Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Zbysław Popławski, LWOWSCY STUDENCI W GORGANACH I CZARNOHORZE (1934–35)

Czarnohora to niesamowite piękno i ogrom przestrzeni, a Gorgany to dzikość przyrody. Te dwa pasma Wschodnich Karpat przeszliśmy we trójkę: Renat Machalski, Zbyszek Załanowski i ja – było to w czasie kolejnych wakacji w 1934 i 35 roku.

Zbysław Popławski, 1937Wszyscy byliśmy członkami tej samej Korporacji Akademickiej, choć różnych uczelni, byliśmy studentami. Na naszych beretach mieliśmy przymocowane tarczki naszej Korporacji „Slavia”, tj. w kolejności od góry: granatowy, złoty i karmazynowy. Zastosowaliśmy podział funkcji: Załanowski, student medycyny UJK, miał ze sobą pistolet browning sześciostrzałowy, 6,35 mm z niezbędnym pozwoleniem na noszenie broni, wystawionym przez starostwo w Drohobyczu. Machalski miał sobie powierzoną apteczkę, bo był studentem IV roku Wydziału Medycyny Weterynaryjnej. Ja jeden byłem przyszłym inżynierem, studentem Wydziału Mechanicznego Politechniki Lwowskiej. Miałem komplet stosownych map turystycznych, które sumiennie nakleiłem na lnianym płótnie. Miałem więc mapnik, własnoręcznie wykonany, z obustronnymi okienkami z celuloidu, na którym były nacięte kreski do dwu potrzebnych podziałek, tj. dla map polskich co 1 cm i dla austriackich w specyficznej skali. Do mnie należało wyznaczanie kierunku marszu na podstawie orientacji w terenie oraz map i kompasu. Drugim moim obowiązkiem było zapisywanie, rysowanie i fotografowanie za pomocą najprostszego aparatu fotograficznego Kodak. Z uwagi na kompas i mapy szedłem jako pierwszy, natomiast na końcu szedł zawsze Załanowski, na własną prośbę, bo… cierpiał na wiatry…
Zjechaliśmy się umówionego dnia w Drohobyczu, gdzie w mieszkaniu Załanowskiego, przy ulicy Mickiewicza, nastąpiło ważenie, kompletowanie ekwipunku i rozdział żywności, jak ryż, mąka, itp. Niektóre zestawy wysłaliśmy na poste restante do Rafajłowej i Worochty, aby mniej dźwigać.
Z Drohobycza wyjechaliśmy koleją do miejscowości Dolina, gdzie w miejscowym tartaku firmy Silvinia przenocowaliśmy w jakimś baraku, na trocinach. Rano strasznie bolały odgniecione kości. Stamtąd – wiedzieliśmy, że jeździła kolejka wąskotorowa, co znacznie skracało drogę podejścia. Kolejką, która wyruszyła o świcie, jechała brygada drwali oraz nasze skromne osoby. Bajeczna to była jazda, przy krystalicznym i chłodnym powietrzu, gdy słońce rozjaśniało niebo, lecz jeszcze nie ukazało się spoza urzeźbionej górami linii horyzontu. Opuściliśmy kolejkę na przystanku Prawicz i wtedy ujrzeliśmy po raz pierwszy zachodnie Gorgany – były dla nas urocze, szmaragdowe. Z ochotą podjęliśmy marsz doliną potoku w kierunku przełęczy Podniżan. Po znacznie dłuższym czasie od przewidywanego osiągnęliśmy tę przełęcz i tam znaleźliśmy dość wygodnie i mocno zbudowany szałas kryty płatami z kory. Natychmiast, bo zbliżało się południe, ruszyliśmy na szczyt Jajka Iłemskiego (1685 m npm.). Wtedy dopiero okazało się, że szmaragdowa zieleń, która wydawała nam się zielenią łąk pasterskich, była zielonym porostem, omszeniem płaskich kamieni, usuwających się pod każdym stąpnięciem. Były to słynne klekoty, luźne kamienie, którymi były pokryte wierzchołki tych gór. Marsz był bardzo uciążliwy i nasze tempo zwolniło, a do szczytu było wciąż daleko. Wtedy podjęliśmy szczęśliwą decyzję