Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Anna Waligórska-Wnuk, NASZA KAMIENICA

Anna Waligórska-WnukowaTytułem wstępu dla osób nieznających naszego miasta muszę poinformować, że miasto Lwów położone jest w dolinie rzeki Pełtwi, która w czasie mojego dzieciństwa już nie była rzeką, ale ściekiem. Miasto okalało prawie ze wszystkich stron siedem wzgórz, które zostały zagospodarowane przez dzielnice peryferyjne. Jedną z nich był Gródek z pięknym kościołem św. Elżbiety. Kościół został zbudowany z początkiem XX wieku w stylu gotyku nadwiślańskiego, z dwoma strzelistymi wieżami, widocznymi z daleka. Był on punktem orientacyjnym dla wszystkich przyjeżdżających do naszego miasta koleją na pobliski Dworzec Główny.

Przed wojną 1939 r. mieszkałyśmy z mamusią na Gródku, w sąsiedztwie kościoła św. Elżbiety. Do kościoła dochodziła od dołu, tzn. od śródmieścia, ul. Gródecka, idąca dalej za rogatkę miasta, a w bok od kościoła odchodziła ul. Leona Sapiehy. Przez te dwie ulice rozwoziły tramwaje ludzi jadących do centrum miasta z dworca, zawierającego dwie kryte hale – tak pięknego dworca nie było przed wojną w żadnym mieście w Polsce.
Koło Dworca Głównego usytuowana była pętla tramwajowa, która Aleją Focha rozwoziła przyjezdnych do miasta. Dochodziły tu tramwaje: nr 1 – który z dworca przez ul. Sapiehy jechał na Łyczaków, a kursował co 5 minut; tramwaj nr 2 – który z dworca jechał ul. Gródecką, przez plac Gołuchowskich, Legionów, pl. Halicki, pl. Bernardyński, ul. Piłsudskiego, Zyblikiewicza, św. Zofii – na ul. Dwernickiego – kursował co 8 minut; tramwaj nr 9 – jechał na Gabrielówkę – jadąc przez ul. Sapiehy – kursował co 10 minut.
Tramwaj nr 1 jechał z dworca na Targi Wschodnie – okresowo, tylko w okresie ich trwania.
 Tu mała dygresja – obok dworca osobowego usytuowany był w dzielnicy bardzo duży dworzec towarowy, obsługujący ruch towarowy całej południowo-wschodniej Polski. Odczuliśmy bliskość tego węzła w 1939 roku, kiedy to ataki niemieckie usiłowały zniszczyć go bombardowaniami i zniszczyły jedno skrzydło Dworca Głównego.
 
Z torów kolejowych usytuowanych w tym węźle w kwietniu 1940 r. formowane były transporty wywożonych do Kazachstanu ludzi. Ludzi, których przewinieniem było to że posiadali już kogoś z rodziny w więzieniu lub stanowili element nie nastawiony entuzjastycznie do Związku Radzieckiego – a więc niepewny. Jechali ci biedni ludzie w wagonach towarowych z zakratowanymi drutem kolczastym oknami – mając ze sobą tylko tobołek z rzeczami na dalsze ich tułacze życie – wszystko w mieszkaniu zostawiając okupantowi, który niejednokrotnie nie umiał się nawet obchodzić ze zdobytym majątkiem.
 Ale wracam do czasów przedwojennych. Do naszej ulicy Wernyhory, gdzie mieszkałam, szło się od kościoła św. Elżbiety kawałeczek ul. Gródecką w dół, potem skręcało się na lewo w ul. Bartosza Głowackiego – gdzie mieszkała moja babcia Wolska z ciocią Zosią – po przejściu do końca tą ulicą skręcało się na prawo w ul. Dekerta i zaraz w najbliższą Dekerta Boczną – gdzie mieszkałyśmy w kamienicy nr 8. W roku 1934 ulica została przemianowana na ul. Wernyhory i zmieniono numerację domu na 30.

