Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Lew Kaltenbergh, KREWNY ŚWIĘTEJ RODZINY

Dziedziniec Katedry Ormiańskiej we LwowieTo nie jest takie łatwe – próbować zrozumieć teraz, po latach, czemu wtedy uważa­liśmy się za tak bardzo dorosłych. To, że patrzy­liśmy na wszelkie rodzicielstwo z nauczyciel­stwem bardzo z góry, jest zrozumiałe: dorasta­jący bykołak, jako świadek narodzin współczes­ności, po trosze uważał wszystkich „starych” za śmiesznych wice­hrabiów-pierniczenków. Czy ta­kie coś podejrzewało, że Lindbergh może prze­lecieć ocean, czy doceniało znaczenie wszel­kich Challenge’ów, pucharów Davisa, Bennetta (tego od balonów, pełne brzmienie: Gordon-Bennett), albo – czy się bodaj wyznawało w tabeli ligi piłkarskiej? Mamlało to-to coś na temat ro­wów strzeleckich tej ich, właściwie jeszcze z po­czątku kolorowej wojny (na kolorowanej foto­grafii woźny naszego gimnazjum miał czerwone portki, czerwoną furażerkę i ultramarynowo-niebieski kabat), owszem, ojciec jednego z kolegów był nawet wojskowym lotnikiem; cóż, kiedy i je­go zdjęcie (z „tamtych czasów”, rozumie się) było kompromitujące: siedział w tak straszliwie staroświeckiej landarze, że przypominała bar­dziej przestarzały motocykl z przyczepą, a nie to, co się nazywało dumnie „Caproni Biplan 07” i pono zrzucało najprawdziwsze bomby.
Tak, prawdę powiedziawszy, nie bardzo nadą­żyliśmy się nawet poznać bliżej z tymi wszystki­mi cudownościami, kiedy zostały i one z kolei zdane do rupieciarni, tak jak to czyniono w woj­sku ze starymi, już do niczego niezdatnymi onucami. To, że opatulały przez czas dłuższy stopy, którym w udziale przypadły niekrótkie i żmudne marsze, nie miało znaczenia. Śmieszny byłby liryzm z racji strzępu, zdartej do imentu szmaty. A nowe, doroślejące chłopaki, tym ra­zem już pospołu z dziewczętami, rzucały nam pełne politowania spojrzenia. A czasem i nie same spojrzenia.
Nie należy w konstatacji takich zjawisk doszu­kiwać się jakowejś goryczy. Wszystko, czego­kolwiek kosztujemy w toku mijania lat, ma „swój czas”, no i – oczywiście – własny posmaczek. „Czymże byłaby zacna słodycz wina Urmes bez odrobiny cierpkiej goryczki” – śpiewa się w jednej węgierskiej piosence. Ale to już wyraźna licentia poetica, bowiem Urmes to zmadziaryzowana nazwa wermutu; to wino, jak wiadomo, rzadko bywa dosłownie „słodkie”.

Tak właśnie i z tym „swoim czasem”.
Na kiedy przypada, kiedy jest najprawdziwiej „własny”? Myślę, że chyba nie wtedy, kiedy podobne pytania nasuwają się na myśl. A wcześ­niej jest z tym o tyle kłopot, że na żadne pyta­nia nie staje czasu: bo to i nacierająca w wielo­rakich (zawsze „wspaniałych”) postaciach „nowoczesność” (już jutro będzie przemianowana na „staroświecczyznę”), a i oszałamiające rekor­dy (Nurmi Nurmim, a Konopacka, to co?!), fas­cynacja tryumfalnie wkraczającą muzyką nowych rytmów, filmem, wreszcie sprawy, które wbrew dotychczasowym nawykom zaczynają być waż­ne: wiadomo, miłość, złamane serce, tudzież doskwierliwy brak czterech złotych – tyle by kosztowały dwa bilety na „przyzwoite” miejsca do kina. Bo nie zaprasza się kobiety na miejsce poniżej „rezerwowych”. Zawsze jest jakiś taki, który ma, i zamiast ciebie przesiedzi z nią peł­ny seans łącznie z reklamówkami, kroniką i do­datkiem humorystycznym na Errolu Flynnie w Kapitanie Blood.
