Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Adam Krajewski, LWOWSKIE PRZEDMIEŚCIA. OBRAZKI I SZKICE SPRZED PÓŁTORA WIEKU

Poniższy tekst pochodzi z książeczki o innym nieco podtytule: Obrazki i szkice z przed pół wieku, wydanej we Lwowie w roku 1909, a teraz jesteśmy o cały wiek później... Do nas trafił ze spuścizną po pani Jadwidze Cieczkiewicz, która go przepisała w latach 90. minionego wieku, uważając zapewne, iż nie ma on szansy na wydawnictwo oficjalne. Poszczególne rozdziały chcielibyśmy przedstawić Czytelnikom w kolejnych numerach CL.
Dworek Rewakowiczów na  Łyczakowie.  Wg akwareli Bieszczada, w: F. Jaworski, Lwów stary i  wczorajszy
Przedmieścia lwowskie to świat do niedawna jeszcze odrębny, tak jak odrębnym był lwowski przedmieszczanin, zasadniczo różny od przeciętnego lwowianina, zasadniczo też różny od chłopa z wiosek tuż do przedmieść przytykających. Lecz gdy mieszczanin Lwowa, ten z klasy najniższej, pod względem obyczajowym i majątkowym zasymilował się w ciągu lat ze społecznością miejską, a chłop podmiejski przez stykanie się z miastem przesiąka nim i wytwarza półchłopski proletariat – typowy przedmieszczanin zanika powoli i wkrótce będzie okazem szczątkowym.
Tak więc przedmieszczanie lwowscy zanikają. Rozszerzające się miasto nie wypiera ich poza swe granice ani ich nie wchłania. Gdy popatrzymy na dzisiejsze eleganckie dzielnice, kamienice, wille i pałacyki, stojące na miejscu dawnych parterowych domków z ogrodami i sadami, pytamy, co się stało z mieszkańcami tych domostw, gdzie się przeniosły siedziby tamtych ludzi? Bo w tym samym stosunku, jak się wielkie miasto ku rogatkom wyciąga, nie zabudowują się przestrzenie pozarogatkowe, które powinny były dosięgnąć już wiosek podmiejskich.
Na ok. 40 lat przed erą autonomiczną* zaczyna się nowa epoka rozwoju Lwowa. Zaczynając od Żółkiewskiego, pójdziemy wokół miasta, kreśląc linię, gdzie się poczynało życie przedmiejskie.
Na Żółkiewskiem zaczynało się od ulicy św. Marcina i poza górę Zamkową sięgając, wnikało w miasto od połowy ulicy Teatyńskiej i Wojciecha, obejmując zarazem górną część Zniesienia.
Na Łyczakowie początek swój brało od kościoła św. Antoniego. Dzisiejsze podcmentarze z ulicą św. Piotra, Pijarów i Cetnerówką – było to jądro przedmieścia. W dalszym ciągu szedł pas przedmiejski w ulicę na Rurach (dziś Kochanowskiego) aż po pasieki Halickie – ulicą Zieloną od dzisiejszej Wagilewicza – Stryjską (dziś Zyblikiewicza) od ulicy św. Marka – całą okolicę Cytadeli – i dotykał do Wulki, a za nią obejmował Bajki aż po Gródecki cmentarz. Gródeckie mniej więcej od dzisiejszej ulicy Józefata, Janowskie w jego całej rozciągłości, Kleparowskie do rogatki, a wreszcie Zamarstynowskie po rogatkę, to były już szczere przedmieścia. Jak oazy na pustyni stały i tu gdzieniegdzie kamienice i gmachy fabryczne lub młyny i browary, nie psuły one jednak charakteru przedmieść i ich wyglądu. Obce też były mieszkańcom przedmieść te oazy i tolerowane przez nich (jak i ich właściciele) jako intruzy.
