Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Leszek Sawicki, KORZENIE, DRZEWO, ZŁOTE LIŚCIE (2)

KRÓTKA OPOWIEŚĆ O KLUBIE ­KWITNĄCEJ WIŚNI SPISANA PRZEZ PASKARZA.
 
Klub Kwitnącej Wiśni. Lwów,  wrzesień 1943
W wojsku. Tolek, Tula i ja wylądowaliśmy ostatecznie w 8. Zapasowym Batalionie Piechoty WP w Jarosławiu. Stasiu był u rodziców w Leżajsku, Bolu-Bolu – po drugiej stronie frontu (pod Warszawą), Jaśku szczęśliwie uniknął aresztowania wyjechawszy z Wesołej do Przeworska, tuż przed obławą, dla zdawania matury (jeszcze tajnej). Wspieraliśmy się nadal, pomagaliśmy lokować się na batalionowych stanowiskach z „pisarzy”, na Wigilię ustroiliśmy własną klubową choinkę. Tula opuścił wojsko już w lutym 1945, po wyzwoleniu Krakowa (gdzie przebywali jego rodzice), zwolniony z powodu krótkowzroczności. Ja i Tolek dostaliśmy się w marcu 1945 do Oficerskiej Szkoły Lotnictwa w Zamościu, skąd – tuż przed końcem wojny – Tolek został zręcznie zwolniony z przyczyn zdrowotnych. Ja pozostałem w wojsku do marca 1947 r. w administracji Szkoły Lotniczej w Dęblinie jako „starszy pisarz 4. eskadry”, ale już w październiku 1946 zapisałem się na studia na Uniwersytecie Wrocławskim.
W lecie 1945 roku w Klubie nastąpił krótki okres „rozbicia dzielnicowego”. Odnaleźliśmy się wszyscy razem dopiero pod koniec 1945 roku. Większość zdążyła już zdać matury i rozpocząć studia. Radosny wspólny wieczór sylwestrowy wraz z naszymi lwowskimi przyjaciółkami odbył się w Gliwicach. Studiujący tutaj Tolek i Tula zdobyli dla siebie mieszkanie przy ulicy Kolberga, które dla Klubu stało się „Home nr 2”.

Studia. Wszyscy klubmeni studiowali i choć mieszkali w różnych miastach (Wrocław, Kraków, Gliwice, Łódź, Gdańsk), utrzymywali ze sobą żywe kontakty. Korespondencja odbywała się na zasadzie listu – „solitera”: sklejanego tasiemca, do którego każdy doklejał na końcu wiadomości o sobie i wysyłał następnemu, w kółko, według ustalonego koła obiegu. W tym czasie tradycja nasza wzrosła o wspólne wycieczki górskie: letnie w Tatrach i Beskidach – piesze, z plecakami, i zimowe – turystyczne narciarskie, również wędrowne. Trwałą tradycją stały się też wspólne sylwestry, spędzane zawsze w schroniskach górskich. Klubmeni ukończyli następujące studia: Tolek – chemię w Gliwicach, Bolu-Bolu – medycynę wojskową w Łodzi, Jaśku – mechanikę w Gdańsku, Staszek – architekturę w Krakowie, ja – geologię we Wrocławiu. Tula, klubmen o najbujniejszej fantazji, uciekł w 1948 roku małą łodzią żaglową przez Bałtyk do Szwecji i tam, po latach trudnej egzystencji, ukończył w Goeteborgu politechnikę (wydział mechaniczny). Studia odbywaliśmy w głodno-chłodnych czasach, niektórzy samotnie, inni wspomagani przez rodziny, które w międzyczasie ekspatriowały się ze Lwowa.
Jasiek zmienił nazwisko z Dudryka na Darlewskiego. Mnie udało się odszukać korespondencyjnie kolegę z naszej klasy, Zbyszka Ojaka w Anglii.

