Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Janusz Hodyr, O KAZIMIERZU SICHULSKIM, MYŚLIWYCH I KOŚCIELE ŚW. ELŻBIETY (1)

… Życie jest jak ten liść na drzewie. Wyrasta, rośnie, dojrzewa, a potem więdnie i spada do ziemi…

Był piątek – 6 dzień listopada 1942 r., gdy w przepięknie położonej willi na Zofiówce – w południowej dzielnicy Lwowa, przy ul. św. Zofii 63, w otoczeniu najbliższej rodziny odszedł z grona żyjących znany, ceniony artysta malarz Kazimierz Sichulski. Twórca wielu bezpowrotnie utraconych w wojennej zawierusze dzieł sztuki – w tym kaplicy św. Huberta, dzieła zamówionego przez myśliwych zrzeszonych w Małopolskim Towarzystwie Łowieckim.
Poprzez swój artystyczny talent – w epoce, w której tworzył – stał się bardzo popularny. Zwrócił na siebie uwagę tworząc niepowtarzalne obrazy, karykatury i witraże.
W 1910 r. Artur Schroeder w „Gazecie Lwowskiej” zamieścił o nim dwie recenzje, w których m.in. czytamy:
Karykatura Sichulskiego nie jest ani złośliwa, ani szydercza. Nie wyciąga ułomności i złych przywar zdeprawowanej natury ludzkiej, jest to raczej swobodne, beztroskie pełne humoru „naciąganie”, wydobywanie pewnych najbardziej typowych rysów fizjonomicznych i przerysowań, jednakże przy zupełnie ścisłym trzymaniu się rzeczywistych form i podobieństwa. Jest to właśnie ta charakteryzacja „a outrance” w sposób tak precyzyjny, że kartony Sichulskiego to rzetelne dzieła sztuki, które karykaturę naszą stawiają w rzędzie pierwszorzędnych dzieł europejskich w tym kierunku. Pyszna pod względem artystycznym teka Sichulskiego nasuwa pytanie, dlaczego dotychczas nie skorzystano z talentu artysty, który w piśmie humorystycznym byłby pierwszorzędną siłą i podporą wydawnictwa! To pewne, że za granicą dobijano by się o jego rysunki.
Sichulski w latach 1899–1901 studiował prawo na Uniwersytecie Lwowskim (najwyżej trzy semestry) i odbył służbę wojskową w armii austro-węgierskiej. W lutym 1901 osiadł na dłużej w Krakowie, wstąpił do ASP, gdzie kształcił się u Józefa Mehoffera, Stanisława Wyspiańskiego i Leona Wyczółkowskiego. Studia uzupełniał w wiedeńskiej Kunstgewerbeschule des Österreichischen Museums für Kunst und Industrie u A. von Kennera.
Zimę 1904 spędził na Huculszczyźnie wraz z Władysławem Jarockim i inicjatorem wyprawy Fryderykiem Pautschem (jego ojciec był tam nadleśniczym).
W 1905 r. znalazł się w gronie twórców krakowskiego kabaretu „Zielony Balonik”. W grudniu 1907 r. po powrocie z Paryża przeniósł się do Lwowa, gdzie miasto ofiarowało mu atelier w Pałacu Sztuki. W okresie tym powstało wiele dzieł – m.in. Zmartwychwstanie, Zwiastowanie (1909) Dies irae (1909), Pochód weselny Hucułów, Brzoza (1909), Wniebowzięcie, Pejzaż z Tatr (1910), Królowa Korony Polskiej (1911) oraz Chaty (1914). Kartony te zostały zaprezentowane m.in. na Powszechnej Wystawie Sztuki Polskiej (1910), gdzie wywołały pochlebne recenzje – dają smak arcydzieł w wielkim stylu, jak i zarzuty o wprowadzeniu ruskich motywów do tematów religijnych.
Zaproszony do ścisłego konkursu, otrzymał drugą nagrodę za projekt malowideł do sali Sejmu w Warszawie (1929) i fryz z postaciami Kazimierza Sprawiedliwego i Józefa Piłsudskiego. W 1930 r. został mianowany profesorem nadzwyczajnym rysunków wieczorowych w krakowskiej ASP. Zamieszkał w gmachu uczelni, ale wolny czas spędzał we Lwowie, gdzie pozostała rodzina. Od października 1935 do 1937 prowadził katedrę malarstwa, zastępując Teodora Axentowicza. W 1937 został mianowany profesorem zwyczajnym.
