Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

NOWE KSIĄŻKI

• Wydawnictwa książkowe – naukowe i wspomnieniowe – o tematyce wschodnio­małopolskiej są ciągle bardzo liczne, co cieszy nas niezwykle. Gorzej z możliwościami nabywania, bo – jak wszystko – drożeją nieustannie. Nie da się więc wszystkich kupować, trzeba sobie wzajemnie pożyczać. Tak też czynią dziś ci, którzy piszą dla nas omówienia wydanych książek, z jednym wszakże wyjątkiem!
Wyjątkiem tym jest dla autora niniejszego omówienia wielotomowy cykl Materiałów do dziejów sztuki sakralnej na Ziemiach Wschodnich dawnej Rzeczypospolitej, a w szczególności ich część 1 (bo innych jeszcze nie ma): Kościoły i klasztory rzymskokatolickie dawnego województwa ruskiego* pod redakcją naukową Jana K. Ostrowskiego (wyd. Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków 2010). Otóż tego pożyczać nie można – to trzeba mieć na własność i przekazywać potomnym!
Ostatnio wyszły dwa nowe tomy: 18. i 19. Przypomnijmy: Materiały zaczęły się ukazywać w 1993 r., na każdy rok przypada więc mniej więcej jeden tom (format A4). Nasi Czytelnicy dobrze to wiedzą, ponieważ kolejne tomy zawsze omawiamy.
*  *  *

Tom 18. liczy prawie 400 stron tekstu i ponad 500 zdjęć. Obejmuje dwadzieścia kilka obiektów z dekanatów buczackiego i horodeńskiego (oczywiście wg stanu przedwojennego, bo w ostatnich 2/3 wieku wszystko uległo dezorganizacji), natomiast kilka najważniejszych miejscowości z tego terenu (Kołomyja, Buczacz i parę innych) znalazło się już we wcześniejszych tomach.
Teren opracowywany w omawianym tomie to wschodnia część Pokucia w ziemi halickiej oraz płd.-wschodni kraniec ziemi lwowskiej. Okolica bardzo żyzna i malownicza, przecięta wijącą się wstęgą Dniestru, ale przez wieki niespokojna, narażona na stałe najazdy tatarskie i wołoskie.
Pozwalamy sobie przedrukować kilka fragmentów Wstępu:
W XV i XVI w. główną rolę odgrywali tu przedstawiciele rodu Awdańców z Buczacza i Jazłowca, później, aż do końca istnienia I Rzeczypospolitej – Potoccy. Dzięki najsławniejszemu z nich, Mikołajowi Bazylemu, staroście kaniowskiemu, Buczacz i okolice odegrały pewną rolę w rozwoju sztuki na skalę europejską, jako siedziba i główny, obok Lwowa, teren działania znakomitego rzeźbiarza Jana Jerzego Pinsla.
Stan zachowania zabytków wchodzących w zakres niniejszego opracowania jest zły, nawet na tle pozostałych części przedwojennych województw lwowskiego, stanisławowskiego i tarnopolskiego. W 1939 r. w ramach obu omawianych dekanatów istniało 31 kościołów parafialnych i zakonnych, z których żaden nie zachował się w stanie nienaruszonym. Całkowitemu zniszczeniu uległo aż 10 obiektów […]. Do części z nich nie dysponujemy nawet dokumentacją fotograficzną. Kościół w Chocimierzu stanowi niemożliwą już do uratowania ruinę, bardzo zły jest stan kościołów w Czernelicy, Kowalówce i Michalczu. Pozostałe zabytki nie są bezpośrednio zagrożone, warte odnotowania jest przetrwanie drewnianego kościoła w Hucie Nowej. Stosunkowo najwięcej elementów wyposażenia zachowało się w Uściu Zielonym, Buczaczu i Słobódce Dżuryńskiej.
Na omawianym terenie brak kościołów z w. XV i XVI. Najwcześniejsze zabytki to kościoły dominikańskie w Potoku Złotym i Czernelicy. Obydwa stanowią ważne przykłady w ramach charakterystycznego typu świątyń na rzucie krzyżowym, z prezbiterium i kaplicami bocznymi (ramionami transeptu) zamkniętymi wielobocznie, o silnie zaznaczonych cechach gotyckich.
Znacznie bogatsza jest spuścizna XVIII w. [kościół Misjonarzy w Horodence, kościoły w Uściu Zielonym, Monasterzyskach, Gwoźdźcu i Buczaczu]. Dalej mowa o architekturze sakralnej z XIX i XX w., o malarskich dekoracjach wnętrz, małej architekturze, nielicznych zabytkach malarstwa sztalugowego itd.
Omówiony 18. tom wyczerpuje w zasadzie problematykę wschodniomałopolskich kościołów i klasztorów, z wyjątkiem lwowskich, które będą tematami ostatnich tomów cyklu (poczynając od poniższego).
 *  *  *