zejścia z powrotem do przełęczy. Gdy osiągnęliśmy przełęcz i upatrzony szałas, słońce gdzieś zanikło. Zaledwie starczyło nam czasu na zebranie grubych bierwion i szczytyny (końce gałązek z iglastego drzewa). Zapaliliśmy ognisko po indiańsku na krzyż. Należało sporządzić posiłek po żmudnym dniu. W tym celu nad ogniskiem zawieszono menażkę z zamiarem ugotowania zupy. W międzyczasie zapadł zmierzch i zaczynało kropić, ledwo zdołaliśmy tę zupę doprowadzić do wrzenia. Znużenie pozwoliło tolerować naganny smak tego jadła. Byłem tak znużony, że nie miałem sił na te specjały. Zmrok zapadał tu o wiele wcześniej w stosunku do Lwowa. Pierwszy dyżur przy ogniu odprawił Machalski, a moja kolej wypadła przed północą. Pniaki po­woli się paliły, ogień szedł malutki. Niewiele potem, po północy, wśród bezwzględnej ciszy, usłyszałem zbliżające się łamanie gałązek, a następnie sapanie. Był to niewątpliwie niedźwiedź, który poczuł naszą zupę. Sytuacja mogła być niebezpieczna, więc dorzuciłem do ognia sporo szczytyny i ogień iskrząc, buchnął wysoko. Nasłuchiwałem: usłyszałem po chwili przyspieszone łamanie gałązek i niedźwiedź szczęśliwie się oddalił. Po mnie przejął dyżur Załanowski, niedźwiedź go już nie niepokoił i gdy wstał dzień, ruszyliśmy głodni i zziębnięci w dalszą zaplanowaną drogę. Całe Gorgany i Czarnohorę przeszedłem z ciupagą mego ojca, z drzewa akacjowego, która oddała mi wielkie usługi, bo wyrąbywałem nią przejście. Zatłukłem nią wiele wężów i żmij wylegujących się na ścieżkach, czego potem często żałowałem…
Zbysław Popławski, 1937
Rozpoczęliśmy wędrówkę na południowy wschód grzbietem długiego pasma Arszycy. Przez cały ten dzień nie spotkaliśmy ani jednego człowieka; było to bezdroże, wspaniała dzicz, prawdziwa puszcza dziewicza. Wędrówka jednak okazała się niemożliwa, gdyż istniał tam połom drzew, a wszystko było porośnięte wysokim mchem. Nogi wpadały między głazy i spróchniałe pnie, łatwo można było złamać nogę przekraczając drzewa, i cóż byśmy zrobili? Schodzenie w dół zboczem Arszycy było bardzo mozolne i trwało nader długo. Wreszcie u dołu osiągnęliśmy poprzecznie idącą dolinę, którą następnie posuwaliśmy się dalej w kierunku wschodnim. Po pewnym czasie ścieżyna zamieniła się w ścieżkę, co wskazywało na jej użytkowanie przez ludzi. Na tej ścieżce ukazały się wkrótce ślady po progach i następnie szyny wąskotorówki. Wreszcie doszliśmy do małej osady. Tam była restauracja kolejowa. Wygłodniali, zjedliśmy fantastyczne kotlety. Dalej wędrowaliśmy przez Wysoką (1805 m npm.) i Sywulę (1836 m npm.) aż do Rafajłowej. Znaliśmy tę nazwę z opisu walk żelaznej brygady Legionów. Tam była jakaś gospoda czy karczma i po odpoczynku zasnęliśmy jak kamienie. Spędziliśmy w niej trzy noclegi, bo dokonywaliśmy z Rafajłowej wypady jednodniowe. Jeden z nich prowadził nas do Krzyża Legionów, przejście od przełęczy Rogodze na szczyt Pantyr i zejście do Rafajłowej. Przy Krzyżu Legionów na przełęczy Rogodze odczytaliśmy: Młodzieży Polska, patrz na ten Krzyż, Legjony Polski wzniosły go wzwyż, przechodząc góry, doliny i wały – do Ciebie, Polsko, i dla Twej chwały. Była to pamiątka z kampanii Legionów z października 1914. Stanęliśmy na baczność i odśpiewaliśmy Hymn Młodych, będący Hymnem Stronnictwa Narodowego i Obozu Wielkiej Polski, obu organizacji politycznych utworzonych przez Romana Dmowskiego.

