Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Danuta Różycka, JADZIA ­CIECZKIEWICZ – PRZYJACIÓŁKA NA ZAWSZE

30 września 2009 roku zebraliśmy się na Cmentarzu Rakowickim: członkowie rodziny, przyjaciele, przedstawiciele Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Wschodnich, aby pożegnać tak bliską nam i drogą Jadzię Cieczkiewicz. Spoczęła w grobie swej matki. Było to drugie, tym razem ostateczne już pożegnanie. Pierwsze rozstanie nastąpiło cztery lata wcześniej, gdy Jadzia musiała opuścić Kraków. Stan jej zdrowia, w głównej mierze psychicznego, rosnące kłopoty z pamięcią, a także przypadki złamania kończyn uniemożliwiły jej dalsze samodzielne życie. Z pomocą przyszli zamieszkali w Warszawie braterstwo i bratanica. Dzięki ich staraniom Jadzia znalazła bardzo dobre warunki życia i opiekę w Domu Seniora w Ulesiu na Mazurach. Powoli aklimatyzowała się w nowych okolicznościach. Pan Zbigniew Cieczkiewicz przekazywał mi wiadomości z Domu Seniora, ale osobistego kontaktu z Jadzią już nie miałam...Naszą znajomość, która przerodziła się w długoletnią przyjaźń, nawiązałyśmy w Krakowie. We Lwowie przed wojną nie znałyśmy się. Jadzia była już wtedy studentką uniwersytetu, podczas gdy ja uczęszczałam jeszcze do gimnazjum. Poznałyśmy się dzięki naszym mamom. Spotykały się one, wraz ze swoimi lwowskimi przyjaciółkami, aby snuć wspomnienia „o kochanych lwowskich czasach”. Przekazywano sobie wtedy też najnowsze wieści ze Lwowa, odczytywano uroczyście listy od osób, które nie opuściły swego miasta. Kiedyś nasze mamy stwierdziły, że „dziewczynki” powinny się poznać i od tej pory obie zaczęłyśmy już czynnie uczestniczyć we wszystkich „zebraniach ziomkostwa”.Do grona tego, oprócz pani Marii Cieczkiewiczowej i mojej matki Jadwigi Różyckiej, należały również pani Roma Witeszczakowa (matka poety i pisarza Leszka Elektorowicza) i jej matka pani Wanda Elektorowiczowa – obie panie to znane i cenione zarówno we Lwowie, jak i w Krakowie nauczycielki muzyki. Spotkania u nich były zawsze wzbogacone ich piękną grą na fortepianie. Przychodziły także pani Janina Bińkowska (jej córka to wybitna, nagradzana za swe projekty inżynier architekt Marta Ingardenowa) i pani Marylka Plutterowa z domu Schirmerówna, właścicielka nowoczesnej lwowskiej piekarni. To dzięki niej w czasie okupacji niemieckiej mieliśmy czasem okazję pokosztować białego chleba, który piekarnia była zmuszona wypiekać nur für Deutsche.
 
Z biegiem czasu grono lwowianek zaczęło się kurczyć, starsze pokolenie powoli odchodziło. Każde takie rozstanie było dla nas bolesnym przeżyciem. W końcu pozostały już tylko – również coraz starsze – „dziewczynki”.Jadwiga Cieczkiewicz urodziła się we Lwowie u progu niepodległości – w 1918 roku. Rodzice jej mieszkali w tym czasie w pięknym, zabytkowym budynku Straży Pożarnej, który przytykał do Wałów Gubernatorskich. Było to mieszkanie służbowe – ojciec Jadzi, kapitan armii austriackiej, został komendantem Straży, matka jej zaś, z domu Geischei­mer, pochodziła z rodziny osadników, których wielu osiedliło się w Galicji za czasów ck Austrii. Rodziny te polonizowały się bardzo szybko. (Mówiło się: babcia poślubiła dziadka Austriaka, zdjęła mu z głowy szlafmycę, przebrała w czamarę, a ich syn już szedł do powstania.) W tym mieszkaniu państwo Cieczkiewiczowie mieszkali do roku 1934, po czym przenieśli się do własnego domu przy ulicy Sobieszczyzna 16, skąd rozpościerał się malowniczy widok na Ogród Strzelecki.W roku 1924 rozpoczęła Jadzia naukę w Szkole Powszechnej Sióstr Benedyktynek Łacińskich, która mieściła się za kościołem Matki Boskiej Śnieżnej. Przed reformą szkoła była czteroklasowa, więc w roku 1928 przeszła do Państwowego Gimnazjum im. Królowej Jadwigi. W latach 1932–1935 uczęszczała do Gimnazjum Sióstr Nazaretanek, a od roku 1935 do 1937 do Gimnazjum im. Adama Mickiewicza, którego przełożoną była pani Olga Filippi. Była ona nie tyko szanowana, ale też kochana przez uczennice, czemu wyraz dała Jadzia we wspomnieniu pod tytułem Mama Filippi, zamieszczonym w Cracovia–Leopolis (nr 4/08, s. 