Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Katarzyna Siekańska, HISTORIE PRAWDZIWE

W roku 2009 Małopolskie Kuratorium Oświaty ogłosiło ogólnopolski konkurs pt. „Losy Bliskich i Losy Dalekich – życie Polaków w latach 1914–1989”. Poniżej drukujemy obszerne fragmenty nagrodzonej pracy laureatki konkursu, uczennicy trzeciej klasy gimnazjum.

Tematem mojej pracy ma być historia. Zatem chciałabym pokazać, jak wielkie wydarzenia historyczno-polityczne dwudziestego wieku wpływały na losy konkretnych osób. Przedstawię dzieje kilku pokoleń mojej rodziny, głównie Danuty z Trylskich i Zbigniewa Siekańskich – rodziców mojego ojca. Swoje opowiadanie opierać będę na relacjach ustnych, zachowanych dokumentach, listach, pamiątkach oraz informacjach z prasy i lite­ratury.
I
18 marca 1946 roku w południe na dworcu PKP w Krakowie z pociągu Poznań–Kraków wysiadła drobna, zabiedzona, dziesięcioletnia dziewczynka Danusia Trylska. Przyjechała po sześcioletnim pobycie w Północnym Kazachstanie. Od tego momentu zaczęło się jej „normalne” życie. Ale opowiem od początku…
Do września 1939 r. sześcioosobowa rodzina Trylskich mieszkała przy Szkole Rolniczej należącej do Liceum Krzemienieckiego w Białokrynicy koło Krzemieńca. Rodzice Danusi byli nauczycielami. Ojciec Zbigniew, inżynier rolnik-hodowca i równocześnie wybitny instruktor harcerski, uczył przedmiotów zawodowych i prowadził folwark szkolny. W latach 1937–1939 kierował Główną Kwaterą Harcerzy ZHP w Warszawie. Matka Jadwiga, polonistka, początkowo uczyła, a później musiała zajmować się domem i dziećmi. Dzieci było czworo: Jerzy, Stefan, Zdzisław i Danuta. Szczęśliwe dzieciństwo w Krzemieńcu na Wołyniu przerwane zostało przez wybuch II wojny światowej i podział Polski na dwie okupacje: sowiecką i niemiecką. Wołyń znalazł się pod władzą Związku Sowieckiego.
13 kwietnia 1940 r. to kolejna data, która odmieniła ich życie. W środku nocy rodzina usłyszała gwałtowne dobijanie się do drzwi. Funkcjonariusze NKWD wtargnęli do mieszkania. Pokazali nakaz deportacji i dali dwie godziny na spakowanie rzeczy. Przerażeni domownicy pakowali wszystko, co było pod ręką: pościel, odzież, żywność… Enkawudziści sprowadzili nauczyciela z sąsiedztwa, który miał pełnić funkcję świadka i pełnomocnika podczas aresztowania. Sporządzona została lista przedmiotów codziennego użytku, które zostawały w Krzemieńcu i miały zostać częściowo spieniężone. Protokół z tych procedur zachował się do dziś. Następnie rodzina została odwieziona na stację kolejową w Krzemieńcu, gdzie stały już wagony towarowe czekające na inteligencką ludność polską wywożoną do azjatyckiej części Związku Sowieckiego. Mimowolnym świadkiem całego zajścia stała się sąsiadka pani Nowakowska, która następnie zawiadomiła listownie rodzinę zsyłanych, opisując wszystko dokładnie. W rodzinie Trylskich deportacją objętych zostało sześć osób: Jadwiga, czworo dzieci i matka ojca, Rozyna (o Zbigniewie – patrz niżej). Była to druga wielka wywózka ludności polskiej z Kresów na Sybir.
