Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Janusz Wasylkowski, KRAKÓW 1945

Jest koniec 1945 roku. W barakach dla repatriantów na krakowskim Prądniku czeka na nas dziadzio, który wraz z moim ojcem zmuszony został, podobnie jaka setki tysięcy lwowiaków i kresowiaków, do opuszczenia swoich rodzinnych stron. Ojciec odnalazł mamę, babcię i moją skromną osobę w Zakopanem, dokąd latem poprzedniego roku wyjechaliśmy po zbombardowaniu kamienicy, w której mieszkaliśmy, aby jakoś przeczekać front w gościnnym domu cioci i wujka. Wyjechaliśmy ze Lwowa w letnich ubraniach, sądząc, że po trzech, najwyżej czterech miesiącach wrócimy, ale los, a raczej nasi mniej lub bardziej lojalni sojusznicy zdecydowali w Jałcie inaczej.
Dwa dni turlaliśmy się góralską furką z Zakopanego do Krakowa (innej komunikacji nie było), zamieszkaliśmy w barakach i powstał problem: co robić dalej? O Wrocławiu i innych dolnośląskich miejscowościach krążyły dziwne, przerażające czasem wieści, mama marzyła o pozostaniu w Krakowie, bo bliżej do Lwowa i miasto podobne do Lwiego Grodu. Obawiała się także, żebym nie stracił roku szkolnego (byłem w piątej klasie). I nagle wieczorem dziadzio dostał wysokiej, ponad 41 stopni gorączki. Sprowadzony z miasta lekarz stwierdził ciężkie, obustronne zapalenie oskrzeli, zapytał o wiek pacjenta (69 lat) i wzruszył ramionami. Położyliśmy się spać pełni najgorszych przeczuć.
Obudziłem się około siódmej i ze zdziwieniem zauważyłem, że w naszym segmencie baraku nikogo nie ma. Okazało się, że rodzice wcześniej wstali i poszli do miasta pożyczyć pieniądze na pogrzeb i zorientować się, jak załatwia się pochówek. Babcia wyszła natomiast do wspólnej kuchni ugotować kawę na śniadanie. Ale co stało się z dziadziem? Może wstał za potrzebą… Przeszukaliśmy wszystkie dostępne miejsca w barakach, dziadzia nigdzie nie było, nikt go nie widział. Wrócili rodzice, zaczęły się dalsze poszukiwania i – w szpitalach, pogotowiu ratunkowym, na milicji… Tak minął cały dzień. Gdy zrozpaczeni, skołowani zasiadaliśmy do improwizowanej kolacji, nagle zjawił się dziadzio, ubrany w piżamę jedynie…
– Gdzie ojciec był? – rozpaczliwe pytanie mamy.
– Zbudziłem się rano, było tak strasznie duszno, chciałem odetchnąć świeżym powietrzem…
– Ale gdzie ojciec spędził cały dzień?
– Tam za płotem jest łąka, położyłem się na trawie…
Koniec kwietnia, mokra łąka… Bez słowa zapakowano dziadzia do łóżka. Rano lekarz wchodzący do naszej pakamery z miejsca zapytał:
– A ten staruszek dawno już umarł?
A na to dziadzio:
– No, no, no! Niech mnie pan tak szybko na tamten świat nie wysyła. Jak wojnę przeżyłem, to jeszcze mam chyba prawo trochę pożyć, co?
Mierzymy gorączkę. 36,6 stopni… Jak to możliwe?

Po wielu latach od tamtego wydarzenia przeczytałem wspomnieniową powieść Beaty Obertyńskiej (także lwowianki) W domu niewoli. W Kazachstanie, już na tak zwanej wolności, nocą – w czasie ulewnego deszczu, otumaniona wysoką gorączką zasypia na gołej ziemi, będąc przekonana, że następnego dnia nie doczeka i że śmierć będzie dla niej wybawieniem z rozlicznych udręk, które ją spotkały na tej „nieludzkiej” ziemi – jak później powie inny autor, któremu wreszcie udało się również wyrwać życie z sowieckich łagrów.
I nasza autorka budzi się następnego dnia, osłabiona wprawdzie, ale bez gorączki…
Chyba prawdą jest ludowe stwierdzenie, że ziemia „wyciąga chorobę”, zresztą w różnych częściach świata znane są podobne praktyki, stosowane przez lokalnych szamanów czy szarlatanów…
Wróćmy jednak do Krakowa.