Tom 19. liczy prawie 500 stron tekstu i prawie 900 zdjęć oraz (luzem) fragment planu Lwowa z 1931 r. Tom ten obejmuje – jako pierwszą część – 21 spośród najważniejszych rzymskokatolickich (w tym najstarszych i istniejących) kościołów z terenu miasta Lwowa (nie znalazła się tam jeszcze Katedra łacińska)**.
Historia każdej z omawianych świątyń jest niezwykle bogata, w większości dramatyczna. Kościoły lwowskie, wznoszone od średniowiecza, musiały przeżyć czasy wrogiej polityki austriackiej po I zaborze, kasaty klasztorów i przemianowania kościołów, powstania narodowe, I wojnę światową, walki z bolszewikami i Ukraińcami w latach 1918–20, a wreszcie II wojnę światową z kolejnymi okupacjami i zajęciem większości kościołów rzymskokatolickich na cele poza­sakralne lub na rzecz innych wyznań, z równoczesnym pozbawianiem historycznego wystroju i zniekształcaniem, a nawet całkowitym zniszczeniem wnętrz.
Autorzy wymieniają kilka kościołów, które nie zostały już uwzględnione, ponieważ przestały istnieć lub całkowicie straciły swój charakter i formę. Do pierwszych należy np. gotycki kościół oo. Franciszkanów (znamy go z dawnych panoram miasta), w którym – po desakralizacji – mieścił się na przełomie XVIII/XIX w. teatr Bogusławskiego; do drugich – pierwszy w Polsce kościół trynitarski przy ul. Krakowskiej, potem zamieniony na aulę i bibliotekę uniwersytetu, zniszczony po wielkim pożarze w 1848 r., a w końcu ruiny odbudowane na cerkiew Przemienienia. Mimo tych wydarzeń w obecnej budowli cerkiewnej tkwią mury dawnego kościoła oo. Trynitarzy, niezmieniony jest jego zasadniczy plan i bryła. A skoro tak – czy nie należało tego pokazać i bodaj krótko opisać jego dziejów – dla pełni wiedzy o ważnych lwowskich świątyniach? Dodajmy, że rzut i przekrój kościoła Trynitarzy można znaleźć w księdze T. Mańkowskiego Dawny Lwów, jego sztuka i kultura artystyczna (Londyn 1974), a obraz fasady po zniszczeniach z 1848 r. – w książce Lwów na dawnej rycinie i planie O. Czernera (Ossolineum, 1997).
Proponujemy, by oba te kościoły uwzględnić w kolejnym tomie Materiałów. W tej sprawie zwróciliśmy się do Autorów i Redaktorów, prosząc, by nie zubażać historycznej wiedzy o dawnym Lwowie. Niestety otrzymaliśmy odpowiedź negatywną.

*    … a mówiąc „po naszemu”: Małopolski Wschodniej (nazwa ta obowiązuje od r. 1569).
**    Wcześniej, w tomie 1. (z 1993 r.) przestawiono jedynie kościół oo. Reformatów, a w tomie 12. – obiekty z XIX i XX w. Tematyce lwowskiej mają być poświęcone jeszcze dwa następne tomy oraz tom zawierający korekty, uzupełnienia i indeksy.