Po solidnym wypoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę w kierunku wschodnim, mijając schronisko PTT, pięknie urządzone i zagospodarowane. Potem trafiliśmy na plątaninę szlaków, byliśmy zdezorientowani. Nadszedł strażnik graniczny i najpierw zaczął nas legitymować – największe zaufanie wzbudziło pozwolenie na broń Zbyszka Załanowskiego – a potem uzyskaliśmy dopiero od niego wskazówki. Weszliśmy na przełęcz, z której moi towarzysze spojrzeli na Doboszankę i zrezygnowali z wchodzenia. Ja jednak miałem ochotę kontynuować i samotnym wejściem zdobyłem Doboszankę (1754 m npm.). Na zboczach leżały potężne płyty głazów, tak że wejście było dość trudne. Po moim zejściu ruszyliśmy znowu w kierunku wschodnim na szczyt następnego Gorganu, Syniaka (1664 m npm.) i posuwając się dalej grzbietem doszliśmy do Chomiaka (1544 m npm.). Po krótkim odpoczynku nastąpiło żmudne zejście w dolinę i dotarcie do stacji kolejowej Tatarów. Po posiłku w restauracji wsiedliśmy do pociągu i po kilkunastu minutach wysiedliśmy na stacji Worochta. Tam miał nam ułatwić pobyt kolega Załanowskiego, niejaki Jarek, ale okazał się on blagierem i bawidamkiem, zajęty był niewiastą, a dla nas miejsca nie miał. Sami więc zainstalowaliśmy się w schronisku PTT. Po jednodniowym odpoczynku i pobycie w Worochcie, która była licznie odwiedzanym letniskiem, ruszyliśmy o świcie kolejką wąskotorową ze stacji Foreszczenka w głąb masywu górskiego, wysiedliśmy przy posterunku straży granicznej. Tam nasz nocleg stanowiła weranda tej strażnicy i pomimo obolałych kości na następny dzień podjęliśmy dalszy marsz. Pierwszego dnia weszliśmy na małą i następnie na samą Howerlę (2058 m npm.). Zejście z tego najwyższego szczytu Wschodnich Karpat prowadziło po stokach obszernego karu (kotła) i widzieliśmy miejsce, z którego wypływa Prutec, tworzący siklawy, będący początkiem Prutu, tej ważnej rwistej rzeki. Równocześnie zorientowaliśmy się co do marszruty na następny dzień. Schodziliśmy z Howerli przez połoninę, na której znajdowała się badawcza stacja botaniczna Uniwersytetu Lwowskiego (UJK). Następnego dnia ze wspomnianej strażnicy granicznej podeszliśmy szlakiem, o ile pamiętam niebieskim, do Niesamowitego Jeziorka – taka była rzeczywiście jego nazwa. Wyszliśmy na Turkuł. Przechodząc tamtędy obeszliśmy Wielkie i Małe Kozły – skalne ostańce. Dopiero po tym przejściu doszliśmy ponownie do grzbietu głównego pasma Czarnohory, widzieliśmy halę i stoki Rebry, by następnie skierować się dalej na południowy wschód w kierunku Pop-Iwana. Idąc tym grzbietem od prawej południowej strony mieliśmy powiew silnego wiatru, który szybko się wzmagał, aż doszedł do huraganowych porywów. Nic nie pomagało podpieranie się