Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Anna M. Komornicka, WSPOMNIENIA Z CZASU WOJNY Lwów, zima 1939/40

Gdy bolszewicy przekroczyli granicę polską na Zbruczu i ich wojska zatrzymały się w Grzymałowie, aresztowano mojego ojca Władysławą Wolańskiego, a nas wyrzucono z domu. Moja matka, nas czworo i małżeństwo, uciekinierzy z Warszawy, którzy zatrzymali się u nas, przeprowadziliśmy się do Ochronki, do ss. Służebniczek (zaproszonych przez moją matkę, jeszcze siedemnastoletnią pannę, dla opiekowania się dziećmi folwarcznymi), by być w pobliżu powiatowego miasteczka Skałat, gdzie przez pierwsze tygodnie więziono mego ojca. Po sześciu tygodniach, gdy władze rewkomu z ukraińskim komunistą Słobodzianem na czele zaczęły nas systematycznie szykanować, a ludziom ze wsi groziły kary za pomaganie nam, uciekliśmy dwiema furami do Tarnopola, dokąd NKWD przetransportowało więźniów ze Skałata. Stamtąd pociągiem do Lwowa, gdzie czekała na nas nasza babka w swoim domu przy ulicy Technickiej 4. Najmłodsze dzieci udało się mamie zapisać do koedukacyjnej (!) szkoły Sacre-Coeur przy placu św. Jura, trochę starszy Staś pracował w ogrodach miejskich, a ja – najstarsza – przez znajomości babuni dostałam pracę w szpitalu położniczo-ginekologicznym profesora Bocheńskiego. Dziwnym zbiegiem okoliczności tenże profesor był przy moim urodzeniu przed dziewiętnastu laty... Konieczna była dla nas bezcenna „bumażka” świadectwa pracy, na mocy której dostawaliśmy kartki na chleb, mleko, margarynę – w minimalnych ilościach.
Dzień powszedni na Krakidałach – placu Krakowskim
Nie miałam zielonego pojęcia o pielęgnowaniu chorych; powiem więcej: gdzie tylko dotąd zetknęłam się z jakimś wypadkiem drogowym, z kimś rannym itp., wiedząc, że nic nie zdziałam, czmychałam gdzie pieprz rośnie, bo na widok krwi robiło mi się słabo albo zbierało na nudności. I nagle miałam zostać pielęgniarką! Miałam się przekonać na własnym przykładzie, na czym polega to, czego uczyłyśmy się w Jazłowcu, a mianowicie „łaska stanu” czy „łaska uczynkowa”. Kiedy Opatrzność postawiła mnie oko w oko z tym nowym, niespodziewanym obowiązkiem – zniknęły bezpowrotnie wszelkie lęki, niechęć czy nawet wstręt wobec
wykonywanych przed mnie koniecznych czynności. Przez wszystkie miesiące mej pracy w szpitalu ani razu nie odczułam żadnych omdleń czy mdłości. Zaczęłam od podawania basenów, mierzenia pulsu, temperatury itp. łatwych czynności, ale wnet nauczono mnie robić zastrzyki, a po miesiącu byłam instrumentariuszką przy wielogodzinnych trudnych operacjach. Praca zaczynała się punkt o szóstej rano, a kończyła... gdy wszystko było gotowe do nocnego dyżuru, tj. około szóstej–siódmej wieczorem. Zima była strasznie mroźna, wstawałam po ciemku i wracałam do domu w nocy, jadąc tramwajem obwieszonym „winogronami” przez pół miasta. Zwłaszcza rano trzeba było staczać walkę, by złapać się poręczy, wcisnąć stopę choćby na stopień wagonu.
Pacjentkami tego oddziału szpitalnego były w owym czasie kobiety wszelkiego autoramentu: miejscowe Iwowianki, uciekinierki, które wylądowały w mieście z obawy przed wywózką lub aresztowaniem, Polki, Ukrainki, Żydówki i dość liczne Rosjanki z różnych republik sowieckich, bądź to tzw. żołnierki, bądź żony sołdatów ze Wschodu czy innych władców i urzędników administracji komunistycznej. Jedno piętro – wraz z salą porodową – zajmowały kobiety w ciąży, w połogu, i noworodki, na drugim piętrze – wraz z salą operacyjną – leżały chore z wszelkimi anomaliami i schorzeniami ginekologicznymi, głównie z guzami i nowotworami. Tam pracowałam.