Idąc tym porządkiem, spostrzegamy, że z dzielnicy Żółkiewskiej dawnych przedmieszczan wyparł żywioł żydowski. Resztki przedmieszczan tulą się jeszcze w tyle, ku błoniom Zamarstynowskim i na Zniesieniu. Z ulicy Teatyńskiej zniknęli zupełnie. Na Łyczakowie granica przedmieścia przesunęła się do ulicy Ubocz, a z drugiej strony do górnej Pijarów. Na Rurach pozostała im zaledwie górna część Pohulanki. Zielona ulica, do niedawna jeszcze dzielnica martwa, tuli w swej górnej części ludność przedmiejską w nędznych ruderach z czasów, gdy ulica ta była głównym traktem do Kołomyi i dalej na południowy wschód. W dzielnicy ku Stryjskiemu trzymają się jeszcze na Snopkowie i Żelaznej Wodzie i trochę na Zofiówce. Na Stryjskim zaledwie resztki, na Bajkach i Wulce posunięci aż ku błoniom Kulparkowa. Charakter Gródeckiego zmienił się doszczętnie, to samo w znacznej części Janowskiego, a Kleparów i Zamarstynów z uczciwych przedmieść zmieniły się przeważnie w kolonie złodziejskie „pobytowców”. Dawni przedmieszczanie zwyrodnieli i znikli prawie zupełnie.
To znikanie dawnych przedmieszczan z widowni warte jest, aby mu poświęcić miejsce w szkicu historycznym i obyczajowym Lwowa. Jeżeli bowiem ma swą historię stan szlachecki, ma ją stan mieszczański, nie można przejść do porządku nad stanem od wieków osiadłym u bram i murów grodu, stanem rdzennie polskim lub ruskim, zruszczałym z dawnych polskich osadników.
Jeżeli mowa o stanie przedmiejskim, to zaznaczam, że lwowscy przedmieszczanie byli przed dwoma wiekami przeważnie osadnikami, albo na miejskich łanach, albo na jurydykach szlacheckich, sprowadzonymi „na wolę” w miejsce zagarniętych przez zagony tatarskie ruskich chłopów, którzy z osad zbiegli w inne strony. Byli to więc po prostu wolni chłopi, z Mazur przeważnie, lub jak np. na Zniesieniu, osiedleni i udarowani wolnością jeńcy tatarscy, którzy dość szybko zlali się z tutejszą ludnością i grecki przyjęli obrządek. Mazurski typ zachował przeważnie na górnym Łyczakowie, Cetnerówce, na Mazurówce i Pasiekach, a także na Janowskim. Rezolutność, gorąca krew mazurska, zmysł do handlu i przemysłu, są to do dziś wybitne cechy tego pokolenia, acz mocno już skrzyżowanego. To samo można powiedzieć o strojach, pieśni i tak typowym „łyczakowskim krakowiaku”, gdzie narodowe cechy i motywy ruskie nie zdołały sobie zdobyć obywatelstwa. To samo z obrzędami rodzinnymi, uroczystościami.
Po zmianach politycznych w Galicji, a więc i we Lwowie, zniknęły jurydyki szlacheckie. Mury warowni miejskich runęły pod kilofami reformatorów, a rozwojowi miasta otworzył się szeroki horyzont. Na miejscu dawnych jurydyk i posesji patrycjatu zjawiły się przedmieścia. Na miejscu dawnych osadników, na Wolach i Wólkach – przyszli przedmieszczanie, wykupiwszy grunty, na których siedzieli na prawie osadnictwa.
Stosunek przedmieść do miasta musiał po usunięciu murów przybrać inne formy – zaczęło się prawdziwe życie przedmieść i przedmieszczan.
*  *  *

Opisując przedmieścia szczegółowo, należy zaczynać po starszeństwie. Bezsprzecznie starsze było przedmieście Krakowskie, jako najbliższe staremu podgrodziu księcia, lecz musi ono ustąpić pod wieloma względami Łyczakowowi, bowiem on, jako rdzeń dawnego przedmieścia Halickiego, dał typ innym lwowskim przedmieściom. Powstanie swe datuje też od czasów kazimierzowskich, a w dokumencie przyznającym łyczakowianom kompleks gruntów na Pasiekach, są powołane przywileje Jagiellonów.

ŁYCZAKÓW
Tam na Łyczakowie
rośnie biała brzoza.
Łyczakowski chłopiec
urwał się z powroza.

