Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Zofia Dudrówna, WSPOMINAM KRYSTYNĘ

Krystyna Moszumańska-Nazarowa jako rektor krakowskiej Akademii MuzycznejWłaściwie… to chce mi się płakać, ale to nic nie pomoże… Więc nastawiam płytę z koncertem B-dur Brahmsa, który Krzysia tak lubiła, i zagłębiam się we wspomnieniach naszej 60 lat trwającej przyjaźni. Dokładnie pamiętam, jak zobaczyłam ją pierwszy raz na korytarzu Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej, która mieściła się wówczas przy ulicy Warszawskiej w gmachu obecnej Politechniki.
Był rok 1949 i Krystyna witała się z kolegami po rocznej przerwie, spowodowanej jej małżeństwem i przeniesieniem się z mężem Tadeuszem Nazarem do Brwinowa (?) pod Warszawą. Jednak pomimo wspaniałych warunków jak na owe czasy i mieszkania w pałacu z pięknym parkiem po byłych właścicielach ziemskich – duszy artystycznej nie odpowiadała rola pani domu. Jak mi później opowiadała, nawet dźwięk skrzypiec ćwiczącego za ścianą dziecka pobudzał ją do płaczu i żalu za muzyką, z którą musiała się rozstać. W końcu wraz z mężem wróciła do Krakowa na przerwane studia, rozpoczęte tuż po ekspatriacji ze Lwowa w 1945 roku w tworzącej się właśnie PWSM.
Ja natomiast po pokonaniu niebotycznych przeciwności zjawiłam się na egzaminie wstępnym i zostałam przyjęta na studia w r. 1947, kiedy Krysi już nie było. Dlatego zobaczyłam ją dopiero po jej powrocie w 1949 roku.
Był to okres najwyższego rozkwitu tej uczelni, ponieważ do Krakowa zjechali po wojnie najwięksi artyści-profesorowie zarówno ze zburzonej Warszawy, jak i utraconego Lwowa i Wilna. A więc plejada sławnych pianistów: Zbigniew Drzewiecki, który został rektorem, profesorowie Henryk Sztompka, Jan Hoffman, Karol Klein, sławni organiści, skrzypkowie, wiolonczeliści i inni instrumentaliści, światowej sławy dyrygenci, kompozytorzy i teoretycy, których z nazwisk trudno teraz wymienić. W każdym razie Krysia wróciła do klasy prof. Kleina. Nie wiem, jak to nazwać, ale od pierwszego spotkania z nią poczułam jakąś bliskość. Potem wszystko się wyjaśniło. Przecież ona była ze Lwowa. Zaczęłyśmy się coraz częściej spotykać. W tych najczarniejszych stalinowskich czasach, w których szczerze można było rozmawiać tylko z kimś najbardziej zaufanym, wspominałyśmy bez obawy nasze przeżycia z czasów potwornej okupacji sowieckiej. Opowiadała mi, jaką tragedię przechodziła jej rodzina po aresztowaniu dwóch młodszych braci jej matki i jak stale były przygotowane w domu worki z najpotrzebniejszymi rzeczami w razie wywozu na Sybir. W końcu, jak po wkroczeniu Niemców do Lwowa w 1941 roku i otwarciu więzień dziadek jej odnalazł swojego 17-letniego syna wśród stosu trupów bestialsko przez sowietów wymordowanych ludzi, jak się załamał i wkrótce umarł.
Miałyśmy taką umowę, że to, o czym rozmawiamy, zostaje między nami, „jak w studni”. Dotyczyło to również naszych spraw czysto osobistych i przeżyć. Żadna z naszych licznych koleżanek nigdy o niczym nie mogła się dowiedzieć. Mogłyśmy więc śmiało wymieniać swoje uwagi i opinie na temat naszych profesorów i kolegów.