czekanem, laską czy ciupagą. Wiatr był tak silny, że stwierdziliśmy niemożność dalszego posuwania się. W kierunku północnym był długi stok najeżony skałkami – były to Kizie Ułohy, miejsce zupełnie nieodpowiednie do schodzenia, bo bardzo strome. Pomimo tego musieliśmy zaryzykować zejście, gdyż dalsze posuwanie się w kierunku Pop-Iwana, który całe szczęście już rok wcześniej zdobyliśmy, było niemożliwe. Długo schodziliśmy, aż usłyszeliśmy głos trombity. Postanowiliśmy pójść w tym kierunku i tak doszliśmy do chaty, a raczej zagrody (grażdy), o której ogrodzenie oparto długą trombitę. Co jakiś czas podchodził do niej Hucuł i dął. Nie znając obyczajów, dopiero po pewnym czasie zrozumieliśmy, że odbywał się tam obrzęd pogrzebowy po jakiejś starej gaździnie. Zaproszono nas do środka. W drewnianej chacie były dwie izby – pierwsza większa, w której się znajdowaliśmy, oraz druga mniejsza, gdzie na środkowym stole spoczywała trumna ze zmarłą babką na marach, otoczona przez zebranych, widocznie sąsiadów. Odprawiali oni następujący obrzęd: starszy z ludu recytował zapytania, a zgromadzeni siedzieli pod ścianami i odpowiadali: A jeżeli komuś złe oko dała, czy odpuszczacie jej? – Odpuszczamy, odpuszczamy, była zbiorowa odpowiedź. A jeżeli komuś coś wykradła? – Odpuszczamy, odpuszczamy. – A je­żeli kogoś obmówiła? I tak się ustawicznie powtarzało. Natomiast w pierwszej, większej izbie była zgromadzona licznie młodzież huculska. My przezornie wyleźliśmy na ogromny, gliniany piec i będąc niejako wyizolowani, woleliśmy oglądać to ciekawe widowisko, niż brać w nim udział, do czego nas wielo­krotnie zachęcano. Grano w dupaka, na środku izby było ustawione krzesło, na nim siedział młody Hucuł. Przytrzymywał on wybranego delikwenta, który musiał kucnąć i wyprężyć tyłek. Wtedy z grona otaczających podchodziła jakaś osoba i waliła go ręką, a delikwent musiał odgadnąć, kto tego klapsa przyłożył. Jeśli nie odgadł, musiał się powtórnie wyprężyć. Przy czym stosowano dla zmylenia różne gesty i klapsy, co przyczyniało się do omyłki i następnej bolesnej próby. Dziewczynę zaś stawiano na zydlu, a od tyłu podchodzili parobcy i łup – pasami, a ona miała zgadnąć kto uderzył. Przezornie więc siedzieliśmy na piecu i oglądaliśmy zabawę. Wreszcie skończyła się ona i mogliśmy na piecu dość wygodnie usnąć.

Następnego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę. Dali nam przewodniczkę – Hucułkę, która wolno postępowała na koniku objuczonym bryndzą. Zbędne to było, bo z mapy dobrze znaliśmy drogę. U wylotu tej doliny, gdzie Bystrzec wpadał do Czeremoszu, stała karczma żydowska, bo tam też Żyd czuwał nad życiem pieniężnym tej ludności, która popadała w lichwiarskie długi z powodu pijaństwa.
