Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Jan Parandowski, SZAMBELAN

Zdarzało się czasem tak, że to ani prawdziwe święto, ani zwykły dzień: dwie godziny nauki, a potem do kościoła. Tego dnia wypadła jakaś większa uroczystość, bo zamiast do Marii Magdaleny powędrowaliśmy do katedry – cała szkoła czwórkami, nauczyciele, a dyrektor w stroju sokolskim. Dla takich sztubaków była to wielka wyprawa, ten i ów trzymał za rękę sąsiada, każdy wóz na jezdni nas trwożył. Było niemało takich, co pierwszy raz w życiu (ileż go się uzbierało w tych siedmiu czy ośmiu latach?) wchodzili w nieznane, tajemnicze i nad wszelki wyraz wspaniałe ulice, a sama katedra rozpięła się nad nimi niepojętym czarem.
Ja, urodzony na Chorążczyźnie, z której dopiero przed rokiem wywędrowałem w dalekie strony, poruszałem się swobodnie wśród znajomych ulic, a z katedrą łączyła mnie zażyłość i teraz mogłem służyć za przewodnika. Niejeden z chłopców, nawet taki, którego ledwo znałem, trzymał się mnie i nie odstępował.
– A tam jest obraz Matki Boskiej, przed którym składał śluby Jan Kazimierz.
Aż się nadąłem pychą, wypowiedziawszy to zdanie. Pochodziło ono od wuja Stefana, który raz towarzyszył nam – mnie i matce – w niedzielę na wczesne nabożeństwo – rzecz niesłychana i przez to pamiętna. Moje słowa posłyszał sokoli dyrektor, obejrzał się i rzucił mi spojrzenie wyraźnie pochlebne. Ale jeden z kolegów zaraz zgasił mój tryumf.
– Ach, to ten z „Potopu”.
Nie wiedziałem, o co chodzi i dlaczego nasz król był świadkiem (czy ofiarą) potopu. Już jednak wchodziliśmy do kościoła.
Staliśmy zbitą gromadką na placu Kapitulnym czekając, kiedy nas nauczyciele znów ustawią w czwórki, ale tylko jeden z nich krzyknął: „Chłopcy, wracać do domu!”, i na pożegnanie kiwnął ręką. Byliśmy niepewni tej nagłej, może nawet niepożądanej wolności. W końcu ten i ów odbiegał albo sam, albo z paru innymi, w kilka minut później wszystko się rozproszyło, został przy mnie tylko Tadeusz. Jednego ze mną wzrostu, w tym samym roku, a nawet miesiącu urodzony, był mi najbliższym towarzyszem i w kłopotach szkolnych, i w zabawach. Poza szkołą nie widywałem go, mieszkał daleko na Polnej.
– Chodź – trącił mnie w ramię – pokażę ci mojego dziadka. To szambelan.
Oszołomiło mnie to słowo. Wszystko było w tym dniu oszołamiające, najbardziej wiosna, taka urocza, taka gwałtowna, zdawało się, że Sobieski nie utrzyma w cuglach swego konia i z pomnika ruszy w cwał przez Wały Hetmańskie całe w zielonożółtym puchu pierwszych listków, i zatrzyma się aż na szczycie teatru.
Tadeusz zaprowadził mnie na plac św. Ducha i ukrył w pawilonie, który stał pośrodku. Sam poszedł naprzeciw w stronę gmachu, gdzie w na wpół otwartej bramie stał szambelan. Żadna inna nazwa nie była godna tej postaci. Wysoki, o czerstwej twarzy z sumiastym wąsem, miał na głowie wspaniały kapelusz trójgraniasty ze złotymi naszywkami, obsypany białym puchem, a okrywał go płaszcz ze złotymi guzikami. W lewej ręce trzymał wysoką laskę ze złotą kulą. Tadeusz podszedł do niego, dostojnik wyraźnie się ucieszył, pocałował go w czoło, coś ze sobą gadali, w końcu Tadeusz ukłonił się i pożegnał, ale ten go jeszcze zawołał i dał mu coś, co wydobył z kieszeni płaszcza. Potem znikł w bramie, a Tadeusz wrócił do mnie. Przyniósł garść karmelków, które dostał od dziadka.
– Widziałeś?
Nie umiałem wyrazić podziwu i zachwytu, Tadeusz trącał mnie łokciem.
– No, mów!
Coś tam bąknąłem, coś tam chrząknąłem – oburzyło go to, długi czas się nie odzywał. Już byliśmy na Sykstuskiej, gdy zaczął mówić.
– Ty się na tym nie znasz. To wielka osoba. Sam widziałeś, jak wygląda. To przy cesarzu tak się chodzi – w takim kapeluszu, z taką wysoką laską. Mówię ci, szambelan.