10 lutego 1940 roku miała miejsce pierwsza wywózka. Ludzi transportowano w fatalnych warunkach, bez ogrzewania ani zapasów żywności, przy temperaturze bliskiej –40 stopni. Mróz i niedożywienie powodowały osłabienie, choroby, a często śmierć dzieci i starszych osób. Ze wspomnień aresztowanych, które zebrane zostały w książce Jana i Ireny Grossów, wynika, że Polaków szykanowano, kpiono z nich i znęcano się nad nimi w sposób nieludzki. Jeden z zesłanych opowiada, że wciąż był popychany i zmuszany do katorżniczej pracy, a jego siostra zmarła z głodu. Z materiałów zaprezentowanych na wystawie „Sybiracy” pod patronatem PAU dowiadujemy się, że łącznie na zesłanie w latach 1939–1941 (cztery wywózki) skazanych zostało ok. 1,5 miliona Polaków, a wielu z nich nie przeżyło pobytu na Syberii. Jednak faktyczna liczba ofiar pozostaje nieznana. Istnieją bowiem różnice między danymi, którymi dysponuje rząd rosyjski a tymi, które znają Polacy.
*  *  *
Ojciec, Zbigniew Trylski, zmobilizowany w 1939 r., znajdował się już od pół roku na Węgrzech. Tam, na polecenie władz polskich, zajmował się młodzieżą przebywającą w tym kraju, organizując dla niej metodami harcerskimi szkołę polską. Mieszkając przez kilka lat w Budapeszcie, współpracował z tamtejszą komórką AK.
*  *  *
Po dwóch tygodniach jazdy na wschód w nieznane pociąg zatrzymał się w stepie kazachstańskim na stacji Tajańcza. Podwodami i samochodami rozwieziono ludność deportowaną do kołchozów (gospodarstw o charakterze spółdzielczym) rozrzuconych w promieniu od kilkunastu do kilkudziesięciu kilometrów od stacji kolejowej. Pozostawiono ich własnemu losowi, bez prawa przemieszczania się. Rodzina Trylskich znalazła się w Liniejewce (ok. 16 km od stacji), w kołchozie z ludnością niemiecką przesiedloną w latach trzydziestych znad Wołgi. Tu mieszkali dwa lata. Do czerwca 1941 r. (wybuch wojny niemiecko-sowieckiej) możliwa była korespondencja zesłańców z Krakowem i Krzemieńcem. Dzięki temu otrzymali kilka paczek, listów i kartek (tzw. korespondentek). Musieli utrzymywać się z chałupniczej pracy mamy i babci oraz sprzedaży resztek dobytku.
Do pracy na rzecz kołchozu zmuszeni byli wszyscy powyżej czternastego roku życia, w tym najstarszy brat Danusi – piętnastoletni wówczas Jerzy. Praca w kołchozie była niewolnicza, praktycznie bez wynagrodzenia.
Sytuacja zesłańców zmieniła się z chwilą podpisania w 1941 roku porozumienia między generałem Sikorskim a Stalinem i tworzenia armii przez generała Andersa. Wówczas chłopcy (szesnastoletni Jerzy, a potem dwunastoletni Stefan) wywędrowali do organizacji junackich (złożonych z niepełnoletnich kandydatów na żołnierzy) przy Armii Polskiej. Pierwsza informacja od braci o tym, gdzie się znajdują, dotarła w 1944 roku z Heliopolis w Egipcie. Rodzina, zmniejszona do czterech osób, licząc na wyjazd z Armią Andersa na południe, przemieściła się w pobliże stacji Tajańcza. Niestety, w związku ze zmianą na scenie politycznej w roku 1943 (po odkryciu grobów w Katyniu nastąpiło zerwanie stosunków rządu sowieckiego z rządem polskim), nadzieja na wyjazd nie została spełniona. Polskim zesłańcom, wbrew ich woli, nadano obywatelstwo sowieckie. Trylskich czekały kolejne cztery bardzo ciężkie lata na obcej ziemi. Aby przetrwać, trzeba było chwytać się wszelkich możliwych prac zarobkowych.
Mama Danusi przez półtora roku pracowała w ogrodach należących do stołówki kolejowej. Do jej zadań należało na przykład: w lecie pilnowanie nocą ogrodów, a w zimie przebieranie ziemniaków i kapusty w piwnicy. Gdy po pracy udało jej się przynieść w kieszeniach coś do jedzenia, rodzina miała skromny posiłek.