Więc może to jest ten „czas”? Wydaje mi się, że też nie. Zaczyna się najprawdopodobniej wtedy, kiedy „miażdżąca” (jakby inaczej?) kry­tyka własnego spojrzenia zamiast głupawej przekory przekształci się w demaskatorską opo­zycję. Przeciw wszystkiemu. Zmieści się w tym i bezsens krępującego konwenansu, i obłuda wielu form bytowania i sądów. Nie ujdą gniew­nemu spojrzeniu dysproporcje i kontrasty. Wtedy obficie będzie się sączyć do niezestałego jesz­cze wina rozmaita gatunkowo, ale zawsze ta sa­ma w smaku „goryczka”. Cierpka, jak się o tym śpiewa we wspomnianej piosence. Nie uchroni się przed tym prawie niczego.

Wśród równolatków z Drugiego Lwowskiego Gimnazjum, szkoły nie tylko o sławnych tradyc­jach, ale posiadającej tymi czasy wyjątkowe gro­no nauczycielskie, zaczęło się to opozycyjne nastawienie stosunkowo wcześnie – jakoś tak na dwa lata przed klasą maturalną.
Zrozumiałe, że objawiało się najrozmaiciej i bardzo też różnie było kwitowane przez na­szych pedagogów. Ładnie umieli rozładowywać te sprawy nasi filologowie, Rapaport i Auerbach; ironicznie dobrotliwa aluzyjność Romana Ingardena obok głębokiego i mądrego poczucia humoru, które cechowało Stanisława Maykowskiego, powodowały, że wspomniane „bunty” nie przechodziły w fazę rozpaczliwego trykania łbem w symboliczny murek. […]
W naszej szkole zdecydowaną prze­wagę liczbową mieli wychowankowie ormiań­skiej bursy imienia Torosiewicza. Że pokuckie i jakie tam jeszcze rody ormiańskie chętnie ko­rzystały z własnej fundacji, było zrozumiałe. Dlaczego rody te ukochały właśnie nasze gim­nazjum, nie wiedziałem dość długo. Oświecił mnie dopiero koleżka Mojzesowicz, tłumacząc to dobitnie i klarownie:
– Ty mi powiedz – wywodził – która szkoła we Lwowie jest najstarsza. Nie wiesz? Nasza. A czy ty, nieoświecony człecze, przynajmniej wiesz, jaka nacja w tym mieście jest najstarsza? Nie wiesz, bo ty myślisz, że żydowska. A to akurat nieprawda. Bo jak żydowskie państwa w Palestynie dopiero się decydowały, czy mieć sędziów, czy królów, to wtedy w Armenii od dawna siedzieli królowie. Rozumiesz? I z tego to idzie: najstarsza tutejsza nacja – do naj­starszego tutejszego gimnazjum.
Wywód Kajcia Mojzesowicza wiele wyjaśniał, nie przypuszczałem jednak, że jest ledwie wstę­pem do wielkiej teologiczno-historycznej burzy, jaka miała się – za sprawą przedstawiciela bursactwa – rozpętać na powierzchni uregulo­wanego mnogimi przepisami, „solidnego” życia szkolnego.
W bursie imienia Torosiewicza prze­mieszkiwa­ło w tym czasie dwóch nosicieli tego samego nazwiska. Nie byli braćmi, ale, jak niemal wszys­cy Ormianie pokuccy, liczyli się jako ze sobą jakoś tam spokrewnieni. Bogdan Agopsowicz, znany i uznany międzyszkolny geniusz matema­tyczny, z powodów do dziś dla mnie niewyjaś­nionych i ciemnych wybierający się na studia teologiczne, i Agopsowicz drugi, Kajetan. Bodzio był uczniem klasy bodaj przedostatniej; jako przyszły teolog cieszył się szczególnym zainte­resowaniem niektórych członków ormiańskiej kapituły, co zresztą było uzasadnione i ze wzglę­dów nie mających nic wspólnego z jego przy­szłą karierą: pogodna, otwarta, „serce na dłoni” – natura tego chłopca z miejsca usposabiała najżyczliwiej wszystkich, którzy go znali.
O Kajetanie, Kajciu Agopsowiczu, nie dałoby się tego powiedzieć. Osobowość wyraźnie,,dośrodkowa”, a jednocześnie chropawa, z lekka nawet nastroszona. Zdawało się, że czeka na zaczepkę, żeby z miejsca stanąć okoniem. Opo­nent z zasady tonął w szpargałach: szukał w nich uzasadnień dla zajmowanych przez siebie pozycji. A zajmował je z góry, zanim jakiekol­wiek umotywowanie mogło mu przyjść na myśl. W dyskusji niepokonany, ustępujący jedynie i – nie bez godności – składający broń przed oczy­wistością precyzyjnych sformułowań Ingardena lub wobec lekko sarkastycznych stwierdzeń łacinnika, Rapaporta.