Mieszkamy przy ul. Zamkowej na Dębnikach, w oficynie w jednoizbowym pomieszczeniu z wybitymi szybami, bez kuchni i pieca. Gnieździmy się w sześć osób, przyjechała jeszcze ciocia i wujek ze Lwowa, ojciec wyjechał na zachód w poszukiwaniu pracy i kąta. Babcia gotowała obiady na prymitywnej „kozie”, której rura wychodzi za okno, jedynie widok Wawelu za Wisłą jest miłym akcentem tej scenerii.
Mamy też piwnicę, łaskawie nam przydzieloną, w której jest miał, zbity, wręcz skamieniały, który z trudem udaje się rozbić na kawałki, które z kolei niezbyt chętnie się palą. Ale innego opału nie mamy. Nie mamy też pieniędzy na wynajęcie innego mieszkania, Kraków jest bardzo przeludniony, brakuje pracy, za mieszkania trzeba płacić ogromne pieniądze (łapówki).
Któregoś dnia pod zbryloną węglową mazią odkrywam kilka (sześć lub siedem) worków, które wypełnione są niemieckimi banknotami. Skarb! Nie bardzo jeszcze wiemy, co z nimi zrobić, gdy tego samego dnia czytamy w jakimś krakowskim dzienniku, że na terenie Niemiec została wprowadzona nowa waluta, marka okupacyjna, i że stare pieniądze straciły ważność… W tej sytuacji nasz skarb staje się łupem „kozy”, hajcuje się zdrowo, babcia jest zadowolona, nawet w takim towarzystwie zbrylony miał pali się znacznie lepiej. Jakiś worek wywalam na podłogę w piwnicy, razem z dwoma kolegami tarzamy się w pieniądzach, pęczki banknotów rozrzucam w szkole po korytarzach i klasach. Zabawa trwa. I tylko jako początkujący kolekcjoner odkładam po jednym banknocie z każdego nominału. W parę miesięcy później, gdy zamieszkaliśmy w Zbąszynku (duża stacja kolejowa potrzebowała kolejarzy i dlatego ojciec tam zawędrował), okazało się, że stare marki były ważne na terenie Niemiec jeszcze przez najbliższe dwa lata i to w relacji: 1 marka – 2 złote…
Łaskawa Fortuna raz jeszcze uśmiechnęła się do mojej rodziny, ale czy musiała w takich właśnie okolicznościach? Pozostało pytanie bez odpowiedzi: do kogo należał ten skarb – do jakiegoś okupacyjnego spekulanta czy folksdojcza – i co stało się z jego właścicielem?
I jeszcze opowieść z drugiej ręki. Latem owego 1945 roku pod Sukiennicami kilkunastu czy kilkudziesięciu handlarzy sprzedawało… niezszyte buty z cholewami. Ponoć masowo kupowali je sowieci, powracający do swojej ojczyzny z wojennej eskapady. Okazało się bowiem, że wszystkie „wojenne zdobycze”, w które bogato byli zaopatrzeni krasnoarmiejcy, odbierano im na granicy. Radziecka ojczyzna dbała nawet o to, aby jej obrońcy za bardzo się nie wzbogacili. Pozwalała łaskawie przewieźć przez granicę dwie pary niezszytych butów…
Któregoś dnia pojawił się pod Sukiennicami tęgawy starszina, obejrzał towar, pogrymasił, wreszcie zdecydował się na odpowiadający mu towar, zapytał o cenę (bodajże wynosiła ona 1500 zł za parę) i powiedział:
– A marki choczesz?
Sprzedający skrzywił się.
– Z markami kłopot – powiedział – nie bardzo wiadomo, co z nimi robić, chyba że po kursie – jeden złoty – dwie marki…
Niczewo! – oświadczył starszina. Otworzył pękatą torbę i ku zaskoczeniu handlarza i oniemiałych świadków owego targu, wyjął plik zielonych setek i zaczął odliczać…
Kiedy podał dolary sprzedawcy, ten szybko schował je za pazuchę i po prostu zwiał, pozostawiając resztę towaru na ziemi.
Starszina mruknął: – Ot, durak! – i spokojnie zapakował swoje zakupy do torby. Handlarz, jak opowiadano, przez najbliższe dwa lata nie pojawił się w Krakowie…
I takie bywały uśmiechy chimerycznej Fortuny.