Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Stanisław B. Skowroński, DZIEŃ 22 WRZEŚNIA 1939 ROKU

Mieszkałem we Lwowie w maleńkim mieszkanku przy ulicy Akade­mickiej i Łozińskiego, o paręset metrów zaledwie od przedsiębiorstwa, w którym pracowałem. Budynek był stary, dobrze zakonserwowany; pa­miętam historyczny napis w olbrzymim holu: Leopolis Semper Fidelis – najpierw wierny Koronie, potem Rzeczypospolitej, ale zawsze Polsce... W tym fatalnym dla nas dniu 22 września zdecydowano otworzyć jak zwykle sklepy; była to pewnego rodzaju manifestacja w stosunku do bol­szewików. Nie godziliśmy się z najazdem i mniej jeszcze z narzuconymi nam siłą zmianami i warunkami. Niepotrzebna nam była „ochrona” ani „wyzwolenie”, uważaliśmy się za niezwyciężonych. Żyliśmy w polskiej ziemi i to, co się działo, było tylko początkiem bezprawia. Mieliśmy pew­ność, że nadejdzie chwila odwetu.
Wskazówki zegara stały z uporem w miejscu. Myślę, że dzień ten był jednym z najdłuższych w mym życiu.
Do sklepu nikt się nie zbliżał, ulice opustoszały. Wojsko Polskie, biorące udział w obronie miasta, wycofało się w dniach poprzednich; celem żołnierzy było schronić się na Węgrzech lub w Rumunii. Mówiono, że młodzi oficerowie, nie mogąc zaakceptować rzeczywistości godzącej w ich honor, pozbawiali się życia.
Wkroczenie armii sowieckiej do Lwowa 22 wrześniaMieszkańcy miasta, nie wyłączając kobiet i dzieci, pracowali z entu­zjazmem przy wznoszeniu barykad. Kopali doły przeciwczołgowe stara­jąc się utrudnić postępy wojsk niemieckich. Wysiłek ten, niestety, okazał się bezprzedmiotowy. Pakt niemiecko-rosyjski przekreślił początkową stra­tegię, pierścień oblężniczy zniknął; teraz zbliżali się bolszewicy, których już nie sposób było powstrzymać. Oczekiwaliśmy więc „splendorem okry­tych” wojsk sowieckich z myślą opuszczenia kurtyn naszych sklepów w momencie ich przemarszu.
Ten gest stanowił jedyną naszą obronę. Wielu mieszkańców akcep­towało rzeczywistość i pozostawało na miejscu. Starali się chronić swe mienie, wierząc w lepsze jutro, inni opuszczali kraj, dążąc za wojskiem w odwrocie. Z tysięcy żołnierzy godzących się na internowanie w wyżej wymienionych krajach wielu przekraczało granicę z bronią w ręku, inni ukrywali ją starannie w ziemi ojczystej z myślą odkopania jej kiedyś i użycia w ­chwili potrzeby. Młodzież masowo przechodziła przez zieloną granicę, aby służyć sprawie wyzwolenia chociażby poza krajem.
Zbliżała się godzina przerwy obiadowej. Zamknęliśmy sklep. Udałem się do jadłodajni uniwersyteckiej przy ulicy Łozińskiego. Obiad zjadłem bez apetytu. Myślę, że w dniu tym wszystkich spotkało to samo, ostatnie wydarzenia wpływały ujemnie na stan psychiczny człowieka. Gdy wróciłem do lokalu, rozmowa nadal się nie układała. Około godziny czter­nastej zjawił się właściciel przedsiębiorstwa, pan Mikołaj Olech.
– Współpracowaliśmy przez długie lata, mam na myśli niektórych panów – powiedział po przywitaniu się – i znam doskonale młodszy per­sonel firmy. Wszyscy potrafiliśmy odróżnić ziarno od plew, dobro od zła. Moment obecny jest trudny, przełomowy, niemniej jednak wierzę niezłom­nie, że należy to przetrwać. Dlatego chciałbym dzisiaj jak najbardziej być po waszej stronie, aczkolwiek w innym tego słowa znaczeniu...
Obserwowałem go bez przerwy, przypomniałem sobie, co robił przed wojną: był członkiem Zarządu Izby Przemysłowo-Handlowej, radcą miej­skim, eleganckim, energicznym, uśmiechniętym sympatycznym panem. Dziś zobaczyłem w nim innego człowieka.