W okresie krakowskim uprawiał malarstwo portretowe, rodzajowe i religijne. Dużo uwagi poświęcał malarstwu historycznemu. Uczestniczył w wielu międzynarodowych wystawach, m.in. w Monachium (1905), Wenecji (1907, 1910, 1914, 1932), Rzymie (1911,1934), Berlinie (1914, 1937), Paryżu (1923, 1930, 1931), Budapeszcie (1926), Helsinkach i Sztokholmie (1927).
Sichulski na zamówienie malował także obrazy i grafiki o tematyce myśliwskiej (m.in. Huculski myśliwy, Portret myśliwski Leona Starkiewicza, Szczwacz na Ukrainie, Hejnał), ilustrował książki o tematyce łowieckiej, przyrodniczej i etnograficznej (m.in. Stanisława Orskiego i Ferdynanda Ossendowskiego). W 1928 r. wykonał Tekę myśliwską z kilkunastoma autolitografiami poświęconymi Kazimierzowi Przybysławskiemu. Za swoją twórczość otrzymał wiele nagród i wyróżnień, m.in. złoty medal na Powszechnej Wystawie Krajowej w Poznaniu w 1929 r.

Moje spotkanie ze Lwowem
Miało miejsce w 2000 r. i zapadło mi głęboko w pamięci. Udając się na zwiedzanie tego wyjątkowego ze wszech miar miasta, nie planowałem ani też nie przypuszczałem, że pobyt tam będzie się odbywać także po zapomnianych ścieżkach łowieckiej kultury. Po tych ścieżkach stąpam po dzień dzisiejszy i z tą samą pasją tropię jej zacierające się ślady. Dystans 200 km dzielący mój dom od centrum dawnej stolicy galicyjskiej krainy – od tamtego pamiętnego roku pokonałem jeszcze dziesiątki razy. Spacerując po ulicach miasta, zawsze z jednakową fascynacją przenoszę się w odległe lata, wypatrując zachowanych śladów łowieckiej przeszłości.
Myśliwi z Małopolski – dawniej Galicji – swoją obecność na kartach historii zawsze wiernego miasta zapoczątkowali w 1862 r., kiedy to założone zostało Miejskie Towarzystwo Myśliwskie we Lwowie (wg innych źródeł w 1838 r. – „Łowiec Polski” nr 1/1981). W 1871 roku w okolicach Lwowa powstało znane we wszystkich zaborach Towarzystwo Lisowickie, a w 1876 – Towarzystwo Myśliwskie im. św. Huberta we Lwowie. Powstanie tych towarzystw myśliwskich dało podwaliny pod nowoczesne, zorganizowane łowiectwo w Polsce. Od 1876 roku, propagowanie kultury i gospodarki łowieckiej zapoczątkowało na dużym obszarze kraju Galicyjskie Towarzystwo Łowieckie we Lwowie – pierwsza w zniewolonej Polsce organizacja zrzeszająca koła, towarzystwa łowieckie i myśliwych z autonomicznej Galicji. Stojący do dziś na placu Mariackim pomnik Adama Mickiewicza to niemy świadek wielu wydarzeń historycznych przeżywanych przez lwowian. W 1898 roku, w setną rocznicę urodzin wielkiego poety, uczestnicy II Zjazdu Łowieckiego (do wybuchu II wojny światowej zwoływane były we Lwowie), złożyli wieńce, oddając wielkiemu wieszczowi należny hołd. Z tego miejsca wszędzie jest blisko, także do wielu miejsc szczególnych dla historii i kultury łowieckiej. A to na dawną ulicę Rutowskiego, gdzie pod nr 18 mieściło się Muzeum Przyrodnicze, stworzone przez pierwszego prezesa Galicyjskiego Towarzystwa Łowieckiego hr. Włodzimierza Dzieduszyckiego. I na ulicę Kopernika, gdzie znajduje się rezydencja Potockich, a tu 12 kwietnia 1908 r. został zastrzelony po powrocie z polowania w Perehińsku, oddany sprawom łowieckim, namiestnik hr. Andrzej Potocki, a dalej pod nr 42 pałac hr. Juliusza Bielskiego (wieloletniego prezesa MTŁ we Lwowie, wiceprezesa Międzynarodowej Rady Łowieckiej – CIC, prezesa Centralnego Związku Stowarzyszeń Łowieckich w Warszawie – współtwórcy obecnych struktur PZŁ, posiadacza słynnego na cały świat oręża dzika z Rychcic, wystawionego po raz pierwszy na berlińskiej wystawie łowieckiej w 1937 r.– wycenionego tam na 151 pkt. CIC).
