Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Kornel Makuszyński, KONCERT PADEREWSKIEGO

Ze wspomnień dawnego lwowskiego szóstoklasisty

Ignacy Paderewski. Portret malowany przez Artura Szyka (lata międzywojenne), prezentowany na wystawie w Pałacu Sztuki w Krakowie, III 2012Dnia jednego wieść biegła przez lwowskie ulice i pukała w okna, wołając zdyszanym głosem: „Paderewski przyjeżdża!… Paderewski!”
Tego nie spodziewaliśmy się nigdy. Muzykalne serce szóstej klasy przestało bić na chwilę. Homer zakrył twarz ręką, pojąwszy, że nic tu teraz po nim. Równania algebraiczne nie chciały się zrównać, więc ich skorupy rzucono za piec. Machnął na nas ręką poważny Wergilli, widząc, że potężny obłęd ogarnął świetną klasę szóstą. Zadrżał cały Olimp…
Paderewski przyjeżdża! Zjawi się ten, o którym nie śmieliśmy marzyć. Wiedzieliśmy o nim wszystko, jak astronomowie o niedostrzegalnej gwieździe, krążącej gdzieś w zaświatach, lecz któż mógł przypuszczać, aby ta gwiazda najjaśniejsza w promienistym swoim pochodzie na naszym nikczemnym zjawiła się widnokręgu?
Lwów oszalał. Bo Lwów był, jest i będzie najmuzykalniejszym z miast polskich. To było najdziwniejsze, że dostojne głowy płonęły tym samym płomieniem co nasze.
Wielka, światłem zalana sala dyszy przytłumionym gwarem, jak rozbrzęczany ul. Już w niej nie ma miejsca, więc ustawiono krzesła na obszernej scenie.
Tłum ludzi otoczył ogromne, czarne, połyskami świateł upstrzone pudło fortepianu. To słynny instrument marki Steinway, czarodziejska maszyna, w której Paderewski wozi najpiękniejszą muzykę świata.
Za chwilę usiądzie przy fortepianie.
Co czyni w tej chwili?
O, my wszystko wiemy! W tej chwili, zamknięty od kilku godzin w jakimś pokoju, jest sam. Przygotowuje się, skupia, oddziela się od świata i małych jego spraw.
Bo Paderewski to nie tylko wirtuoz, co oszołomi tłumy, zalawszy je brylantową kaskadą dźwięków. O, nie! To wielki w swej pokorze kapłan, co odprawi misterium na cześć sztuki najczystszej, boskiej harmonii. Dlatego jest teraz sam. Dlatego drży. Dlatego owinął się milczeniem, jak biała ofiarnicza szata. Dlatego, gdy do swego muzyckiego zbliża się narzędzia, jest blady i jakby cierpiący… Cierpieniem jego tajemnym, głęboko skrytym, jest trwoga. Wydaje się, że zbliżając się ku pięknu nieśmiertelnemu, które ma wywołać zaklęciem z mrocznej przepaści wśród gwiazd, powtarza szeptem: „Nie jestem godzien… nie jestem godzien…” On, mistrz, z wielkich największy!
Świat cały skłonił przed nim głowę, wielcy tej ziemi, królowie i królowe powstają, kiedy on się pojawia, we wielkie milczenie zapada zgiełk, tumult i zaborcze szaleństwo, budujące babelskie wieże, a on z pokorną trwogą zbliża się do kastalskiego źródła, z którego bucha to, co nieśmiertelne. Tak mu każe czynić wielkość, bo wielkość, bo wielkość prawdziwa nie jest nigdy zuchwale pyszna.
Idzie!… idzie!… Wszyscy powstają z miejsc.
Odziany jakoś inaczej niż wszyscy wirtuozowie, których oglądaliśmy dotąd. Wygląda tak, jak go namalował słynny malarz angielski Burne Jones: głowa apollinowa w aureoli bujnych, złotawych włosów.