Dwa zdarzenia utkwiły mi w pamięci. Moim obowiązkiem było wpisywanie chorej do karty chorobowej, z dość szczegółową ankietą. Prócz danych personalnych, dat, miejsca urodzenia i pracy, była rubryka wyznanie – na to pytanie kobiety ze Wschodu odpowiadały identycznie: Boga niet. Tolko priroda. Ja wpisywałam niewierząca. Drugim zaskakującym momentem był okres ich wybudzania się po uśpieniu przedoperacyjnym. Moim zadaniem było czuwać nad nimi, aby odzyskiwały przytomność normalnie, bez komplikacji. Otóż zdarzyło się, że jeszcze w stanie półsnu, półwracania do świadomości wypowiadały z modlitewnym zaśpiewem zawsze jedno słowo: Stalin, Stalin. Myślałam z przerażeniem, jak głęboko musiała wedrzeć się do samych trzewi ich istoty złowroga propaganda boskiego niemal kultu oddawanego zbrodniarzowi ludzkości.
Z arcyciekawych przeżyć i doświadczeń nowego zawodu opowiem tu jedno. Pewnego razu przyjęto do szpitala młodą Gruzinkę niezwykłej urody: szczupła, wysoka, o fiołkowych oczach w ciemnej oprawie brwi i rzęs, z długim czarnym warkoczem, o ślicznych, rasowych rękach. Jej mąż, gruba ryba w kolejnictwie sowieckim, otrzymał dla niej protekcyjną separatkę (jedyną na naszym piętrze). Spisując jej historię choroby dowiedziałam się, że ta dwudziestosiedmioletnia kobieta jest oficerem NKWD na duży dystrykt Lwowa. Od pierwszej chwili darzyła mnie sympatią – dużo przebywałyśmy razem, bo robiono jej szereg badań w czasie miesięcznego pobytu na obserwacji. Pokazało się zresztą, że była zdrowa jak koń. Nudziła się, pierwszy raz w życiu znalazłszy się w lecznicy, bez znajomych, w obcym kraju. Ciągle więc dzwoniła na mnie pod byle pretekstem. Jak tylko miałam trochę czasu, to przyznaję, że nie unikałam jej, mając cichą nadzieję, że jak ją lepiej poznam, to może jej interwencja pomoże uwolnić mego ojca, którego losem zadręczaliśmy się wszyscy. Bóg strzegł, że nie uległam mej żywiołowej impulsywności i będąc w gorącej wodzie kąpana, nie przystąpiłam zaraz do wyłożenia mojej sprawy. Ona lubiła opowiadać o sobie, toteż kiedyś na moje zapytanie, czy ma rodzeństwo, powiedziała po chwili milczenia: Tak, mam – a raczej miałam – starszego brata – mówiąc to chmura przemknęła po jej twarzy, przymknęła oczy z wyrazem zaciętej nienawiści, a może nieświadomego bólu – ale ojciec i ja straciliśmy go. Nawet dziś nie wiem, gdzie jest i czy żyje. Zdrajca! – parsknęła. – Zasłużył sobie na najgorsze. Na szczęście przejrzałam go, a on, głupi, myślał, że mała siostra go nie wyda! Ale nie mówmy o nim! Słuchałam z kamienną twarzą, by nie dać poznać, co czuję.
Innym razem udałam się z moją podopieczną na rentgen do sąsiedniego budynku w kompleksie szpitalnym. Przysiadłyśmy w kącie poczekalni. Tatiana czuła się nieswojo w każdym obcym miejscu, rzucała ukradkowe spojrzenia po ludziach siedzących na ławkach pod ścianami. Nerwowo splatała i rozplatała koniec długiego warkocza do chwili, aż ostatni pacjent opuścił poczekalnię. Żeby ją uspokoić, powiedziałam: Masz bardzo ładne ręce. Tatiana przepadała za komplementami, leżąc w łóżku wciąż przeglądała się w małym lusterku, wkładała koraliki na szyję, przymierzała pierścionki. Więc i teraz uśmiechnęła się jak dziecko, puściła warkocz i wyciągnęła do mnie śliczne dłonie, obracając nimi w obie strony. Tak myślicie, siostro Elżbieto*, a czy wiecie, że tymi oto rękami zadusiłam dwóch Japończyków? Nie wierzyłam własnym uszom. Ależ tak, to prawda. Mój ojciec, oficer wywiadu, był dwa lata w Japonii i ja byłam tam z nim. Wszystkiego nauczyłam się od niego. Jemu zawdzięczam, czym jestem teraz! – dodała z wyraźną dumą.
Dla pełnego obrazu Tatiany – jeszcze dwa drobne incydenty. Gdy ją wypisywałam ze szpitala, jej mąż pakował jej manatki i spytał mnie, czy może wziąć gumowy termofor, bo żonie może się przydać, a w tych waszych sklepach nic kupić nie można! – pobiegłam po moją szefową, s. Annę Galińską, by mu autorytatywnie wyjaśniła, że to niemożliwe, bo to własność szpitala, niezbędna dla chorych. Wielki dyrektor wzruszył ramionami i odłożył grzałkę na krzesło Gdy później robiłam porządek w separatce – termoforu już nie znalazłam... Widać śliczne ręce Tatiany zadbały o to.