Blisko jest też na dawną ul. Ossolińskich. Tu pod nr 11 na III piętrze zabytkowej kamienicy do wybuchu wojny mieściła się – przeniesiona wcześniej z ul. Mickiewicza, siedziba MTŁ we Lwowie wraz z redakcją „Łowca”. Idąc w górę ul. Kopernika, dojdziemy do ul. Nabielaka, gdzie pod nr 49 mieszkał członek lwowskiego koła łowieckiego – znany myśliwy Włodzimierz Puchalski (ceniony mistrz kamery i bezkrwawych łowów), dalej do ul. Sapiehy, przy której stoi kościół św. Elżbiety. Wnętrze tej reprezentacyjnej lwowskiej świątyni zdobiła – wykonana staraniem myśliwskiej braci – kaplica św. Huberta. Ilekroć jest mi dane przebywać w murach św. Elżbiety, tyle razy zadaję sobie pytanie: jakie są losy obrazu św. Huberta z tej kaplicy. Jeżeli został uratowany – jak słyszałem, to gdzie obecnie się znajduje? Jakie były jego dzieje w latach wojny? Już wiele lat trwają moje poszukiwania odpowiedzi dotyczącej tego obrazu.

Salon Kresowy
Kościół św. Elżbiety we Lwowie (od frontu)W moim tropieniu losów obrazu św. Huberta z kościoła św. Elżbiety przypadek sprawił, że w sposób dla siebie nieoczekiwany poznałem dwie przedwojenne lwowianki – Panią Krystynę i Kamillę – córki autora obrazu Wizja św. Huberta. Ta znajomość z żyjącymi przedstawicielkami lwowskiego grodu i kresów pozostawiła w moim sercu niezapomniane doświadczenie. Te dwie bardzo sympatyczne Panie, o nieskażonej przedwojennej lwowskiej mentalności, poznałem dzięki telewizyjnemu programowi Jerzego Janickiego – Salon Kresowy.
W jednym z jego wydań gościem Pana Janickiego była Pani Kamilla Sichulska. Po zakończonej emisji odcinka nawiązałem kontakt z autorem tego lubianego programu. Telefon odbiera Pan Jerzy – przedstawiam się, kim jestem, co robię i w krótkich słowach charakteryzuję swoje zainteresowanie Lwowem. Sam przedmiot moich lwowskich zainteresowań powoduje wyczuwalne jego ożywienie. Wysłuchał cierpliwie przygotowanej prezentacji, po czym powiedział swym charakterystycznym zachrypniętym głosem: … ta nie ma sprawy. Sam w kwestii lwowskich myśliwych to Panu nie pomogę, bo nie mam o nich wiedzy – nigdy się tym tematem nie interesowałem. Ale Pani Kamilla to na pewno panu pomoże. Ma wiele pamiątek po ojcu. Teraz wychodzę do lekarza – proszę zadzwonić do mnie za dwie godziny – jak wrócę to poszukam w notatkach do niej telefonu.
Telefon do tego wyjątkowego kresowiaka – na przestrzeni tygodnia – wykonam jeszcze trzykrotnie, czerpiąc nieopisaną przyjemność z krótkich i formalnych – aczkolwiek podbudowujących rozmów. Dzięki jego pomocy niebawem udałem się do Wrocławia. Tam w swoim mieszkaniu oczekuje mnie Pani Kamilla (z domu Sichulska).
Rozmowę zaczynam od poinformowania pani domu, że jestem myśliwym i… tu została przerwana moja autoprezentacja stwierdzeniem Pani Kamilli: … Pamiętam, jak mój dziadziu Leon Starkiewicz w domu ciągle powiadał, że myśliwi to ludzie nieprzeciętni.