Idee klubowe. Główną ideą, której w tym czasie hołdowaliśmy, była idea podróży morskiej dookoła świata, jaką mielibyśmy odbyć po zakończeniu studiów i zbudowaniu własnego jachtu. W tym kierunku szły nasze przygotowania, zdobywanie stopni żeglarskich, literatura. W miarę jak przed obywatelami PRL zamykały się granice, a warunki finansowe zacieśniały zaledwie do możliwości mieszkania, mebli i skromnego życia, cel ten coraz bardziej się od nas odsuwał. Później małżeństwa i zakładanie rodzin pogrzebały tę ideę całkowicie. Najdłużej podtrzymywał ten miraż Tula w Szwecji, widząc taką możliwość dla siebie w tamtejszym ustroju. Nasza ostateczna rezygnacja bardzo go przygnębiła, zawiedliśmy go.
Tula i Tolek przez dłuższy czas żyli ideą morską, pływali po morzach otaczających Europę, a Tolek dosłużył się stopnia kapitana żeglugi wielkiej i przez wiele lat kierował szkoleniem żeglarzy na Śląsku. Niektórzy z nas emocjonowali się również wspinaczką wysokogórską.
Znów razem po wojnie. Gliwice, styczeń 1946

Skład personalny. Do „Związku Pięciu Przyjaciół” Tula został przyjęty w 1944 roku; nie było go we Lwowie przy narodzinach Klubu w 1940 roku, gdyż wyjechał był wówczas z rodzicami do Generalnej Guberni. Małpa przestał się po jakimś czasie z nami kontaktować, ale zachował dożywotnio tytuł „Członka, Który Potem Odpadł”. W 1960 roku przyjęliśmy nowego członka – Wicia (Witolda Czerwińskiego), z gimnazjum Kistryna we Lwowie. W 1981 roku zmarł Bolu-Bolu, a Wicio w 1998 roku. Jest nas nadal pięciu, tak jak w formule tytułowej KKW.

Nowe tradycje. Z biegiem czasu utrwalały się nowe tradycje, inne zanikały. Zamiast wspólnych sylwestrów w górach (które zaniechaliśmy w 1960 roku) powstały „Wieczory Trzech Króli”, kontynuowane do 1988 roku. Trwałą tradycją Klubu jest „Święto Kwitnienia Wiśni” obchodzone na wiosnę. Jest to dwudniowy zazwyczaj zjazd połączony z bankietem, z imprezami (przeźrocza, film, teatr, atrakcyjna wycieczka itp), obchodzony co roku w innej miejscowości, w otoczeniu najbliższych z rodziny.
Wspólne zamiłowanie wszystkich klubmenów – to górska turystyka narciarska. Jesteśmy jednymi z ostatnich Mohikanów, którzy cenią sobie wycieczki zimowe na nartach, z plecakami i z mapą, na „fokach” podpinanych pod deski. Byliśmy (w 1959 roku) jednymi z pierwszych zdobywców Bieszczad zimą. Przeszliśmy na nartach wiele grani tatrzańskich i prawie wszystkie główne szlaki Beskidów. W latach 1948–1960 każdy tydzień wielkanocny spędzaliśmy w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Obecnie co roku odbywamy „wyrypę zimową” – tydzień na nartach w pierwszej dekadzie marca – w którymś z górskich schronisk lub pensjonatów w Beskidach. My, tj. klubmeni sami, bez żon.
Przez kilkanaście lat klub­meni z żonami i dziećmi wspólnie spędzali wakacje (w Murzasichlu, Białce i Krościenku), a później, gdy pojawiła się możliwość spędzania wakacji za granicą – w bułgarskim Sozopolu.
Klubmeni po studiach. Łódź,  październik 1951

Nowe idee. Po upadku idei morskiej, nazwanej w Klubie „Round the World”, powstała nowa idea: podróży dookoła świata po trochę, czyli „RtW per partes”. Asumptem do niej był jednoroczny wyjazd Paskarza do Wietnamu, gdzie pracował jako geolog, i wyjazd Bola-Bola do Korei Północnej, jako lekarza Międzynarodowej Komisji Nadzoru i Kontroli. Zwolennikami tej idei są Jaśku i Paskarz. Odbyli oni wspólnie (też i ze swymi rodzinami) wiele trampingowych wypraw, początkowo po Europie, a następnie do Indii, Sri Lanki, Pakistanu, Birmy, Indonezji, Peru, Tanzanii, Kenii i Chin, w tym też i zdobywając szczyty górskie w Himalajach i Kenii. Inicjatorem tych i wielu innych wypraw był Paskarz, a każda z nich kończyła się wesołą imprezą z pamiątkami i okolicznościowymi piosenkami, organizowaną przez Paskarza i Magdę. Staszek odbył swą „podróż życia” do USA. Pozostali klubmeni są krajowymi domatorami, ale cenią sobie wycieczki górskie w Polsce.
Wspólne wakacje w Murzasichlu, 1958