• Dwa lata temu ukazała się gruba księga, dość ładnie zatytułowana: Lwów, legenda zawsze wierna (wyd. „Galaktyka”, Łódź 2010). Autorem jest Ryszard Jan Czarnowski, nieznany nam dotąd pośród twórców historycznej literatury kresowej.
Księga o ponad 450 stronach, z wieloma ilustracjami, podzielona została na dwie, z grubsza, części: pierwsza (ok. 200 stron) dotyczy dziejów miasta; druga, podzielona na 20-kilka rozdziałów o różnej treści, omawia rozmaite instytucje, zabytki i postacie dawnego Lwowa. Nasza subiektywna uwaga: wolelibyśmy, by liczne treści zawarte w jednej grubej księdze zostały rozłożone na dwa tomy.
Dzieło Czarnowskiego jest więc – generalnie rzecz biorąc – wydawnictwem pozytywnym, bo przede wszystkim dotyczy tematu, o którym nigdy za wiele, ponadto napisane jest łatwo i interesująco do odbioru dla mało wprowadzonego czytelnika.
To są wszystko pozytywy książki Czarnowskiego. Trzeba jednak poruszyć parę problemów, które kładą się cieniem na wartości tej książki. Nie poruszamy tu drobnych błędów merytorycznych (kompetentni czytelnicy naliczyli ich kilkadziesiąt), natomiast nie można zwrócić uwagi na istotne błędy i braki.

Szeroka problematyka Ziemi położonej między górnymi biegami Sanu, Bugu i Horynia oraz Dniestru jest niezwykle ważna dla naszych polskich dziejów, dla polskości, w tym oczywiście dla Lwowa. Nie została jednak dotąd w sposób zadawalający omówiona przez właściwych dla takiej problematyki polskich naukowców (historyków, geografów, archeologów, językoznawców) z pożytkiem dla polskiej nauki i edukacji.
Omawiana książka nie jest dziełem naukowym ani też nie wgłębia się w dość trudną problematykę najdawniejszych dziejów miasta i regionu. Na marginesie: region jest tu na ogół, ze szkodą, pomijany we wszystkich okresach historii (jeśli nie dotyczy to np. nawiązań z okazji wojen).
Powiedzmy sobie szczerze, że treści historyczne zawarte w pierwszej części zostały tu przeniesione z innych, dawniejszych opracowań i to zarówno całościowych o historii Lwowa, jak i specjalnych o węższej tematyce, a wreszcie z różnych opowieści wspomnieniowych. Natomiast całkiem pominięto efekty nowych badań historycznych, by – jak napisał autor – nie zanudzić (!) czytelnika (str. 11 – pierwsza strona tekstu).
Jeśli chodzi o wcześniejsze całościowe dzieła (czy kroniki) na temat historii Lwowa, to warto przypomnieć, że było ich wcale niemało i zawierały to, co każdy z kolejnych autorów mógł napisać wedle współczesnej mu wiedzy. Oto ich lista (może jeszcze niepełna?):