37). Po zdaniu matury w roku 1937 zaczęła studia na Wydziale Filologii Polskiej Uniwersytetu Jana Kazimierza. Z zapisów w indeksie można się dowiedzieć, jak wspaniałych miała profesorów. Słuchała wykładów Juliusza Kleinera, Witolda Taszyckiego, Stanisława Łempickiego, Czesława Nankego, Karoliny Lanckorońskiej. Studia te zostały przerwane przez wojnę i okupację sowiecką. Trzeba było zarabiać na życie (ojciec w tym czasie już nie żył), a więc podjęła pracę robotnicy w spółdzielni ogrodniczej. Od roku 1941, podczas okupacji niemieckiej, była zatrudniona jako urzędniczka w Getreideverband – instytucji, która nadzorowała obrót zbożem i jego przetworami. Równocześnie, w celach zarobkowych, zaczęła produkować drewniaki, taki „erzac” obuwia, który był wówczas w powszechnym użyciu. Jej młodszy brat Zbigniew, student politechniki, w roli zaopatrzeniowca dostarczał materiały do tej produkcji. Wyjechał on do Krakowa w lipcu 1944 roku. Jadzia z matką, zagrożone wywozem, musiały opuścić swój dom i zamieszkać u znajomej, która w maju 1945 roku ułatwiła im nielegalny wyjazd do Krakowa.Po przyjeździe do Krakowa zamieszkały naprzód w Bieżanowie-Kolonii, potem w Borku Fałęckim przy ulicy Żywieckiej. Jadzia zaczęła pracować w Instytucie Odlewnictwa przy ulicy Zakopiańskiej, a w celach zarobkowych kontynuowała wyrób drewniaków, nadal przy pomocy brata, który studiował na Wydziale Mechanicznym Politechniki Krakowskiej. Po śmierci matki opuściła Borek Fałęcki i w roku 1994 przeniosła się do mniejszego mieszkania w spółdzielni Domy Pogodnej Jesieni przy ulicy Dobrego Pasterza.Jadzia żyła Lwowem i – można powiedzieć – we Lwowie, który sobie sama stworzyła. Wystrój jej mieszkania był „arcylwowski”. Nawet wzór na poduszce na tapczan pracowicie wydzierganej szydełkiem stanowił wyraz LWÓW, przetworzony artystycznie w różnych ujęciach i kolorach. W swojej bibliotece zgromadziła wszystkie dostępne wówczas książki o tematyce związanej ze Lwowem, zarówno te wydane jeszcze przed wojną, które udało się jej zdobyć, jak i te wydane w kraju, w czasie gdy temat polskości Lwowa i Kresów Wschodnich nie był już przez władze zakazany. Zdarzały się też pozycje wydane w Londynie, przemycone do kraju przez przyjaciół. Te książki, których wówczas nie wydawano, np. dialogi Tońka i Szczepka, „Uśmiech Lwowa” Makuszyńskiego (został wznowiony dopiero w 1989 roku) przepisywała pracowicie na maszynie, a kopie przekazywała przyjaciołom. (Trzeba przypomnieć, że nie było wtedy jeszcze kserografów). Wiele książek zaprzyjaźnieni autorzy opatrywali bardzo osobistą dedykacją. Np. Witold Szolginia pierwszy tom swej książki Tamten Lwów, zadedykował w słowach: „Pani Jadzi Cieczkiewicz tę skromną przygarść fragmentów naszego zielonego życia w najserdeczniejszych krajobrazach naszego miasta ofiarowuje najprzyjaźniej Witold Szolginia. Warszawa, październik 1992”. Zaś tom ósmy, który wyszedł w roku 1997, już po jego zgonie, przysłała pani Wanda Szolginiowa z równie serdeczną dedykacją. Na tytułowej stronie swej książki Tylko we Lwowie jej autor napisał krótko: „Jadźce Cieczkiewicz – przejazdem u Dominikanów w Krakowie Jerzy Michotek – Jurciu z Rynku”. Jadzia utrzymywała kontakty osobiste z wieloma osobami, oczywiście oddanymi sprawom Lwowa, poświęcającymi się w różny sposób swojemu miastu.Była wielostronnie uzdolniona. Pisała z łatwością, językiem barwnym, z wielką swadą i poczuciem humoru. Wspomnienia swoje zatytułowała Kochane lwowskie lata. Jeden ich fragment, opisujący rodzinny wyjazd do Zadwórza, ukazał się w Cracovia–Leopolis (nr 4/04, s. 32). Najwcześniejsze wrażenia z okresu dzieciństwa zamieściła w dziesięciu obrazkach. Wzruszył mnie szczególnie obrazek nr 5, który chciałabym tu zacytować:„Straż Pożarna przytykała do Wałów Gubernatorskich, był to więc naturalny teren spacerów z córeczką, wożoną w wózku, prowadzoną za rączkę. Raz podczas takiego spaceru Mamusia mijała właśnie położony po drugiej stronie Wałów, w górze ponad Strażą, pałac arcybiskupi, gdy na balkonie ukazał się sam arcybiskup Józef Bilczewski, postać czczona już za