Rodzice moi pobrali się we wrześniu 1919 roku w Warszawie i na kilka lat mieli zamieszkać we Lwowie. Pierwszą zimę spędzili w bardzo zimnym pokoju, ale już od lipca 1920 roku uzyskali nakaz kwaterunkowy na mieszkanie w kamienicy przy ul Dekerta Bocznej 8, na pierwszym piętrze – w oficynie. W tym czasie panował wielki głód mieszkaniowy – kończyła się wojna, jeszcze wojska bolszewickie podchodziły pod miasto – szczęśliwie odparte przez Wojska Polskie. Ojciec, jako urzędnik magistratu, uzyskał nakaz na zajęcie mieszkania. W kamienicy tej mieszkała na pierwszym piętrze mama mojego ojca – babcia Lińcia Waligórska ze stryjami: Tadeuszem i Kazimierzem. Gdy rodzice wprowadzali się na ul. Dekerta Boczną, to była to ulica nieduża. Z jednej strony stały razem trzy dwupiętrowe kamienice, a z przeciwnej strony jedna trzypiętrowa – poza tym były tam same ogrody. Z biegiem lat, z początkiem lat trzydziestych, ulica zaczęła zmieniać oblicze. Z naszej strony, od strony ul. Dekerta – od rogu aż do naszych kamienic – dobudowano wysokie nowoczesne kamienice – a z przeciwnej strony pobudowano bezładnie domy jednopiętrowe.
Ulica nasza w latach dwudziestych, mimo że wtedy stało przy niej niewiele domów, była wybrukowana i miała chodniki. Miała też oświetlenie gazowe. Jedna z lamp świeciła się naprzeciw wejścia do naszej kamienicy. Codziennie przed wieczorem przyjeżdżał rowerem pod tę latarnię pan w uniformie granatowym z długą tyczką zakończoną haczykiem. Tyczkę podnosił do góry i haczykiem trafiał w oczko łańcuszka tam zwisającego i, nie wiem dlaczego, lampa się zapalała. Rano ten sam pan przyjeżdżał, pociągał za drugie oczko łańcuszka i gasił lampę. Muszę zaznaczyć, że nie pamiętam by kiedykolwiek lampa była zbita.
Muszę też nadmienić, że w zimie nigdy nie było na naszej ulicy żadnych zasp śniegowych. Miasto całe było w zimie stale odśnieżane przez specjalne ekipy złożone z ludzi bezrobotnych, którzy byli sezonowo zatrudniani do tych prac. Furmankami i autami śnieg z naszej dzielnicy był dowożony do włazów umieszczonych co jakiś odcinek na poboczu jezdni ul. Gródeckiej, wrzucany do bardzo szerokich kanałów biegnących pod jezdnią. Kanały te, przebudowane, istniały od XVII wieku. Ponieważ ulica miała bardzo duży spad, śnieg topił się i dochodził do głównego kolektora – tzn. pseudo-rzeczki Pełtwi, i z nią poza miasto. W ten sam sposób usuwano śnieg ze wszystkich dzielnic – położonych wyżej niż centrum miasta.