J.B. Zimorowic: napisane w XVII w., wydane w 1836
I. Chodyniecki: pierwsze wydanie w 1828, drugie 1865
F. Papee: pierwsze wydanie 1894, drugie 1928
S. Wasylewski (w serii Cuda Polski): lata 1920.
A. Czołowski: 1925
L. Podhorodecki: 1993
R.J. Czarnowski: 2010
Należałoby przeto oczekiwać, że dwaj najbardziej współcześni autorzy uwzględnią to, co naukowo ustalono w ostatnich latach XX wieku. Uczynił to tylko Podhorodecki.
O co chodzi? Oczywiście o to, czego najbardziej nam brakuje: ustalenia historycznej sytuacji ziem, na których powstał Lwów. Brak wiedzy w XIX i początkach XX wieku kazał przyjąć to, co utrwaliło się do tamtego czasu w świadomości Polaków: Lwów powstał jakoby na ziemiach ruskich i ruscy władcy go założyli – bo w X w. ­włączył je do Rusi Włodzimierz Wielki (981 r.). Nie zastanawiano się, co było wcześniej, poza czczym stwierdzeniem, że: zajął ziemie Lachów. A więc kim byli ci Lachowie, czyli stosując dzisiejsze nazewnictwo – Polacy? Co się z nimi stało? Czy nikt nie słyszał o Lędzianach, plemieniu prapolskim (Lendizi po grecku*, a do dziś przyjętym jako nazwa Polski: Lengyel po węgiersku, Lenkai po litewsku)? Żadnych badań wtedy nie prowadzono, żadnych wniosków nie wyciągano. Zgodzono się więc, że Lwów powstał na ziemiach ruskich – przyjęli to polscy historycy, a za nimi politycy, publicyści, pisarze. Z naszej strony nikt nie czuł potrzeby zajęcia się tym tematem, panował całkowity brak wyobraźni, który w przyszłości musiał doprowadzić do klęski.
Dopiero od parudziesięciu lat podjęto badania, co wynotowaliśmy już w CL 1/09. O prapolskości ziem między Sanem a Zbruczem pisali – zapewne nie tylko oni – profesorowie M. Parczewski, J. Nalepa, G. Labuda, J. Kotlarczyk; prof. A. Żaki pisał o Przemyślu, J. Buraczyński o Roztoczu, wcześniej F. Koneczny o Ziemi Chełmskiej. Niestety dotąd badań tych szerzej nie wykorzystano, ponieważ o tamtych ziemiach teraz się nie pisze. Takie czasy…
Dlaczego my o tym wszystkim piszemy? Nie oczekujemy przecież od autora tej książki, by prowadził badania oraz omawiał szczegóły i „nudził czytelników”. Chodzi jednak o to, by w książce napisanej na przełomie XX/XXI wieku napisać to, co już zbadane, a czego nie wiedzieli lub za mało wiedzieli Polacy do połowy XX wieku.
Komu to potrzebne? Najpierw nam samym, bo to nasza historia, więc powinna być wdrożona polskiemu społeczeństwu, znaleźć się w podręcznikach dla młodzieży polskiej. A potem innym, przede wszystkim tym, którzy nie wahają się zakłamywać historycznej prawdy. Służyć im mają takie imprezy jak „Watra Łemkowska” pod Gorlicami, z udziałem byłego pomarańczowego prezydenta – przy pełnej obojętności naszych polityków.
A zaczęło się od Lędzian…

*    Geograf Bawarski IX w., Konstanty Porfiro­geneta X w.
 
• W wydawnictwie „Wołanie z Wołynia” w 2010 r. ukazała się – trzecia z cyklu – książka Marka A. Koprowskiego pt. Podolskie klejnoty. Autor, znany już z poprzednich książek jako wędrowiec po naszych Kresach II RP, tym razem odwiedził południową część Wołynia i zachodnią Podola (należące obecnie do woj. tarnopolskiego).
Głównym celem wędrówek pisarza jest poznanie życia mieszkających tam Polaków i wiernych skupionych wokół odrodzonych parafii rzymskokatolickich, obsługiwanych w większości przez kapłanów z Polski. Jak zwykle u tego autora reportaże zawierają bardzo dużo rzetelnych informacji historycznych, krajoznawczych, społecznych, a także rozmowy z żyjącymi jeszcze świadkami historii.
W dziewiętnastu, dłuższych lub krótszych, rozdziałach zawarł autor wyniki swych wizyt w ok. 20 miejscowościach, w tym: w Krzemieńcu, Poczajowie, Czortkowie, Zbarażu, Tarnopolu, Trembowli i Zaleszczykach, a także w mniejszych, leżących nieco na uboczu, jak: Lisowce, Szypowce czy Dźwiniaczka. Interesujący jest rozdział o Zarwanicy – ukraińskim sanktuarium Matki Boskiej. Autor podaje dzieje tego miejsca na przestrzeni wieków, w tym najbardziej tragiczne w XX wieku, oraz odbudowę w czasach współczesnych. Przy okazji podaje przykład dobrej współpracy i wzajemnego szacunku obrządków wschodnich i zachodniego. Podobnie jest w Dźwiniaczce, gdzie trwa pamięć o św. Zygmuncie Szczęsnym Felińskim. Niestety na kartach książki bardzo często przewijają się świadectwa tzw. „wydarzeń”, czyli napadów UPA i mordowania ludności polskiej w latach 40. XX wieku, a także niechęci władz miejscowych i państwowych oraz kleru grekokatolickiego do Polaków i katolików łacińskich. Przykładem jest ksiądz grekokatolicki (i jego żona) w Lisowcach koło Czortkowa, który mając wrogi stosunek do Polaków, podburza i szantażuje mieszkańców wsi.
Autor książki dotarł do wielu zasłużonych osób, dzięki którym na omawianym terenie przetrwała wiara, wspólnota, a obecnie budowane są kościoły. Do takich bohaterek zaliczyć trzeba panie: Irenę Sandecką w Krzemieńcu, Zofię Hurko w Brzeżanach i Irenę Tomaszewską w Czortkowie. Z publikacji dowiadujemy się też o trudnej, czasem wymagającej bohaterstwa, pracy kapłanów z zakonów: dominikanów (Czortków), franciszkanów (Husiatyń), bernardynów (Zbaraż) oraz sióstr dominikanek (Czortków) i niepokalanek (Jazłowiec). Na wschodnich placówkach pracuje zaledwie po kilka osób wydelegowanych przez zakony w Polsce. Pracy mają bardzo dużo; prócz duszpasterstwa – edukacja, kultura, opieka nad starszymi, chorymi i dziećmi, do tego – prace remontowe i budowlane. Istnieją też wspólnoty parafialne w zaniku, jak w Zaleszczykach, obsługiwane przez jednego kapłana, bez widoków na lepszą przyszłość. Duża część tamtejszej młodzieży stara się wyjechać na Zachód.
Publikacja zawiera 144 fotografie i 1 mapkę omawianego terenu. Czekamy na kolejne wiadomości z Kresów.
 (DTS)
 