Podniósł swe prześliczne, o, jakże spracowane ręce.
Codziennie przez kilka godzin ręce te, zwinne jak węże, przebiegają nieskończoną ilość razy po klawiaturze, bo ten mistrz nie ustaje ani na jedną chwilę, lecz szuka, wciąż szuka: idealniejszego dźwięku, pełniejszego tonu, bardziej wzruszającej słodyczy, albo pioruna, co śpi w gęstwinie metalowych strun. Rozpoczął te męczące poszukiwania, kiedy był dzieckiem, dziś ma lat siedemdziesiąt sześć i szuka jeszcze i nadsłuchuje*. Do największego dotarł szczytu, lecz pragnie wzlecieć jeszcze wyżej. Chyba aż tam, gdzie zgrzyt żaden z ziemi melodii nie mąci…
Sienkiewicz mówi, że w rzymskim cyrku było tak cicho, iż słychać było szelest węgielków, osuwających się z pochodni. W tej sali jest chyba ciszej jeszcze. Słychać stukot serc. Nikt nie śmie odetchnąć. I te głowy srebrne, i nasze zielone. Wiedzą, że to nie koncert, lecz nabożeństwo. Znajdujemy się nie w sali koncertowej, lecz w wyniosłej świątyni ducha. Muzyka za chwilę rozwali te mury, a nasze dusze, wzruszeniem uskrzydlone, wylecą aż pod czyste niebo, gdzie pieśń brzmi kryształowym tonem, a promienie gwiazd cichutko uderzają o siebie, najczystszy wydając dźwięk.
Już gra!
Nie, on nie gra, on się modli…
Otoczył się dźwiękami, szumem, pieśnią, melodią, hymnem…
Przymknął oczy, zatracił się, rozpłynął w nadludzkim jakimś upojeniu.
To już nie Paderewski w staromodnym czarnym obleczeniu i białej kamizelce, to już nawet nie ten, o którym powiedział muzyk francuski Saint-Saëns, że „to geniusz, który gra też na fortepianie”, lecz tajemniczy guślarz, co na tajemnym zebraniu wywołuje duszę narodu, aby przyszła promienista… I dźwiękami ją zaklina, aby łaską swoją dotknęła naszych serc. Kaja się przed nią, wielbi ją, śpiewa jej hymn uroczysty. A na nas pada nabożny lęk. Nam się wydaje, że pieśń odwieczna naszej ziemi, nabrzmiała jej sokami, jej potem i krwią, woła ku nam:
– Na kolana przed Duchem Polski, co jak orzeł zlatuje na nas spod niebiosów!
Coś nas chwyta za gardło, coś nasze serca ściska: to Chopin śpiewa rycerską balladę o ojczyźnie, a Paderewski, jego służka serdeczny, gra mu do wtóru. Fortepian staje się siedliskiem burzy, matecznikiem piorunów. Ręce Paderewskiego kiełznają je, jak rozhukane konie. Czyni to z widoczną męką, bo tak wygląda, jak gdyby w twarzy nie miał kropli krwi. Wszystko przelał w dźwięki, więc dźwięki są purpurowe. Ta burza wali się na nas, a my chylimy się jak kłosy na polu.
Słychać dudniące tupoty husarii. Słychać lwie pomruki tych armat, o których powiedziano, że je Chopin ukrył wśród róż. Słychać śpiewającą wielkimi głosami: potęgę, poszumy orlich skrzydeł, tumult wojny, „trąby Gradywa”…
Paderewski gra historię…
Polak gra Polskę…
Żaden pianista na świecie tego nie potrafi. Serca w nas się tłuką. Ten i ów zakrył ręką oczy, jakby go oślepiła łuna pożarów, dymiący kurz krwi… Inny położył rękę na sercu, jakby je chciał ochronić, bo ten nielitościwy człowiek przy fortepianie wyrywa mu je żywcem z piersi…
O, dajże nam odpocząć, pozwól nam schwytać oddech! Nie targaj, och, nie targaj tak biednych, cichych ludzi, co długo spali… Przysięgamy umęczonemu sercu Chopina, że nigdy i przenigdy nie zapomnimy na jedną chwilę o tej ojczyźnie, której imię wybucha w tej rycerskiej balladzie!
