Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Helena Żołnierzowa, KONIEC WOJNY 1939–1945

Od maja 1944, wysiedleni z ojcowizny w Ziemi Lwowskiej, mieszkaliśmy we wsi Czarna pod Łańcutem. Rodzice i czworo dzieci w jednym pokoiku. Śledziliśmy wszelkie doniesienia radiowe i inne o zbliżającym się froncie. Ze strachem, ale i z nadzieją, czekaliśmy na przejście frontu. Mieliśmy wielkie pragnienie powrotu do domu, aczkolwiek już z prasy podziemnej wiedzieliśmy, że alianci naszymi ziemiami handlowali. Front szybko się zbliżał. Był lipiec 1944, niedziela. Z siostrą i córką naszego gospodarza szłyśmy do kościoła. Na łące za wsią natrafiłyśmy na okopanych w krzakach Niemców. Mówili, żeby wracać do domu, bo zaraz zacznie się walka. Byłam już wtedy po maturze, znałam język niemiecki, zrozumiałam wszystko, co do nas mówili. Nim doszłyśmy do domu, zaczęła się strzelanina. Od strony Łańcuta w kierunku Rzeszowa nacierali sowieci. Nasz gospodarz i ojciec przygotowali duży dół po starym rowie, przykryli gałęziami, i tu skryły się kobiety i dzieci. Mężczyźni pilnowali budynków na wypadek pożaru. Jeden z pocisków ściął drzewo, które spadło na schron. Nikomu nic się nie stało, było tylko trochę strachu, bo groźnie to wyglądało. Walki trwały cały dzień, nocą słyszeliśmy już tylko pojedyncze strzały. W Łańcucie paliła się gorzelnia Potockich.
Rano we wsi byli już sowieccy żołnierze. Przeważnie podpici, bo rozbili wytwórnię likierów w Łańcucie. Pytali, czy daleko do Berlina. Wygląd ich był taki trochę niewojskowy – mundury postrzępione, buty parciane, podarte. Usta pełne propagandy, że idą nas oswobodzić od ciemiężców i panów.
Już wcześniej dowiedzieliśmy się z prasy podziemnej, że nasze ziemie zostały za granicą. Było to dla nas wielkim szokiem, bo liczyliśmy na szybki powrót do domu.
Zaraz po przejściu frontu niektóre rodziny ze wschodu wyjechały do domu, bo granica nie była jeszcze szczelna. Moja krewna wyjechała z rodziną do Kamionki, tam zamieszkała we własnym domu. Ale bandy ukraińskie coraz częściej napadały na Polaków, więc oni znowu zarejestrowali się na wyjazd do Polski. Stąd też we wrześniu 1945 znaleźli się w gminie Święta Katarzyna koło Wrocławia, bo transporty ze wschodu były kierowane wtedy na Ziemie Odzyskane. Ciocia była bardzo rozgoryczona, że tak daleko ich osiedlili. Gdy spojrzymy z dzisiejszej perspektywy, było to dla nich korzystne. Moi rodzice zostali w Jarosławiu, bo to blisko ojcowizny. Nie doczekali się powrotu, leżą na tamtejszym cmentarzu.

Od sierpnia 1944 pracowałam w Wojewódzkim Urzędzie Ziemskim w Rzeszowie i tu przeżyłam zakończenie wojny 9 maja 1945. Ileż to było radości, że wreszcie koniec. Dla nas jednak, ludzi ze wschodu, prysła nadzieja na powrót do domu. O tym jednak już wcześniej czytaliśmy w prasie podziemnej. Mówiono o krótkiej przerwie i wojnie z sowietami, ale tego wszyscy się bali, bo wszyscy już mieli dość wojny.
Zakończenie wojny władze Rzeszowa świętowały wspólnie z Kościołem. Po mszy w rzeszowskiej farze ruszył pochód na Rynek, gdzie odbywała się uroczystość. Pamiętam, że obok siebie kroczyli kapłani, wojewoda, generałowie. W oficjalnych przemówieniach była radość z zakończenia wojny. Wszyscy się cieszyli, że przeżyli. Prawie każda rodzina poszukiwała bliskich, tych z Sybiru, tych z Zachodu i tych z ukrycia. Jesienią 1945 odnalazł nas po wyjściu ze szpitala nasz kuzyn, który wywieziony do Kazachstanu szedł z Armią Polską ze Wschodu. Ranny na Wiśle w Sandomierzu przebywał pół roku w szpitalu. Jego rodzina wciąż jeszcze była w Kazachstanie. Jeszcze dość długo czekał na ich powrót do kraju.
Pracując w Urzędzie Ziemskim w Rzeszowie słuchałam wykładów wybitnych lwowskich profesorów w powołanym studium prawno-administracyjnym. Wykładali tu profesorowie Inglot, Styś, Adam, Petru. Potem wszyscy oni wykładali na uczelniach Wrocławia.
W tym czasie trwała wędrówka ludów. Wszyscy się wzajemnie szukali. Ci z Sybiru, Kazachstanu, ci z zachodu i ci wysiedleni z ziem wschodnich. Mój krewny wyszedł w 45. roku z niewoli niemieckiej i dopiero w 46. odnalazł rodzinę w okolicach Wrocławia.
Po zamążpójściu przez ponad rok pracowałam z mężem w Urzędzie Ziemskim w Bystrzycy. Jesienią 1947 przenieśliśmy się do Wrocławia.
W 1948 roku odbywała się we Wrocławiu Wystawa Ziem Odzyskanych. Otwarcia dokonał Władysław Gomułka, a celem było zintegrowanie tych ziem z Macierzą. To wciąż był okres powojennego poszukiwania się bliskich. W tym czasie mieliśmy stale gości – krewnych, znajomych, bliższych, dalszych, często na noclegi, na dłuższy lub krótszy pobyt. Było to miłe, ale czasem aż uciążliwe. Tylko wtedy – po wojnie – chleb ze smalcem też był dobry na kolację. A i wiek nasz był taki, że teraz wszystko mile się wspomina.