Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Adam Trojanowski, WSI SPOKOJNA

Wspomnienia serdeczne (1)
 
Do dworu, zwanego przez tutejszych folwarkiem, należało skręcić przed cerkwią. Była dosyć leciwa, drewniana, z dużą kopułą w kształcie „bani” nad główną częścią świątyni. Obok znajdowała się także drewniana, czworokątna u podstaw dzwonnica oraz niewykorzystywany wówczas budynek mieszkalny kościelnego. Msze odbywały się w niej rzadko, a odprawiał je duchowny, przybywający z którejś z okolicznych miejscowości.
Do rozdroża docierało się szerokim, piaszczystym traktem, który ulegał systematycznemu rozszerzeniu kosztem poboczy, w poszukiwaniu przez furmanów twardszego gruntu. Na zapleczu cerkwi rozciągała się dosyć biednie wyglądająca wieś Kochanówka, wprost przed cerkwią zaczynała się zaś długa aleja lipowa. Na jej końcu widać było z daleka poziomy, biały prostokąt budynku dworskiego, a za nim sięgający ponad dach pióropusz wysokich drzew tamtejszego parku.
Do wspomnianego rozdroża można było przybywać traktem od strony Jaworowa, ­czyli ze wschodu, lub od Krakowca, a więc od zachodu. Jaworów był dogodnym punktem wyjściowym do Kochanówki dla mieszkańcow Lwowa, odbywających podróż koleją, tak jak ja z rodzicami. Przez Krakowiec przybywali natomiast nomen omen „krakowiacy”, jak moi dziadkowie, którzy z pociągu na linii kolejowej Kraków–Lwów korzystali z przystanku PKP w miejscowości Podgacie koło Mościsk.
Dalsza jazda do Kochanówki odbywała się zarówno z Jaworowa, jak i odległych Podgaci pojazdem dworskim. Z Jaworowa należało pokonać ok. 15 km piaszczystego traktu przez Czernilawę oraz Huki, natomiast z Podgaci bez mała 30 km, przez wspomniany Krakowiec. Do obu wyjściowych miejscowości można było dotrzeć także rozklekotanym autobusem żydowskim, odchodzącym z placu Strzeleckiego we Lwowie. Notabene nigdy z niego nie korzystaliśmy.
Jaworów był niewielkim miastem, niemniej stanowił stolicę powiatu, gdzie w latach 30. starostą był mój wuj ze strony ojca, dr Kazimierz Sługocki. Przez ok. 40 lat miejscowość ta była ulubionym miejscem pobytu króla Jana. Oprócz opowieści na ten temat nie pozostał tam trwały ślad jego pobytu.
Jazda koleją do Jaworowa trwała ok. 3 godzin, choć był odległy tylko ok. 60 km. Wynikało to z faktu, iż około połowę drogi, bo aż do Janowa tor kolejowy przebiegał gościńcem. Był on blokowany oczywiście życiem wiejskim, do leżenia bydła w pozycji trawiennej wprost na torze – włącznie. Pociąg zwalniał, stawał, płoszył zwierzęta i ostrzegał ludność częstym gwizdem lokomotywy. Dalsza droga wiodła przez piękne lasy, sięgające do Janowa poprzez Starzyska aż do Cetuli. Potem zaczynały się już łąki oraz pola uprawne, aż do stacji kolejowej w Jaworowie, odległej od miasta ok. 3 km. Tam czekał wcześniej zamawiany powóz dworski. Jazda do Kochanówki była ciężka, koła brnęły w głębokim, przesypującym się pomiędzy szprychami piasku. Przebiegała cicho i sennie, przerywana doraźnie uderzeniami orczyków o dyszel i pobrzękiwaniem łańcuchów uprzęży lub parskaniem koni. Po drodze przeprawiano się bez mostu przez niewielką rzeczkę, gdzie odbywało się tradycyjnie pojenie koni.