Nie mogłem pozbierać myśli, żadne stosowne słowo nie przychodziło mi do głowy. Trzymałem ją nisko pochyloną i pewnie dla tego zastanowiły mnie jego buty: były w ­lichym stanie. Od butów przeniosłem wzrok na spodnie, na kubraczek, którym brakowało guzików, a jeden był inny. I zaraz się zawstydziłem, choć on nie widział moich spojrzeń ani nie przeczuwał moich myśli – ja sam ich zresztą nie umiałbym wyrazić.
Na szczęście w górnej Sykstuskiej, jakby się konie spłoszyły, zaczął pędzić wóz pocztowy z wielkim hurkotem kół i szczękiem pudła z blachy, o którego ściany, jak się można było domyślić, obijały się leżące tam paczki, bo słyszało się niby łomotanie, jakby ktoś pięścią grzmocił – oczywiście, byłaby to pięść olbrzyma. Stanęliśmy, zatrzymaliśmy dech w piersiach, niepewni co robić: czy wspinać się dalej w stronę kościoła Marii Magdaleny, czy biec za zbiegającym w dół wozem – a nuż się przewróci i rozbije o latarnię? Ale już było za późno, wóz mknął tak szybko, że za chwilę straciliśmy go z oczu, nie wiadomo, czy skręcił w lewo czy w prawo, czy się gdzieś wreszcie zatrzymał, tramwaj zasłonił go tam w dole.
Przez resztę drogi tylko o tym mówiliśmy – o wozach pocztowych, rozbrykanych koniach, Tadeusz chełpił się, że raz tą właśnie ulicą Sykstuską zjechał uczepiwszy się z tyłu wozu pocztowego.
– Tam jest taki stopień, na którym fajnie się stoi, a furman ciebie nie widzi.
W domu roztropnie przemilczałem przygodę z wozem, takie rzeczy budziły niepokój, skłaniały babkę i matkę do obfitych przestróg, które co gorsza, kończyły się rozważaniem, czy można mnie samego puszczać „na miasto”. Rozgadałem się natomiast o Tadeuszu i szambelanie. Przeszło to na razie bez wrażenia, bo matka musiała zajrzeć do kuchni, a babka myślała o czym innym – jeden z niepojętych zwyczajów osób starszych. Na koniec się ocknęła:
– Jaki szambelan? O czym ty mówisz?
Postarałem się zwięźle i jasno opisać imponującą postać z placu św. Ducha. Matka wróciła, babka dała jej znak ręką, jakby chciała powiedzieć, żeby mi nie przerywała. Dopiero o wiele później zrozumiałem, że się myliłem. I babka zapytała:
– To ten szambelan jest dziadkiem twojego Tadeusza?
– Tak. Czy babcia go zna?
– Może.
Nie pytałem więcej, obiad się skończył, babka zaraz poszła do swojego pokoju, matka została jeszcze ze mną, by się dowiedzieć, jakie mam lekcje do odrobienia.
– Ee, nic takiego, dzisiaj nie było żadnej nauki.
Mogłem wrócić do bajek Andersena. Bez obrazków, już dobrze podniszczone, wyglądały na jakąś książkę szkolną i matka, zachwycona moją pilnością, zostawiła mnie w spokoju.
Wesoło ruszyłem w ten świat niefrasobliwy, gdzie pałace królewskie każdemu stoją otworem, a królowie witają gości przy bramie, w szlafroku i w świeżo wyczyszczonej koronie. Wśród pól i lasów, nad jeziorami, po górach snują się białe ścieżki, którymi można dojść wszędzie, spotkać zawsze to, co niewiadome i nieoczekiwane. Otwierały się przede mną nieprzeczuwalne obszary życia. Oto len, który niewinnie podnosił ku słońcu niebieskie kwiatki (znałem go osobiście z pewnego pola w Brzuchowicach), czuł, myślał i cierpiał jako sztuka płótna, jako bielizna i jako biała kartka papieru. Sosenka, ścięta w lesie, przechowywała pamięć bujnych dni aż po ten ostatni, gdy ją porąbano na drobne polanka i wrzucono do pieca.
Ileż współczucia miał malutki groszek, który wcisnął się w spróchniałą deskę, aby choremu dziecku wrócić zdrowie radością swych zielonych kiełków! Każdy obraz, każde zdanie podnosiło westchnienie, byłem serdecznie bliski wszystkiemu, co żyje, i znajdowałem potwierdzenie tego, co dla mnie było oczywiste: że nie ma przedmiotów martwych, że wszystko, na czym spocznie oko, czego dotknie ręka, jest tym, czym ja sam jestem – myślą, uczuciem, pamięcią.
