Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Józef Juzwa. OSTATNI PROBOSZCZ ZALESZCZYCKI KSIĄDZ ANDRZEJ URBAŃSKI

Ks. Andrzej Urbański8 maja 1994 roku 60-osobowa grupa dawnych mieszkańców Zaleszczyk, leżących w dawnym województwie tarnopolskim, przybyła do swego rodzinnego miasta po półwiekowej nieobecności, by uczestniczyć w uroczystości odpustowej ku czci św. Stanisława – biskupa, patrona miejscowego kościoła. Witając w imieniu przybyłych społeczność zaleszczycką, przypomniałem postać ostatniego polskiego kapłana, księdza Andrzeja Urbańskiego, który podczas wojny pełnił trudne obowiązki duszpasterskie na tym skrawku przedwojennej Rzeczypospolitej.

Byłem Jego bliskim współpracownikiem, stąd znałem wiele problemów i tajemnic, jakie nałożyła wojna na Jego barki. To właśnie było powodem poinformowania mnie w pierwszej kolejności o otwarciu zdewastowanego przez bolszewików kościoła. Przed Świętami Bożego Narodzenia 1991 roku napisała do mnie szkolna koleżanka wzruszający list, datowany 30 XI 1991: Dzisiaj wielka uroczystość poświęcenia naszego kościoła (nareszcie). Było bardzo dużo ludzi, księży z różnych miast: z Czortkowa, Borszczowa, Kołomyi, Mikuliniec, Czerniowiec, Tarnopola i innych. Był także biskup ze Lwowa. Dużo ludzi było do komunii św. Gdy weszłam do kościoła, chciało mi się wyć z rozpaczy, tak jest zniszczony… słowem nic nie ma… Pamiętam, jak żegnał się z naszym kościołem ksiądz Urbański. Wspomnienie to zawsze wyciska mi łzy…
Nasza majowa pielgrzymka, jak też wspomniany list Barbary dodały mi bodźca do napisania krótkich wspomnień o księdzu Urbańskim, z którym nierozerwalnie związana jest historia naszego miasta w latach II wojny światowej. Dlatego ograniczę się tylko do okresu zaleszczyckiego, podobnie jak w mowie pożegnalnej wygłoszonej nad Jego grobem (pełny życiorys przedstawił ks. Biskup Bagiński celebrujący uroczystość pogrzebową).
Gdy kilka dni przed śmiercią zapytałem w bytomskim szpitalu bardzo już chorego księdza Andrzeja Urbańskiego, co chciałby jeszcze zobaczyć, odpowiedział z dziwnym uśmiechem i powoli: Zaleszczyki. W Jego długim życiu stosunkowo krótki dziesięcioletni okres pobytu w tym mieście tak głęboko wbił się w Jego świadomość, że nawet już przed powołaniem przed tron Najwyższego pamiętał o cudownym, uroczym zakątku bliskim Jego sercu Podola.

Zaleszczyki, dawna posiadłość ostatniego króla Polski, stąd zwane „królewskim miastem”, pieczętujące się „Ciołkiem” Poniatowskich, w czasach przedrozbiorowych administracyjnie należały do województwa podolskiego z siedzibą w Kamieńcu Podolskim, a pod względem administracji kościelnej do diecezji kamienieckiej. Po I rozbiorze Polski miasto znalazło się w granicach Austrii i należało do archidiecezji lwowskiej, nadal pozostając w dekanacie jazłowieckim.
Obok wyjątkowych walorów klimatycznych miasto i najbliższa okolica szczyciły się bogatą przeszłością historyczną. Między innymi przebywający w Zaleszczykach w roku 1899 Jan Kasprowicz tam napisał Hymn Święty Boże, święty mocny…, oparty na kościelnej pieśni błagalnej. To wydarzenie do 1945 roku upamiętniała tablica wmurowana na dworku zamieszkałym przez poetę. Później zastąpiono ją inną, w której przypominano, jak to Kasprowicz udzielił w Zakopanem pomocy… Leninowi (!). Po wojnie rozebrano również kapliczkę Kasprowicza z pięknym tympanonem Jarockiego.