• Wydana przez krakowskie wydawnictwo „AA” w 2011 r. Czarna Księga Kresów autorstwa Joanny Wieliczki-Szarkowej to książka, która powinna należeć do lektur obowiązkowych wszystkich Polaków, nie tylko tych, którzy z tamtych ziem się wywodzą, bo oni mniej lub więcej znają problematykę, ale przede wszystkim powinna trafić do młodych. W momencie gdy w szkołach dąży się do okrojenia godzin lekcji historii, gdy patriotyzm, umiłowanie Ojczyzny, pamięć stają się démodé, ta książka jest bardzo potrzebna.
Nie czyta się jej przyjemnie, bo to lektura pełna tragizmu, czarnych i przygnębiających wydarzeń na przestrzeni dziejów, które doprowadziły do tego, że dzisiaj mówi się, że Kresy nie istnieją, że nastąpił bezpowrotny ich kres.
W przedmowie prof. Andrzej Nowak stwierdza: Tak, tych Kresów, które były, już nie ma. Przynajmniej na żadnej współczesnej mapie. Zdaje się, że nadszedł ich kres. I pyta: Jak to się stało? Jak się ta tragedia dokonała? Czyja to wina? Czyje zaniedbanie? Czy mogło być inaczej? Autorka stara się znaleźć na te pytania odpowiedź w swojej książce. Dr Paweł Naleźniak słusznie zauważa, że niewiele jest takich prac, które byłyby historyczną syntezą dramatycznych dziejów Kresów, przystępną dla każdego czytelnika, nieodstraszającą językiem naukowym ani objętością. Książka dr Joanny Wieliczki- Szarkowej spełnia tę funkcję, stanowiąc klucz, po który może sięgnąć każdy czytelnik: klucz, który inspiruje do dalszego zgłębiania wybranych wątków....
A wątki te zaczynają się od czasów Kazimierza Wielkiego, czyli włączenia Rusi Halickiej do Królestwa Polskiego na mocy praw dynastycznych, poprzez unię polsko-litewską, najazdy tatarskie, ekspansję Moskwy na zachód, powstania kozackie, Koliszczyznę, okres rozbiorów, powstania listopadowe i styczniowe, pierwszą wojnę światową, odzyskanie niepodległości, wojnę polsko-ukraińską, wojnę polsko-bolszewicką, II Rzeczpospolitą, drugą wojnę światową z pierwszymi i drugimi sowietami i okupacją niemiecką, po powojenne losy Kresowian, niszczącą ślady polskości na Kresach komunę, aż do dzisiejszych spraw Polaków w niepodległych republikach Litwy, Białorusi i Ukrainy.
Kresów nie ma, ale nie oznacza to, że mamy wymazać je z naszej pamięci, że możemy pozwolić coś takiego uczynić. Przecież to sześć wieków polskiej tam obecności, to nasza tam kultura i cywilizacja. Jak można się więc zgodzić na odebranie nam prawa do pamięci o wszystkim, co tam się działo. Przecież nie wszystko tam było czarne. Był to też świat harmonii i piękna, nie tylko przyrody, ale i ludzi tam mieszkających. Ten tygiel narodów właśnie stanowił o wyjątkowości tych ziem, o bogactwie jego kultury, o tolerancji. Kresy to było źródło wody żywej, z którego każdy czerpał dla swojego dobra, rozwoju. Nie dopuśćmy więc, żeby to źródło wyschło. Niech przyszłe pokolenia też mogą z niego pić. Książka Joanny Wieliczki-Szarkowej jest przyczynkiem do tego, aby tak się stało.         (AM)