Tymi słowami charakteryzuje jeden z niezliczonych wariantów tzw. łyczakowskiego krakowiaka najmłodsze łyczakowskie pokolenie. Nie można tego odnosić do ogółu mieszkańców Łyczakowa, którzy wyszedłszy z młodych lat, stają się dzielnymi obywatelami.
Łyczaków… Jeśli o nim mowa, nie mamy na myśli ogromnej dzielnicy IV Lwowa, liczącej ok. 10 000 mieszkańców. Mówimy o tym popularnym, szeroko pojętym „Łyczakowie”, dawniej rozległym, dziś wielkomiejską kulturą zamkniętym w prostokącie, zaczynającym się od ul. św. Piotra, a kończącym się pół kilometra za rogatką „Na Jałowcu”. Tam bowiem gnieżdżą się ostatni Mohikanie Łyczakowa, przed laty 40** niepodzielnie panujący na całym przedmieściu. Dziś – zasymilowani przez żywioł miejski lub wyparci poza obręb przedmieścia, gdzie przeważnie utracili swój odrębny charakter.
Rodowity łyczakowianin ma swój wybitnie lokalny patriotyzm i uważa się za coś nieskończenie wyższego od przeciętnego mieszkańca miasta, którego… toleruje. Gdy jeszcze tramwaj nie zawiózł cywilizacji na górny Łyczaków, miejski „kaban”, zapuściwszy się samopas „na piaski”, nie był pewien, czy wróci bez guza na czole lub podbitego oka. I spotykało to miejskich paniczów, a to dlatego, że się tutejszemu wyrostkowi nie podobała czyjaś facjata. Było to pretekstem przeciw wdzieraniu się „miasta” na terytorium Łyczakowa. Ostatni protest przeciw cywilizacji wygłosiła obywatelka Łyczakowa górnego, robiąc tramwajowi pierwszemu niemożliwą fizycznie do wykonania propozycję, z odpowiednimi gestami.
Typ łyczakowianina rodowitego to typ wybitnie mazurski i choć wiekowe życie z Rusinami odmieniło go nieco, przecież nie zdołało go wynarodowić. Strój przetrwał w części tylko, ale została charakterystyczna czapka „z siodełkiem”, rodzaj maciejówki, tak samo jak gładkie owiązanie głowy u starszych kobiet. Są to jednak okazy szczątkowe. „Arystokracja” starego Łyczakowa albo śpi na cmentarzu, albo straciła swe cechy i niemal na palcach można ich policzyć.
A więc krupiarze: Tabakiewicze-Dobrzańscy, Kijaki, Rewińscy, Marciniaki, Dobrowolscy, Osińscy, Kobylaki, Landmany, Ledezińscy, Porady, Kozaczewscy, Goreccy, Juszczaki, Barańscy. Z rzeźników: Laskowscy, Razińscy, Niewiadomscy. Garbarze: (ślad po nich nie został), Matusiewicze.
Łyczakowianie, jak na potomków Mazurów przystało, są bardzo pobożni, czego ślady w fundacjach kościoła parafialnego św. Antoniego i cerkwi św. Piotra dla garstki Rusinów z dawnego kościoła oo. Paulinów przemieniona (na rozkaz cesarza Józefa II). Pobożność ta jednak nie przeszkadzała im wierzyć w czary i gusła. W ogóle wyznają, że dobrze żyć w zgodzie z Panem Bogiem, ale i diabłu należy oddać co się należy. Na zabobonność tę złożyło się wiele danych, w pierwszym rzędzie otoczenie osady. Z jednej strony puste wzgórza „Kajzerwaldu”, ulubione miejsce samobójców-wisielców, a z drugiej wydmy piaszczyste tzw. łyczakowskiej góry z diabelskim młynem na szczycie (dziś park). Do tego jeszcze cmentarz…
Niewielu lwowianom tkwi w pamięci ta rudera, zwana „młynem diabelskim”. Jakiś niefortunny przemysłowiec, korzystając z wiatrów wiejących silnie na łyczakowskiej górze, zbudował tam z cegieł i kamieni wiatrak. Młyn ten żył krótko. Postawiony na wzgórzu, w miejscu gdzie się wiatry przeciwne krzyżowały, nie był w stanie pracować. Skrzydła łamały się ustawicznie, robota ustawała, aż właściciel zbankrutował i nie zatroszczył się nawet o rozebranie budynku. Opustoszała rudera, a lud z latami wymyślił sobie podanie, że diabeł tam zamieszkał i mleć nie pozwala.
