Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Tadeusz Krzyżewski, „ŚWIRKI” LWOWSKIE"

Do galerii typów i typków, charakteryzujących naszą lwowską zbiorowość, należy przed innymi lwowski „świrk”. Każde miasto, a niejeden kraj ma swoich wariatów i pomyleńców. Ma ich i Lwów dziś*, tak jak miał od bardzo dawna. Psychologiczne podstawy zjawiska streszczające się w pytaniu: skąd się wzięły „świrki” lwowskie? – nie zawsze dadzą się stwierdzić. Obserwacja notuje fakty, a przyczyny tylko częściowo może przeniknąć. „Świrki” są to lwowskie wariaty, zwane czasami „durnymi” albo „pomylonymi”, choć nie zawsze bywają zupełnymi wariatami, a często zręcznymi, pełnymi werwy dowcipnisiami udającymi wariatów dla różnych celów.
„Świrków” można podzielić na koronnych, wielkiego stylu, na nieszkodliwych, tępych pospolitaków, na przygłupków, którym tylko czegoś nie dostaje, na towarzyskich i odludków-introwertyków, jowialnych i hipo­chondryków, muzykalnych, uzdolnionych twórczo i zwyczajnych „świrków” ulicznych. Łączy ich wszystkich upodobanie w wędrówkach po ulicznej agorze Lwowa, poszukiwanie szerokich przestrzeni do wyżycia się, świadome wyodrębnianie się od tłumu, mimo że czasem szukają celowo popularności w gromadzie i – stała śmieszność, powodująca, iż stają się tematem i ośrodkiem humoru ulicznego, anegdoty, często piosenki rodem z przedmieścia, a nawet bywają bohaterami okolicznościowej poezji, ba – nierzadko jej twórcami. Niestety, sława ich jest krótkotrwała, mija z jednym sezonem popularności, a oni sami – podobnie jak wielu geniuszów, z którymi mają niejedno wspólne – wychodzą z obiegu i ulegają zapomnieniu. Stają się często rekwizytem pospolitym ulicy, na który nie zwraca się uwagi. Stanowią jednak najznamienitszy składnik etnicznego tworzywa Lwowa i dlatego zasługują na uwagę.
W dawnych czasach – o tych najdawniejszych osobno pisać by trzeba – w czasach austriackich był na poły mityczny już dziś durny Jasio, syn grajzlerki** z okolic Starego Uniwersytetu. Chodził schylony ku przodowi, z rękoma powpychanymi w rękawy, ćmił resztki skórzanych cygar, które wyłudzał od młodych dandysów pod Hotelem George’a lub pod cukierniami, a gdy usłyszał, jak „banda gra”, idąc z wojskiem na ćwiczenia czy na paradę, podbiegał do „Regimentstambora” i do taktu maszerował ku uciesze ulicy. Lubił dialogi mówione i śpiewane z samym sobą. Każdy „świrk” ma swą odrębną „specjalność”, która go różni od innych „świrków” i indywidualizuje. Bywa, że pewne „świrki” mają jednak wspólne „specjalności”.
Durny August, który stał się we Lwowie przysłowiowy ze swego śmiechu, zasłynął jako lowelas, zaczepiający przystojne niewiasty, samotnie wędrujące po ulicy, podobnie jak „pan kapitan”, noszący bluzę ułana austriackiego i zaczepiający salutowaniem przypadkowo mu w oko wpadłych przechodniów. Był potem posępny „karawaniarz”, ekscentryczny odludek i hipochondryk. Chodził w obszernej u dołu, czarnej ongiś, dekadenckiej pelerynie, w powycinanym cylindrze, nosił przed sobą z namaszczeniem podniesioną na wysokość twarzy gałązkę choiny i celebrował pogrzeb. Rozgniewany przez pauprów, wpadał w szał, w którym wykrzykiwał swą życiową tragedię. Ona to zapewne przyprawiła go o obłęd.
Durny Ignaś grywał na skrzypcach i harmonii u początków ul. Kurkowej, na Ruskiej i Rynku. Ignaś! Zośka cię kocha! – takim okrzykiem przyprowadzały go paupry uliczne do wściekłości. Do „durnych Ignasiów” Lwów miał szczęście i kilku ich pomieszał w ciągu kilku pokoleń.
Starsi lwowianie pamiętają dziwaka Przybylskiego. Jego specjalnością były ordery jakiejś fikcyjnej kapituły, groteskowy ubiór z cylindrem przepasanym kolorową wstążką, spodniami w kolorze, lampasami i ostrogami. Był to „świrk” wojskowy. Batiarów napastujących go gonił z podniesioną lagą i nie znosił, by go fiksować wzrokiem.