Ponieważ mieszkaliśmy przy linii kolejowej Karaganda–Pietropawłowsk, przez stację Tajańcza przejeżdżały transporty z węglem. Zdzich razem z kolegami wskakiwali na wagony, aby zrzucić trochę węgla. Przynosili go do domu na opał lub wymieniali na żywność. Ludzie podkradali to, co było państwowe, ale nigdy nie zabierali cudzej własności. Oszczędzaliśmy resztki tego, co było prywatne. Nawet dzieci radziły sobie, jak mogły. Na przykład ja, razem z innymi, zbierałam kłosy zboża, które pozostały na polu po żniwach. Wieczorem w domu łuskałam je, a ziarna mieliło się w żarnach.
Złe warunki życia, niskie temperatury, brak żywności jak i wycieńczenie organizmów były przyczyną wielu chorób u zesłańców. Matka Danusi zachorowała na tyfus plamisty. Znalazła się w miejscowym szpitalu. Mimo ciężkiego przebieguchoroby  wyzdrowiała. Niedługo potem Danusia dostała zapalenia płuc po odrze. Uratowała ją lekarka (Żydówka z Leningradu), która przyjęła dziewczynkę do szpitala kolejowego, wbrew przepisom (Jadwiga Trylska nie była już pracownicą kolei). Leczenie dziewczynki udało się dzięki temu, że lekarka dysponowała już sulfatiazolem. Ten ciężki rok 1945 miał być już ostatnim spędzonym na zesłaniu. Wojna się kończyła…
Za aprobatą Stalina w ZSRR działał Związek Patriotów Polskich. Przygotowywana była repatriacja. W lutym 1946 r. zesłańcy otrzymali karty repatriacyjne i, już jako obywatele polscy, wyruszyli ze stacji Tajańcza na zachód – do Kraju. Podróż do granicy na Bugu trwała trzy tygodnie. Dramatycznym wydarzeniem w tym czasie było pozostanie na trasie brata Danusi Zdzicha. Podczas jazdy nigdy nie sposób było przewidzieć, kiedy i gdzie zatrzyma się pociąg oraz kiedy znów ruszy. Podczas jednego z postojów Zdzich oddalił się od wagonu, a transport niespodziewanie odjechał. Niebezpieczeństwo było podwójne. Polegało na tym, że niespełna trzynastoletni chłopiec nie tylko został sam w nieznanym kraju, ale również mógł zostać złapany przez milicję radziecką jako tzw. bezprizornyj, czyli „bez dozoru”. Wtedy znalazłby się w sowieckim domu dziecka. Wszyscy bali się o to, czy zdoła dogonić pociąg przed granicą. Szczęśliwie udało mu się to po dwóch dniach.
Pamiętam, jak 12 marca 1946 roku przejeżdżaliśmy przez granicę na Bugu. Wszyscy mieliśmy łzy w oczach… Od granicy trasa wiodła przez: Warszawę, Poznań do Krakowa. Kolejna „przygoda” miała miejsce w Warszawie, gdy transport odjechał, zostawiając na stacji Warszawa Zachodnia Jadwigę, Danusię i towarzyszące im inne panie, które podczas postoju udały się z wiadrami po zupę dla całego wagonu. Dogoniły transport w Kutnie, podwiezione przez pociąg z sowieckimi żołnierzami.
Kobiety, zwłaszcza matki, były największymi bohaterkami pobytu na Sybirze. To one utrzymywały całe rodziny, zmagały się z chorobami swoimi i dzieci, a przy tym cierpiały, nie wiedząc nic o losie swych mężów.