Gry i zabawy tych lat. Każde spotkanie klubowe odbywa się na wesoło (choć prawie że zupełnie bez alkoholu; ten po latach studenckich nie jest częstym u nas napojem). Zawsze przygotowujemy jakiś element atrakcji lub humoru. Lista tych „klubowych szpasów” jest długa. Wiek ani stanowisko nie przeszkadza nam, aby czuć się wówczas jak w XI Budzie. Na XX-lecie Klubu we Wrocławiu (1960) został wypuszczony balon-sputnik (na ciepłe powietrze). Jeden z bali „Święta Kwitnienia Wiśni” odbył się w teatralnych perukach (nawet wyszliśmy w nich na miasto); na „Wieczór Trzech ­Króli” do Gliwic jechało pociągiem trzech króli w koronach; w Łańcucie w przerwie uczty jeździliśmy po parku karetami poczciwych Potockich.
Nakręciliśmy trzy krótkometraźowe filmy fabularne na wąskiej taśmie: „Miłość Hrabicza”, „Upadek Hrabicza” i „Syn Hrabicza”. O wydarzeniach w Klubie mówią ballady – „Piosenki Dziadkowe”, układane z okazji spotkań i uroczystości (głównie pióra Krysi i Jaśka Darlewskich). „Szpasy klubowe”, opowiadane naszym wnukom, cieszą się u nich zainteresowaniem. Niech dziadzio opowie...
Miejscem wielu spotkań klubowych stało się wybudowane przez Tolków „Ranczo” – domek w Grodźcu pod Skoczowem. Tamże był niezwykle uroczyście obchodzony jubileusz Klubu – 50-lecie KKW. Klubmeni w wieńcach ze złotych liści na głowach wspominali swą pięćdziesięcioletnią, wywodzącą się ze Lwowa przyjaźń.
„Jeszcze Polska nie zginęła...” Członkowie Klubu Kwitnącej Wiśni na wycieczce, czerwiec 2008. Od lewej: Jasiek Darlewski, Tolek Kowalenko, Leszek Sawicki


PIOSENKA DZIADKOWA
NA JUBILEUSZ 50-LECIA KKW
odśpiewana przez Jaśka na Buczu,
2 czerwca 1990
Dziaduś, choć stary i już całkiem łysy,
Przyszedł na Buczę wylizywać misy,
Bo tu KKW obchodzi w niedziele
Złote wesele.

Wtrynlać się tutaj dziaduś ani myślił,
Boć to zjazd Klubu jest Kwitnącej Wiśni,
Lecz zaprosiła go jedna dochtórka,
Klubmena córka.

Zaczął więc dziaduś przypominać z trudem,
Kiedy to pierwszy raz się spotkał z Klubem
I wyszło mu, że było to we Lwowie
Na Łyczakowie.

Bardzo już dawno, przed pół wiekiem
prawie
Właśnie na pierwszej klubowej zabawie,
I wtedy dziaduś, wziąwszy lirę w rękę
Śpiewał piosenkę.

Od tego czasu, dosyć regularnie,
Choć mu się nieraz powodziło marnie,
Przyjeżdża na Klubu uroczystości,
By bawić gości.

Był w dużych miastach i w niejednej dziurze,
Raz w Katowicach, raz w Grodźcu-Zagórze,
Ale najwięcej razy był w Gliwicach
I w Karłowicach.

A że Klubmenom często tyłek swędział,
Więc jęli tęgo się po świecie szwendać.
Pod sprytnym hasłem ciągali swe gnaty
„Round the World” na raty.

Pierwszy był Tula, co mógł zginąć marnie,
Gdy w sztorm kajakiem wypłynął z Jastarni,
Lecz wylądował – chociaż bez niczego
Na szwedzkim brzegu.

Następna postać dobrze wszystkim znana
To Kowalenko w randze kapitana.
Pływał po wielu morzach, od Bałtyku
Do Adriatyku.

Bolek, co raczej niewiele się ruszał,
– Dziś, Panie Boże, świeć nad Jego duszą –
Zrobił najdalszą wyprawę z kolei
Aż do Korei.

Staszek z początku w Er-ef-enie hasał,
Biegał po wyspie Fehmam na golasa,
Ale ostatnio przestawił swe szyki
do Ameryki.