Kajcio uczył się świetnie, chłonność okazy­wał niebywałą, a pojemność jego pamięci przy­prawiała o zachwyt większość naszych nauczy­cieli. Dodać by trzeba, że nie kuł nigdy, praca przychodziła mu łatwo. Niemniej kilku z naszych nauczycieli nie darzyło tego ucznia sympatią, a katecheta, mimo silenia się na obiektywne traktowanie, po prostu unikał kontaktu z Kajciem. Wyczuwał w nim sceptyka nawet wtedy, kiedy tamten w uważnym milczeniu przysłuchi­wał się wywodom księdza. Wiadomo, etyka i dogmatyka są przedmiotami śliskimi, niejeden potykał się boleśnie na tej nie tyle gładkiej, co starannie wygładzonej powierzchni.
Zdarzało się, że ksiądz katecheta przerywał wykład i pytał z irytacją:
– Cóż ty, Agopsowicz, tak mi się przypatru­jesz? Co sobie wyobrażasz?
Agopsowicz skwapliwie zrywał się z ławki (formy starał się zachowywać nienagannie) i spokojnie, z akcentowanym poszanowaniem, odpowiadał zawsze tak samo:
– Słucham i staram się spamiętać, proszę księdza.
Ale nawet to poszanowanie i odpowiedź draż­niły katechetę.
– Słuchasz... – przeciągając to słowo ksiądz starał się uspokoić. – Ale co ty sobie na temat tego, co słuchasz, myślisz, to też pytanie.
Agopsowicz gotów był na nie odpowiedzieć. Zgłaszał to z pokorą:
– Czy mam powiedzieć, co właśnie myślę, proszę księdza?
Nie, katecheta tego sobie nie życzył. Nieza­dowolony z siebie samego, machał ręką i mru­czał:
– Siadaj, siadaj, niepotrzebnie przerywamy lekcję.
– Tak jest, proszę księdza – siadając, z jesz­cze większym szacunkiem stwierdzał Kajcio.
I to stwierdzenie – właśnie ono – znowu wyprowadzało katechetę z równowagi. Podnosił głos i we wzburzeniu, którego nie usiłował ha­mować, wołał o zarozumialstwie, o pyszałkowatości „różnych smarkaczy”, wreszcie, wyczerpa­ny własnym zdenerwowaniem, uskarżał się na konieczność „męczennictwa szkolnego”.
Jeden z nas mimo woli podsłuchał nawet, jak nieszczęsny kapłan użalał się wobec historyka, Nawrockiego. Mówił, że „zwyczajnie go dręczy” układający się w taki sposób stosunek między nim a uczniem. Kompleks Agopsowicza!
Sprawa jednak nabrała specyficznego (może nawet, w skali szkolnej, skandalicznego) posmaczku od momentu, gdy Agopsowicz zachwiał podstawy obowiązujących poglądów już nie na historię Kościoła, ale i na najsędziwsze tradycje chrześcijaństwa.

Nie wiem, czy uroczyście obchodzone w Koś­ciele prawosławnym wrześniowe święto narodzin Marii Panny jest także kanoniczną uroczystością Kościoła ormiańskokatolickiego. Wiem natomiast, że Kajcio Agopsowicz dzień ten „uświęcił” nie­obecnością w szkole. I stało się: kiedy, po dniu czy dwóch, katecheta zapytał go o powody opuszczenia szkolnego dnia, zapytany oświad­czył, że obchodził ważną „uroczystość rodzin­ną”.
– Imieniny? Wesele? – dopytywał się ksiądz katecheta.
– Nie, proszę księdza – odpowiedział Kaj­cio. – Rocznicę.
– Proszę, proszę, rocznica. To musiała być chyba ważna rocznica, skoro już na początku roku szkolnego skłoniła cię do opuszczenia ca­łego dnia. A może powiesz nam, co to była za rocznica?
Kajcio skłonił się; był pełen skruchy, bardzo pokorny. Mówił też tonem, w którym brzmiało najgłębsze ubolewanie.
– To była kolejna rocznica narodzin Marii Panny – wymówił z nabożeństwem.
– To ty obchodzisz święta wedle juliańskiego kalendarza? – zaniepokoił się kapłan.
– Nie. W naszej rodzinie obchodzimy to nie jako święto kościelne. Traktujemy je jako uro­czystość rodzinną.
– Jak się domyślam – ciągnął śledztwo ksiądz – na jakąś pamiątkę?
Agopsowicz potrząsnął głową z ponownym ubolewaniem.
– Nie, proszę księdza – odrzekł tym samym tonem – jesteśmy w prostej linii potomkami bliskich krewnych Marii Panny.
