaczej bywało przed wiekami, gdy w tym miejscu, sterczał ruski zamek, drewniana ruskich kniaziów stolica i patrzał ostrokołem swoim na nieliczne monastery u stóp swoich, kościółek Jana Chrzciciela, podgrodzie i na lesistą kotlinę Pełtwi, w której na­wet jeszcze idea dzisiejszego Lwowa nie drzemała.
Inaczej tu było kiedyś, gdy na dominującym, drzewami obrosłym wzgórzu, wznosił Kazimierz Wielki, Zamek Wysoki, kamienny, ze szczerbatymi basztami, które miały być obroną miasta, a stały się jego klątwą, tak wówczas, gdy roje zbójców gnieździły się w podzamkowych gęstwinach, jak i wtedy, gdy dzikie zastępy Krzywonosa, kozackiego pułkownika, pod nim stanęły, mordując w pień wszystkich, co murom zamkowym swe życie po­wierzyli.
Do Wysokiego Zamku przylgnęły wspomnienia, jakie tylko miał kiedykolwiek Lwów w długim swoim istnieniu dziejowym. Pomni on jeszcze ru­skiego księcia Lwa i straszną tragedię, gdy od trucizny zadanej przez ruskich bojarów padł ostatni władca Rusi Jerzy II. Tutaj stanęła potem twarda stopa Kazimierza Wielkiego i węgierskich królów, snuły się plany na zagarnięcie Rusi i litewskich książąt.
Jagiełło tutaj osadzał najniebezpieczniejszych więźniów – a za Zygmunta Augusta dział się na Wysokim Zamku jeden akt tragedii Halszki z Ostroga, mnogich włości obłąkanej dziedziczki.
I huk armat Grothusa w czasie drugiego oblę­żenia Lwowa i orli wzrok Karola XII króla szwedz­kiego, który stąd dopatrywał najsłabszego miejsca lwowskich fortyfikacji. Wówczas jednak Zamek Wysoki świecił na­gimi zboczami, a wichry po nim hulały. Górę zamkową ogołocono z drzew jeszcze w szesnastym wieku i odtąd każdy deszcz rysował głębokie szczeliny, a wiatr dął piaskiem na miasto i zrywał dachy budynków zamkowych. A jednak lubił lwowianin to miejsce od dawna. Co niedziela jeszcze przed trzystu laty spieszyły postrojone mieszczki na Za­mek Wysoki, tak samo jak i dziś patrzył mieszcza­nin z dumą na miasto swoje i na rozległą równinę, która starego burmistrza-poetę Bartłomieja Zimorowicza natchnęła opisem krajobrazu skąd:
... może człek dorzucić tak daleko okiem
Ile przez dzień kroczysty koń przepędzi
krokiem...

Czasem jednak ze wzgórza Wysokiego Zamku biegły spojrzenia przestrachu i grozy w dal siną, wypatrując, azali nie zakłębią się płomienne dymy najazdu, nie runie chmara nieprzyjacielska. W ta­kich chwilach dumał i Jan Sobieski na Wysokim Zamku patrząc, gdzie by najlepiej zajść turecką potęgę, i hetman Stanisław Jabłonowski nocami wy­patrywał ordy tatarskiej.
Ale oto inny obraz. Zachowało go kilka sta­rych rysunków i trochę niedołężnych sztychów. Na górze zamkowej, tak samo nagiej, sterczy już tylko rudera, której rozmiary z roku na rok się zmniejszają. Schodzą stare kamienie i cegły z bu­dynków zamkowych do miasta, jako materiał, z którego się wznosi wielka kamienica przy ulicy Łyczakowskiej 3 i kilka innych jeszcze kamienic. Całą górę zamkową, wraz z ruderą Wysokiego Zamku, darował cesarz Józef II w r. 1786 miastu, tam sobie spokojnie kopało kamienie, wy­bierało piasek i biadało nad tumanami kurzu, sy­piącymi się stamtąd, i nad lawinami błota, co po każdym deszczu spływały w sąsiednią Sieniawszczyznę. Zresztą nikt dobrze nie wiedział, co począć z tym fantem. W r. 1806 zgłaszało się konsorcjum pewne żydowskie z chęcią nabycia góry, ale targu nie dobito, gdyż przemyślni potomkowie Izraela wzdragali się podać, co zamyślają z nabytkiem uczynić. W r. 1839 znowu zgłosił się pewien przed­siębiorca z projektem budowy holenderskich wia­traków na szczycie góry zamkowej, ale i ten nic nie wskórał, bo wówczas góra miała już inne prze­znaczenie,
a nawet inna jej nazwa była sądzoną. Wysoki Zamek nie brzmiał zbyt lojalnie w uchu biurokratycznym, więc przechrzczono go na „Sandberg”, o którym jeszcze w r. 1863 śpiewał jakiś domorosły poeta lwowski:

Nadpełtwiańska Muzo! Dziewico Lembergu,
Co z wdzięki cudownymi – krocząc po Sandbergu Podobna księżycowi wznosisz nos perkaty...