Tym stwierdzeniem została otworzona droga do naszej dalszej rozmowy. Uważnie wsłuchuję się w opowiadanie córki wielkiego malarza o tamtych dawnych latach. Tym wspomnieniom towarzyszy wyjątkowa aura spotkania. Przyglądam się wiszącym na ścianach nielicznym już obrazom Kazimierza Sichulskiego. W tej wyjątkowej scenografii w sposób autentyczny przeżywam swoją wizytę w niepowtarzalnym Salonie Kresowym.
Po kilku miesiącach od tego spotkania historię o lwowskim okresie życia rodziny Sichulskich będę miał okazję i przyjemność poznać również od starszej córki malarza – Pani Krystyny, mieszkanki Jeleniej Góry. Obie Panie niestety nie mają wiadomości o losach obrazu ojca – Wizja św. Huberta z kaplicy Hubertowskiej lwowskiego kościoła. Za to poznałem losy śp. Kazimierza Sichulskiego oraz wielu innych jego ­obrazów.

Rodzina
Kazimierz Sichulski urodził się 17 stycznia 1879 r. we Lwowie w domu przy ul. Staszica 6, w bliskim sąsiedztwie domu Aleksandra Fredry na ul. Chorążczyzny – współzałożyciela Galicyjskiego Towarzystwa Łowieckiego we Lwowie. Rodzicami Kazimierza byli: Antoni – inżynier kolejowy, oraz nauczycielka Kamilla Langner – siostra gen. Władysława Langnera (byłego dowódcy obrony Lwowa). Jako student, za jej portret – rysunek ołówkiem, K. Sichulski otrzymał złoty medal ASP w Krakowie w klasie prof. Stanisława Wyspiańskiego.
Kazimierz Sichulski, po rozwodzie z aktorką Bronisławą Rudlicką (był to związek bezdzietny), ożenił się ponownie w 1916 r. z Mieczysławą Starkiewicz – córką Leona Starkiewicza, szlachcica, syna proboszcza grekokatolickiego. Teść malarza był dzierżawcą dóbr ziemskich w Trościańcu Wielkim, Litiatynie na Podolu i majątku Jägermana w miejscowości Łuka nad Dniestrem, posiadał gruntowne wykształcenie rolnicze. Był również wieloletnim współpracownikiem „Łowca Polskiego”, autorem licznych artykułów o wędkarstwie i łowiectwie. Podróże w poszukiwaniu wciąż nowych łowieckich przygód stanowiły sens jego życia. Po 17 września 1939 r. od wywózki na Sybir uchronił L. Starkiewicza wiek i mocno zaawansowana choroba. Gdy żołnierze NKWD przyszli do domu go aresztować, leżał półprzytomny w łóżku. Jego nogi, mocno opuchnięte o sinym zabarwieniu, ograniczały samodzielne poruszanie. Dowódca nieproszonych gości jego stan zdrowia ocenił na tyle krytycznie, by stwierdzić: zostawcie go, bo nam umrze w drodze. On sam nie bał się aresztowania. Mimo zaawansowanego wieku i złego stanu zdrowia w zsyłce upatrywał szansę na nieskrępowaną możliwość polowania w syberyjskiej tajdze. Zmarł w 1941 r. we Lwowie w domu wnuczki Krystyny – córki K. Sichulskiego. Jego żoną była Maria Niecielska, urodzona w Polkowskiej miejscowości Biłka.
Przypuszczalnie w latach 1916–17 Kazimierz Sichulski, znany i ceniony już artysta malarz, dokonał zakupu na przedmieściach Lwowa, od niejakiego Obtułowicza – willi Potockich. Tu przyszła na świat trójka jego dzieci: córka Krystyna (ur. w 1917 r.), syn Jerzy (ur. w 1919 r. – zm. w Londynie), córka Kamilla (ur. w 1921 r.). Dom ten składał się z 5 dużych pokoi o eleganckim wystroju. Pokoje posiadały duże dwuskrzydłowe drzwi, sufity zdobione były w supraporty, podłogi parkietowe. Ogrzewane były przez 2 piece na koks, tzw. douerbranty – paliły się nieprzerwanie w salonie i sypialni.