Pojazd docierał wreszcie do wsi Kochanówka, mijając kilka tamtejszych chałup na skraju wsi oraz murowany, niski budynek karczmy prowadzonej przez Żyda, tamtejszego handlarza gęsi, zwanego przeto Husiarem. Potem skręcało się w aleję, prowadzącą wprost do dworu. Jazda od Krakowca przebiegała także piaszczystym traktem przez Rudę Krakowiecką i Rudę Kochanowską, pozostawiając z boku polską wieś Świdnicę. Z prawej strony, jadąc częściowo przez las, mijało się duże gminne pastwisko o nazwie Żukanka, z lewej zaś tamtejszy cmentarz. Nieco dalej odchodziła w lewo wąska droga, prowadząca na wzniesienie zwane Wilczą Górą. Z tej strony nie było żadnej zabudowy wiejskiej.
Wspomniana aleja lipowa miała ok. 200 m długości, a jadąc nią mijało się po prawej stronie czworaki dworskie, gdzie mieszkał tamtejszy Żyd, a mianowicie pachciarz, z córką Surą, towarzyszką moich późniejszych zabaw. Skupował od dworu mleko do dalszej przeróbki i rozprowadzania. Potem były jeszcze dwa stawy. Z prawej strony płytki i zamulony, z lewej zaś głęboki, zawsze w cieniu grupy potężnych topoli. Wreszcie była brama wjazdowa, zwieńczona jakąś drewnianą nadbudówką i – drogą okrężną wokół gazonu z klombem w środku i grupami krzewów bzu – podjeżdżało się przed parterowy budynek dworski. Jego centralna część miała postać zadaszonej werandy wspartej na czworokątnych słupach, wysuniętej nieco przed front zasadniczego budynku. Także obydwie skrajne części budynku były nieco wysunięte w stosunku do części centralnej. Całość była wyprawiona białą zaprawą i pokryta blaszanym dachem.
Dwór w Kochanówce, rysunek z 1931 r.
Dwór w Kochanówce pochodził prawdopodobnie z końca XVIII w. i należał niegdyś wraz z całym majątkiem do rodziny Cywińskich herbu Puchała. Na zasadzie kupna przeszedł w ręce rodziny Rozwadowskich herbu Trąby, z której Władysław był tam właścicielem stadniny koni arabskich, szczególnie cenionej we wschodniej Galicji. Jako wybitny hodowca tych koni został nawet mianowany przez cesarza Franciszka Józefa koniuszym dworu. Rodzina ta przechowywała we dworze wiele cennych mebli i dzieł sztuki, a także portrety rodzinne, nawet z XVI w. Zbiory Rozwadowskich odziedziczyła córka Władysława, po mężu Orzechowiczowa, i zostały włączone do lwowskiego muzeum pod nazwą „Zbiory Bolesława Orzechowicza”. Jako dziecko prowadził mnie tam ojciec, dbający zawsze o wszelką znajomość miasta. Majątek Kochanówka kupił od córek Rozwadowskiego Antoni Łodzia Lachowicz i przetrwał on w rękach tej rodziny do września 1939 r. jako fundacja.
Powierzchnia terenów rolniczo-leśnych majątku wynosiła prawie 500 ha słabej jakości gruntów piaszczystych. Ostatnim jego właścicielem był jaworowski aptekarz z rodziny Lachowiczów. Zmarł tragicznie wkrótce przed wojną w pożarze drewnianej „wygódki”, zapalonej od świeczki.
Od niego dzierżawił majątek mój wuj, Ludwik Żurowski, przeniósłszy się do Kochanówki z dzierżawionego uprzednio majątku w Honiatyczach, bodajże w okolicach Radymna, w latach 20. Miał ukończoną Krajową Szkołę Rolniczą w Czernichowie i dysponował dużą praktyką w gospodarzeniu na roli.
