Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Stanisław Wasylewski, KSIĘŻNICZKA Z BURSZTYNA

Poszukiwałem, myszkowałem po całej Polsce, by odszukać portrety pięknych pań osiemnastowiecznych, malowanych przez głośną artystkę francuską, E. Vigée-Lebrun, z czego później wynikła albumowa monografia opracowana wespół z profesorem Jerzym hr. Mycielskim. Na razie pracowałem sam, ambicjonując, by jak najwięcej zgromadzić wiadomości o dziełach malarskich wymienionych w jej katalogu, a dotyczących Polaków i Polek. I oto dowiedziałem się, że niedaleko, na przedpolu Lwowa, znajdują się jakoby dwa płótna tej artystki, głośnej bardzo kiedyś w całym świecie, dziś zapomnianej nawet w Paryżu. I to gdzie? W Bursztynie.
Kiedyś, ongiś była to znana rezydencja magnackiego dworu książąt Jabłonowskich. W epoce rokoka huczało tu od assamblów1 i zjazdów, i głupawej rozrzutności. W początkach XIX wieku młodziutki Stanisław Skarbek, utracjusz, lampus i birbant, stawiał pierwsze kroki jako reżyser teatrów amatorskich, gwoli uciesze perukowej society, i ani mu się pewnie śniło, że wyrośnie na znakomitego dyrektora-fundatora sceny polskiej we Lwowie. Dawne czasy, których echa zamarły w spustoszałym pałacu. Do początków stulecia naszego władał nim ostatni, porządnie zramolały degenerat rodu kiedyś prężnego, książę Stanisław Jabłonowski. Oprócz wyczynów przy stołach karcianych Kasyna końskiego i Monte Carlo, które nadszarpnęły fortunę, zmniejszając ją do niewielkiego mająteczku z pałacem, zapisał się ostatni z książęcego rodu romantycznym mezaliansem: wzgardziwszy tuzinem oferowanych mu księżniczek, pojął zwyczajną szlachciankę, ale jakże egzotyczną!