II
Po kilku dniach rodzina nareszcie dojechała do Krakowa. To miasto zostało wybrane na miejsce osiedlenia przez Jadwigę Trylską, ponieważ tu miała rodzinę i mogła liczyć na pomoc ze strony krewnych. Dzień, w którym znaleźli się znów w domu, opisała jedna z kuzynek, Alinka, w liście do swojego narzeczonego: … Dziś przyjechała ciocia Jadwinia z dziećmi. Głodni i zmęczeni, ale zdrowi i szczęśliwi z powrotu. (…) Danusia wygląda jak mały, zmęczony ptaszek. Jak na swoje dziesięć lat bardzo mała…
Zaczęło się „życie cywilizowane”. Trylscy zamieszkali u siostry matki. Należało już myśleć o pracy i nauce. Po kilku tygodniach Zdzich zaczął chodzić do szkoły, jeszcze przez dwa miesiące przed wakacjami. Danusia została poddana kuracji odżywiającej i nareszcie zapuszczała włosy na obiecane warkocze. W Kazachstanie, jak każda dziewczynka, chciałam mieć piękne długie warkocze. Jednak na Syberii wciąż musieliśmy strzec się wszy. Najbezpieczniej było mieć włosy króciutko obcięte. Mama obiecała mi, że w domu będę mogła je zapuszczać…
Jadwiga, jako osoba uznana przez władze za „podejrzaną” i „wrogą klasowo”, miała trudności ze znalezieniem pracy (była represjonowana z Syberii i stanowiła potencjalne zagrożenie dla rządzących), ale trudności udało się pokonać dzięki ludziom dobrej woli. Po wakacjach, które wykorzystano na nadrobienie zaległości w nauce, dzieci od września poszły do szkoły, a Jadwiga rozpoczęła pracę w Zasadniczej Szkole Zawodowej. Zdzich i Danusia bardzo szybko dorównali rówieśnikom i należeli do najlepszych uczniów w swoich klasach.
Oprócz zajęć obowiązkowych kontynuowano również rodzinną tradycję, zapisując się do drużyn harcerskich, co równocześnie było spełnieniem marzeń dzieci. Niestety ta działalność została przerwana po paru latach, bo w 1949 r. ZHP zostało wchłonięte przez ZMP (Związek Młodzieży Polskiej – młodzieżowa przybudówka partii PZPR).
Lata szkoły średniej przypadły na czas szalejącego stalinizmu w Polsce. Miało to wpływ na atmosferę w domach, szkołach i miejscach zatrudnienia. Trzeba było uważać na to, co i gdzie się mówi.
Zdzich po bardzo dobrze zdanej maturze i z dyplomem przodownika nauki i pracy społecznej dostał się w 1952 r. bez egzaminu na Politechnikę Krakowską. Dwa lata później zaistniała obawa, że Danuta ze względów politycznych (nie należała do ZMP i ojciec był na emigracji w Anglii) nie zostanie przyjęta na studia. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności dziekan (pochodzący ze Lwowa) oparł się nakazom politycznym i przyjął ją na Wydział Budownictwa Wodnego Politechniki Krakowskiej. Oboje radzili sobie bardzo dobrze. W połowie studiów, ze względów ekonomicznych (cofnięte zostało stypendium), Zdzich rozpoczął pracę zawodową jako asystent w Katedrze Matematyki.
Wkrótce przyszła tzw. „odwilż”. Po śmierci Stalina i po przewrocie październikowym w 1956 r., gdy do władzy w Polsce doszedł Władysław Gomułka, możliwe stały się ograniczone kontakty z rodziną w Anglii. Na początku wymienialiśmy listy, ale potem stał się możliwy kontakt bezpośredni. Dowiedzieliśmy się, że Jerzy i Stefan po opuszczeniu Związku Sowieckiego z Armią Andersa poprzez Bliski Wschód ze swoimi organizacjami junackimi trafili do Anglii. Gdy wojna się skończyła, Jerzy miał dwadzieścia lat, a Stefan szesnaście. Inną drogą, z Węgier, poprzez Włochy (II Korpus) dotarł tam również ojciec. Po kilku latach stwo­rzyli w Londynie nowy dom. Ojciec pracował jako urzędnik aż do emerytury. Bracia zdobyli w Anglii wykształcenie, założyli polskie rodziny i doczekali się dzieci…
W Polsce na początku rządów Gomułki w ludziach obudziła się nadzieja, że będzie więcej wolności. Rzeczywiście, wydawało się, że nowy sekretarz zamierza lepiej traktować obywateli, niż robili to jego poprzednicy. Wielu ludzi niesłusznie prześladowanych opuściło więzienia.