Jasiek od lat zalicza górskie kraje,
Zwiedził był Alpy, Andy, Himalaje,
Kaukaz i Pamir, a w sercu Afryki
Szczyt Kenii dziki.

Ale są wszyscy przy Paskarzu zerem,
Bo on z nich najsłynniejszym globtroterem,
Co rusza dziś każdego prawie lata
Gdzieś na kraj świata.

Wicio jedyny z ferajny klubowej
Boi się wytknąć za granicę głowę,
Kręci się w kółko tylko w okolicy
Wisły i Szczawnicy.
Dziaduś czasami z nimi się zabierał,
Tu sechł na słońcu, tam z głodu umierał,
A nawet latał – z sercem pod kolanem
Aeroplanem.

I chociaż pięknie było w Ałma-Acie,
Na wyspie Bali czy w murzyńskiej chacie,
Czy też w Nairobi, Umie lub Bombaju –
Najlepiej w kraju.

A tutaj, gdzie się dzisiaj wszystko zmienia,
Dziaduś Klubowi składa swe życzenia,
Aby bez zmiany, poprzez dalsze lata
Zwiedził kęs świata.

Grunt. Klubmeni nie pozostawili rodzin we Lwowie, od którego do niedawna byli odcięci czerwoną kurtyną. Tradycje lwowskie, kultywowane przez nas, były do 1985 roku wyłącznie wspomnieniowo-sentymentalej natury. Od 1986 roku zaczęliśmy żywo współdziałać z organizacjami kontynuującymi je. Paskarz i Jaśku (a wcześniej i Wicio) działają w Towarzystwie Miłośników Lwowa, są członkami zarządów, organizują różnorodne akcje, odwiedzali Lwów.

Drzewo. Klubmeni pożenili się, o dziwo, nie z lwowiankarni (z wyjątkiem Paskarza, ożenionego z Magdą Konieczną, z Bogdanówki). I tak żoną Jaśka została Krystyna Szmyd z Krosna, Bola-Bola – Anna Baluch, również krośnianka, Staszka – Joanna Roguska z Radomia, Tolka – Barbara Gałuszka z Katowic, Wicia – Katarzyna Wolniewicz z Kalisza (zmarła); Paskarz, po śmierci Magdy ożeniony z Marią Sobolewską z Warszawy; Tula – ze Szwedkami (primo: z Kerstin, rozwiedziony, secundo: z Marianną). W większości ich domów są utrzymywane lwowskie tradycje. Żony szanują nasze zamiłowania, pomagają w zjazdach, towarzyszą w uroczystościach.
Mieszkają: Tolek w Katowicach, Jaśku w Gliwicach, Staszek w Krakowie, Paskarz we Wrocławiu, Tula – na zmianę w Avignon i Goeteborgu.
Bolek spoczywa na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie, Wicio – na cmentarzu przy ul. Bujwida we Wrocławiu.

Gałęzie. Klubmeni mają łącznie 11 dzieci. Są to: Maria Darlewska-Turant (ur. 1954) i Tomasz Darlewski (1956), Joanna (Kowalenko) Sielicka (1953) i Ewa (Kowalenko) Kopczyńska (1956), Aleksandra (Sawicka) Maksymiak (1954), Agnieszka (Szczęk) Polańska (1952), Marcin Szczęk (1957), Maria (Janiszewska) Czerwińska (1957), Wojciech Janiszewski (1956), Marcin Czerwiński (1957). Zmarła Wanda-Sol­veig Martula. Dzieci są pożenione lub zamężne; wszystkie ukończyły studia wyższe. Wnuki klubmenów (których jest szesnaścioro) żyją w Gliwicach, Krakowie, Wrocławiu, Warszawie, w Wielkopolsce, w Beskidach i w RFN-ie
Dalszymi liśćmi na gałęziach klubowego drzewa są również Sprzymierzeńcy Klubu, którzy stanowią liczną gromadę, oraz Dobrodzieje Klubu, z których najznamienitszym jest Zbyszek jako opiekun Bola-Bola w czasie jego operacji w Londynie. Wspominamy serdecznie również innych nieżyjących Dobrodziejów: inżyniera Zbigniewa Opałka, gospodarza leśniczówki Wesoła, państwa Helenę i Tadeusza Darlewskich z Krościenka, Helenę Blicharską („Drumlę”) z Janowa i innych, od których doznaliśmy wsparcia i serdeczności w chwilach dla nas ciężkich.