Kamienica nasza, choć nieduża, prezentowała się porządnie. Była dwupiętrowa: na parterze od frontu były dwa mieszkania dwupokojowe. Na pierwszym i drugim piętrze – jedno mieszkanie dwupokojowe i jedno trzypokojowe. W oficynie kamienicy na każdym piętrze było jedno mieszkanie dwupokojowe. Na pierwszym piętrze w mieszkaniu dwupokojowym mieszkała moja babcia Lińcia – myśmy mieszkali na pierwszym piętrze w oficynie – w mieszkaniu północnym.
Wszystkie mieszkania w naszej kamienicy były komfortowe. Pokoje w amfiladzie – w mieszkaniu babci drugi pokój zakończony był niszą. Kuchnie były duże – z kuchni wchodziło się do łazienki z piecem węglowym – a do ubikacji z obszernego przedpokoju. Piece w pokojach z bardzo ładnymi kaflami jakby rzeźbionymi, z górną galeryjką. U nas w jednym pokoju piec był ciemno-zielony, a w drugim bordowy. Stanowiły one ozdobę pokoju i bardzo dobrze nagrzewały mieszkanie. Pokoje były niemałe – jeden miał 17 m, a drugi 30 m kw. Podłogi w pokojach z parkietu dębowego, stale pastowane woskiem, pięknie błyszczały.
Okna naszego mieszkania wychodziły na podwórze – w połowie zawierające mały ogródek – a częściowo wybrukowane, ze ściekiem pośrodku. Do naszego podwórza dochodziło drugie, z sąsiedniej kamienicy. Oba podwórka oddzielone były od siebie siatką drucianą. Spoglądanie na te podwórka było jedną z atrakcji, gdy byłam małą dziewczynką.
Tu od czasu do czasu pojawiał się kataryniarz, dźwigający na ramieniu swoją katarynkę. Rozstawiał ją na środku podwórza – na katarynce siedziała papuga, która coś tam pokrzykiwała. Kataryniarz zaczynał grać i z okien zrzucano mu zawinięte w gazetę groszaki. Zależnie od hojności słuchaczy grał dłużej lub krócej. Ja także dostawałam miedziaki i zawinąwszy w gazetę zrzucałam.
Czasem pojawiał się na podwórzu „artysta” grający na skrzypcach lub harmonii. Grał rzewne melodie – od serca – i też zostawał hojnie wynagradzany. Oprócz występów artystycznych przychodzili na nasze podwórko rzemieślnicy z własnym warsztatem pracy: szlifierz noży i nożyczek – które ostrzył na kamiennym kole poruszanym pedałem – głośno oznajmiając swoje przybycie i swoje usługi, przychodził też starszy czarodziej z pękiem drutu na ramieniu i ze stołeczkiem, który śpiewnym głosem w gwarze oznajmiał: garnki drutuję, garnki. Przynoszono mu wtedy jakieś pobite garnki gliniane, które on zmyślnie oplatał drutem tworząc siatkę – robił to tak mocno, że można było w tych odnowionych garnkach przechowywać płyny. Miałyśmy w domu dwa takie garnki – jeden do śmietany, a w drugim przechowywany był smalec – ale jaki smalec! Słoninę kroiło się w drobną kostkę, topiło, dodawało trochę pokrojonej drobno cebuli, która też się przyrumieniała – po ostudzeniu skwarki mełło się w maszynce do mięsa, naturalnie trochę soliło i dodawało nieco majeranku. Całość zlewało się do tego drutowanego garnka. Lubiłam asystować przy tym procesie otrzymywania pysznego smalcu. Kromka znakomitego chleba lwowskiego z tym smalcem należy do najlepszych smakołyków wspominanych z czasów mojego dzieciństwa.
Wracam na podwórze – przychodził tu czasem handlarz z dużym worem – który wykrzykiwał „szmaty skupuję, szmaty”. Bałam się go, bo miał dużą brodę, pejsy i wyglądał jak jakiś zbój z bajki. Atrakcją dla mnie było też, gdy padał deszcz i wszyscy lokatorzy wynosili na podwórze swoje pielęgnowane w doniczkach kwiaty, żeby je obmył deszcz. Po takim wymyciu rośliny lśniły bardzo ładnie. Lubiłam także, gdy na kamienicę naprzeciw świeciło słońce – niekiedy odbite od uchylonych okien promienie słoneczne wpadały do naszego mieszkania – jak się wtedy w pokojach robiło wesoło!