Powiedziane to było skromnie, spokojnie, proste stwierdzenie bezspornego faktu.
Jedno jest pewne: gdyby ksiądz katecheta nie miał tak zadawnionych i w tym stopniu draż­niących uprzedzeń do Kajcia, sprawa skończy­łaby się inaczej, niż miało to miejsce w naszym wypadku. Nietrudno było rozładować oświadcze­nie Agopsowicza przez powołanie się na apok­ryfy, na cykle starodawnych legend ludowych; wiele środków miał do dyspozycji ksiądz kate­cheta w celu rozbrojenia i może nawet komicz­nego unieszkodliwienia bomby ciśniętej w śro­dek lekcyjnej godziny. Było go na to stać. Ale nie w odniesieniu do tego właśnie ucznia, które­go na licho wie jakiej podstawie posądzał o naj­gorsze „knowania”, a kto wie, czy nie o skłon­ność do bluźnierstwa. Zamiast tedy jakiegokol­wiek działania pedagogicznej natury wykładowca dał się ponieść wzburzeniu, nie wytrzymał ner­wowo: słowo „bluźnierstwo” padło z ust roz­sierdzonego kapłana.
Są słowa, które nabierają wagi tylko dlatego, że zostały wypowiedziane w określonych warun­kach. Bluźnierstwo w murach szkoły to już były nie przelewki. Z tego robiła się sprawa.
Najgorsze było, że obie strony okazały się całkowicie głuche na wszelkie perswazje. Ksiądz obstawał twardo przy twierdzeniu, że zuchwałe i świętokradcze słowa Agopsowicza są „skut­kiem perfidnego i cynicznego bezbożnictwa”, że – wziąwszy pod uwagę „ogólny, raczej wysoki poziom inteligencji tego ucznia” – można mó­wić nawet o anty­religijnej prowokacji.
Agopsowicz natomiast upierał się – i także nie na żarty – przy tym, że jest głęboko wie­rzący i że tradycja jego pokrewieństwa ze świę­tą rodziną da się stwierdzić historycznie. Huczek się robił niezgorszy, dyrektor Jasiewicz rwał resztę włosów ze skołatanej głowy, obawia­jąc się zwiększenia skali skandalu. Podniecenie ogarnęło bursę, nasi nauczyciele wypowiadali się na drażliwy temat oględnie i ostrożnie, na­wet historyk, Marian Nawrocki, na którego ksiądz katecheta bardzo liczył, nie zajmował wyraźnego stanowiska. Bo co można wiedzieć o związkach rodzinnych przedstawicieli nacji, która siedziała u stóp Araratu, jeszcze zanim na jego szczycie osiadła biblijna Arka?
Ale podniecenie, jako się rzekło, zataczało coraz szersze, koncentryczne kręgi. Ogarniając bursę, nie mogło ominąć jej opiekuństwa, a więc i ormiańskiej kapituły. Nie pamiętam, czy sprawa dotarła do erespochana, metropolity ormiańskiego, arcybiskupa Teodorowicza. Wiem natomiast, że uczeni ormiańscy kanonicy, do­stojni starcy, Kajetanowicz i Isakowicz, uznali za konieczną obronę kompatrioty i wyjaśnienie rzeczywistego, wspartego o wielowiekową (mo­że nawet ponadtysiącletnią) tradycję uroszczenia rodowego Kajcia Agopsowicza. Zjawił się
też w mieście jego dziadek, człek wielce dostoj­ny i malowniczy, znany na swoim terenie adwo­kat. Był zresztą też przed kilkudziesięcioma laty uczniem naszej szkoły.
Wiem, że wspólne posiedzenie za­interesowa­nych – tylko jedno, ale wielo­godzinne – miało przebieg początkowo burzliwy. Odbyło się w,,sali prefektów” bursy imienia Torosiewicza i dlatego mieliśmy dokładne zeń sprawozdanie, z pierwszej ręki: drugi Agopsowicz, Bodzio, za­szył się w ściennej szafie lokalu sesyjnego i su­miennie wysłuchał wszystkich argumentów oraz kontrargumentów. Stękał potem nieco przez pa­rę dni, siedzenie w szafie bowiem, nawet najprzestrzenniejszej, zawsze pozostaje czymś da­lekim od wygody; za to jednak informacje miał wiarygodne i świeże jak ciepłe bułki.
Wspomniana burzliwość wstępnej dyskusji wypłynęła z ustaleń ormiańskich kanoników, do­tyczących motywów postępowania Kajetana Agopsowicza. Dowiedziono głęboko urażonemu katechecie, iż wszelka premedytacja oraz bezbożność nie wchodzą tu w ogóle w rachubę; od tego momentu obrady potoczyły się już bar­dziej gładko.