Nad Czeremoszem był ustawiony piękny krzyż z jakimiś ikonami. Tam skręciliśmy w lewo i po ujściu niewielu kilometrów doszliśmy do największej wtedy w Polsce wsi Żabie, która składała się z wielu przysiółków (jak np. Słupiejka). W tej dużej wsi był urząd pocztowy gminy, posterunek policji itp. Najciekawszym jednak ośrodkiem była placówka badawcza kiły. Ponieważ w naszym składzie było dwóch medyków (ludzki – Załanowski i zwierzęcy – Machalski), kierownik tego ośrodka pokazał nam wszystkie eksponaty. Pamiętam, że były tam modele woskowe wszystkich następstw syfilisa (rumień czoła, zajęcza warga, brak przegrody między jamą ustną a nosem, itd.). U ludności huculskiej występowała często endemiczna kiła (lues congenita) i można było się nią zarazić. Częste były w związku z tym u ludności wady wrodzone. Chorzy na lues congenita np. nie mieli podniebienia. W 1848 rząd austriacki dla stłumienia powstania węgierskiego poprosił o pomoc rosyjską i kolumna wojska rosyjskiego przeprawiała się przełęczą. Wtedy Rosjanie zarazili kiłą ludność miejscową. Na wycieczce bardzo się pilnowaliśmy. Podchodziły Hucułki i proponowały: Panie, a hody tu za jednego złotego w krzaki – nigdy z zaproszenia nie skorzystaliśmy!
Następnego dnia odbyliśmy krótki wypad na Synycię i jeszcze drugi oraz odbyliśmy naradę, co dalej robić. Za Pop-Iwanem była grupa gór Czywczyńskich, o innym charakterze, łagodnym. Widać było Alpy Rodniańskie na Bukowinie. Góra Stoh była wtedy górą graniczną między trzema państwami; Polską, Rumunią i Węgrami. Po długiej rozterce przeważyło zdanie małostkowe – wracać, a było to skutkiem naszego wyczerpania fizycznego, gdyż żywności mieliśmy jeszcze dosyć.
Tymczasem czekał nas trud: należało bowiem dojść do klauzy. To było takie miejsce, gdzie komasowano wyrąb drewna, który polegał najpierw na ściąganiu pni do dołu, zwykle korytem jakiegoś potoku, dolinę przegradzała sztucznie utworzona przegroda i powstawał tam mały zalew, gdzie formowano tratwy, które następnie spławiano przez otwarcie zalewu i wtedy woda ruszała jak powódź. Flisacy musieli dobrze sterować, a niejednokrotnie kąpać się w zimnej wodzie o ostrym prądzie. Nieraz było to groźne, bo potok niósł prosto na skałę i flisak, oprócz sterowania, musiał skakać przy wartkim przepływie wody – nieobliczalnej i zimnej.
W naszej drodze powrotnej musieliśmy pieszo dojść jeszcze 25 kilometrów do Worochty. Tak więc przeszliśmy obok szczytu Kostryca i przez przełęcz, tam dopiero było zejście do Worochty, gdzie wsiedliśmy do pociągu. Wysiedliśmy jednak zaraz koło Kamienia Dobosza na stacji Jamna, aby zwiedzić jeszcze i to miejsce, gdzie jest skała, a pod nią jaskinia. Według legendy, opryszek – bohater typu Janosika miał ukryć skarby w jaskiniach pod tym Kamieniem: nazywa się to Doboszowe Komory.
Fotografie moje niestety się nie udały i zakupiłem, całe szczęście, w Worochcie zawodowo robione zdjęcia A. Błaża, które mam w swoim albumie. Ta wycieczka była głębokim przeżyciem i wywarła duży wpływ na to, że pokochałem góry. Namiętność do gór w dalszych latach stale się wznawiała. Jednakże często musiałem wędrować już samotnie. Udało mi się ocalić ze Lwowa moją ciupagę, mapnik i kompas, które dalej mi towarzyszyły w górach. Natomiast moi przyjaciele zostali w tamtej ziemi, nie wiem, gdzie spoczywają bez grobu.