Przed wojną nie znałam lokatorów naszej kamienicy – poza moją babcią Lińcią oraz dozorcą „panem Janem” Krukiem i jego żoną – panią Janową. Pan Jan zamiatał przed domem i na podwórzu – a żona jego sprzątała klatkę schodową, pastowała i froterowała schody. Pan Jan otwierał bramę wejściową o 6 rano – a zamykał o 22 godzinie. Gdy przychodził ktoś w późniejszej porze, to trzeba było zadzwonić i brama była otwierana za dodatkową opłatą. Pani Janowa robiła zaś drobne usługi za opłatą – u babci Lińci była brana do prania, do mycia okien – w okresach, gdy babcia nie miała służącej. Wiedziałam, że na parterze pod mieszkaniem babci mieszkał pan kapitan z żoną i córeczką. W 1939 roku pan kapitan poszedł na wojnę, a żona jego z córeczką wyjechała do rodziny i nie wiem, kto tam zamieszkał.
Nad babcią mieszkał właściciel domu – najpierw był to pan Borowiczka, który sprzedał kamienicę właścicielowi sklepu z farbami i lakierami z ul. Kętrzyńskiego. Nowy właściciel zaczął obrzydzać życie wszystkim lokatorom, żeby się ich pozbyć. Czynsze w kamienicy były niskie, gdyż obowiązywała ustawa o ochronie lokatorów. Dopiero po wyprowadzeniu się któregoś z dotychczasowych lokatorów mógł właściciel ustanowić wyższy czynsz. Myśmy za nasze mieszkanie płacili 42 zł. Gospodarz nie godził się na żadne propozycje innowacyjne w mieszkaniach, robione na koszt lokatora. Stryj Kazio chciał wybić drzwi z niszy do przedpokoju – by oba pokoje miały wyjście na korytarz. Chciał za zgodą sąsiadki uzyskać w mieszkaniu trzeci pokój, ale nie uzyskał zgody właściciela. Nam udało się za poradą adwokata uzyskać zgodę na postawienie ścianki oddzielającej naszą część korytarza. Inne propozycje załatwił odmownie.
Na parterze od frontu mieszkali pp. Kohutowie z dwoma synami: Tadziem i Edziem. Pan Jan pracował w jakimś urzędzie. Był Czechem mieszkającym we Lwowie jeszcze od czasów austriackich – mówił po polsku, ale z taką czeską, śpiewną wymową. Żona jego Rozalia – uśmiechnięta, rozmowna, uprzejma – poznałam ich dopiero w 1939 r. w schronie, kiedy to wszyscy – gdy tylko syreny zawyły – zbiegali szybko do piwnic. Obok pp. Kohutów mieszkało małżeństwo emerytów, których znałam z widzenia. Nasze mieszkanie było usytuowane właśnie nad nimi. Ze względu na nich mogłam grać na pianinie tylko po przyjściu z gimnazjum, aby im nie zakłócać ciszy wieczornej – grałam codziennie co najmniej trzy godziny. Kiedyś dowiedziałam się, że bardzo lubili moje granie – nie mieli radia i był to ich jedyny kontakt z muzyką. Na pierwszym piętrze od frontu koło nas mieszkała pani z córką młodszą ode mnie 7 lat. Były to bardzo religijne Żydówki, które obchodziły szabas – pan Jan przychodził w każdą sobotę gasić im i zapalać światło. Do córki przychodził też nauczyciel hebrajskiego – zapamiętałam go, bo cały rok chodził w lisiej, rudej czapce. W czasie wojny, jesienią 1941 r., sąsiadka ta zaproponowała mojej cioci Zosi, że odstąpi jej jeden pokój – gdyż ciocia mieszkała w zrujnowanym przez działania wojenne mieszkaniu – bardzo zimnym, ciocia z babcią zamieszkały koło nas.