– Myślę, że w nowym porządku społecznym, który bez wątpienia wprowadzą nasi najeźdźcy, nie będzie miejsca dla właścicieli. Taka była przyczyna likwidacji naszej filii przy ulicy św. Zofii. Nie wiem, jaki los spotka nasz sklep tutaj, przy ulicy św. Mikołaja, w każdym razie wolałbym, ażeby nie wpadł w ręce bolszewików... – obserwował nas przez dłuż­szy okres, starając się odgadnąć nasze myśli. – W najbliższych dniach wyjeżdżam na zachód, może do Krakowa... Wolę opłacić podróż niż je­chać gratis na Syberię. – Nastąpiła cisza. Jego wypowiedź brzmiała tra­gicznie. – Mówiąc, że pragnę pozostać z panami w inny sposób, mam na myśli, że „Kolonialny” oddaję do waszej dyspozycji. Utwórzcie spółkę, jeżeli to będzie możliwe, albo coś w tym sensie i starajcie się przetrzymać, ale przede wszystkim bądźcie dobrymi Polakami.
W tym samym momencie usłyszeliśmy szybkie opuszczanie kurtyn jednego ze sklepów, na prawo. Ktoś krzyknął: – Opuszczajcie story, bol­szewicy już się zbliżają! Są tuż, tuż!
Zaledwie wykonaliśmy polecenie, kiedy ulicą przed nami przejecha­ły z pośpiechem małe samochody pancerne, wywołując hałas nienaoliwionymi gąsienicami. Były uzbrojone w ciężkie karabiny maszynowe. Zajęliśmy miejsca przy szparach i obserwowaliśmy przemarsz.
Po chwili zaczęły przejeżdżać wozy ciężarowe olbrzymich rozmia­rów, wypełnione po brzegi żołdactwem, wyposażone również w ciężkie karabiny maszynowe; niektóre z działkami przeciwlotniczymi lub przeciwpancernymi. Później zaczęły „defiladę” taczanki: dziwna broń rosyjska używana jeszcze przez wojska carskie, czyli ciężkie kara­biny maszynowe na dwukołowej platformie, ciągnione przez żołnierzy, widocznie z braku innego środka lokomocji albo po prostu dla bezpie­czeństwa, aby móc użyć broni w każdej chwili. Po jakimś czasie zaczęła maszerować piechota... Mój Boże, czego tam nie było: oddziały kazachskie, uzbeckie, turkmeńskie, azerbejdżańskie, kirgiskie, pochodzące z po­łudniowych republik azjatyckich. Twarze skierowane ku ziemi, wyraz oczu ponury, powiedziałbym, melancholijny, cera ziemista, oczy skośne, zmę­czeni, źle odżywieni. Mundury ich były brudne, podarte i łatane. Karabi­ny niektórych żołnierzy pozbawione pasów, zwisały z ramion na powro­zach. Obuwie mieli wykonane z brezentu, z gumową podeszwą. Odstęp w szeregach był znikomy: zdawało się, że jeden żołnierz wchodził na dru­giego. Mieli szpiczaste nakrycia głowy w szarym kolorze, z materiału po­śledniej jakości. Odznaczała się na nich olbrzymia czerwona gwiazda. Ich wygląd robił wrażenie przytłaczające; po przemarszu każdego oddzia­łu ciągnął się ostry odór, przypominający ciężarówkę transportującą by­dło do rzeźni lub na sprzedaż.
– Mój Boże! – wyrzekłem przygnębiony. – Ten motłoch będzie stano­wił o losach naszego kraju...
Po dwóch godzinach skończyło się to niepożądane i odrażające wi­dowisko. Po chwili pan Mikołaj zwrócił się do mnie z prośbą towarzysze­nia mu w drodze do filii przy ulicy św. Zofii. Chciał się zorientować w sy­tuacji tamtej dzielnicy. Wyszliśmy. Na zewnątrz można było dostrzec rozpoczynający się ruch przechodniów. Szliśmy ulicą św. Mikołaja, którą przed chwilą maszerowały wojska.    
Doszliśmy do ulicy Zyblikiewicza, kierując się do placu św. Zofii z za­miarem zagłębienia się w ulicę o tej samej nazwie. Idąc ulicą Zyblikiewi­cza, natknęliśmy się na dwukołowy wóz wyładowany jabłkami: wokół niego około dwudziestu osób, w większości kobiety i dzieci, korzystało z oferty sprzedającego, tak rzadkiej w owych okropnych dniach. Gospo­darna jesień darzyła obfitością natury chętnych do nabycia jakiegokol­wiek produktu w owym trudnym czasie.
W tejże samej chwili silny metaliczny zgrzyt gąsienic czołgowych odciągnął moją uwagę od znajdującego się naprzeciw nas wozu. Odwró­ciłem się i spostrzegłem dwa ciężkie czołgi wyjeżdżające z ulicy Batore­go. Białe chorągwie, symbol pokoju, powiewały z ich prawej strony. Je­chały w naszym kierunku.
– Panie Olech – powiedziałem z przejęciem – nie mam zaufania do bolszewickich czołgów. Popatrzył na mnie zdziwiony.
– Boisz się?
Wyznałem, że tak, że byłoby lepiej ukryć się w jakimś bezpiecznym miejscu. Pan Olech nie zlekceważył mojej uwagi...