Wuj był mężem jednej z rozlicznych córek mojego pradziadka Ludwika Nowakowskiego, weterana Powstania Styczniowego, Elżbiety, zwanej rodzinnie Elą. Była rodzoną siostrą mojej babki Anieli Dąbrowieckiej, żony generała dyw. Eugeniusza Dąbrowieckiego. Wuj miał wielu braci, a matka ich Róża mieszkała we Lwowie na Kwiatkówce przy swojej córce, po mężu Skornowej. Żurowscy mieli przesłanki, by „pieczętować” się herbem Leliwa, ale nigdy z tego praktycznie nie korzystali. Podobnie było z naszym herbem rodowym Szeliga. Tradycje rodzinne były u nas podtrzymywane, szczególnie te patriotyczne. Za najważniejsze uważano i uczono młodych być społecznie sprawiedliwym i krajowi przydatnym. Skutkiem mnogiej ilości córek mojego pradziadka Ludwika Nowakowskiego znalazłem się poprzez ich mężów w rodzinnych więzach z rodami Chwalibogowskich, Piotrowskich, Niementowskich, Butrymowiczów oraz Świątkiewiczów. Także u nich można by się dopatrywać herbów, jeśliby ktoś tego chciał. Ważniejsza była w naszej rodzinie świadomość, ilu i kto z tych rodzin był u Poniatowskiego, Chłopickiego, Traugutta, Piłsudskiego oraz Andersa, służąc bronią Polsce. A na to są dokumenty i nie trzeba się niczego innego dopatrywać.
W latach 30., kiedy bywałem z rodziną gościem w Kochanówce, wuj Ludwik miał ok. 50 lat. Z ciocią Elą miał troje dzieci, wtedy już dorosłych. Najstarsza Zosia, ładna szczupła blondynka o typowej polskiej urodzie, przebywała stale z rodzicami na wsi. Prowadziła „swój” ogród jarzynowy i hodowała z sukcesem różne kwiaty ozdobne, którymi obsadzała dworskie tereny, a więc klomb na gazonie oraz przestrzeń od strony parku.
Zbyszek przebywał jako uczeń gimnazjum w Zakładzie oo. Jezuitów w Chyrowie. Maturę zdał we Lwowie przy dużej pomocy mego ojca, mieszkając przez jakiś czas u nas przy ul. Tarnowskiego, na tzw. stancji. Po niezbyt udanym wejściu na tzw. „Lasówkę” spełniły się jego marzenia i ukończył Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu. Jako zawodowy podporucznik otrzymał służbę w 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich we Lwowie. Był całą duszą z nią związany, kontynuując w ten sposób swoje ulubione jeździectwo, które uprawiał jako młodzieniec w Kochanówce na swoim pięknym koniu arabskim Erosie. Skutkiem epidemii nosacizny ten wyjątkowo wspaniały żelazny szpak, bo tak się ta maść końska zwała, został profilaktycznie zastrzelony. Zbyszek był bardzo związany z moją rodziną, a dla mnie stanowił jako zawodowy oficer kawalerii wzór męskiego sukcesu. Mój ojciec, obserwując moje szkolne problemy w sposób sceptyczny, twierdził z pewną przesadą, że nie mogąc służyć ojczyźnie głową mam szanse służyć jej siedzeniem, idąc do kawalerii.Taka perspektywa mnie osobiście wcale nie martwiła.
Najmłodsza, bardzo ładna brunetka Krystyna, uczęszczała we Lwowie do gimnazjum, będąc na pensji u SS. Felicjanek. Zachorowała na gruźlicę i była leczona w sanatorium zakopiańskim oraz w Hołosku pod Lwowem. Niestety uległa chorobie, która w tamtych czasach zbierała żniwo nie tylko wśród najbiedniejszych, lecz o dziwo, nawet wśród arystokracji. Jej narzeczony, zawodowy podporucznik artylerii, Zbyszek Zasławski, poruszony rozpaczą prosił po śmierci ukochanej Krysi o przeniesienie do lotnictwa. Po ukończeniu odpowiedniego przeszkolenia został oficerem tejże broni jako obserwator, bo tak się ta funkcja wtedy w lotnictwie nazywała. Wkrótce przed wojną zginął tragicznie w 5 Pułku Lotniczym w Lidzie podczas katastrofy „Karasia” PZL-23, który spadł na tamtejszy szpital.
Dwór zamieszkiwali praktycznie tylko wujostwo z Zosią. Kiedy z początkiem lat 30. zaczęliśmy bywać podczas wakacji w Kochanówce, poznałem życie na wsi w tych wszystkich aspektach, które mogły cieszyć ciekawego wszystkiego podrostka. Spędzałem tam, aż do samej wojny, wiele wspaniałych tygodni, poznając wszelkie elementy pobytu na wsi przy absolutnej swobodzie, sprzyjającej cudownym przeżyciom. Bywałem tam z rodzicami podczas wakacji letnich, pamiętam także tamtejsze przeżycia podczas wiejskiej zimy.