Opóźniony przechodzień stronił tedy od diabelskiego młyna, zwłaszcza nocą, gdy przez otwarte okna i wrota wiatr hulał i jęczał jak potępieniec. Strach przed diabłem wyzyskiwali awanturnicy i rzezimieszki i przez długie lata służył im młyn za schronienie przed pogonią.
Mimo cmentarnego sąsiedztwa wieczorami na ulicach Łyczakowa górnego, zwłaszcza na Mazurówce i Cetnerówce, do cmentarza przytykających, rozbrzmiewają tony harmonijek ustnych, nieodłącznego instrumentu łyczakowskiego młodzieńca. Harmonijka to jedyna przyjemność po ciężkiej i różnorodnej pracy obywatela przedmieścia. Różnorodnej, bo rodowity łyczakowianin, jako potomek Mazurów, jest „do wszystkiego probant”.
I tak rzeźnikiem – jest w zimie, o ile nie jest krupiarzem, co jest zajęciem stałym. W lecie idzie na „mularkę”, albo jako podmajstrzy albo czeladnik. Ci, jeśli nie mają roboty w rzeźnictwie, pracują sezonowo. Przed Bożym Narodzeniem przez parę tygodni budują szopki, następnie sprzedawane na rynku i na placach. Ulubionym zajęciem jest hodowla gołębi, uprawiana jako sport, ale i na handel. Do ubocznych zawodów należy też handel ptaszkami śpiewającymi, łapanymi w siatki i samotrzaski. Nigdy nie brak na nie amatorów i policja nie potrafi opanować tego rynku. Ptasznik nosi towar… w kieszeni.
Idzie na plac Strzelecki, gdzie jest targowica ptasia. – Może pan dźwońca kupi? – Patrzysz gdzie ten dzwoniec, a oto z kieszeni kurtki on pokazuje ci główkę ptaka. Nie chcesz dzwońca, on sięga do drugiej kieszeni i zachęca: – Ładny cziżik. – Masz do wyboru, bo w każdej kieszeni chłopaka jeden ptak siedzi. Dawne dobre czasy minęły, bieda na przedmieściu to rzecz nie nowa i znana. Za czasów analfabetyzmu lepiej działo się na Łyczakowie i może dlatego młódź tylko z musu do szkoły chodzi, a nauczyciele od św. Antoniego i Zimorowicza krzyż pański mają z miejscowymi latoroślami.
Ojcowie tych latorośli woleliby użyć dzieci do rozwożenia piasku. Inna rzecz, że szkoła może wypoleruje nieco mózgi i obyczaje, ale nie oduczy łyczakowian nigdy właściwego im akcentu, słynnego na całą Polskę.
Osada czysto piaskarska od wieków – to Mazurówka. Rozsiadła się jako przedłużenie ulicy Pijarów, od wschodniej strony cmentarza, z jednej strony zamknięta Cetnerówką, z drugiej Pohulanką. Piasek eksploatowano z pobliskiej góry piaskowej, a nie ma we Lwowie człowieka, którego by z drzemki poobiedniej nie zbudził charakterystyczny pisk chłopca piaskarskiego „piaaask trze!”
Piaskarz z Mazurówki nie pojmuje zabawy bez śpiewek i harmonii. Instrument ten jest celem marzeń chłopaka piaskarskiego i choćby nie miał butów na nogach, kupi sobie harmonijkę za uciułane guldeny, kosztem własnego żołądka. Lud to zawadiacki, każdego „surdutowca” zaczepi bez powodu, choćby szedł z kobietą. A już biada młodzieńcowi z miasta, gdy za dziewczyną z Mazurówki tu skieruje kroki. Będzie obity niemiłosiernie! Bójki i pijaństwo grubo są zakorzenione między „narodem”. Dziś, gdy bieda zagląda na przedmieścia, animusz wojenny nieco ostyga.

* Era autonomiczna zaczęła się w latach 1860., czterdzieści lat wcześniej – to zapewne lata 20. XIX wieku.
** jak wyżej