Paderewski uciszył burzę, zdławił ją rękami. Pioruny przewaliły się w bulgotanie…
I znowu gra…
Pobił nas lękiem, przeorał sumienia, z serc powyrywał włókna. Duszę każdą chwycił, jak na arkan, i powlókł do stóp Ojczyzny, tej groźnej, sprawiedliwie walczącej i wielkiej, nawet w nieszczęściu.
A teraz śpiewa o tej, co jest dla swoich łaskawa, strzecha lazurowa, jak chłopska chałupa, nakryta, spowita smutkiem rozlewnych mgieł, zalana srebrnym, księżycowym potopem, po której miłość i tęsknoty snują się jak jesienne, błędne pajęczyny… Jest wieczór, gwiazdy palą się, jak złote świeczki… Gdzieś w mazowieckiej karczmie tańczą szeroko, zamaszyście, zwaliście, tęgie wybijając rytmy…
Raduj się, ziemio polska, bo jesteś śliczna i prześliczna!…
Tańcz i śpiewaj tak, jak czynisz to od lat tysiąca, własnym tańcem, własną pieśnią, którą Chopin zapisał na wieki wieków… Bądź sobą!…
Patrz…
Paderewski jest wzruszony, przejęty, całą duszą zasłuchany w twoje głosy, o ziemio, polska ziemio!…
Co to znaczy?
Czemu my wszyscy mamy łzy w oczach?
Co on z nami czyni, ten człowiek tajemniczy, co zamiast uderzać w martwe struny, bije w nasze serca? Nie patrzy na nas, jakby zapomniał o nas…
Paderewski rusza, a my za nim, jak urzeczeni…
Odbywa się wielka, niezrównana parada dostojeństwa, powagi, wielkości…
Posuwistym krokiem stąpa sława, wzniosłość, świetność…
„Taki mi się snuje dramat, jak polonez…”
Idą Polacy: od purpurowej wspaniałości – przez krzyżowe drogi – do zorzy, co się różowi gdzieś na skraju nieba. Nikt nie jęczy, nikt nie szlocha. Dumna, wielka, szlachetna duma stąpa w pierwszej parze poloneza…    
Paderewski ma na twarzy hardość i zaciętość.
„To już ostatni, co tak poloneza wodzi!”
I znowu gra…
A potem jeszcze, i jeszcze…
Wszystko z siebie wygrał, i serce, i duszę. Nie zostawił sobie nic, chyba te ciężkie krople potu na czole. Już nie ma sił. Słania się, nieludzko zmęczony. A żeśmy z nim po ojczyźnie wędrowali, jeszcze nam za to dziękuje i kłania się nisko, w pas po chłopsku. Na świecie tego gestu pojąć nie mogli, ale my rozumiemy…
Wyciągamy ku niemu ręce, gdy odchodzi…
Orfeusz, co potrafi poruszać kamienie…
Zuchwała szósta klasa nie wstydziła się po raz pierwszy, że miała oczy pełne łez.
A nazajutrz zdumiał się Homer, że heksametry stąpają w rytmie poloneza… A wergiliuszowe wiersze tańczyły po chłopsku i z przytupywaniem, tak że tynk leciał ze szkolnej powały…
Pan profesor tylko się nie dziwił, bo był na koncercie i wciąż bardzo podejrzanie chwytał się ręką za niby srogie serce…

*    Ignacy Jan Paderewski urodził się w 1860 r. w Kuryłówce, zmarł w 1941 w Nowym Jorku.