Uczestniczyłem w wiosennych polowaniach na cietrzewie, a w lecie na dzikie kaczki. Osobiście dysponowałem dworskim flobertem, z którego mogłem strzelać ostrymi shortami oraz longami do celu lub do tak „nieszlachetnego” obiektu jak wrony i kawki. To wszystko sprzyjało wspaniałym doznaniom podczas pobytów letnich, jak wyjazdy z wujem bryczką celem doglądania prac polnych, gonienia po gumnie i lasach, udział we wszystkich fazach sianokosów oraz żniw, do młocki z zastosowaniem zachwycającej lokomobili włącznie. Wszelkie maszyny i urządzenia rolnicze, wozy, pługi, kosiarki, grabarki, siewniki, kultywator i żniwiarki były mi dostępne, a do tego jeszcze porządki w stajniach, podglądanie podoju, karmienie koni, bydła i trzody chlewnej, a więc niekończące się okazje cudownych wrażeń i przeżyć.
Pobyty zimowe łączyły się z jazdami dworskimi saniami, zwanymi „załubincami”, kiedy to konie rwały przez kopne śniegi, niosąc czarowny dźwięk „janczarów”. Innym wspaniałym przeżyciem była jazda saniami „bosymi”, kiedy konie pobrzękiwały pojedynczym dzwonkiem u dyszla. Były także polowania na zające, przy których występowałem dla polującego ojca w charakterze nagonki razem z rodzimym Dmytruniem. Wszystko to działo się przy absolutnej swobodzie, kiedy na wiele godzin znikałem z oczu rodziców lub opiekunów. Tak było tam bezpiecznie i na tyle miano do mnie zaufania. Były to niezapomniane czasy, kiedy to dopuszczono mnie do powożenia lub samodzielnej jazdy konnej. Wprawdzie butów z cholewami użyczał mi dobrotliwy wuj, musiałem je jednak wypychać słomą jako zbyt obszerne. Najważniejsza była możliwość oglądania świata z pozycji jeźdźca. O swój jeździecki, kombinowany doraźnie ubiór dbałem szczególnie, kiedy wuj pozwalał mi jechać samotnie do Krakowca po odbiór poczty. Tam poznałem swego czasu Danusię, córkę tamtejszego adwokata Witemberskiego, która mnie oczywiście niezwykle zainteresowała. Było to tuż przed samą wojną, jakiś czas korespondowaliśmy ze sobą, ale później kontakt ustał i pewnie całą rodziną zajęli się skutecznie bolszewicy.
Ojciec mój przebywał w Kochanówce z wielką chęcią, wyszukując sobie przeróżne zajęcia, typowe dla wsi, pól i lasów. Szybko przekonał wujostwo, że takie pobyty ludzi z miasta można traktować pensjonatowo, jako tzw. obecnie agroturystykę. Dzięki namowom ojca Kochanówka stała się miejscem corocznego pobytu wakacyjnego moich dziadków, przybywających nie bez trudności z Krakowa. Udało się także namówić rodzinę krakowską Mohr-Sko­wroń­skich. Tak więc za wspaniałe tamtejsze pobyty wujostwo otrzymywali odpowiedni przypływ gotówki.

Budynek dworski w części zachodniej był zamieszkiwany przez rodzinę Żurowskich, natomiast wschodnią część budynku zajmowali okresowo przyjezdni. W samym centrum przechodziło się z werandy do holu, a dalej na wprost znajdował się typowy salonik z wygodnymi fotelami, sofą oraz fortepianem. W letnie dni wszystkie drzwi, od werandy począwszy aż do wyjścia z saloniku na teren parku były otwarte na przestrzał, a orzeźwiający wietrzyk wydymał malowniczo lekkie firanki.
