Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Jadwiga Cieczkiewicz, MAMA FILIPPI

Jesień 1935, Lwów, ul Fredry 1. Na miękkich nogach weszłam po raz pierwszy do dyrekcji Gimnazjum im. Adama Mickiewicza. W wielkim, ciemnawym pokoju siedziała za ogromnym biurkiem drobna postać. Z dwu okien za jej plecami padało na nią światło słonecznego dnia i rozświetlało dokoła głowy, jak aureolę, puszyste, siwe włosy. To było pierwsze wrażenie, zapamiętane na całe życie, jak czołówka filmu. Następne wrażenie dało pamięci film dźwiękowy: odezwał się głos cichy, miękki i pełen czegoś, co sprawiło, że przestałam się bać, a serce zalała fala trwałej i bezwzględnej ufności.
Do danych biograficznych, które udało mi się zestawić*, pragnę dodać osobiste wspomnienia.

1. Postać pani Olgi Filippi (tak zwano ją we Lwowie, a wśród nas, „Filipianek”, nazywałyśmy ją „Mamą Filippi”, co należy rozumieć jako najcieplejszą serdeczność) sama chwytała za serce. Była to drobna pani, ubrana skromnie, ale elegancko, o pięknej głowie „rzymskiej matrony”, z chmurą puszystych włosów, wtedy już zupełnie siwych, ujętych w węzeł. Jasne oczy patrzyły z niezwykłą dobrocią, uśmiech rozświetlał piękną twarz.
2. Pani Olga miała w sobie wielką pogodę ducha i rzadkie poczucie humoru. Np. pewien mój „psi kawał” na Prima Aprilis musiałam przed nią powtórzyć, gdy jej o nim opowiedziano. Umiała się cieszyć cudzą młodością.
3. Dobroć „Mamy Filippi” była ogólnie znana, ale żadna z nas nie śmiała jej nadużywać, gdyż szczerze i powszechnie wielbiłyśmy naszą Panią Przełożoną. Stroje uczennic z wyższych klas były tolerancyjnie traktowane w naszej szkole. Przed maturą dostałam ładny płaszcz zimowy, ale jedna z koleżanek, córka biednej wdowy, miała nowy płaszcz znacznie ładniejszy, bogato przybrany futrem. Powiedziała mi w tajemnicy, że Pani Przełożona zaprowadziła ją do eleganckiego sklepu i kazała sobie wybrać taki, jaki jej się najbardziej podoba. Było to „wiano” na chwilę opuszczenia szkoły, po latach ulgowych opłat i bezpłatnych kolonii. Jest to przykład nie tylko dobroci, dyskretnych gestów pomocy, ale także zrozumienia młodzieży, jej marzeń i kompleksów.
4. Pani Filippi czujnie pracowała nad tym, by formować charaktery nie tylko uczennic, ale i uczących. Sama była przykładem i zachętą. Jej osobistą zasługą był dobór grona nauczycielskiego: wszyscy byli naszymi przyjaciółmi, kochali i rozumieli młodzież. Mogłam to ocenić w pełni, porównując stosunki w innych gimnazjach, znanych mi osobiście.
5. Nasze gimnazjum słynęło z urodziwych dziewcząt. W moich latach 1935–37 pamiętam trzy piękności: Irka Łempicka, córka profesora UJK, uroda filmowa, bezbłędna (wywieziona do Rosji, następnie w II Korpusie – znów najpiękniejsza), Zosia Herburt, drobna, z oczami „jak filiżanki” (z jednej z najstarszych polskich rodzin rycerskich, nie znam jej losów) i Iwa Paszanda (nie znam jej losów), jasna blondynka o delikatnych rysach i ślicznej, aksamitnej cerze.
6. Sławek Żychowicz, syn Pani Przełożonej, był wysokim, przystojnym chłopcem i miał wśród uczennic mnóstwo wielbicielek. Studiował na Politechnice i był dość zarozumiały, czemu trudno się dziwić. Był zaręczony z naszą najpiękniejszą, Irką Łempicką. Podobno osiadł po wojnie na emigracji w Argentynie.


*    Nie znamy tych materiałów.


Kto z Czytelników znałby dalsze losy koleżanek wymienionych przez Autorkę, a także innych – miałyby dziś około 85 lat? Ewentualne wiadomości zamieścimy w Archiwum Wschodnich Małopolan.