W pobliskich Beremianach w powiecie zaleszczyckim urodził się w 1823 roku poeta Kornel Ujejski, autor wielu pieśni religijno-patriotycznych, jak chorał Z dymem pożarów czy Z dawna Polski Tyś Królową1.
W dekanalnym Jazłowcu, ongiś siedzibie biskupstwa ormiańskokatolickiego, w dawnym kościele dominikańskim znajdowała się tablica nagrobna z 1591 roku, świadcząca o przypuszczalnym miejscu pochówku Mikołaja Gomółki, twórcy melodii Psałterza Polskiego. W okresie międzywojennym Jazłowiec był znanym sanktuarium maryjnym, gdzie w lipcu 1939 roku koronacji figury dokonał prymas ks. kardynał August Hlond. Patronka Podola i 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich we Lwowie – Matka Boska Jazłowiecka wraz z siostrami niepokalankami znalazła po wojnie schronienie w Szymanowie k. Warszawy.
Przeuroczo położony w powiecie zaleszczyckim Czerwonogród, jedna z najstarszych osad Podola i przedrozbiorowej Polski, słynął nie tylko z czerwonej ziemi, odróżniającej to miejsce od podolskiego czarnoziemu. Historyczne starostwo niegrodowe, lokowane przez Kazimierza Jagiellończyka, przechodziło z rąk do rąk wielkich możnowładców: Koriatowiczów, Buczackich, Jazłowieckich, Ponińskich, Lubomirskich. Tam to księżna Ponińska zbudowała mauzoleum i ufundowała marmurową płaskorzeźbę dłuta słynnego Duńczyka Thorvaldsena Alegoria śmierci2. Tam zamek z lochami, ciągnącymi się aż do Kamieńca Podolskiego. W niedalekiej Dźwiniaczce n. Dniestrem osiadł w 1883 roku, po 20 latach syberyjskiego zesłania, niezłomny metropolita warszawski arcybiskup Zygmunt Szczęsny Feliński, bratanek autora Boże coś Polskę. W tamtej okolicy Buczacz, Trembowla, Kamieniec Podolski, Chocim i wiele innych historycznych miejscowości, a także klimat pozwalający na dojrzewanie południowych owoców, jak: morele, winogrona i inne…

Do słynnej już przed wojną miejscowości, zwanej „Polskim Meranem”, w czerwcu 1935 roku przybył młody ksiądz Andrzej Urbański. Urodził się 7 lipca 1906 r. w Skolem3, wówczas powiatowym miasteczku galicyjskim w Karpatach Wschodnich. Był dziesiątym synem Michała i Ludwiki Urbańskich. Ojciec, podobnie jak starsi bracia, zatrudnieni byli w majątku barona Groedla w Demni Wyżnej obok Skolego. Młody Andrzej początkowo uczęszczał do gimnazjum w pobliskim Stryju, następnie do małego seminarium we Lwowie (razem z późniejszym biskupem lubaczowskim i rektorem KUL-u Marianem Rechowiczem). Tam też wstąpił do Seminarium Duchownego i na wydział teologiczny Uniwersytetu Jana Kazimierza. Wyświęcony na kapłana w czerwcu 1933 r., pracował początkowo w Sasowie, a po dwóch latach został przeniesiony na stanowisko katechety i wikarego do Zaleszczyk.
Praca w szkole i rozległej parafii z dojazdami każdej niedzieli do filialnych kaplic nie należała do łatwych. W lecie ogromne upały, przekraczające 50oC (najwyższa notowana temperatura 63oC), a w zimie trzaskające mrozy poniżej –20oC, przy obowiązującym wówczas poście od północy, potęgowały trudy pracy duszpasterskiej. Trzeba pamiętać, że dojazdy odbywały się furmankami.