W tej części dworu znajdowała się także bardzo duża jadalnia, a dalej tzw. pokój dziewcząt, sypialnia wujostwa oraz pomieszczenie biurowe, nazywane kancelarią. Samą końcówkę zajmowała obszerna kuchnia oraz izba, gdzie żywiła się najbliższa służba. Niestety w całym dworze nie było bieżącej wody, łazienka była przeto prymitywna z archaiczną, porcelanową miednicą oraz miskami i wiadrami. Tzw. „wygódka” znajdowała się poza budynkiem dworu w drewnianej budce, nad którą zawsze gruchały sympatyczne gołębie. Była więc duża niewygoda, której nie uniknęła wtedy zdecydowana większość dworów.
Był także brak elektryczności i do oświetlenia służyły wyłącznie lampy naftowe. Miały piękne kształty, kolory, z mechanizmem umożliwiającym ich podnoszenie i opuszczanie wedle potrzeby. W każdej z nich było kilka palników, a lampa w jadalni była prawdziwym cudem produkcji wiedeńskiej firmy Dittmar, posiadającej filię we Lwowie przy ul. Zyblikiewicza. Była wyposażona w palniki z okrągłymi knotami, zwanymi popularnie „Rundbrenner”, zapewniającymi szczególną jasność w pomieszczeniu. Fakt istnienia oświetlenia naftowego wymagał stałej pieczy o napełnianie zbiorników naftą, stan knotów oraz czystość szkieł. O to wszystko dbał z obowiązku dworski goniec Gryńko, który oprócz pełnienia dworskich czynności porządkowych maszerował codziennie, w lecie na bosaka, do Krakowca po pocztę i gazetę dla wuja. Właściwie był to jedyny sposób łączności ze światem, oczywiście oprócz okresowych, rzadkich wyjazdów do Krakowa lub Lwowa. W tzw. pokoju dziewcząt znajdował się aparat radiowy w potężnej skrzynce. Nie była to superheterodyna, skutkiem czego podczas strojenia z aparatu wydobywały się niezwykłe wycia. Aparat był zasilany, wobec braku elektryczności, z akumulatora oraz dużej baterii, złożonej fabrycznie z wielu okrągłych bateryjek, tych do lampek kieszonkowych. Dlaczego istniały dwa równoległe źródła elektryczności tego nie wiedziałem i do dziś nie wiem.
Cały dwór był opalany potężnymi piecami na drewno, które przyjemnie pachniało. We wspomnianej kuchni znajdował się bardzo duży piec, na którym gotowano nie tylko dla gospodarzy i gości, lecz także dla części stałych pracowników dworskich. Nie należeli do nich wszyscy fornale, kołodziej i kowal, rymarz, główny polowy oraz stróż nocny. W piecu tym były pieczone także chleby, z których najbardziej smakował nam wszystkim ciemny chleb razowy. Całą gospodarką domową kierowała ciocia Ela, mając jako kucharki dwie Marynki, z których jedna zwana była Czarną ze względu na jej ciemną karnację.
W izbie przeznaczonej dla służby ciocia Ela urządzała dla niej wieczór wigilijny. Nie pamiętam już wedle jakiego kalendarza. Podczas uroczystości najstarszy Wasyl nabierał dużą łyżką drewnianą kutię i wprawnym rzutem kreślił nią na suficie znak krzyża. Obyczaj ten był ponawiany rokrocznie, także w domach tamtejszych chłopów, ale na pewno 14 dni po naszej wigilii. Przy tej okazji przypomniałem sobie, że do ucierania maku w makutrze stosowano dużą drewnianą pałkę o nazwie makohon. Brzmi mi ta nazwa szczególnie oryginalnie i budzi swoiste wspomnienia. Z tej samej izby ruszały na dworskie pokoje tamtejsze jasełka z udziałem kolorowo poubieranych najbliższych pracowników dworskich, oczywiście z herodem, żołnierzami, żydem i śmiercią. Grinko był wtedy najważniejszy i wygłaszał stosowne tyrady.

