Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Stanisław Wasylewski, W MIEŚCIE KOSSAKA I GROTTGERA

Tekst pochodzi z książki „Historie lwowskie”, Lwów – Poznań 1921


Józef Rejchan,  Portret Adama Sozańskiego [nr 30]Wiadomo, że nie skądinąd, lecz spod stóp Wy­sokiego Zamku ruszyły pierwszy raz kłusem Kossakowskie bułanki i pan Mohort wyjechał na polo­wanie; wiadomo, że ze Lwowa, nie skądinąd poszła w świat sława kartonów „Wojny” i „Lituanii”. A jeśli spytać o najlepsze do połowy XIX stulecia portrety – będą także lwowskie. Generał Dembiński siedzi nad mapą na obrazie Rodakowskiego, pani Aszpergerowa z błękitem w oczach i kwiatami we włosach uśmiecha się z portretu Rejchana w Sukiennicach. Dlaczego więc zapomina się zawsze, co Lwów dał sztuce polskiej? Bo gdyby się pamiętało, wtedy może bez uśmiechu pozwolono by szaremu miastu zwać się – przez krótkich parę lat przynajmniej – polskim Monachium.
Szczególne doprawdy to nadpełtwiańskie Mona­chium! Miasto, które nie ma wcale oblicza artystycznego w swej architekturze!* ani senatorskich pomników prze­szłości, ani szkolnictwa malarskiego, ani żadnej w owym czasie galerii, miasto do roku 1834 nie wiedzące jeszcze, co znaczy wystawa obrazów! Kraków miał podówczas świątynną atmosferę Aten, Warszawa — tradycje kró­lewskiego mecenasa, a Lwów nic, chyba przebujną cie­kawość życia i dużo, dużo iskier temperamentu, rozpie­rającego każdą kostkę bruku, po którym dudnią austriackie armaty. Z takich skromnych czerpiąc zasobów, ofia­ruje butny gród kresowy trzy najświetniejsze nazwiska sztuce swego narodu, wzbogaca plastykę półsetką imion godnych uwagi, więcej jeszcze: otwiera w historii ma­larstwa polskiego jedną całą, acz krótką epokę jego dziejów.
Alojzy Rejchan, Portret Karola Lipińskiego [nr 32]Jakże cudnie rodzą się z bożej łaski talenty! Oto najpierw ten, co wszystką Rzeczpospolitą w akwareli na papierze wathmanowskim umieści i odtworzy ołów­kiem to, o czym śpiewa Janusz i mówi ze sceny Fre­dro, i gawędzi pan Pasek z Soplicą – Juliusz Kossak. Wiadomo, skąd wywiódł ród swój. Syn urzędnika kry­minalnego, urodzony w Wiśniczu, wychowany we Lwo­wie, powinien był zostać starszym radcą sądowym w Bohorodczanach, gdyby nie uparta pasja, z jaką osmarowuje ściany mieszkania ojcowego; gdyby nie estyma, jaką ma wśród kolegów, słuchających jak i on ulriusque iuris na lwowskiej wszechnicy. Na bruku lwowskim rozwija się Kossak. Tu staje się artystą Grottger w czasie, gdy Szwejkarty i Rejchany stworzyły osobną szkołę por­tretu. Lwowskim malarzem jest Tepa, doskonały akwa­relista; lwowskimi studentami są ­Streitt (ur. w Brodach) i Leopolski (ur. w Drohobyczu); Lwów nareszcie dał Kielisińskiemu palmę wśród starych sztycharzy i uczy­nił go rodzicem polskiej akwaforty; Lwów na koniec