We wrześniu 1942 r. zaczęto wszystkich Żydów przesiedlać do getta. Sąsiadka była zdenerwowana – z jednej strony chciała być bliżej córki, która została skoszarowana w getcie – ale równocześnie chciała ocalić mieszkanie. Nie udało się – pewnego dnia zajechała na naszą ulicę milicja żydowska i zaczęła w pośpiechu wyprowadzać z mieszkań wszystkich Żydów. Brali tylko w tobołkach rzeczy osobiste. Ci bezwzględni młodzi Żydzi z milicji nie tylko, że nie doradzali co należy brać, ale brutalnie popędzali wysiedlanych. Po pozostawione meble przyjechano po kilku dniach, a milicja nie zaznaczała na nich nazwisk właścicieli. Widać było, że meble te miały zmienić właściciela. Z naszej kamienicy oprócz naszej sąsiadki zabrano także właściciela domu z rodziną oraz p. Hartmanową, która mieszkała z dwoma nieletnimi synami w pokoju nad bramą. Starszy chłopak jeszcze przychodził przez jakiś czas po jedzenie, które zostawialiśmy mu koło drzwi od strony korytarza – ale przykro odczuliśmy, gdy któregoś dnia jedzenie nie zostało zabrane. Już więcej się nie pokazał.
 
Lokatorów z drugiego piętra nie pamiętam zupełnie. Przed wojną w naszej kamienicy chodziłam tylko do mieszkania babci Lińci. Zachwycałam się zawsze tym słonecznym wnętrzem. Pokoje wychodziły na zachód, a kuchnia na wschód. W pokoju babci był oleander – śliczne drzewko okwiecone wiosną, inne rośliny też pięknie rosły. Były one specjalnie pielęgnowane – rośliny wtedy podlewało się wodą z płukania mięsa – więc zawierającą więcej białka. Co się z nim stało po wywiezieniu babci? – nie wiem.
Wojna całkowicie wymieniła lokatorów – najpierw na wojnę poszedł pan kapitan – a rodzina się wyprowadziła jeszcze podczas działań wojennych do swych krewnych. Stryj Kazimierz został aresztowany 2 października 1939 r. i stracony w którymś z więzień we Lwowie. 13 kwietnia 1940 r. moja babcia Liścia została wywieziona do Kazachstanu sama jedna – a miała wtedy 90 lat. We wrześniu 1942 r. zostali do getta przeniesieni właściciel kamienicy z rodziną, nasza sąsiadka oraz pani Hartmanowa z synami.
W cztery lata później, w lipcu 1946 wyjechaliśmy wspólnym transportem – pp. Kohutowie, babcia z ciocią i my z mamusią. Dom powoli zapełniał się nowymi lokatorami.
*  *  *

W roku 1964 byłam z wycieczką Orbisu we Lwowie. Wstąpiłam na moją ulicę Wernyhory. Lampa przed naszym domem stała rozbita – pięknie kuta brama wejściowa z kolorowymi szkłami na górze – okucia żelazne poodginane – widać, ktoś dostawał się do kamienicy nie otwierając drzwi; klatka schodowa zniszczona. Wszystko obce. Na drzwiach mieszkania babci wisiała jeszcze tabliczka mosiężna z napisem WALIGÓRSCY. U nas na drzwiach szklonych wisiały jeszcze zawieszone przez mamusię firaneczki – ale wszystko wydało mi się obce. Zimne. Zrobiłam tylko zdjęcie z zewnątrz domu – pamiątkę po czymś, co było, a pozostało tylko w naszej pamięci i sercu.

ANNA WNUKOWA, z d. WALIGÓRSKA, ur. we Lwowie, tamże nauka w gimn. im. Królowej Jadwigi, matura 1939. Studia chemiczne we Lwowie w czasie trzech okupacji, dyplom po ekspatriacji w Gliwicach, 1946. Uczyła na kompletach we Lwowie, 1946–49 w gimnazjum w Gliwicach. 1949–50 więziona w sprawie politycznej. Od 1950 praca w biurach projektów, emerytura 1979. Organizowała spotkania koleżeńskie jadwiżanek w różnych miastach.