Na piętrze była wspaniała pracownia ze szklanym dachem i trzy małe, ciepłe pokoiki. W domu nie było łazienki ani nyży dla służącej, która spała w kuchni. Dom od ulicy zdobiły piękne rabaty kwiatowe, o które dbała żona malarza. Natomiast za domem był duży wspaniały sad. Gospodarz tego domu sad wynajmował sadownikowi, który za tzw. odsyp – były to setki kilogramów jabłek i gruszek – opiekował się ogrodem. Dzieci profesora od wczesnych lat każdy wolny czas spędzały na turystyce i wypoczynku po malowniczych zakątkach Karpat. Gdy dorosną, zaczną uprawiać narciarstwo w górach, a latem spływy kajakiem po uroczych, malowniczych rzekach Polesia. Zamiłowanie do czynnego wypoczynku, którego doświadczyli z rodzicami i dziadkiem na łonie przyrody, sprawi, że lata swej młodości spędzą również na wspólnych wyprawach po różnych malowniczych miejscach kraju z braćmi Puchalskimi – starszym Romkiem i młodszym Włodkiem. Po wielu latach Pani Kamilla ten okres znajomości z Romanem Puchalskim podsumuje krótko: … już niewiele brakowało – mieliśmy się pobrać. Wyszłabym za Romka… gdyby nie wojna!
Starszy brat Włodzimierza, również pasjonat kamery fotograficznej i sportu, w pierwszych dniach wojny próbował wraz z falą emigrantów przedostać się do Rumunii. Niestety – podobno z uwagi na schludny ubiór wydał się sowietom podejrzany. Nowy aparat fotograficzny Leica, który miał przy sobie, obciążał go dodatkowo. Uznany za polskiego oficera, został aresztowany koło Nadwórnej, a następnie w październiku 1939 wywieziony na wschód, skąd już nie powrócił. Syn malarza, Jerzy Sichulski, który również przedzierał się do Rumunii w ubraniu odmiennym, bo nie wywołującym podejrzeń, szczęśliwie dotarł do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i wraz z brygadą gen. Maczka przeszedł cały jej szlak bojowy.

Kościół św. Elżbiety
Został wybudowany w latach 1908–11 u zbiegu ulic Gródeckiej i Leona Sapiehy, na dawnym placu Solarni (później pl. Arcybiskupa Józefa Bilczewskiego) – koszt jego budowy wynosił około 1 550 000 koron. Ciągły brak środków finansowych na wyposażanie i dekorowanie wnętrza spowodował, że prace wykończeniowe kościoła trwały do wybuchu II wojny światowej. Był jedną z największych lwowskich świątyń, miał 12 wielkich łukowych neogotyckich okien w nawie głównej, ogromną rozetę nad wejściem, dwa duże okna z rozetami po obu stronach transeptu i więcej niż 30 mniejszych okien w prezbiterium, kaplicach i zakrystiach. Każdy, komu dane było uczestniczyć przy budowie, a następnie wykańczaniu kościoła, poczytywał to sobie za duże wyróżnienie i zaszczyt.
3 czerwca 1911 roku we Lwowie odbył się XXXV Walny Zjazd Galicyjskiego Towarzystwa Łowieckiego. Na tym corocznym spotkaniu myśliwych został przyjęty jednogłośnie wniosek dra Józefa Ekielskiego, by dla św. Elżbiety ufundować kaplicę św. Huberta, w której będą mogli spotykać się myśliwi ze swoim patronem, kultywując i propagując w ten sposób Hubertowską tradycję. Zbiórka funduszy na ten cel – przez wojny i recesje gospodarcze – trwała długich 17 lat. Poświęcenia nowego kościoła św. Elżbiety dokonał w piątek 3 listopada 1911 r. arcybiskup Józef Bilczewski. Był to przypadek – czy piękny i wymowny gest pod adresem małopolskich myśliwych, że na dzień tych uroczystości zostało wybrane święto św. Huberta?
W 1924 roku – na dwa lata przed Złotym Jubileuszem Małopolskiego Towarzystwa Łowieckiego (wcześniej GTŁ) – działacze tego towarzystwa postanawiają zlecić wykonanie kaplicy uznawanemu i popularnemu wówczas artyście, lwowskiemu malarzowi Kazimierzowi Sichulskiemu. Myślą przewodnią myśliwych z Małopolski było zamanifestowanie tą kaplicą przywiązania do tradycji i kultury łowieckiej oraz godne upamiętnienie jubileuszu 50 lecia powstania pierwszej w Polsce organizacji łowieckiej.