Nadszedł wrzesień 1939 roku. Z dnia na dzień rosła fala uchodźców z całej Polski. Zaleszczyki stały się celem tysięcy znękanych ucieczką cywilów, a także cofających się oddziałów wojskowych. Nie było już gdzie wetknąć przysłowiowej szpilki. Wszystkie domy, ogrody, place, skwerki wypełnione były ludźmi. 13 września zjawił się ksiądz prymas kardynał August Hlond, któremu odstąpił swój skromny pokój ks. Urbański. Ten gest dobrze sobie zapamiętał dostojnik Kościoła, o czym napisał po wojnie. Gorzej było z ulokowaniem towarzyszących księdzu Prymasowi księżmi Filipiakiem (późniejszym kardynałem) i Baraniakiem (późniejszym arcybiskupem poznańskim). Ksiądz Urbański, oddany do dyspozycji Gościa na czas pobytu w Zaleszczykach, 14 września żegnał na dworcu kolejowym odjeżdżających księży rumuńskim pociągiem do Czerniowiec. Nowy samochód nie posiadał jeszcze dokumentów umożliwiających przekroczenie granicy. Oprócz ks. Urbańskiego były na dworcu przy pożegnaniu dwie osoby: mój Ojciec i ja. Otrzymaliśmy wówczas obrazki zadedykowane ręką Prymasa. Odjeżdżający dostojnik prosił o przygotowanie locum dla zbliżającego się do Zaleszczyk nuncjusza apostolskiego. Na ten cel przeznaczono dom moich rodziców. Rzeczywiście 15 września zawitał w nasze progi ksiądz nuncjusz Filip Cortesi i sekretarz Nuncjatury ks. Alfred Pacini. Byli zaledwie dwa dni. Samochód ks. Prymasa zabrał dopiero w niedzielę 17 września, gdy Rumuni znieśli bariery paszportowe, franciszkanin o. Marian Wójcik, redaktor naczelny „Małego Dziennika”. W tym dniu tłumy ludzi przewalały się przez most na Dniestrze. Wiadomo już było, że sowieci weszli w nasze granice.
Po południu tego dnia zebrał się na probostwie Komitet Obywatelski, złożony z przedstawicieli społeczeństwa, któremu przedstawił sytuację kapitan Langman ze Stanisławowa, wysłannik majora Mazurkiewicza, organizatora Tajnej Organizacji Wojskowej (TOW) pod zbliżającą się okupacją sowiecką. Następnie tenże kapitan poinformował zebranych w mieszkaniu ks. Urbańskiego uczniów II klasy licealnej o konieczności powołania i zaprzysiężenia w Zaleszczykach komórki TOW, specjalnie dla przeprowadzenia przerzutów żołnierzy polskich do Rumunii. Tak więc zostało zaprzysiężonych 8 uczniów (łącznie ze mną) i kilka innych osób, a naszej tajnej grupie nadano kryptonim KAWON (Konspiracyjna Akcja w Obronie Narodu)4,5. Niezależnie od nas współpracowała, przeniesiona z koszar do prywatnej posesji, radiostacja obsługiwana przez personel wojskowy. Dowódca wojskowy kierował radiostacją i współpracował z księdzem Urbańskim w kierowaniu grupa przerzutową.
18 września – w poniedziałek rano o godzinie 600 wjechał czołg sowiecki i zatrzymał się na moście drogowym, o którym tyle złego mówiły władze PRL-u, ośmieszając i posądzając o klęskę wrześniową „szosę zaleszczycką”, którą kończył ten most. Na porannej mszy św. w kościele szlochaliśmy wszyscy; zdawaliśmy sobie wszyscy sprawę, że to koniec Polski.