zdobył sztuce polskiej pierwszy wielki sukces europej­ski w r. 1852, olśniewając Paryż portretami swego wy­chowanka Rodakowskiego. Dziwne szare miasto, bez architektury** i tradycji, bez akademii i muzeów! A jeszcze dziwniejsi ludzie, ci lwowscy malarze. Nie można wiele nauczyć się w mieście rodzinnym i nie ma na co patrzeć, tedy wędrują po świecie, żarłocznie chciwi wiedzy, o ile przedtem nie pomarli z głodu! Jeżdżą do Rzymu i Grecji, wysiadują w pracowniach Wiednia, Paryża, Monachium i Drezna, podpatrując Verneta i Delaroche’a, Kaulbacha i Wurzingera, ucząc się u Fugera, Winterhaltera i Ary Szefferal Zaś na ob­czyźnie tęsknią wszyscy do Lwowa tak jak Grottger, który, miast w r. 1867 cieszyć się wiosną w ogrodzie luksemburskim, bieży myślą do „biednej ojczyzny, jeszcze długo w śniegach białych uśpionej” i przypo­mina „Lwów ze swoim tysiącem dzwonków i sanek”. Nieskłonny do czułości Kossak napisze po latach do Tepy: „Drogi Franciszku! Czyż można zapomnieć chwile spędzone razem we Lwowie, spacery na Wysoki Zamek, posiedzenia artystyczne u mnie i u Ciebie, kiedy się malowało miniatury. Mój Boże!...” Artysta lwowski zwykł śpiesznie z wędrówki do miasta swego wracać. Niemal każdy z wyjątkiem Kossaka. Wraca Rejchan, syt Wiednia, wraca Tepa, upojony wschodem, i Szlegel, któremu podróże nie zastąpiły braku talentu. Andrzej Grabowski, dziecko Zwierzyńca, przywiąże się do Wy­sokiego Zamku serdeczniej jak do Wawelu, wróci do Lwowa i swoich Bortnik Rodakowski po triumfach, wróci Grottger – w trumnie.
Jan Maszkowski, Portret Marcelego Maszkowskiego [nr 40]
Jakieś bezmierne i namiętne ukochanie palety i sztalug krzewi się w tym mieście. Malujemy wszyscy, mimo czasy smutne. Jeśli co trzeci przechodzień chce być poetą, to co dziesiąty obciąga płótnem blejtramy. Obrazy nie podlegają cenzurze, farb nie można zam­knąć do ck kryminału. Nie tylko pan sędzia krymi­nalny Kossak ma aż dwu synów, co mu w mieszkaniu ściany psują, nie tylko pan dziedzic Grottger z Otyniowiec szczyci się Aciem, którego już w r. 1852 chwalą w gazetach. Jest także cukiernik Tepa, zrozpaczony, że mu syn przystał do artystów, i stary Raczyński w ma­gistracie i Leopolski w Drohobyczu. A tylko szanowny mecenas Paweł Rodakowski, w którego kancelarii pracuje za biurkiem dependent – Franciszek Smolka, któremu synów uczy Karol Szajnocha, tylko pan Rodakowski nie przypuszcza, jaka chluba wyrośnie z jego Henryka. Nie wszyscy jeszcze. Malują i – Boże, zmiłuj się – damy. Pani Szeptycka i Humiecka, Turkułłowa i Zielińska z Krzemieńca. Poczciwy Szczęsny Morawski psuje całe postawy płótna w rozpaczy, że muzy dlań nieła­skawe. Felicjan Łobeski lata całe marzy, aby kiedyś na wielkim obrazie odtworzyć cmentarz, trawnik i trupią główkę, na której motyl barwisty przysiadł.