Ciemna Michalińcia siadywała z harmonią na małym stołeczku przy Kawiarni Wiedeńskiej albo koło sklepu Starka. Miała cudacznie skręcony kok pod niemodnym kapelusikiem i śpiewała ochrypłą fistułą. Ciemne okulary kryły jej oczy, którymi wpatrywała się w coś niewidzialnego dla reszty przechodniów. Durny Lajbuś zasłynął jako piosenkarz uliczny. Jego repertuar pochodził z własnego pomysłu i natchnienia niewybrednej muzy przedmieścia. Jego ulubiony refren Buwajte zdorowa stał się na jakiś rok „przygaduszką” przysłowiową lwowian. Pojawiły się nawet te jego twory wydrukowane w ulotkach przez nieznanego nakładcę i krążyły pomiędzy amatorami poezji ludowej, aż idąc śladem jej tradycji zniknęły bez śladu – rozczytane i wyśpiewane do końca.
Obecnie ma okolica ul. Snopkowskiej i Dwernickiego swego „świrka” – Sieniutę. Chodzi ciężkim krokiem pochylony ku przodowi, twarz ponura, postawa „robiona na siłacza” w lecie półnagi lub w koszulce gimnastycznej, ręce potatuowane, na głowie mycka bolszewicka kolorowa lub fryzura z mokrej ondulacji. Za czasów bolszewickich dostał kilka razy lanie kijami za swe piosenki okolicznościowe, które sam komponuje. Jedyną ich śmieszną stronę stanowi to, że bajdurzą od rzeczy. Jego ulubiony wykrzyk – Nie bądź taki mocny! – rozbrzmiewa nieraz w ciemności wieczoru, gdy pijany wraca na swe kąpielisko (Żelazna Woda), gdzie pracuje i mieszka. Jest to „świrk”-kirus. Pono częściej udaje „świrka”, by swego bzika wykorzystać do celów szybkiej i skutecznej aprowizacji, co mu się udawało zwłaszcza w „ogonkowych” czasach bolszewickich, bo na odczepne dawano mu prowiant bez kolejki. Szafuje do tego niewybrednymi lwowskimi przekleństwami.
Jest w tej dzielnicy jeszcze jeden mały, koboldowaty „świrk-ekspres”. Odznacza się doskonałym, samorodnym i spontanicznym dowcipem i rzechotliwym śmiechem. Prowadzi stale monologi z całą ulicą i zawsze jest wesół.
Oto i cała galeria „świrków” lwowskich, nie licząc pomniejszych. Jest jeszcze wśród ludku lwowskiego, zwłaszcza między przekupniami, wielu „pół-świrków” prawdziwych lub robionych. Ich humor wyładowuje się przy sposobności zetknięcia z klientem w formie reklamowania towaru lub okolicznościowymi „powiedzonkami”. Jak wszystkie „świrki” – mają poczucie wyższości i upodobanie w jakiejś formie charakterystycznej wystąpienia. Pewna kupcowa przy ul. Jabłonowskiej zasłynęła z dowcipów, jakimi traktowała bolszewickie madam towarzyszki. W ogóle na bolszewikach używała sobie ulica w dowcipach, wierszykach humorystycznych i anegdocie. Wiadomo, że lwowscy bracia ochrzcili ulicę Łyczakowską Dawaj na zad.
Przyczyną popularności lwowskich „świrków” jest najczęściej oczywiście ich humor, dowcip, piosenka aktualna, wyczyny błazeńskie. Wiadomo: naród lubi hecy. Poza tym po staremu ludzie cieszą się, widząc coś wykraczającego z form powszechnej rzeczywistości, co stawia na głowie utarte pojęcia o normalności, z czego można się pośmiać, bo i tak „cudzym kosztem”. Można poddać się na chwilę złudzeniu, że zajrzało się razem z wariatem w wyłom uczyniony w szarej ścianie życia powszedniego i znalazło się w krainie bezsensu i beztroski – niedorzecznej, ale radosnej. Dowcip i humor „świrków” i „pół-świrków” lwowskich, mimo że mija bez śladu, daje nurtowi życia swoisty rytm i wyrazisty akcent wybija na taktach dziwnej pieśni, jaką gra, mimo że większość ludzi tego nie słyszy – każdy dzień powszedni.

* Zastosowany przez autora czas teraźniejszy dotyczy najdalej czasów sprzed połowy roku 1945.
** grajzler = sklepikarz

Powyższy tekst był publikowany w „Gazecie Lwowskiej” z 16.05.1943 r. pod sygnaturą T.K.