Wreszcie scena pożegnania. Tatiana objęła mnie ramieniem i z uśmiechem (chyba tym razem szczerym) powiedziała: Bardzo was polubiłam, siostro Jelizawieto, nie wiem, czy się kiedyś spotkamy, ale życzę wam, żebyście dostali za męża prawdziwego bolszewika – i ucałowała mnie w oba policzki.
Jeszcze jedna migawka z zimy wojennej 1939/40 we Lwowie. Wygnani z domu, tak jak staliśmy, moja matka i nas czworo, byliśmy zupełnie bez pieniędzy. Moja babka, u której zamieszkaliśmy we Lwowie, raz po raz coś sprzedawała z domowych drobiazgów – bibelotów, by kupić lub zamienić na jedzenie, ale na placach – bazarach lwowskich było mnóstwo sprzedających, a mało kupujących, zaś sklepy – praktycznie puste. Racje chleba, mleka, margaryny czy cukru były mikroskopijne, tylko na kartki pracownicze; trzeba było stać w kilometrowych kolejkach. Ja cały dzień pracowałam w szpitalu, ale noce i niedziele miałam wolne (nastolatki mają niespożyte siły!). A więc razem z moją przyjaciółką od serca, Nelą Gniewosz, której liczna rodzina znajdowała się w podobnej do nas sytuacji, wpadłyśmy na genialny pomysł. Na przeciwległym końcu naszej ulicy Technickiej była mała piekarnia, gdzie sprzedawano chleb (po bochenku na łebka) co dzień od siódmej rano. Zapas pieczywa był niewielki, więc ogonek zmarzniętych i skulonych ludzi ustawiał się już o jedenastej wieczór poprzedniego dnia. Mróz tego roku był siarczysty, Lwów tonął w zaspach śniegu. Postanowiłam, że będziemy sprzedawać herbatę czekającym w kolejce! Był to sławny „herbatol”, koloru pomarańczowego, zalatujący niby rumem, który liści herbacianych nigdy nie widział. Kupiłam kilka buteleczek koncentratu esencji w kantynie szpitalnej, od babuni wyżebrałam jej ogromny samowar oraz pudło kostek cukru (jedyny zapas uczyniony przez nią z początkiem wojny – 10 kg!). Kłopot był z imbrykiem. Jedyny dostępny pochodził ze srebrnego serwisu rodzinnego, z wygrawerowanym herbem i koroną (ewidentny znak „wroga ludu”). Moja matka uszyła więc czapraczek, którym opatuliła naczyńko. Całe to ruchome urządzenie było jednak ciężkie i nieporęczne, więc pożyczyłyśmy od zaprzyjaźnionej dozorczyni saneczki jej wnuka, przywiązałyśmy do nich sznurkami samowar i kawalkada była gotowa do drogi. Poza złotym interesem, który miał nam przynieść wielkie dochody, była to niesamowita przygoda, zwłaszcza że – aby było jeszcze śmieszniej – zadecydowałyśmy, że sanki będzie ciągnąć olbrzymi pies Neli, Gryf, dobroduszny, flegmatyczny bernardyn, biały w brązowe łaty. Był to może szalony zryw fantazji, ale potrzebowałyśmy jej, by nie myśleć o mrozie, senności i zmęczeniu.
Pierwsza noc powiodła się znakomicie. Ludzie wyciągali ręce po kubki (miałyśmy ich dziesięć). Dumna jak paw przyniosłam woreczek bilonu do domu. Niestety już nazajutrz zdarzył się nieprzewidziany wypadek. Około pierwszej w nocy, gdyśmy się uwijały nalewając, słodząc, odbierając pieniądze – nagle apatyczny i zaspany Gryf dojrzał chyłkiem sunącego pod murem piekarni kota. Zanim zorientowałyśmy się, samowar wielkim łukiem przekoziołkował przez ulicę, imbryczek utonął w zaspie śniegu, cukier rozsypał się w puszystej bieli bezpowrotnie. Pies galopując z sankami za sobą ścigał kota. Ludzie z kolejki – Iwowiacy mają sławne poczucie humoru nawet w ciężkich chwilach – zanosili się od śmiechu, kobiety cienko piszczały, a mężczyźni bili się po udach z uciechy. Nam nie było do śmiechu. Taki był finał naszego biznesu i nadziei na utrzymanie budżetu domowego. Babunia, która od początku pesymistycznie zapatrywała się na naszą inicjatywę, nie gniewała się, choć piękny samowar był całkowicie rozklekotany – coś się w nim poluzowało – no a cały cukier przepadł...

*    Tak mnie wszyscy w szpitalu nazywali, dla odróżnienia od siostry oddziałowej Anny Galińskiej.
    O autorce – patrz CL 3/05, Z Grzymałowa...