W Kochanówce gospodarzyło się ciężko, ziemia była nieurodzajna, a w kraju sytuacja rolnictwa nie była wtedy w ogóle szczególna. Były takie soboty, czyli dni wypłaty, kiedy wuj nie miał po prostu na nią pieniędzy. Zgromadzeni pod oknem kancelarii chłopi rozchodzili się szemrząc między sobą, a wśród nich lęgły się na pewno coraz bardziej dochodzące do głosu nastroje nacjonalistyczne, jak i komunistyczne. Te dwa sprzeczne sobie nurty jakoś się dziwnie na wschodzie naszego kraju splatały, aż przyniosły niebawem tragiczne skutki także wobec tamtejszego dworu. Mieszkańcy Kochanówki to Rusini, z wyjątkiem jednej rodziny polskiej o dziwnym nazwisku Twerdochlib. Wszyscy byli zdecydowanie biedni, a gotówki brakowało szczególnie tym, którzy nie zarabiali pracą we dworze i byli na własnym utrzymaniu. Korzystał z tego Husiar, pożyczając pieniądze, które zwracali mu w naturze, po bardzo niekorzystnych cenach. Nie jestem pewien, czy wuj Ludwik nie był czasem zmuszony skorzystać z kasy tego Żyda. Brak gotówki u tamtejszych chłopów zmuszał do daleko idącej samowystarczalności w jedzeniu oraz ubieraniu. W lecie tamtejsi chłopi nosili spodnie oraz wypuszczane koszule z grubego, zgrzebnego płótna lnianego, a głowy chronili od skwaru słomianymi kapeluszami. Przez całe lato chodzono boso.
Dwór lnu nie uprawiał. Tylko na poszczególnych poletkach chłopskich zaznaczał się on z dala, pięknie, błękitną plamą w okresie kwitnienia. Podczas roszenia w potokach i bajorach nie było już tak pięknie. Trwał tam długo niemiły zapach gnicia zebranych krzaczków tej pożytecznej rośliny. W efekcie było znów malowniczo, kiedy przerobiony stosownie len zmieniał się w jasne plamy płótna, wystawianego na słońce i moczonego, celem bielenia.
Nad bezpieczeństwem dworu czuwał stróż nocny o nazwisku Czardasz. Miał obowiązek chodzić w nocy po całym terenie wokół dworu, a szczególnie poprzez obiekty gospodarcze. Od czasu do czasu winien był donośnie pohukiwać, by okazać w ten sposób swoją obecność oraz czujność. Pewnego razu ojciec mój sprowadził ze Lwowa specjalny zegar tamtejszych „czuwajów”, który należało co godzinę nakręcać i wykazywać, w ten sposób, że nocna służba pełniona jest w sposób ciągły. Niezadowolenie Czardasza było ogromne, bowiem zegar ten uniemożliwiał mu okresowe przedrzemanie. Czardaszowi towarzyszył wilczur Frant oraz podobny do owczarka tatrzańskiego Cezar.
Na podwórku, z zachodniej strony dworu, żyły sobie w zgodzie kury, kaczki oraz indyki. Piękne i dumne pawie spacerowały w okolicach gazonu, stale coś skubiąc. Samce rozpościerały od czasu do czasu swoje imponujące ogony i pusząc się obnosiły z nim przez jakiś czas wokoło. Sporadycznie wydawały przeraźliwe, swoiste pianie, które potęgowało się wobec nadchodzącej niepogody. Te mądre ptaki nocowały chętnie wysoko, na kasztanach w okolicy podwórka, upatrując pewnie tam ratunku przed ewentualnym nocnymi drapieżnikami.
W istotnej odległości od budynku dworskiego zaczynało się tzw. gumno, a na nim stajnie. Ta dla koni mieściła według mnie ok. 20 par koni, w tym dwie pary wyjazdowych, przeznaczonych do powozu oraz bryczki. Do powozu przeznaczony był Hetman i bułana Sarna. Do bryczki, a więc pojazdu mniej reprezentacyjnego, przeznaczona były okrąglutka Dynia oraz jej partner o niezapamiętanej nazwie. Do pewnego czasu przebywał tam także koń Zbyszka, Eros. Pozostałe konie to pary robocze, z których każda miała swojego fornala. Do niego należało prowadzenie prac w polu, a także codzienny obrządek. Dla zapewnienia ciągłości pracy sprzętu gospodarskiego w przybudówce stajni końskiej działał kołodziej, pełniący także rolę kowala, a także rymarz. Były tam wykonywane części zamienne, jak koła, kłonice, rozwody i dyszle, a nawet całe, kompletne wozy robocze. Rymarz korzystał z „konika” o rozwartych szeroko nogach, na którym siedział podczas pracy okrakiem, mając przed sobą zacisk do mocowania naprawianego, skórzanego elementu.