A działy się jeszcze większe cuda. Oto za oknem umknęła gdzieś wiosna, drzewa naszego ogrodu zmieniły się do niepoznania, urosły wysokimi świerkami, okrytymi białą kiścią, a tam, gdzie można się było spodziewać altany, rozbiegły się krzaki i drobne drzewka, otulone puchem śnieżnym, nasycone mglistym światłem ni to słońca zza chmur, ni to księżyca, i biegły dalej, niewstrzymane płotem sąsiada, biegły lasem, w którym i ja się znalazłem, zabłąkany i zachwycony. Z gałęzi odzywały się ptaki, małe i wielkie, różnobarwne, strojne, zza drzew patrzyły oczy, w których rozpoznawałem spojrzenia mieszkańców grot, uroczysk, kniei, wabiące ku tajemnicy nie naruszonej dotąd żadnym słowem.
Drzwi u mnie były otwarte, mogłem słyszeć, jak babka weszła do pokoju matki. Ale mnie od matki oddzielał jeszcze inny pokój, właściwie niezamieszkany – „przejezdny”, jak go nazywaliśmy, bo na otomanie sy­piali goście, dalecy krewni, podwójnie dalecy, bo i przybywający z daleka, trochę przez to tajemniczy, zawsze otwarty na niewiadome jutro.
Słowa babki z głębi mieszkania dolatywały jak poszarpane nitki babiego lata i tylko mój słuch wewnętrzny, może nastrojony bajką, może zaostrzony czujnością serca, odgadywał treść i sens.
– Tak jest zawsze w życiu, szczególnie u biednych ludzi, każdy chce być czymś więcej, niż mu los wyznaczył, i ani myśli, że „to więcej” nic nie warte.
Jeszcze kilka nici oplotło się dookoła człowieka, który, jak mówiła babka, był prawy, zacny, uczciwy, czego nie można powiedzieć „o wielu noszących szumne tytuły”.
Rozumiałem i było mi smutno. Po raz pierwszy miałem żal do babki, bo nieświadomie i niechcący, w niewyczerpanej dobroci serca, odjęła mi złudę w zamian za niepowabną prawdę. Nie przyjąłem tego daru i wiele razy, pod tym lub innym pozorem, robiłem dalekie wyprawy na plac św. Ducha, by zdjąć czapkę i szurnąć bucikami przed wspaniałym szambelanem. Odpowiadał uśmiechem i prawą dłonią dotykał trójgraniastego kapelusza. Aż któregoś dnia idąc tędy z matką zobaczyłem nową postać – zażywnego jegomościa z bokobrodami na wzór Franciszka Józefa.
– O – zdziwiła się matka – to już Marcin Boski nie stoi na bramie Izby Skarbowej.
Nie pytałem o nic. To nazwisko przejęło mnie wzruszeniem. Moja babka, jak zawsze, miała słuszność: dziadek Tadeusza na okrycie swej skromności posiadał strój wspanialszy niż pożyczony tytuł, który teraz był dla mnie śmieszny.
Wkrótce skończyła się moja zażyłość z Tadeuszem: on poszedł do szkoły realnej, ja do gimnazjum, nigdyśmy się odtąd nie widywali. Jego dziadka natomiast spotkałem w innej postaci, gdy już miałem dwa srebrne paski na kołnierzu – dopiero co przyszyte na nowy rok szkolny. Właśnie był pierwszy dzień nauki, właściwie ogryzek, dwie godziny – sprawdzano listę uczniów, dyktowano spis podręczników, w jakie należało się zaopatrzyć. Wybrałem się po nie do księgarni Altenberga na ulicy Karola Ludwika. Dostałem tylko parę książek, bo okazało się, że większość zostaje z poprzedniego roku.
Z lekkim ładunkiem mogłem sobie pozwolić na spacer na Wałach Hetmańskich. Ale zaledwie minąłem pomnik Sobieskiego, stanąłem, a za chwilę cofnąłem się w cień, by mnie nie zauważył ten, kto siedział na najbliższej ławce. Był to Marcin Boski. Odprysk słońca z szabli królewskiej padł na jego długie siwe wąsy. Starzec uśmiechał się i coś mówił. Do kogo? Do wróbli, które trzepotliwą gromadą skakały wokół jego ławki, podfruwały ku niemu, jeden usiadł na kolanie. Z torebki papierowej wydobył garść pokruszonego chleba i rzucił ptakom. Uśmiechał się do nich i mówił. Nie słyszałem słów, nie śmiałbym podejść bliżej, ale też nie mogłem odejść. Stałem tak, nie wiem jak długo, staruszek w końcu wytrząsł torebkę i pokazując, że jest pusta, powiedział głośno:
– No, widzicie, więcej nie ma.
Wróble poderwały się z ziemi i głośnym ćwierkaniem okrążyły starego człowieka, wreszcie odleciały ku sąsiednim drzewom. A więc i to jeszcze: on umiał rozmawiać z ptakami.

 
JAN PARANDOWSKI (ur. 1895 Lwów – 1978 Warszawa), wychowanek Gimnazjum Klasycznego we Lwowie, ukończył filologię klasyczną i archeologię na UJK. Prozaik, eseista, tłumacz, podróżnik. 1933–1978 prezes Pen-Clubu, wykładowca na KUL.