Na ten czas przypadło również odrodzenie Związku Harcerstwa Polskiego. Starzy instruktorzy zgłosili się do pracy. Cała rodzina Trylskich zaangażowała się w służbę instruktorską Hufca Kraków-Podgórze. Zdzich reaktywował swoją drużynę Fioletową Trójkę, a wkrótce stanął na czele Hufca Kraków-Podgórze. Jadwiga została członkinią Komendy Hufca i pracowała w komisjach. Danucie powierzono żeńską drużynę harcerek – 18 Pg DH. Okres odbudowy harcerstwa był również czasem największego nim zainteresowania wśród młodzieży. W samym prawobrzeżnym Krakowie (dzielnica Podgórze) zawiązało się około stu drużyn. Powstawały one niemal przy każdej szkole. Z zapałem organizowane były obozowe akcje letnie. Danuta i Zdzich osobiście zorganizowali po kilka obozów.
III
Na przełomie lat 50. i 60. XX wieku oboje, najpierw Zdzich, a potem Danusia zaczęli myśleć o założeniu własnych rodzin. Zdzich już w harcerstwie poznał swoją przyszłą żonę Marysię Millan, drużynową podgórską, a Danusia Zbyszka Siekańskiego spotkała na studiach.
23 XI 1960 r. w parafii w Łagiewnikach odbył się ślub Zdzisława i Marii Trylskich.
17 VI 1961 r. w kościele na Rynku Podgórskim małżeństwo zawarli Danuta i Zbigniew Siekańscy – moi dziadkowie.
*  *  *
Zbigniew Siekański urodził się koło Olkusza w rodzinie nauczycielskiej. Zbyszek wychowywany był przez samotną matkę Janinę najpierw w Bydlinie, potem w Rabce. Tam zdał maturę, a do Krakowa przyjechał na studia.
Jego ojciec Roman był organizatorem i pierwszym kierownikiem szkoły w Bydlinie, która działa do dziś. Prowadził tam bardzo ożywioną działalność pedagogiczną i kulturalną, m.in. stworzył młodzieżowy zespół muzyczny. Na ścianie budynku szkoły w 1989 r. umieszczona została tablica ku pamięci Romana Siekańskiego, który jako porucznik został zmobilizowany w 1939 roku do służby wojskowej. Do rodziny już nie wrócił, ponieważ aresztowany przez Armię Czerwoną na wschodzie Polski znalazł się z innymi oficerami w obozie w Starobielsku. Pisał do żony kartki, które dziś są jednymi z ważniejszych pamiątek rodzinnych. Wiosną 1940 roku zginął w Charkowie jako ofiara zbrodni katyńskiej.
Po wkroczeniu wojsk sowieckich do Polski w 1939 roku aresztowanych lub wziętych do niewoli zostało blisko 22 000 jeńców polskich. Zostali oni przewiezieni do obozów jenieckich w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku. Na mocy decyzji Biura Politycznego Komitetu Centralnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) z 5 marca 1940 roku, strzałem w tył głowy zamordowanych zostało 15 000 jeńców z obozów oraz 7000 aresztowanych, przebywających wcześniej w więzieniach na terenach wschodniej Polski (od 1939 roku należących do Związku Radzieckiego). Jedną z ofiar tej zbrodni był mój pradziadek. […]
*  *  *
Dla mnie, która znam te zdarzenia i osoby bardzo dobrze, historia Polski w okresie 1939–1989 nabiera zupełnie innego znaczenia. Mam świadomość tego, że decyzje Hitlera, Stalina, Gomułki, ale też generałów: Andersa i Sikorskiego wpłynęły w realny sposób na los rzeczywistych, prawdziwych osób. Historia jako nauka nie istnieje bez ludzi. To oni ją tworzą i nadają jej sens przez własne doświadczenia.