– Chodźmy wobec tego, w pobliżu jest kaplica.
Sowiecki plakat propagandowy z 1939 r..Weszliśmy. Z zewnątrz dochodził metaliczny szczęk gąsienic, jak rów­nież głuchy dźwięk motorów. Odgłosy te przybierały na sile. Pierwszy czołg przystanął na wysokości kaplicy, następny uczynił to samo. Chwila wyczekiwania... i nastąpiły wybuchy, potężne wybuchy, strzały z dział czołgowych. Co się działo na zewnątrz? Po chwili czołgi zaczęły się od­dalać.
Opuściliśmy kaplicę. W pierwszym momencie nie zwróciliśmy uwa­gi, że ulica była wyludniona, nie było żywej duszy, wóz z jabłkami też zniknął. Scena nabrała realnego wymiaru, kiedy ujrzeliśmy kobietę pod­noszącą się z jezdni: krwawiła na całym ciele, była w agonii. Prawą ręką podtrzymywała krwawiącą pierś, kaszląc z cicha. Wąski strumyk krwi sączył się jej z ust. Nigdy nie zapomnę tej sceny... Zrobiła kilka kroków i osunęła się na jezdnię. Nie podniosła się już więcej. Znałem ją: robiła zakupy w „Kolonialnym” w przedwojennych dobrych czasach...
W przedwojennych dobrych czasach... Wspomnienie utkwiło w mej pamięci, zatarło się na chwilę, ażeby skoncentrować się nad inną rzeczy­wistością: pan Mikołaj i ja mieliśmy przed oczyma budzącą grozę scenę.
Armaty sowieckich czołgów zmiotły z ulicy w niezrozumiałej akcji niewinnych ludzi korzystających z okazji kupna jabłek. Ciała ich, poroz­rywane na części przez zdradzieckie pociski armatnie, leżały w kałużach krwi, rozrzucone wokół zniszczonego wozu. Nieco dalej strzępy zmasa­krowanego konia dodawały grozy temu koszmarnemu widokowi. Setki czerwonych jabłek razem z jednym kołem wozu potoczyły się daleko, chcąc jak gdyby oddalić się od tej tragedii. Inne, zgniecione na miazgę, na równi z ludzkimi ciałami i koniem, przypominały makabryczny dywan utkany z owoców i ludzi. Przed chwilą przejeżdżały po nim gąsienice sowieckich czołgów.
Gąsienice, ohydne gąsienice – myślałem gorączkowo. – Gąsienice to pasożyty, które atakują?... Które rozgniatają?... Nie! Gąsienice nie rozgniatają... A przecież budynki ulicy są pokryte krwią i spryskane cząstkami mózgów ludzkich... Gąsienice nie wspinają się po ścianach kamienic...
Byłem bliski omdlenia, traciłem grunt pod nogami. Pan Olech mnie podtrzymał: – Nie myślałem, że masz aż tyle wytrzymałości. Odwagi, młodzieńcze... należy być odpornym, bardzo odpornym. To, co widzisz, to dopiero początek. Uratowałeś nasze życie; musiałeś mieć przeczucie: dotknął cię palec Boży.
Uratowałeś nasze życie – myślałem. I nie było to zwykłe przeczu­cie, ale nic tam już nie mogliśmy uratować, gdzie śmierć rozwijała swe złowrogie skrzydła.
Odeszliśmy z miejsca koszmaru patrząc tylko przed siebie. Do tej chwili byłem szczęśliwym młodzieńcem, studentem praktykującym w przedsiębiorstwie spożywczo-kolonialnym o wielkiej renomie, kimś, kto śnił o studiach uniwersyteckich...
Wszystko to teraz było nierealne, zgniecione przez wojnę i inwazję, zniszczone przez strzały armatnie morderczych czołgów sowieckich. Dzień 22 września 1939 roku, dzień mojej duszy zranionej, moment, w którym zacząłem hartować ducha z myślą przetrwania nieszczęść, które mogły mnie spotkać.

Tytuł wspomnienia pochodzi od Redakcji.

STANISŁAW BRONISŁAW SKOWROŃSKI, ur. 1919 w Horodence; syn komendanta posterunku Policji Państwowej. W czasie II wojny światowej, po przeżyciach w więzieniu sowieckim i łagrze, przedostał się do armii Andersa i w W. Brytanii został oficerem Sztabu Nacz. Wodza PSZ na Zachodzie. Po skoku do okupowanej Polski jako cichociemny (IX ’43), działał w AK na Wileńszczyźnie. Aresztowany przez NKWD w XII ’44, wywieziony do Zagłębia Donieckiego, pracował w kopalni węgla. W X ’45 uciekł z łagru i dotarł do Lwowa. Poszukiwany przez służby bezpieczeństwa sowieckie i polskie, przedostał się w 1946 do Anglii. Osiadł w Argentynie.