W r. 1835 rozpoczęto roboty koło zalesienia góry zamkowej, którą poprzednio wyrównano, wy­pychając jej i wyrównując, jak starej kokietce, boki... ziemią wybraną spod fundamentów rozpoczętej właśnie budowy starego teatru hr. Skarbka. Pozasypywano więc dziury, drzewka zasadzone podrastały, w 1845 r. wybudowano kosztem 22 000 zł istniejącą po dziś dzień restaurację i grotę, do której przylgnęło później miano „groty samobójców” i „Sandberg” począł się prezentować wcale przyzwoicie, zwłaszcza co środę po południu, na „plac-muzyce” wojskowej, na którą spieszyło całe lojalne społeczeństwo lwowskie, przygłuszając niemieckim charkotem resztę wspomnień ongi „Wysokiego Zamku”. Tylko na szczycie, dokąd rzadko się spacerowicz zapuszczał, sterczały resztki ruin, ale i one przeznaczone już były na zagładę.
Wkrótce jednak i nazwa „Sandberg” nie wy­starczyła lojalności. W r. 1851 odwiedził cesarz Franciszek Józef górę zamkową, a z tej przyczyny biurokracja uznała unisono, że dla byłego Wysokiego Zamku secundo voto „Sandbergu” najodpowie­dniejsza będzie nazwa Franz Josefs-Berg. I znalazł się znowu poeta, który „Sandbergowi” każe być dumnym z tego powodu i woła nań:
Erheb dein Haupt jetzt doppelt stolz und prachtig Franz – Josefberg soll jetzt dein Name sein.
Ale oto kopiec Unii Lubelskiej nowe daje na­maszczenie górze zamkowej i bodaj raz na zawsze zamyka kwestię jej nazwy. Odtąd już miejsce to zwać się będzie „Wysokim Zamkiem”, tak jak za dawnych czasów i trzeba chyba komitetu „pań ewangelickich”, który urządzając festyn na Wyso­kim Zamku, przypomni sobie absolidum dominium stosowanego kapelusza i spróbuje wskrzesić nazwę nadaną Wysokiemu Zamkowi przez biurokrację, nazwę, która najmłodszemu pokoleniu lwowian jest wprost nieznaną.
Inne były to czasy kiedy, po niefortunnym co prawda, usunięciu reszty ruin dawnego zamku wznosić się począł na jego miejscu kopiec Unii Lubelskiej, kiedy w dżdżystym i chmurnym dniu 11 sierpnia 1868 kładziono tam kamień węgielny kopca z napisem „Wolni z wolnymi, równi z równymi”, a na ten kamień posypały się nasamprzód grudki ze wszystkich ziem naszej wielkiej ojczyzny, ze wszystkich znakomitych miej­scowości historycznych. Rzucono tam wówczas garść ziemi ze wszystkich pobojowisk od Grunwaldu i Tannenbergu aż po Sołowijówkę i Radziwiłłów – z grobów Kościuszki, Lelewela, Mickiewicza, Kniaziewicza, Słowackiego, Ostrowskiego, z grobu pięciu ofiar na ­Powązkach, z grobów męczenników naszych na Sybirze pochowanych, ze wszystkich kopców i mogił na ziemi polskiej znajdujących się, z ziemi Jerozolimy, z góry Kalwarii, a nawet hen gdzieś z daleka od San Francisco grudkę ziemi obcej, ale polską krwią i potem przepojoną, ziemię wygnań­ców.