Już wieczorem tego dnia zaczęła pracę grupa przerzutowa. Punkt kontaktowy i dowodzenia znajdowały się w mieszkaniu księdza Andrzeja. Ciosem dla tego kapłana było odkrycie 10 października radiostacji i aresztowanie wojskowej obsługi. Ksiądz Urbański nie mógł się już wycofać. Dalej od tego dnia kierował akcją przerzutową aż do kwietnia 1940 roku. Następnym dramatem był niespodziewany i potajemny wyjazd proboszcza księdza Adamskiego wraz z całą rodziną z Żywiecczyzny w dniu 2 listopada6 – w Dzień Zaduszny. Ciężar odpowiedzialności nie tylko za konspirację przerzutową do Rumunii, ale za losy całej parafii, za kościół, stworzył trudną sytuację, z której wyjściem była alternatywa: opuścić Zaleszczyki i przedostać się do Rumunii, ewentualnie wyjechać do rodziny do Lwowa albo pozostać. Wybrał drugie, został na posterunku. Na jego miejsce władze sowieckie nie dopuściłyby żadnego innego księdza, biorąc pod uwagę zły stosunek do Kościoła, szczególnie w Zaleszczykach, będących w strefie nadgranicznej. Więc został i był wszędzie i wszystkim. Opiekował się ludźmi przybyłymi z daleka. Szczególną troską objął rodziców żony marszałka Rydza Śmigłego, pp. Thomasów. Przeżywał aresztowania policjantów, wojskowych, dorosłych obywateli, a szczególnie młodzieży szkolnej. Potem przyszły deportacje do Kazachstanu i na Sybir.
Przeżywał bardzo tak wysiedlenia mieszkańców, jak i wszelkie szykany. Brzeg Dniestru otoczono dwoma rzędami wysokich drutów kolczastych. Sowiecka straż graniczna strzegła każdego metra brzegu. Pomimo tego KAWON potrafiła przerzucić do Rumunii ponad 400 żołnierzy w ciągu półrocznej działalności. Później, po zajęciu przez sowietów Bukowiny, granica została przesunięta i akcja przerzutowa zlikwidowana. Swoje zaleszczyckie przeżycia i ucieczkę do Rumunii opisał już podczas wojny w odpowiedniej formie Melchior Wańkowicz (Od Stopców po Kair).
W marcu 1940 roku powiadomiono tele­graficznie księdza Urbańskiego o tragicznej śmierci w Skolem brata Mieczysława. Pojechałem z Nim. Drogą okrężną dotarliśmy do Stryja, gdzie musieliśmy czekać na przesiadkę. Czekając na pociąg w kierunku Karpat i granicy węgierskiej, zostaliśmy podejrzani o chęć ucieczki. NKWD nie wzruszyły okazane telegramy ani tłumaczenia. Udał się jednak fortel. Po co mielibyśmy jechać z Zaleszczyk dwa dni, żeby uciekać na Węgry, skoro mieliśmy 100 metrów do granicy rumuńskiej. Spojrzeli na mapę i dali się przekonać. Podróż tam i z powrotem trwała blisko 6 dni. Był akuratnie Wielki Tydzień i ksiądz wyjeżdżając nie spodziewał się takich perypetii, chciał koniecznie zdążyć na rezurekcję. Z Kołomyi jechaliśmy dorożką całą noc. Zmęczeni po tylu przygodach wjeżdżaliśmy do miasta, gdy ludzie szli ze święconym. Okazało się, że przyjazny ksiądz grekokatolicki Jan Czukur wyspowiadał i zakomunikował parafian. Przygotowano Boży Grób. Po raz pierwszy nie zaśpiewano radosnej pieśni wielkanocnej, tylko Przez Twoje święte zmartwychwstanie, gdyż nikomu nie było wesoło…

Nadszedł pamiętny czerwiec 1941 roku. Uciekający w popłochu sowieci zadali Zaleszczykom okrutny cios. Na most kolejowy wtoczono kilka wagonów z więźniami, most wysadzono, a następnie ze spalonego dworca opuszczono kilka wagonów z benzyną (był tam lekki spad). Dniestr palił się na całej szerokości (ok. 250 m). Wysadzono również most drogowy odbudowany w 1938 roku.
Po ucieczce czerwonych oprawców weszły do Zaleszczyk wojska węgierskie. Powstały po zawaleniu się mostu zator nakazano oczyszczać ze zwłok ludzkich miejscowym Żydom. Były tam zwęglone zwłoki po wysadzeniu i spaleniu mostu, a także płynące Dniestrem zmasakrowane i torturowane trupy; ksiądz Urbański grzebał wszystkie zwłoki na katolickim cmentarzu. Było ich bardzo dużo.