Praca zawodowa, osiągnięcia. Po zakończeniu studiów czterech klubmenów poświęciło się pracy naukowej (Jasiek, Tolek, Wicio, Paskarz) lub zawodowej medycznej (Bolu-Bolu), osiągając stopnie doktorskie; Wicio, Paskarz i Tolek – stopień docenta, Jasiek – tytuł profesora zwyczajnego. Staszek zajmował się architekturą historyczną (cerkwiami i bożnicami), ale był też m.in. urzędnikiem, prelegentem i kamieniarzem. Pełnili różne kierownicze stanowiska; najwyższe – Jasiek, jako dyrektor Instytutu Budowy Maszyn na Politechnice
Śląskiej w Gliwicach (wykładał również na wyższych uczelniach w Krakowie i Opolu); Tolek i Paskarz byli kierownikami placówek naukowo-badawczych (Tolek – również wykładowcą na AGH w Krakowie). Wicio stał się cenionym wykładowcą na wrocławskiej Akademii Rolniczej, znawcą fizjologii roślin; Paskarz był twórcą wielu map geologicznych Dolnego Śląska, a Tolek wielokrotnym wynalazcą i racjonalizatorem w dziedzinie materiałów budowlanych. Przynależność partyjna: Tolek i Paskarz byli przez czas jakiś członkami Stronnictwa Demokratycznego, pozostali – bezpartyjni. Paskarz przez pięć lat pełnił społecznie funkcję ławnika sądu we Wrocławiu, a Jasiek jest nadal przodownikiem Górskiej Odznaki Turystycznej PTTK.
Wszyscy byli członkami „Solidarności” w latach protestu. Wicio, aresztowany za prasę podziemną w 1982 roku, spędził trzy miesiące w więzieniu i został zwolniony przez uczciwie działający sąd Śląskiego Okręgu Wojskowego. Karierę wojskową osiągnął tylko Bolek (zakończył służbę jako podpułkownik-lekarz); Paskarz dosłużył się stopnia starszego sierżanta. Pozostali unikali służby wojskowej jak ognia.

Złoty wiek, złote liście. Z biegiem lat każdy z klubmenów zaczął prowadzić „swoje” życie, odległe od spraw młodości, „budy” i Lwowa, pełne większych czy drobniejszych kłopotów. Gdy jednak zejdziemy się razem – natychmiast odnajdujemy się na wyspie wspomnień, na której istnieją nadal realne lwowskie ulice, domy, ludzie, tercjan „Dziadzio” Ładuński z potężnymi wąsami, belfrowie, koledzy w granatowych mundurkach... Od tego się zawsze zaczyna; potem we wspomnieniach wracają potańcówki, syreny alarmowe, marsz do Sarzyny, kolory czapek akademickich, złamane narty, widok ze szczytu Babiej Góry...
Każdy temat wywołuje po sobie dalsze wspomnienia, odsłaniają się kurtyny pamięci. Dlatego właśnie Klub jest dla każdego z nas odskocznią myślową, relaksem, miejscem w którym zawsze odnajdujemy się: młodzi, głupi i nie obciążeni balastem doświadczeń, jak gdyby życie można było przećwiczyć raz jeszcze.
Wszyscy klubmeni są dziś emerytami.
Wiśnia w ogrodzie na Łyczakowskiej nie istnieje, w miejscu tym powstały pięciopiętrowe bloki mieszkalne.

Tak pokrótce przedstawia się historia grupki przyjaciół ze Lwowa. Osiągnęli oni swój srebrny, a potem złoty wiek, przeszli przez wiraże i burze życia, otoczyli się rodzinami, żaden nie osiadł na mieliźnie. Cenią sobie to „wspólne przyjemne spędzanie czasu” mieszczące się raczej bliżej złotego środka celów i zamierzeń niż na ekstremach życia. Pozostawią po sobie nieco słowa pisanego – książki, artykuły, skrypty, kronikę, trochę dobytku dla potomnych – domek w Beskidzie, mieszkania, jakieś niezbyt luksusowe samochody, fotografie, pudełka z kolorowymi przeźroczami... Oby pozostała pamięć o ich przyjaźni, która przetrwała od czasów lwowskich do dziś – przez ponad sześćdziesiąt lat. Przyjaźń – to wartość rzadko dziś spotykana, godna złotego wieńca ze złotych liści.
Wrocław, w sierpniu 2008