Renat Machalski, 1938(René) Renat Machalski pochodził z rodziny polsko-francuskiej, bowiem jego dziadek, Polak, budował mosty na Loarze jako kierownik i ożenił się z Francuzką. Renat był na IV roku weterynarii, a do Korporacji „Slavia” osobiście go wprowadzałem, był więc mym synem korporacyjnym. Ukończył studia przed wojną i był przyjęty jako asystent na Wydziale Weterynarii. Kiedy Niemcy uderzyli na Sowieciarzy w czerwcu 1941 roku, to on był kierownikiem stacji weterynaryjnej w miejscowości Krasne, będącej ważnym rozstajem dróg na wschód od Lwowa. Do Krasnego właśnie wchodziły czołówki frontu, w skład których wchodzą straże przednie i oddziały szperaczy, które strzelają do wszystkich. Na szkoleniu obronnym uczono nas, że kiedy idą wrogie szperacze ulicy, trzeba się pochować do piwnic, nawet nie od strony ulicy, bo oni rzucają granaty ręczne przez okienka wychodzące na ulicę. Tymczasem mój Renat bardzo lekkomyślnie się zachował, może wyszkolenia nie miał… Był na stacji weterynaryjnej w białym kitlu, miał bryczesy i buty oficerskie. Niepotrzebnie wyszedł ze stacji i wyglądał. Patrol wylegitymował go natychmiast. Pokazał polski paszport, a tam były pieczątki, że był on we Francji. Wzięli go za rzekomego szpiega i zaraz zrewidowano, a miał on przy sobie też paszport francuski, okazało się to fatalne, bo na tym rozstaju dróg, bez zastanowienia i tłumaczenia, na miejscu go Niemcy rozstrzelali.

Renat Machalski, 1938Zbyszek Załanowski – co za zacny dusza‑człowiek był! Pochodził z Drohobycza, gdzie jego ojciec był dyrektorem Miejskiej Kasy Oszczędności. Mieszkali w parterowym domu przy ul. Mickiewicza, bodajże pod 30-31 numerem. Matka Zbyszka zmarła, a ojcem opiekowała się siostra matki. Kiedy wybuchła wojna, Zbyszek był już młodym lekarzem w Przemyślanach, które znalazły się po 17 września pod okupacją sowiecką, na południowy wschód od Lwowa. Tam był lekarz Żyd, który go obserwował i doniósł do NKWD, że Zbyszek leczył postrzelonych partyzantów z Armii Krajowej, co było oczywiście prawdą, ale przecież i jego obowiązkiem. Zbyszka za to aresztowano i wywieziono na wschód na Syberię, do obozu karnego gdzieś koło Archangielska… Gdy z kolei Niemcy uderzyli na Rosję, nastąpiło tam rozprężenie w obozie (pakt Sikorski-Majski, formowano armię Andersa) i udało mu się uciec i przez front (!) niemiecko-rosyjski wrócił do Drohobycza. Dowiedział się w Drohobyczu, że ojciec już zmarł, a macocha została wywieziona przez Sowietów do łagru na Syberię. I on ruszył z powrotem (!), przez front, na wschód szukać macochy. Mam relację innego Polaka, który, gdzieś daleko za Donem, na jakiejś stacji kolejowej, widział go umierającego na tyfus. Nikt oczywiście nie mógł wtedy tam mu pomóc i ślad po nim zaginął, został chyba już tylko w mojej pamięci. Wspominała go też Hala Lachowiczówna.

Takie były losy moich przyjaciół, z którymi chodziłem po Gorganach i Czarnohorze. Ilekroć szedłem w góry, które stały się odtąd moją pasją, wracało w myślach tamto pamiętne lato i szedłem, aby wspomnienia ożyły choć chwilę. W Tatrach, Pieninach, w Nowosądeckiem czy Bieszczadach krok moich przyjaciół i wrażenie ich obecności towarzyszyły mi zawsze.
Opracowała w roku 2012 Marzena Zofia ­Popławska, córka autora wspomnień

ZBYSŁAW POPŁAWSKI (1913–2007) – notka biograficzna – w CL 4/07