Nowe miejscowe władze ukonstytuowali Ukraińcy. Od razu aresztowano kilkudziesięciu Polaków, w tym ukrywającego się w szpitalu oblata księdza Michała Kucharskiego, obywatela kanadyjskiego rodem z Zaleszczyk. Przybył on wiosną 1939 roku do Polski na święcenia kapłańskie do Obry w Wielkopolsce. Po kilkumiesięcznym pobycie w kraju przodków miał wyjechać na misje. Niestety zachorował i pozostał dłużej w szpitalu. Ksiądz Urbański zaczął natychmiast skutecznie interweniować. Wszyscy zostali wypuszczeni, a ks. Michał Kucharski otrzymał zameldowanie i następnie kenkartę.
Zaczęła się nowa okupacja, nowe problemy i obowiązki. Pracowałem wówczas w kancelarii parafialnej oraz jako organista. Byłem więc świadkiem wielu wydarzeń. Z początkiem września 1941 roku, gdy nie działała jeszcze poczta i kolej, przyszedł młody oficer węgierski z listem od księdza z Nadwórnej, gdzie dotychczas stacjonował. Ksiądz Andrzej otworzył list, ręce mu zadrżały, a z oczu popłynęły łzy…
Ksiądz z Nadwórnej (również podobną drogą) dowiedział się, że po rozpoczęciu wojny niemiecko-sowieckiej NKWD aresztowało (22 czerwca 1941 w nocy o godz. drugiej) w Skolem Polaków, w tym także wiele osób z rodziny księdza – w szczególności jedyną siostrę Adelę (kurierkę przeprowadzającą na Węgry), dwóch braci – Wilhelma i Rudolfa oraz jego narzeczoną. Po przewiezieniu ich do więzienia w Stryju, 72 osoby zamordowali uderzając w tył głowy tępym narzędziem, a następnie wszystkich wrzucili do kanału (uratował się jeden  uczestnik aresztowania przez NKWD; schował się w odwróconej beczce po śledziach. Nazwiska nie znam. Po II wojnie podobno przebywał w województwie szczecińskim)7. Wszystko to miało miejsce 30 czerwca 1941 roku, tuż przed wkroczeniem oddziałów niemieckich. To już pięć ofiar spośród najbliższych…

Ks. Teodor KasperskiŻycie okupacyjne toczyło się dalej. Wiosną 1942 roku zjawili się u księdza emisariusze z Warszawy, by nawiązać kontakt i wznowić przerzuty do Rumunii. Jak się okazało, zaczęły działać zręby nowej organizacji podziemnej i niewątpliwie ważną rolę odegrał w niej ksiądz Urbański, działający pod pseudonimem Most, który został mianowany kapelanem obwodu zaleszczyckiego AK. Często przyjeżdżali różni obcy do kancelarii parafialnej. Na pewno wielu z nich, prowadząc rozmowy z księdzem, było działaczami AK. Ksiądz jeździł do Czortkowa, gdzie znajdowała się siedziba Inspektoratu, do Tarnopola (Okręg) i do Lwowa (Obszar). Kilkakrotnie odwiedzał księdza Andrzeja wspomniany ksiądz Rechowicz ze Lwowa, którego z kolei ja odwiedzałem z polecenia księdza Urbańskiego. Były to sprawy organizacyjne, a nie kurii metropolitalnej. Trasę Lwów–Zaleszczyki przemierzałem od roku 1942 dość często, gdy dostałem się na studia medyczne do Lwowa. Wykonywałem wtedy polecenia księdza Urbańskiego, kontaktując się z ks. Rechowiczem, od którego otrzymywałem informacje.
Na probostwie zaleszczyckim przechowywani byli kilkakrotnie kurierzy, udający się za granicę. Pamiętam dwóch młodych mężczyzn, którzy po kilku tygodniach przysłali odkrytą kartkę pocztową z Turcji, ocenzurowaną wielokrotnie, na której skreślono krótko: dziękujemy za wszystko. Aż dziw bierze, że kartka doszła i nie spowodowała żadnych następstw.