Prócz tych notuje historia sztuki kilkadziesiąt innych nazwisk, a drugie tyle nieznanych można odszukać w rocznikach starych gazet i listach artystów, lecz najmniej na obrazach, które rozproszyły się po świe­cie. Dyletantów, nieuków i miernot mnóstwo, ale ta­lentów zmarnowanych też wiele. Jak w innych dzie­dzinach, tak i w plastyce. Na stu lwowian dziewięć­dziesięciu spało, reszta czuwała za wszystkich. Malarze lwowscy rodzą się generacjami; może żadne inne mia­sto nie wydało tylu famiglii d’arte. Mamy zrazu dynastię Rejchanów – dziada, ojca i syna, potem trzech Kossaków, choć ze Lwowem rozbrat wzięli, po trosze i Grottgerów, bo i ojciec malował. Jeszcze są jacyś Siemianowscy, Orlikowscy, Stroińscy. Malarzy lwowskich prześladował jakiś tragizm złego losu. Iluż ich by­ło, podobnych do swego hetmana Grottgera, iluż ich tak samo rozpoczęło lot orli, by paść w połowie drogi. Więc ten przepysznie zapowiadający się Marceli Maszkowski, najdelikatnieszy z rysowników, to Lunda, co byłby mistrzem, gdyby w 30 roku życia nie dostał obłędu, to młody, zmarły akwarelista Łuczyński i suchotnik Orlikowski, to wreszcie tajemniczy, nikomu nieznany, pono wielki talent Tyrowicza.

Marceli Maszkowski, Portret matki artysty [nr 49]Entuzjazm lwowski dla sztuki wyda niejedno śmiesznie nieudolne płótno i przybierze nieraz formę naiwną, Tak w r. 1843 np. lwowianie pielgrzymować będą w zachwycie do obrazu Jana Tysiewicza pt. Magdalena, wywiozą dziwo do Warszawy, Drezna, Lipska, wieszcząc „triumf sztuki polskiej”, a potem okaże się owa „Magdalena” bardzo przeciętną kopią. Kiedy indziej wybieży w świat ze szpalt lwowskich wołanie mądre i przewidujące. To Wincenty Pol, który w r. 1839 napisze: „Widoki ziemi naszej mają stronę poezyjną, ale pochwycić ją trzeba! Oto jest wielkie malarza polskiego, to jego szkoła, jego wzór i ga­leria... Jakże nowa, jak świetna i dziewicza urosłaby szkoła z żywego pojęcia tak dziwnych, tak różnych barw. Potrzeba tylko widoki przyrodzenia ująć w ramy, zbliżyć oku i tajemną ich mowę podchwycić”. Artykuł twórcy Pieśni o ziemi naszej przeszedł prawie bez wrażenia. Nie wiedzieć, czy go czytał mały Acio w Ottyniowcach, czy dotarł do mieszkania pana sędziego Kossaka w Karmelitach i czy się nad nim zadumał śliczny, ubrany student w „vatermorderach” w kancelarii mecenasa Rodakowskiego?
Do połowy XVIII stulecia nie było plastyki polskiej w Polsce, a do końca tego wieku nie było jej we Lwowie. Dawno, przed wiekiem, umknął znad Pełtwi tajemniczy i wspaniały rytownik Jan Ziarnko, potem król Jan III chwalił sobie bardzo malarza Bazylego ze Lwowa, potem Czechowicz jeździł tędy do Podhorzec. A zresztą kaduceusz sztuki spoczywał w żylastych dłoniach „miszczańskich” pacykarzy, którzy związali się nawet w cech osobny i nie żałowali farb ani blejtramów na najświętsze obrazy do świątyń lwowskich. Wilhelm Leopolski, W niewoli kozackiej [nr 58]Ale gdy p. Kossakowska popróbowała raz pozowania lwowskiemu pacykarzowi – gorszym koczkodanem wy­szła na konterfekcie, niźli była w rzeczywistości. Aż naraz zjechał nad Pełtew najpłodniejszy z portrecistów króla Stasia imć Pitschman. Uwiecznił był przedtem chyba połowę socjety