Panna Mineyko urodziła się w Grecji, była córką obrotnego wygnańca polskiego, który na Bałkanach zbił bajkową fortunę i nie skąpił jej rodakom. Gdy Polska „wybuchła” w roku 1918, zafundował jej kilka czy kilkanaście pociągów z karabinami greckimi i amunicją. Jedynaczka owego Mineyki olśniewała pięknością i z namysłu czy bez takowego przyjęła zaloty księcia z dalekiej Polski. Księżna Jabłonowska osiadła wkrótce w Bursztynie. Książę-degenerat dał pokój podróżom, zajęty przegrywaniem wiana Mineykówny. Gdy mu się to wreszcie udało, przeniósł się w lepsze światy. Opowiadano wiele, jak sobie wdówka uweselała lata wdowieństwa, wskazywano nawet szczęśliwych wybrańców, m.in. lotnika austriackiego, Włocha, który nie martwił się zbytnio, gdy przyszło mu w czasie wojny 1914–1918 usiąść przymusowo na polach bursztyńskich.
Ale to dawne czasy! Urodziwy lotnik już chyba zapomniał o tym incydencie i służy w wojsku polskim. Rok mamy 1923. Siedzę przy herbacie w pałacu, obserwując les beaux restes2 pięknej kiedyś urzekająco, dziś podletniej, z widocznymi cechami bujnej kiedyś urody południowej. Dwie progenitury książęcego mezaliansu ubawiają mię gorliwie, siląc się, bo byłem wtenczas kimś, o którym się mówiło, którego się czytało itd. Wychodzimy na spacer do rozległego a srodze zaniedbanego parku. Kiedyś był strzyżonym francuskim, potem romantycznie angielskim, a teraz płacze rozwalinami ławek kamiennych, nie wygracowanymi ścieżkami. W parku jest ciasno, wybiegamy na pola. Najmłodsza dzierlatka, wcale bystra, niebrzydka, inteligentna, zorientowawszy się, że nudzą mnie obowiązkowe zachwyty nad moimi pisaninami, proponuje najpierw gonitwy po murawie wiosennej. Zabawna jest i chętnie jej towarzyszę. Dlaczego?
Spotykałem rozmaite mniej i więcej strupieszałe princessy, tak lub inaczej odęte, etykietalne, w klatkach lub bez, ale dzierlatki z dziewięcioma pałkami, naturalnej, po prostu dziewczęcej – nigdy dotąd. Co prawda krąg widzenia mam niewielki, rozszerzy się on dopiero po kilku latach obracania się w tych kołach w Wielkopolsce. Jakkolwiek bądź pannica nie różni się niczym od moich uczennic na pensji Strzałkowskiej, które od niedawna obuczam i tresuję w znajomości literatury, czyli w sztuce umiejętnego czytania i mówienia o przeczytanych książkach. Bardzo interesująca (na półgodzinną rozmowę) księżniczka.
– A może teraz pójdziemy odwiedzić siostrę Tadeusza Rittnera – proponuje i widząc, że nie oponuję, prowadzi gdzieś poza park i pałac.
Był sobie kiedyś w początkach ubiegłego stulecia felczer małomiasteczkowy w tymże Bursztynie, Rittner. Spieszno mu było wzwyż, więc syna jedynaka posyła do szkół i na uniwersytet, i na pociechę, gdy z jedynaka wyrósł zdolny i ambitny, fenomenalnie utalentowany pracownik. Ochrzczony wcześnie, zasymilował się bez reszty. Szczeblował szybko. Tajny radca, pracownik ministerialny, wreszcie minister oświaty monarchii austriackiej. Niewiele zdołał, bo życia nie starczyło, zmarł w 1885 roku. Najstarszym synem Edwarda był znany w literaturze Tadeusz Rittner, tęgi, choć nie dopowiedziany do końca komediopisarz, autor Wilków w nocy, Głupiego Jakuba i sztuki W małym domku, która była jego debiutem w roku 1904. W odcinkach „Gazety Wieczornej” umieszczałem w numerach świątecznych jego nowele, które mi jego przyjaciel Roger Battaglia przywoził z Wiednia. Pamiętam też dowcipną pocztówkę, którą mi pokwitował fejleton3 napisany o jego tomie prozy, drukowanym we Lwowie w tym czasie. Był w Rittnerze, też młodo zmarłym (1921), kompleks w rodzaju Conrada. I inne opory działały hamująco. Wychowany w Wiedniu, kraju prawie nie znał, rozwijając się pod skrzydłami bohemy wiedeńskiej. Pisał równie biegle po polsku i po niemiecku, premiery wystawiał w Warszawie, Lwowie i w Burgteatrze. Dręczyła go, dławiła niewola przy biurku ministerialnym. I z tej także nie zdołał się wyrwać, szamocąc się nieustannie. Gnębiła go i pognębiła obroża biurokracji, chociaż ministerialnej, prawdziwemu poecie jednakowo nienawistna.
W zakącie jakimś chałupina, mały drewniany, czysto pobielony domek, który ginie, zapada się, osiada w ziemi, widocznie brak mu fundamentów. Pierwszy krok do wnętrza to znaczy spadek poniżej poziomu drogi. Terkocąca wciąż księżniczka objaśnia:
– Namawiamy stale pannę Rittnerównę, żeby się wyprowadziła, ale i słyszeć nie chce o porzuceniu rodzinnego domku.
Tu pewno mieszkał małomiasteczkowy felczer, który postanowił wychrzcić swego syna, tu wzrastał ten syn i wraz z innymi dziećmi wyfrunął w świat. Opowiada mi o tym staruszka żwawa i ruchliwa. Myślę sobie, że znalazła się z bratem na przeciwnych krańcach: ona tu, na ojcowskiej grzędzie, dożywa lat swoich, on pognał w świat strojny, kuszący powodzeniem. I nie czuł się wcale szczęśliwszy od tej staruchy, wrastającej w ziemię wraz ze swą chałupinką.
Gdyśmy wrócili do pałacu, księżna z Mineyków Jabłonowska przyniosła dwa nieduże obrazki, chłopczyk i dziewczynka, dzieci ambasadora Stanisława Augusta w Wiedniu, Woyny. W ujęciu, w sposobie malowania – ciekawe i oryginalne. Stały się ozdobą mojej publikacji Portrety polskie p. Vigée-Lebrun. Ale księżniczka z Bursztyna była wśród nich trojga najciekawsza.


1    ansamble – zebrania (z franc.)
2    les beaux restes – piękne resztki
3    dziś mówimy: felieton

Tekst zaczerpnięty z książki S. Wasylewskiego pt. „Czterdzieści lat powodzenia. Przebieg mojego życia”, Wrocław 1959.