Według zamysłu artysty malarza wykonano ornamentacyjną polichromię ścian, ołtarz wraz z mensą i tabernakulum, obraz ołtarzowy Wizja św. Huberta, sześć lichtarzy, kratę mosiężną, kilim i witraż. Witraż wstawiono w ostrołukowe okno i podzielono na dwie części wertykalne. Maswerki w części górnej okna zdobił wielobarwny zgeometryzowany ornament. W części dolnej usytuowano dwa medaliony z napisami wykonanymi stylizowanym gotykiem: Małopolskie Towarzystwo Łowieckie i Całość kaplicy projekt. K. Sichulski + Witraż wykonał S.G. Żeleński w Krakowie oraz daty 1876–1926. Nad nimi w dwóch górnych medalionach Sichulski umieścił dwie jednakowe postacie jeleni z wizji św. Huberta. Projekt ozdobienia kaplicy św. Huberta najpierw nie uzyskał akceptacji komitetu artystycznego Towarzystwa Łowieckiego. Tylko pełne aprobaty opinie pisemne lwowskiego konserwatora wojewódzkiego dr. J. Piotrowskiego, dr. W. Kozickiego i prof. W. Podlachy miały decydujący wpływ na pozytywne rozstrzygnięcie kwestii jego realizacji. Temu dziełu jednak nadal nie sprzyjały recenzje części duchowieństwa, której wyobrażenia o postaci św. Huberta znacznie różniły się od wizerunku świętego spod pędzla mistrza. Do tej krytyki dołączyli parafianie św. Elżbiety, którzy o Hubertowskim przesłaniu zdaje się mieli niepełne pojęcie, bowiem zgodnie oświadczali: do ogona sarny modlić się nie będziemy.
Kazimierz Sichulski w tym czasie przyjął również zamówienie od znanego działacza MTŁ we Lwowie S.W. Orskiego – na wykonanie ilustracji do jego książki pt. A było to wczas rano. Wydawnictwo to z powodzeniem przyczyniło się również do zaakcentowania jubileuszu.
 Kościół św. Elżbiety od samego początku jego powstania objęli swym patronatem lwowscy kolejarze. Myśliwi, zrzeszeni pod sztandarem Małopolskiego Towarzystwa Łowieckiego, w jego dostojnych murach organizowali coroczne Hubertusy.
Tak było aż do 4 czerwca 1946 r., gdy nowe władze okaleczony działaniami wojennymi kościół postanowiły zamienić na magazyn. W czasie ostatniej, pożegnalnej mszy odprawionej w jego murach słychać było głośne szlochy, a po podniesieniu niektóre kobiety mdlały lub dostawały histerycznych ataków. Pani Zofia Sokolnicka-Izdebska (mieszkanka Brzuchowic k. Lwowa) w swym pamiętniku ten dzień m.in. tak wspomina:
... Oto po mszy św. młody wikary odczytał litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Gdy doszedł do wezwania Serce Jezusa, miłości i dobroci pełne, głos się księdzu załamał, rozpłakał się i uciekł do zakrystii. W tym momencie rozległ się ogólny szloch, aż proboszcz wyszedł na ambonę i prosił, żeby się w tej chwili uspokoić, bo on jest odpowiedzialny za porządek w kościele. Następnie jeszcze jeden przykry incydent – gdy po skończonym nabożeństwie ludzie rzucili się na ołtarze by na pamiątkę zabrać ich wystroje… Potem nowa władza przeprowadziła planową dewastację wszystkiego, co w ogromnym trudzie przez lata było zbudowane. Kaplica św. Huberta przestała istnieć, chociaż sam obraz mistrza Sichulskiego z tej kaplicy rzekomo został uratowany. Po odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości kościół został przemianowany na cerkiew grekokatolicką. 24 lipca 1991 r. odprawiono w nim pierwsze nabożeństwo w obrządku wschodnim i kościół powtórnie poświęcono św. Oldze i Jelizawiecie. Chociaż konserwatorzy ukraińscy nie przywiązują wagi do neogotyckiego wystroju świątyni, nadal urzeka ona swym dostojeństwem i pięknem.

 

Dokończenie w następnym numerze
Fot. i reprodukcje autora