Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Teresa Wojciechowska, OPOWIEŚĆ Z ZAKAMARKÓW WSPOMNIEŃ

Do Lwowa przyjechałyśmy z mamą na dobre wiosną 1940 roku. Przed wojną byłam parę razy we Lwowie. To były krótkie wizyty, których celem był Cmentarz Łyczakowski, gdzie pochowany jest mój dziadek i brat mamy, student I roku architektury. Zmarł na skutek komplikacji po „hiszpance”. Babcia przeniosła się do Przemyśla. W marcu 1940 r., w ciągu jednego dnia, gdy – wedle podejrzenia – miałyśmy być wywiezione, wyjechałyśmy z Krzemieńca. Trzeba było załatwić resztę rzeczy, które sowieci po długich targach pozwolili nam zabrać z Dederkał, gdzie był batalion ­­KOP-u i gdzie przyszło nam mieszkać.
We Lwowie były ucieczki przed wywozem. Dzięki zupełnie obcym ludziom, wspaniałym, o wielkim sercu Lwowianom, udało się nie podzielić losu rodziny. Ale kiedy doszło do konieczności wyrobienia tzw. paszportu (dowodu osobistego), trzeba było postarać się o fałszywe dokumenty. Mama była teraz Janiną Masłowską – praczką. Moje imię zostało to samo. Moje żyjące koleżanki i kolega pamiętają mnie jako Teresę Masłowską z piątej klasy. Zostało na pamiątkę świadectwo szkolne. Jednak przedmiotem tej opowieści nie są wspomnienia moich i mamy lwowskich przeżyć.
Po wkroczeniu Niemców do Lwowa w czerwcu 1941 roku wróciłyśmy do naszego nazwiska i znowu były Zofia i Teresa Wojciechowskie. Fałszywe dokumenty leżały w szufladzie. Któregoś dnia w 1943 r., a może wcześniej, przyszła do mamy znajoma z zapytaniem i prośbą, czy mama mogłaby ofiarować te niepotrzebne już dokumenty Żydówce, która straciła męża i córkę, a chcąc uratować życie musi uciekać ze Lwowa. Nazywała się Sobolowa (imienia nie pamiętam), jej mąż był adwokatem, a ona prowadziła przy ul. Sykstuskiej sklep z eleganckimi dodatkami. Dużo osób ją znało. Mama się zgodziła i za kilka dni znajoma przyprowadziła p. Sobolową. Była młodą, przystojną kobietą. Pamiętam ją doskonale. Była wysoka, zgrabna i nie pamiętam, aby miała semickie rysy. Tylko wyraziste, czarne oczy, które przy białych włosach specjalnie zwracały uwagę i mogły świadczyć o jej pochodzeniu. Posiwiała tak przez noc, kiedy Niemcy zabili jej dziewięcioletnią córkę. Musiała piechotą uciekać ze Lwowa, zatrzymywać się gdzieś na wsiach, aby znaleźć się jak najdalej od Lwowa, a dokumenty Janiny Masłowskiej miały w tym pomóc.
Po dłuższym upływie czasu, nieoczekiwanie, któregoś dnia p. Masłowska zjawiła się u nas. Mama zaniepokoiła się trochę, czy ktoś jej nie widział. Mieszkałyśmy wtedy na Kolonii Profesorskiej w małym domku nr 17 przy ulicy, której nazwy nie pamiętam. Pani Janina chciała zdać nam relację ze swojej ucieczki i podziękować za pomoc. Wyszła ze Lwowa kierując się na południe. Zatrzymywała się we wsiach, prosiła o nocleg i coś do jedzenia w zamian za pomoc w kuchni, czy w polu. W ten sposób oddalała się od Lwowa. Niestety zaczęło brakować sił. Zbliżała się do przedmieść Stryja. Było już ciemno, kiedy w oddali mignęło światło. Resztkami sił dotarła do zabudowań, zapukała do drzwi, które po chwili się otworzyły i w progu stanął Niemiec. Nogi się pod nią ugięły. Nie mogła uciekać. Pomogła znajomość niemieckiego.
Zapytała, czy może byłaby jakaś praca, bo jej poszukuje. Niemiec zawołał szefa, a szef zapytał, czy umie gotować, bo przydałby się ktoś do gotowania. Okazało się, że znalazła się we młynie, którym zarządzali Niemcy. I tak w gronie wrogów zajęła się przygotowywaniem posiłków dla nich. Pani Janina spodobała się bardzo szefowi. Stała się jego kochanką. Nieświadomy jej lwowsko-żydowskiego pochodzenia wysłał ją do Lwowa w celu załatwienia kilku spraw.
Chyba wiosną 1944 r. zjawiła się u nas jeszcze raz. Chciała opowiedzieć ciąg dalszy swego życia. Niemiec-młynarz zakochał się w p. Janinie na dobre. Powiedział jej, że rozejdzie się z żoną, bo tylko z nią wyobraża sobie dalsze życie. Wtedy uznała, że niech się dzieje co chce, ale nie może go dalej oszukiwać i przyznała się, że jest Żydówką. Na to Niemiec zapewnił ukochaną, że jest mu zupełnie obojętne, kim jest, bo on kocha ją taką, jaka jest, i chce, aby spędziła z nim resztę życia. Odpowiedziała mu, że jego miejsce jest przy żonie i dzieciach, a jej w jej ojczyźnie, i tak musi zostać.
Mama dała jej nasz przyszły adres w Krakowie, gdzie mieszkał mój stryj. Stryj ściągnął nas do Krakowa, abyśmy uniknęły Syberii czy stepów Kazachstanu. Front zbliżał się dość szybko.
Pani Janina napisała do mamy z Katowic, potem przyjechała i opowiedziała, że razem z młynarzami, cofającymi się Niemcami, dojechała do Katowic i tam pożegnała się ze swoim szefem odmawiając kategorycznie dalszej wspólnej drogi. W Katowicach znalazła mieszkanie i pracę, a w 1947 roku wyjechała do Palestyny jako Janina Masłowska.


TERESA WOJCIECHOWSKA, ur. 1928 we Lwowie, córka dowódcy batalionu KOP na Wołyniu, który zginął z rąk sowieckich. Nauka w szkołach w Dederkałach, Krzemieńcu i Lwowie, w czasie okupacji niemieckiej w szkole zawodowej i na tajnym nauczaniu. Od 1944 w Krakowie, tu ukończyła gimnazjum i liceum oraz studia na ASP, na wydziale włókienniczym, dyplom w 1952. Praca w biurze projektowym do emerytury w 1990.