Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Jan Zahradnik, POEZJA

Już nic mnie nie ocali
Już nic mnie nie ocali. Przestałem już wierzyć
W serce własne, że pęknie – zbyt wolno usycha;
I wierzę, że lepiej niźli żyć, jest nie żyć,
Ni w to, że śmierci nie ma, ni w to, że jest cicha.
I nie wiem, czy nic nie wiem. Zresztą wszystko jedno,
Skoro już ból mnie żaden ni radość nie boli.
Wieczystych ogni nie ma – wszystkie w końcu bledną;
Nie trwóżcie się: czas mija, choć mija powoli…
Nie krzyczę, ani pytam przemyślnie: „Dlaczego?”
Na cóż zda się rozmowa, jak wiatr bezpowrotna? –
Choć wszystkie drogi wspólnie aż po kres swój biegną,
Droga do mego końca bardzo jest samotna…

Hamlet w knajpie
Pić albo nie pić – oto jest pytanie. –
Nim serce wyschnie, nim się krew spopieli,
Niech się raz jeszcze zachwieje w tym dzbanie
Przed pijanym wzrokiem blady cień Ofelii.
Sił nie mam walczyć: wszak zemsta i dłoń już
Słabną z pijaństwa, bo druhy, kochanki,
Ojciec nieboszczyk i błazen Poloniusz –
Świat cały leży na dnie mojej szklanki.
Dość tej boleści i tej wnętrznej pracy!
Sprawom doczesnym nie poradzisz nijak –
Raczym się w trójkę: ja, stoik Horacy
I stryj mój, Klaudiusz, cny kompan, bo pijak.
Jedną wiem prawdę: bez końca się nieci
Pragnienie ludzkie, wielkie jak tęsknota,
Bo okrom życia i śmierci świat trzeci,
Jak wino w czaszce Yorricka bulgota.

 

Przyjacielu
Przyjacielu! Jednacy jesteśmy wszak oba,
Własny oddech nas boli, każdy krok nas trudzi –
Ale powiedz jak obca nieznana osoba:
Czy jestem, czy nie jestem najsmutniejszy z ludzi?
Choć nie wiesz może o tym, bo nikt ci nie wyśni
Tego, co z mymi snami co dzień w parze kroczy:
Czyjeś usta, różowsze i świeższe od wiśni,
Czyjeś białe ramiona i głębokie oczy.
I pomyśl – jeśli tyko pomyśleć się ważysz –
Jestem smutny, choć mógłbym do dna być świetlisty:
Niby ostatni w życiu, jedyny towarzysz,
Idzie w ślad moich wspomnień czyjś wzrok wiekuisty.


Kolumb na morzu
W dróg niepowrocie i w majestacie rozpiętych żagli
Ludzie nieznani, bardzo samotni, bardzo omdlali,
Wybladli z głodu, od wichrów szorstcy, od słońca smagli,
Płyniemy, dokąd dal nas poniesie i jeszcze dalej…
Morze narasta coraz i rykiem grozi przeciągłym,
Albo się fale w złowrogiej ciszy do siebie tulą
I słońce w przepaść wód wpada: ziemio musisz być kulą!
Są sny niekiedy bardziej niż jawa wszelka przytomne;
Są duchy, których czas nie zadławi, duchów morderca;
Są czasem wole tak rozpętane i tak niezłomne,
Że ich nie struje nawet podstępny, cichy jad serca…
Serce, bądź trwałe! – i raczej w sromu pożarze spłoń mi,
Niżbym cię widział, że się nie zgasłym zniczem nie żarzysz! –
Nic to, choć zginie z zaciśniętymi bluźnierczo dłońmi
Jeden po drugim, aż do ostatka, żeglarz-towarzysz.
Ja sam zostanę i moja ze mną myśl nierozumna,
Ja sam popłynę w niedoścignionym ducha rozpędzie!
Choćby mnie poniósł okręt czerniały, niemy, jak trumna,
Ku brzegom, których na tym świecie nigdy nie będzie.