Nie będę przytaczał zawikłanego wywodu, do­tyczącego wciąż żywej tradycji, tradycji bardzo starożytnej, ale kontynuowanej w przekazie do­mowym rodzin ormiańskich. Wątpię, czy sam, co nieco obkuty w tych sprawach, Bodzio Agop­sowicz zapamiętał dokładnie wszystkie subtel­ności tego wywodu. Cóż dopiero ja: zapomnia­łem z kretesem. Znacznie później i przy innej zupełnie okazji przypomniałem sobie cytowa­nych pono wtedy prastarych historyków Armenii – Mesropa Masztoca, z piątego i Mowsesa Chorenociego, z siódmego wieku naszej ery. To ich teksty dostarczyły „rzeczowych” argu­mentów obrońcom upartego Kajcia. Wynik wzmiankowanego posiedzenia wykazywał w peł­ni takt i mądrość reprezentantów ormiańskiego kleru. Blasku wykoncypowanej formule przydał najprawdopodobniej dziadek-Agopsowicz, me­cenas.
Otóż formuła głosiła, że Kajetan Agopsowicz, potomek jednej z najstarszych, znamienitych ro­dzin ormiańskich, mógł (i może) domniemy­wać w oparciu o zachowane tradycje, że przodkowie jego mogli pozostawać w pokre­wieństwie z Marią, Matką Jezusa; oczywiście, jest to mniemanie apokryficzne, ale obwiniony o bezbożność głosił je z dobrą wiarą, pozosta­jąc w zgodzie z tradycyjnym przekazem rodzin­nym. W niczym to nie umniejsza jego poboż­ności.
Ten majstersztyk dyplomatyczny zakończył sprawę między naszym katechetą a jednym z uczniów. Nie zakończył sprawy samego Kajcia, który odtąd zwany był powszechnie „krewnym świętej rodziny”. I to takim, którego prawo (co prawda niekanoniczne) do tego tytułu zostało oficjalnie potwierdzone. Najbardziej z takiego obrotu sprawy był zadowolony poczciwy dyrek­tor Jasiewicz. Przypuszczam, że jego następca, Buzath, pod auspicjami którego zdawaliśmy ma­turę – i ja, i Kajcio – martwiłby się tym wszystkim znacznie mniej, natomiast zabawy miałby na pewno o wiele więcej.
Oczywiście opowiedziałem to głównie dlatego, żeby się pochwalić: to jednak nie byle co kole­gować z oficjalnie (niechby nawet i niekanonicznie!) uznanym krewniakiem Świętej Rodziny.
Ale wspominając rzeczy dawne, minione i wto­pione bez reszty w nicość, w pył dróg, które już też nie istnieją, wspominam wciąż jeden ze szczególnie dobrze zapamiętanych fragmentów sprawozdania Bodzia Agopsowicza z debat na temat mniemanego bluźniercy. Oto kiedy nasz ksiądz katecheta nieco przekąśliwie uczynił uwa­gę, że dwaj duchowni obrońcy Kajcia miłują bardziej ormiańskie tradycje niż nakazane formy katolickiej pobożności („przy tym poziomie in­teligencji, jakie ujawnia ich, wprawdzie młody, ale bystry i bynajmniej nie naiwny klient”), sę­dziwy kanonik Kajetanowicz odpowiedzieć miał z uśmiechem:
– A jakże nie szanować ludzkich tradycji? I wiara, i niewiara, i pobożność – to wszystko staje się przez ludzi. Nie wszystkoż nam jedno, po jakiemu umiłujemy i uszanujemy człowieka – po ormiańsku czy z ormiańska po katolicku?
Księdzu katechecie było, jak się zdaje, nie wszystko jedno.
Może jednak jest raczej tak, jak mówił or­miański kanonik. Nawet jeśli jest to „mniemanie niekanoniczne”, jestem gotów uznać je za słusz­ne.

Tekst jest skróconą wersją opowiadania o tym samym tytule z książki L. Kaltenbergha „Studnia miłości” (Warszawa 1972).

LEW KALTENBERGH (1910 Szumsk na Wołyniu – 1989 Warszawa). Pisarz, poeta i tłumacz z jęz. rosyjskiego i węgierskiego, dziennikarz radiowy. Ukończył wydział humanistyczny na UJK we Lwowie, tamże asystent do 1939. W czasie wojny na Węgrzech i w Jugosławii. Po wojnie w Warszawie, pisał powieści historyczne, zbiory opowiadań i poezji, wspomnienia.