życia w sposób szczególny. Wtedy Mamusia wzięła mnie na ręce, uniosła w górę i pokazała mi postać na balkonie, świadoma chwili. Widząc to arcypasterz wyciągnął rękę nad ulicą i pobłogosławił dziecko i matkę. Wiele razy mówiła mi o tym Mamusia, zawsze z nabożnym kultem tej świątobliwej postaci. (...) Muszę się przyznać, że ilekroć mijałam pałac, zawsze przypominałam sobie opowiedzianą przez Mamusię scenę i patrzyłam w zamyśleniu na długi balkon, na którym ukazał mi się święty człowiek. W 2001 roku został ogłoszony błogosławionym przez papieża Jana Pawła II”.W roku 1999 dziennikarka Radia Kraków Danuta Urbanik przeprowadziła z Jadzią wywiad, który został nagrany na taśmę magnetofonową i opatrzony tym samym tytułem, co jej spisane wspomnienia.Drugą dziedziną uzdolnień Jadzi było rysowanie. Rysunki piórkiem wypełniane barwnymi plamami, oddające zamierzone treści z dużym poczuciem humoru, wychodziły spod jej ręki. Niejeden karykaturzysta mógłby ich jej pozazdrościć. Tworzyła całe serie takich obrazków. Albumik Polskie przysłowia na wesoło zawiera dwadzieścia dowcipnych scenek ilustrujących popularne porzekadła: np. gdzie dwóch się bije..., o wilku mowa... Zbiorek Lwowski bałak rysowany personifikuje na wesoło lwowskie wyrażonka, jak „sztama”, „hebra na bańce”. Takie serie obrazków otrzymywali przyjaciele, przekazywała je też listownie. Życzenia świąteczne przesyłała na kartkach, które sama rysowała i podmalowywała. Spory ich zbiór posiadała Marta Wożniak, artystka scen polskich, autorka wielu artykułów zamieszczonych w naszym kwartalniku, z którą Jadzię łączyła wieloletnia przyjaźń. To u niej i ja miałam okazję spotykać panią Martę, gdy przyjeżdżała do Krakowa. Zmarła ona nagle, w pełni sił twórczych w jesieni 2005 roku. W Cracovia–Leopolis nr 3/07 Romana Machowska i Ewa Śliwicka zamieściły artykuł przedstawiający jej postać i działalność, zatytułowany „Wspominamy Martę”. Jadzia była też utalentowanym fotografem. Oczywiście najważniejszym obiektem jej zdjęć był Lwów. Zdjęcia czarno-białe, potem też kolorowe, robiła w czasie swoich wyjazdów do Lwowa. Nie miała przekonania do aparatów zautomatyzowanych, jak mówiła „głupoli”. Zdjęcia, podobnie jak swoje rysunki, opisywała, układała i oprawiała w tematycznych seriach. Pamiętam nasz wspólny wyjazd do Lwowa w roku 1978. Był to mój pierwszy pobyt w utraconej ojczyźnie, którą opuściłam jako uciekinier przed „drugimi bolszewikami”, a nie jako ekspatriant. Zarzekałam się, że nigdy tam nie pojadę, bo mi serce pęknie, ale się przełamałam i odtąd zaczęłam już jeździć na Kresy Wschodnie. Razem z Jadzią obleciałyśmy wszystkie nasze domy, szkoły, kościoły, weszłyśmy na Wysoki Zamek. Wszystko to zostało udokumentowane naszymi zdjęciami: Jadzia na Wysokim Zamku, ja przed Kaplicą Boimów. Na Sobieszczyźnie odwiedziłyśmy panią Marię Pokiziak, jej dom leżał w najbliższym sąsiedztwie domu państwa Cieczkiewiczów, ja zaś znałam ją jako kierowniczkę Szkoły Ćwiczeń im. Adama Asnyka. Nasz katecheta z tej szkoły ks. dr Stanisław Bizuń powierzył mi „bojowe zadanie” zdobycia zdjęć z pogrzebu księdza Chwiruta, zasłużonego lwowskiego kapłana. Ks. Bizuń opracowywał historię kościoła we Lwowie. Za zdjęcia otrzymane od pani Pokiziakówny był bardzo wdzięczny. Jego książka pod tytułem Historia krzyżem znaczona ukazała się w roku 1993. Mówiąc o talentach Jadzi, o wytworach jej rąk i o jej inwencji, nie można pominąć tego, co w szkole określało się jako „roboty ręczne”. Nie mogłam pojąć, jak przy wszystkich swoich zajęciach, pracy biurowej przed emeryturą, opisanej wyżej aktywności, znajdowała jeszcze czas na ulubione roboty szydełkowe. I w tej dziedzinie przejawiał się jej zmysł artystyczny – komponowała piękne wielobarwne wzory. Dostałam od niej dwie wełniane kamizelki, które do dziś mi służą „od elegancji”. W takiej kamizelce pamiętam jej matkę. O ozdobnej poduszce na tapczan już pisałam. Jadzia potrafiła też wydziergać makatkę, wisiała ona na ścianie u naszej koleżanki, a był na niej sportretowany jej mąż, wysoki pan z długim nosem – trudno byłoby go nie poznać.