Gdy w Tłustem zamordowano komendanta obwodu zaleszczyckiego Mariana Rościckiego, kondukt pogrzebowy w dniu 15 lutego 1943 roku prowadził ksiądz Urbański (choć mieszkał tam dziekan i wikary). W następnych dniach w Zaleszczykach odprawił ponownie mszę św. w intencji komendanta i spotkał się z jego żoną. Jak widać utrzymywał ścisły kontakt z władzami AK.
Pewnego jesiennego wieczoru, gdy wracał z apteki z kolacji, przy wejściu do probostwa spotkał patrol żandarmerii niemieckiej. W małym miasteczku wszyscy się znają, więc po wymienieniu Grüss Gott kapłan zamknął na zasuwę otwarte w dzień drzwi plebanii i zaświecił światło na schodach prowadzących na piętro. Momentalnie na górze ktoś je zgasił. Zaniepokojony zawołał: Kto tam? W odpowiedzi usłyszał ciche: Sza, sza, to ja… rabin. Słychać było jeszcze kroki odchodzących Niemców… W górze, na schodach stał ubrany w strój kobiecy i chustę na głowie rabin. Ukrywał się w domu starszej kobiety niedaleko kościoła. Od tego czasu przychodził do księdza kilkakrotnie.
Na horyzoncie działań wojennych następowały ciągłe zmiany. Niemcy wycofywali się. Równocześnie nasiliły się mordy na ludności polskiej. Co kilka dni ksiądz Urbański odmawiał nad nimi egzekwie na cmentarzu.

Jesienią 1943 roku zjawił się na probostwie ksiądz Teodor Kasperski, twórca Kalwarii w Winiatyńcach8. W nocy banderowcy otoczyli probostwo zamieszkałe przez wielu młodych Polaków, zatrudnionych tam w majątku (Liegenschaft). Pod groźbą podpalenia kazali wszystkim wyjść. Następnie powiązali ich długim sznurem i pogonili. Padał deszcz. Staruszek ksiądz padał w błoto i opóźniał marsz. Modlił się do Matki Boskiej, której wybudował Kalwarię. Jeden z oprawców, zdenerwowany opóźnianiem marszu, odciął sznur i zostawił księdza w błocie. Pozostałych tej nocy zmasakrowano.
25 marca 1944 roku pojawili się w Zaleszczykach ponownie żołnierze sowieccy. Trochę odmienieni, w mundurach przypominających armię carską, otrzymali nakaz innego niż poprzednio, w 1939 roku, traktowania księży i kościoła. Po kilku dniach, gdy już na dobre się rozlokowali, nastąpiło nagłe ostrzeliwanie miasta, ale od strony wschodniej. Nikt nie wiedział, co się dzieje. Była to Niedziela Palmowa i trwała suma. Ludzie uciekli ze świątyni, a kanonada trwała. Przed wieczorem zebrało się w kościele więcej osób, ufając grubym jego murom. Przed kościołem czerwonoarmiści, twierdzili, że germańców niet, ale chcieli się dostać na wieżę kościelną z karabinem maszynowym. Na szczęście księżom udało się odwieść ich od tego zamiaru. W poniedziałek Wielkiego Tygodnia sytuacja nie zmieniła się. Dopiero wieczorem zaległa cisza. Około 2 w nocy usłyszeliśmy marszowy krok żołnierzy niemieckich. Sowieci wycofali się na drugi brzeg Dniestru i widzieli miasto jak na dłoni. Nie można było wyjść na ulicę, gdyż strzelcy od razu razili. Ludzie przechodzili przez płoty ogrodami, by uniknąć śmierci. Byliśmy w centrum frontu.
Nadeszła Niedziela Wielkanocna. Nie było mowy o jakiejkolwiek procesji. Garstka ludzi przedostała się przez boczne drzwi do kościoła. Nagle zjawili się trzej niemieccy żołnierze. Przystąpili do komunii św. Gdy powoli zaczął opróżniać się kościół, ksiądz Urbański powiedział: Dziś święto wszystkich katolików, więc zaproszę tych żołnierzy na nasze skromne święcone. To na pewno porządni ludzie, skoro przystąpili do komunii świętej. Zasiedliśmy więc do stołu wielkanocnego, dwaj księża, mój Ojciec ze mną oraz niemieccy żołnierze. Przez okno widzieliśmy drugi brzeg Dniestru i sylwetki Sowietów.