Obok znajdowała się także wozownia, w której przechowywano czarny, świecący lakierem powóz wyjazdowy oraz mniej imponującą, lecz praktyczną bryczkę z wypełnionymi sprężynami siedzeniami zamocowanymi na pasach. Powóz służył prawie wyłącznie do odbioru gości ze stacji kolejowej i prowadził go Michajło, a bryczkę Młodszy Seńko. Korzystał z niej najczęściej wuj Ludwik do wyjazdów roboczych w pole. Często zabierał mnie ze sobą, pozwalając przy tej okazji powozić, co czyniło mnie godnym zaufania i wzmagało moją odpowiedzialność. Stałym towarzyszem wypraw wuja w pola był biały szpic o nazwie Bebiś.
Pod kątem prostym była przyłączona do stajni końskiej stajnia dla bydła, którego było ok. 80 sztuk Trzy razy dziennie odbywał się podój, na który schodziły się ze wsi umówione kobiety, dojące krowy do drewnianych skopców. Mleko zlewano co jakiś czas do dużego blaszaka, ustawionego w przejściu centralnym i wyposażonego w pływak, określający bieżąco ilość zlewanego mleka. Skopce były starannie myte, a mleko zbierano przelewając przez szmatę. Na podworcu, przed stajniami, znajdowała się studnia z kołowrotem oraz duże, drewniane koryto do pojenia zwierząt.
Bydło pędził na pastwisko i na powrót do stajni Seńko Starszy, który opiekował się dodatkowo potężnym bykiem. Przechodząc przez gumno o suchej porze wznosiło się tumany kurzu, które wyglądały malowniczo szczególnie o zachodzie słońca. Coś jak na obrazie Wyczółkowskiego Orka na Ukrainie. Byk, zwany „Byniem”, był w zasadzie wiązany do mocnego drąga metalowego wbijanego głęboko w ziemię. Nie raz zdarzało się jednak, że urywał się z uwiązania i pędził galopem do stajni, siejąc wokół uzasadniony popłoch. Jedynym jego poskromicielem był właśnie Seńko. Zdarzyło się, że chroniąc się przed „Byniem”, przesiedziałem dłuższy czas na skrzydle otwartych wrót stajennych, którym rozwścieczone zwierzę potrząsało groźnie pochylonym, rogatym łbem, powodując moją uzasadnioną grozę.
Na uboczu podworca znajdowała się kolejna stajnia, w której trzymano cielęta oraz trzodę chlewną. Wodę konsumpcyjną dla dworu pobierało się w zupełnie innym miejscu za pomocą klasycznego, malowniczego żurawia, z głębokiej studni. Obok niej w pobliżu grupy potężnych topoli odbywało się okresowo, wedle potrzeb, piłowanie pni drzewnych na deski, co wykonywały dwie osoby. Jedna stała na ziemi, a druga zaś na górze, na pniu umieszczonym w specjalnych kobyłkach. Na jednej z topól miały swoje tradycyjne gniazdo bociany, które swoim donośnym klekotaniem budziły w nas poczucie spokoju i pewności.
Tam także, pod tymi olbrzymimi drzewami, stary Wasyl „trzepał” miód z plastrów pobieranych z pasieki. Ta znajdowała się z boku dworu, obok obsadzonego jabłoniami sadu. Mnie najbardziej interesowały tam wspaniałe, białe porzeczki, które konsumowałem leżąc pod krzakiem.
Jedną z moich ulubionych zabaw była jazda na półwózkach, należących do pługów, a gromadzonych na gumnie pod rozłożystą lipą na niedużej górce. Jak widać, nie brakowało mi w Kochanówce możliwości zabawy i równoczesnej mnogości sposobów poznawania ciekawostek życia na wsi. Nic dziwnego, że pobyty, które miały miejsce w latach 30. corocznie, dają mi do tej ­chwili okazję do ogromu wspomnień cudownie spędzanych tam młodych lat.

Dokończenie w następnym numerze