warszawskiej, a teraz, około r. 1794 zasiadł do sztalug we Lwowie. Pitschman wraz z dziadkiem Rejchanem otwierają na jałowym jeszcze gruncie ekspozyturę malarni króla Stasia i ukazują smutnemu miastu słodycze aksamitnych portretów ro­koka. Tymczasem z Austriakami przybyła do Lwowa cała falanga obieżyświatów, przywożąc z sobą trochę życia i wiedeńskiej europejskości, która odtąd spoi Bogu ducha winne miasto na długie lat dziesiątki z gu­stem i fasonem wiedeńskim. Jakiś Czech Klimesz, nau­czyciel Alojzego Rejchana, jakiś Holender Buisset, znowu głośny i wzięty Francuz Artur Grottger, Pojednanie [nr 65]Guerard, wiedeńczycy Haar i Weich­selbaum uwieczniają na kości słoniowej mun­dury krajshauptmanów i dekolty pań generalskich, miniatura wchodzi w modę, szczycąc się swymi „mi­strzami”. Te, często poprawne w rysunku i kolorycie, fabrykaty nie mają jeszcze nic wspólnego ze sztuką polską, której gorąco chciałby służyć poczciwy geome­tra i naśladowca Stachowicza – Głogowski. Obcy przybysze coraz głębiej wsiąkają w grunt. Do takich należy Laub, dalej wcale zdolny Haar i Lange, a wresz­cie pracowity i biegły Wirtemberczyk Szwajkart. Do­piero w r. 1802 przybywa do Lwowa, ale nim się spodzieje, przemienienia w polskiego szlagona, kupi wieś polską za cwancygiery, z malowania gęb polskich uciu­łane. A gdy w r. 1846 przyjdzie mu z rusznicą w ręku bronić dworu swego przed poczciwym ludkiem, będzie się już staruszek czuł „całym Polakiem”. Zapełniają do dziś ściany lwowskich domów te żwawo malowane, zawsze wzorowe w podobieństwie „szwajkarty” o prze­dziwnym, jak ktoś powiedział, „uroku dokładności i su­chości”. Jest ich wyżej tysiąca i nieraz płacze historyk starego Wiednia, że tu ugrzęzły. Szwajkart będzie malował bardzo długo, a zblednie dopiero i odpocznie w swoich Rykach z pojawieniem się Alojzego Rejchana. Rejchan – to pierwsze lwowskie nazwisko, pamiętne w dziejach plastyki polskiej. Zgoła nowe dla Polski rzeczy przywiózł z Rzymu młodzian o kruczych, na ramiona spadających włosach: miękki jak aksamit kolo­ryt i wypieszczoną, salonową układność. Rejchana nie pokusiła w Rzymie grandilokwencja nazareńczyków Overbecka i proroczy tupet Stattlera. Został w salo­nie, miast wędrować po Monsalwatach, i stał się ro­dzicem tych wszystkich znacząco uśmiechniętych pań w szalach kaszmirowych i wyfraczonych kawalerów z epoki juste milieu. Czym był dla Kongresu Wiedeńskiego Isabey, czym dla legendy napoleońskiej Vernet, tym jest dla Lwowa – Rejchan. Dla Lwowa tylko, czy może dla całego romantyzmu w ogóle? Nikt inny, tylko on jest kochankiem romantycznej damy, tej właśnie, którą tak dobrze znamy z pieśni i powieści. Oto hrabina Idalia z Fantazego, oto pani Dafnicka z VIII pie­śni Beniowskiego i Denderowa z Komediantów Kra­szewskiego, oto przeróżne kobietki z kwiatem we wło­sach i sakramentem w pierścionku, bohaterki „parafiańszczyzny”, uczesane w nioby i szyldkretowe grze­bienie. Tak dobrze wychowanego malarza nie widziano dotąd we Lwowie, tak milutko nie nakładają farb ani krakowianie, ani warszawiacy, a przeto pieścił Lwów chłopaka o długich kędziorach, zowiąc go z miłą przesadą swym Lawrencem, Daffingerem i Winterhalterem.