Jak widać z kilku przytoczonych faktów, ksiądz Urbański nie uznawał różnic ani narodowościowych, ani wyznaniowych. Był łatwowierny i za bardzo wierzył ludziom, mówiąc o ich szlachetności. Dlatego oprócz powszechnie używanego przydomka „Mały” nazywano Go również „Szlachetnym”.
Zamek w Czerwonogrodzie przed zburzeniem pałacu
Jesienią 1944 roku przyjechał samochodem ciężarowym ksiądz biskup Baziak. Była to nieoficjalna – ostatnia wizytacja pasterska. Rozeznał tragiczną sytuację Polaków i wydał księżom dyspozycje. Nie żył już (zamordowany) dziekan jazłowiecki ks. Szkodziński, więc ks. biskup przekazał urząd księdzu Szczepanowi Juraszowi z Czerwonogrodu. W tej niewielkiej historycznej osadzie gromadzili się Polacy z okolicznych wsi, tworząc w zamku, kościele i Domu Polskim twierdzę. Niestety 2 lutego 1945 roku po błagalnym nabożeństwie, gdy ksiądz z ludźmi mieli przenieść się do Zaleszczyk, nastąpiła zagłada Czerwonogrodu9. Całą noc trwała nierówna walka. Twierdzy nie zdobyto, ale straty były duże. Nie przeżył również proboszcz czerwonogrodzki. Po jego śmierci sukcesja dziekańska przeszła na księdza Urbańskiego w Zaleszczykach. Takim tragicznym zrządzeniem losu przypadł Mu jeszcze jeden, choć w tamtejszych warunkach mało znaczący obowiązek dziekana jazłowieckiego. Na probostwie dogorywał ksiądz Kasperski. W okolicy łuny pożarów i zgliszcza… A ksiądz Urbański trwał.
21 marca 1945 r. zmarł ksiądz Kasperski. Księdza Andrzeja czekały szykany, zmuszające Go do opuszczenia Zaleszczyk. Już zaczęła swą działalność machina „repatriacyjna”. Wiedział, że jak kapitan tonącego statku opuści Zaleszczyki jako ostatni. Wreszcie nadszedł ten dzień. Ostatnia odprawiona przez niego msza w zaleszczyckim kościele miała miejsce w dniu 16 października 1945 roku.
Przystąpiono do zdawania inwentarza. Obecna jako tłumaczka Koleta Dąbrowska, dawna uczennica i kurierka KAWON-u oraz AK, radziła, by ksiądz się do NKWD-dzistów nie odzywał. Sowiet otwiera tabernakulum i pyta: A czasza gdzie? Lila odpowiada: Kielich to narzędzie pracy i ksiądz ma prawo zabrać. Znowu pytanie, na które odpowiada ostro Lila. Ksiądz klęczy na stopniach ołtarza zakrywając dłońmi twarz. Nagle zrywa się i zaczyna krzyczeć: Przestać, to profanacja!!!, gdy mołojec zaczął grać na organach Katiuszę. Organy zamilkły… .
Wyjechał ostatnim transportem 2 listopada 1945 r., opuszczając ukochane Zaleszczyki, gdzie pozostawił garstkę swoich parafian, którzy nie chcieli wyjeżdżać.