Dobre, poczciwe miasto. Wtenczas kiedy Warszawa jeszcze wojsko miała polskie, a Kraków własną republikę, owe miasto nasze jęczało pod strasznym obuchem, ono pierwsze zakosztowało gorzkiego chleba niewoli, wyciągnięte zostało na męki konania – a jednak po stu latach nic a nic nie zapomniało, ani nauczycieli potrzebowało, aby się poczuć polskim i odetchnąć powietrzem od... morza do morza.
A jeszcze jedną chwilę opowiada Kopiec sa­motnemu włóczędze, chwilę górną i lotną, kiedy dnia 13 października 1871 gościł u siebie Wielko­polan, a Lwów cały wielkie miał święto podówczas i jeszcze...
... Ale oto lewek stary, ratuszowy lewek z da­wnego ratusza kampianowskiego, obdarty i obszarpany zabiera głos i ze zwykłym lwowskim sarka­zmem opowiadać poczyna, jak go tu ni z tego ni z owego pewnej nocy przynieśli... policaje.
Bo ni z tego ni z owego przyszedł lwowskiej tromtadracji koncept uroczystego przeniesienia lewka z podwórza ratuszowego na górę Zamkową. Taszczono go więc z wielką paradą i pierwszego dnia zanie­siono aż do ul. Teatyńskiej. Policja jednak oba­wiając się dalszej demonstracji, uniemożliwiła ją w ten sposób, że nocą sama przeniosła lewka na Zamek – tak że dalsza procesja stała się w ten sposób bezprzedmiotowa.
Lwów cały „ryczał” ze śmiechu, a dwa lewki gubernialne, mniejsze, które strzegły wejścia do ówczesnego gmachu policji, mało nie pękły ze złości, że ich autonomicznego kolegę z ratusza taki spotkał honor ze strony władz rządowych. Co prawda i sam lew nie wiedział, po co go wytransportowano na kopiec i czysto lwowskim dialektem wołać miał: „Dalibóg, niech mnie piorun trzaśnie, wenn ich weiss na co oni mnie tu postawili i co ma znaczyć diese ganze Geschichte”, ale mimo to jubel był ogromny, a nawet znalazł się poeta, który wzniosłą odą „ła­cińską” uczcił ten historyczny wypadek. Jest to Ode in Leonem Magistratuałem per Policajos in opcum transportałum, w której autor opisuje, jak księżyc i gwiazdy osłupiały na widok policajów transportujących o północy lwa ratuszowego na kopiec, a kończy wzniosłą apostrofą i okrzykiem ra­dości – teraz mamy na kopcu patrona wszechkołtuństwa:
Nunc habemus Leonem in Kopco, patronum Omnis coltuniae.
Ale noc już głucha zapadła, a w jej cieniach pełzną jakieś dziwne postacie, jaskrawo odziane dziewice obok jednostek odznaczających się efektownym strojem. Zachichocą od czasu do czasu puste przestrzenie lub krzyk się o nie odbije i zam­rze gdzieś wspólnie z hukiem oddalającej się z Pod­zamcza lokomotywy, to wreszcie przeciągły się odezwie, wyuzdany śpiew.
Piosenka batiarów. Rycerze nocy wyszli na swoje gody.
A jednak ładny jest Wysoki Zamek i ciekawe czasem potrafi opowiedzieć historie.

 
FRANCISZEK JAWORSKI (1873–1914), ur. w Gródku Jagiellońskim. Szkołę średnią i studia prawnicze ukończył we Lwowie, pracował w magistracie lwowskim jako koncepista i archiwista, dochodząc do stanowiska sekretarza magistratu. Od 1897 redaktor odpow. organu Stronnictwa Ludowego „Kurier Lwowski”, zamieszczał artykuły w tygodnikach lwowskich i warszawskich. Współzałożyciel i członek prezydium Tow. Miłośników Przeszłości Lwowa. Pisał felietony i opowiadania, był pisarzem-popularyzatorem przeszłości. Jako inicjator i redaktor „Biblioteki Lwowskiej” ogłosił szereg prac swego pióra na temat historii i zabytków Lwowa, w tym Lwów stary i wczorajszy, O szarym Lwowie, Lwów za Jagiełły, a także Przewodnik po Lwowie i okolicy z Żółkwią i Podhorcami. W latach międzywojennych zapomniany.