Prof. K. Moszumańska-Nazar ze współpracownikami i studentami we Lwowie
Krysia chodziła na wykłady harmonii i kontrapunktu do prof. Wiechowicza, sławnego kompozytora. Na zakończenie tego 3-letniego kursu obowiązywało napisanie „wariacji” na jakiś temat. Wtedy to profesor odkrył jej talent kompozytorski i pokierował jej dalszymi studiami na wydziale kompozycji, równolegle z fortepianem. – Ja natomiast uczęszczałam na ten sam przedmiot do prof. Stefana Kisielewskiego, słynnego „Kisiela”. Niestety na początku trzeciego roku naszego kursu został z hukiem wyrzucony z uczelni przez ówczesnego ministra kultury i sztuki Sokorskiego za publiczną krytykę „socrealizmu” w sztuce na Zjeździe Młodzieży Artystycznej w roku 1949 w Poznaniu. Takie to były czasy. Niedługo potem prof. Klein, którego studentką była Krystyna, miał opuścić Polskę na zawsze. Pamiętam, jak radziła się mnie, do jakiego profesora powinna starać się przejść. Zachwalałam jej szczerze i serdecznie prof. Hoffmana, którego metodami pedagogicznymi byłam zachwycona, i zdecydowała się zostać jego uczennicą. W związku z tym całe następne lata spotykałyśmy się dwa razy w tygodniu na jego niezapomnianych lekcjach-wykładach.
Na „wkuwanie” historii muzyki i innych przedmiotów teoretycznych umawiałyśmy się przeważnie w jej domu, gdzie po raz pierwszy zobaczyłam jej wspaniałą matkę, którą z powodu bardzo młodego wyglądu wzięłam za jej siostrę i której kapitalne lwowskie powiedzonka pamiętam do dzisiaj.
Tak biegły nasze lata studiów aż do dyplomu w 1954 roku. Prof. Hoffman zalecił nam „ogrywanie” się przed publicznością i w tym celu organizowane były recitale dyplomantów w pałacu Potockich w Krzeszowicach, gdzie była odpowiednia sala i estrada z fortepianem. Jednej majowej niedzieli był recital Krysi. Wystąpiła w pięknej długiej sukni, w której wyglądała jak prawdziwa artystka. Ja wtedy tak bardzo emocjonalnie przeżywałam jej granie, że aż zmizerniałam, co natychmiast zauważyła z przerażeniem jej mama po naszym powrocie do Krakowa. – Następnej niedzieli był mój recital, na którym „kibicowała” mi Krystyna i też mocno to przeżywała. – Potem zaczęły się już prawdziwe recitale i koncerty z orkiestrą w Krakowie.
Podczas naszej pracy zawodowej kontaktowałyśmy się stale, chociaż pracowałyśmy w różnych szkołach. Chodziłyśmy razem na koncerty, towarzyszyłam jej również w Warszawie na festiwalu „Warszawska Jesień”, gdy były wykonywane jej utwory. Aż znowu spotkałyśmy się w latach 60. w Akademii Muzycznej: Krystyna na wydziale kompozycji, ja na fortepianie.
O jej osiągnięciach kompozytorskich i rektorskich nie będę pisać, bo zrobili to już inni bardzo dokładnie i profesjonalnie. Ja mogę tylko dodać, że zawsze podziwiałam jej żywą inteligencję, nieprawdopodobną pracowitość, konsekwentne dążenie do celu, zdolności nie tylko muzyczne, ale w każdej dziedzinie, w której przyszło jej działać. Jej ogromne poczucie estetyki i świetny gust przejawiał się zarówno w jej elegancji osobistej, jak i w całym jej otoczeniu. Potrafiła wszystko sama zrobić i na wszystko miała czas. Była czynna do samego końca i naprawdę jeszcze ciągle nie mogę w to uwierzyć, że Jej już nie ma.
Śliczna Gwiazdo miasta Lwowa, przytul ją tam, gdzie ona teraz jest, i pocieszaj nas, którzy jeszcze tu jesteśmy.