Henryk Rodakowski, Portret córki artysty, Marii Woźniakowskiej [nr 71]Zaczyna się jakoś ożywiać – choć z wolna i opor­nie – plastyka pod Wysokim Zamkiem. Jeszcze nie powymierali przyjezdni „kunstmalerzy” i umieją dzięki ru­tynie utrzymać się na powierzchni. Lange pracuje sze­reg lat w dekoratorni teatru, dowcipny Machold utrzy­muje się z karykatur, niezły rytownik Swoboda zarabia wiele u Fredrów, jakiś Czech Brsteńsky robi zdumiewa­jąco dobre portrety, Auer produkuje obficie ryciny, a obok nich garstka zdolnych i marnych, ale po równi z głodu zdychających tubylców. Rytownik Tomaszewski ozdabia Lwowianina, pejzażysta Derdacki rzuca tysiące studiów martwej natury i drzew, które czuł znakomicie. Zdychają z głodu, bo trudno, aby wszystkim dopomógł jedyny prawie mecenas i patron sztuki we Lwowie Gwalbert Pawlikowski z Medyki, jak również trudno, aby wszystkich malować uczył poczciwy dzierżawca z Barszczowic – Jan Maszkowski. Panu dzierżawcy godzi się bardzo nisko pokłonić. Malarzem był bardzo przeciętnym, sztywnym w kolorycie i rysunku (ani go równać z Rejchanem lub choćby Szwajkartem), ale za to profesor zeń chyba najbardziej zasłużony ze wszystkich nauczycieli plastyki w pierwszej połowie wieku; tym bardziej, że ani Stattler w Krakowie, ani Brodowski w Warszawie zdolności nauczycielskich nie mieli. Z po­mocą Stanów Galicyjskich otwiera Jan Maszkowski, kształcony w Rzymie i Wiedniu, szkołę rysunków przy Akademii politechnicznej. Z tej szkoły wyszły chluby Polski – Kossak i Grottger, dalej Raczyński, Lunda, Tepa i Młodnicki. Ten cichy i dobry człowiek miał snadź niezwykłą miłość sztuki i dar uczenia!
W latach 1845–1850 lwowianie uczą się pilnie w Wiedniu. Zjechała tam znad Pełtwi cała kolonia. Jest Tepa z Leopolskim, Łobeski z Loefflerem i malują siarczyście, biorąc także udział w rewolucji wiedeńskiej, dopóki ich wszystkich w kozi róg nie zapędzi – Grottger. W latach najcięższej udręki i najzłośliwszych austriackich szykan rozpocznie się najpiękniejsza w dzie­jach doba sztuki lwowskiej, owo płodne, bujne i wspa­niałe dwudziestolecie (1840–1867), w którym spod Wysokiego Zamku popłynie wieść krzepiąca, że mamy już malarstwo godne poezji, pójdą w świat pierwsze rysunki Grottgera i pierwsze akwarele Kossaka i pierw­sze obrazy Rodakowskiego. A za przykładem Lwowa zaczęła malować Polska.

Juliusz Kossak, Powrót z sianokosów [96]*    Trudno pojąć dlaczego Wasylewski tak nisko ocenił architekturę starego Lwowa. Rynek lwowski ze swymi renesansowymi i barokowymi kamienicami nie ustępuje wcale krakowskiemu, mimo że odeń mniejszy rozmiarami, a oba swoim arcypolskim charakterem wybijają się ponad wszystkie inne w wielkich miastach kraju. Podobnie kościoły: gotycka katedra lwowska należy do czołowych świątyń polskiego średniowiecza, a kościoły bernardyński, dominikański i katedra św. Jura – bardziej kościelna niż cerkiewna w swej architekturze – stają w rzędzie najcenniejszych świątyń epoki nowożytnej. Do wymienionych można jeszcze dodać takie perły architektury, jak katedrę ormiańską, kaplicę Boimów, wieżę korniaktowską i cały szereg innych zabytków.
**    ditto

Notka biograficzna Stanisława Wasylewskiego zawarta jest w CL 4/08 na III stronie okładki.