Zatrzymał się na krótko u rodziny w Krakowie i udał się do Opola, przyjmując parafię w Kamienicy koło Paczkowa. W Krakowie dowiedział się o dalszej tragedii swojej najbliższej rodziny. Otóż z chwilą wycofywania się wojsk węgierskich wdowa po zamordowanym w Stryju bracie Wilhelmie przyłączyła się do taboru wojskowego, uchodząc z synkiem przed Sowietami. Uciekał też przed nimi brat księdza Józef z żoną i dwoma synami. W nocy w Karpatach wywołano jego syna Adama (22-letniego) do lasu. Za nim pobiegł ojciec, a za nimi matka. Wszystkich okrutnie zamordowano. Ocalał tylko młodszy syn Jurek, który przedostał się na Węgry (po wojnie powrócił). Bilans wojenny rodziny księdza Andrzeja był straszny…
Do Kamienicy przyjechała wdowa po Wilhelmie i zajęła się gospodarstwem. Wkrótce ksiądz Urbański przeniósł się do Starczowa koło Kamieńca Ząbkowickiego, gdzie przesiedlono wiele rodzin z okolic Zaleszczyk. Był więc między swymi. Ale władze polityczne PRL-u nie dawały Mu spokoju. Nękany, nagabywany przeniósł się po kilku latach do Bytomia, gdzie objął probostwo parafii św. Józefa. Tam już mieszkał nawet po przejściu na emeryturę, do końca swoich dni.

Żegnając zmarłego kapłana nad grobem w Dzień Zaduszny 1989 roku wyjawiłem wszystkim zebranym Jego tajemnicę i osobistą tragedię. Nikt z zebranych, nawet kapłani, nie znali tych szczegółów z Jego życia. 2 listopada 1939 r. spadł na Niego ciężar odpowiedzialności za losy wielu Polaków w odległych Zaleszczykach.
Po 50 latach, również w Dzień Zaduszny, przyjęła jego ciało ziemia, na której pracował. Będąc klerykiem we Lwowie często wstępował do katedry ormiańskiej, gdzie upajał się przepięknym freskiem Rosena Pogrzeb św. Odylona. Ten mnich, benedyktyński opat w Cluny, ustanowił w roku 998 Dzień Zaduszny zaraz po uroczystościach Wszystkich Świętych, czyli 2 listopada. Czyżby kapłan Andrzej uprosił, aby ten dzień był Jego dniem udania się na wieczny spoczynek…?

Na podmiejskim cmentarzu bytomskim spoczywa skromny, małego wzrostu kapłan z dalekiego Podola, po dobrze spełnionym obowiązku wobec Kościoła i Ojczyzny.
 
Przepisał Janusz Urbański – syn Wilhelma: w Bytomiu 6 X 2007 r.



PRZYPISY

1 Prawidłowo jest to trzecia zwrotka pieśni‑modlitwy, zaczynającej się od słów Grzeszni ludzie zapomnieli, Ojcze nasz… (śpiewnik pieśni wydany podczas I wojny światowej przez Ottona Żukrowskiego w Krakowie).
2 Thorvaldsen pozostawił w Polsce kilka arcydzieł, pomniki: ks. Józefa Poniatowskiego, Mikołaja Kopernika w Warszawie oraz popiersie hr. Potockiego w Katedrze Wawelskiej.
3 Z. Dudrówna: Skole, Skole moja miłość, „Cracovia–Leopolis” 1/2002.
4 K. Zieliński: Nieznany szlak kuriersko-przerzutowy. Archiwum Wschodnie, Warszawa 1990.
5 J. Juzwa, K. Zieliński: Nieznany szlak kurier­sko-przerzutowy Zaleszczyki 1939/1940. Biuletyn Armii Krajowej Obszar Lwów. Kraków 1994, nr IV–X.
6 Jak się dowiedziałem od rodziny ks. proboszcza po wojnie – ks. Adamski opuścił Zaleszczyki ostrzeżony przed aresztowaniem.
7 Krystyna Roszak-Misiak: Likwidacja więzienia stryjskiego przy ul. Trybunalskiej (Hołówki) przez NKWD w 1941 roku. Wrocław, „Semper Fidelis”, 1992, nr 1.
8 Ks. W. Szetelnicki: Podolski Vianney – ks. Teodor Kasperski twórca, Kalwarii w Winiatyńcach. Kraków, 1990, Instytut Teologiczny ks. Misjonarzy.
9  J. Juzwa: Zagłada Czerwonogrodu. Wrocław, 2000, Oficyna Wydawnicza „W Misji”.