• Leszek Kania (ur. 1959), doktor nauk prawnych, specjalista w zakresie historii prawa, autor kilkudziesięciu publikacji z historii sądownictwa wojskowego i wojskowych służb specjalnych, napisał powieść historyczną Na odsiecz Lwowa (Wydawnictwo „Cytadela”, Leszno 2011). Akcja trwa od jesieni 1918 r. po 1919 r., kiedy do Lwowa wkraczają ułani z Wielkopolski, których waleczność przesądziła o losach wojny polsko-ukraińskiej. Na kartach książki śledzimy, jak doszło do dramatycznego wydarzenia po sławetnej listopadowej obronie Lwowa w 1918 r., do pogromu Żydów. Autor starał się pokazać nie tylko genezę tego dramatu i tragiczne skutki, ale ukazał śledztwo, jakie w tej sprawie prowadzone było przez przybyłego, na polecenie premiera rządu RP (podejrzewam, że Jędrzeja Moraczewskiego), z Warszawy do Lwowa sędziego dra Zygmunta Rymowicza.
Stajemy się świadkami powstawania żandarmerii wojskowej, której zadaniem jest nie tylko uganianie się za dezerterami i rozrabiającymi pijanymi żołnierzami, ale także za batiarami ze świata przestępczego, którzy w wojennych warunkach czują się najlepiej – powszechny dostęp do broni, deficyt na wszelkiego rodzaju towary, głównie żywność. Obserwujemy w tej walce rotmistrza Kazimierza Święcickiego, który jest wytrawnym śledczym i bezwzględnym policjantem odnoszącym sukces. Rotmistrz Święcicki jest też doskonałym i odważnym żołnierzem prowadzącym swych żandarmów do boju z regularną armią ukraińską. To są chyba najbardziej dramatyczne opisy zawarte na stronach powieści Kani. Bitwa pod Batatowem i batalia w okolicach Gródka Jagiellońskiego, która w efekcie zwycięska, kosztowała życie wielu anonimowych żołnierzy. O mały włos, a w polu nie zakończyłaby się żołnierska służba rotmistrza Święcickiego. Ciężka rana, uszkodzenie tętnicy – uratował go duży mróz i w miarę szybka pomoc medyczna… Podczas walk bezradnie patrzymy na bestialskie okrucieństwo żołnierzy ukraińskich. Choć z drugiej strony napotykamy zachowania mówiące o żołnierskiej solidarności walczących z Polakami Ukraińców. Gdy w szpitalu wojskowym, gdzie leczono także jeńców ukraińskich, kapral Ważyk rozpoznaje żołnierza, który w nie­woli roztrzaskał kolbą karabinu głowę rannego rotmistrza Kawińskiego, stwierdzono, że potrzebny jest jeszcze jeden świadek, aby postawić ukraińskiego strzelca przed sądem wojskowym. Kiedy rozsierdzonych Polaków dopada uczucie bezradności, nagle zgłasza się ukraiński oficer oskarżający swego żołnierza. Ile w tym prawdy, ile literatury? Chyba tylko autor mógłby nam wyjawić…

Wojna polsko-ukraińska na stronach książki Leszka Kani toczy się nie tylko na froncie. To również walka wywiadów. Po stronie polskiej obserwujemy poczynania porucznika Adama Staneckiego ze swymi ludźmi prowadzącymi pokerową rozgrywkę w realiach wojennego Przemyśla z trudnym przeciwnikiem z pobliskiego Sambora, chorążym Harakiem na czele. Jak pisze w posłowiu autor książki, tylko w przypadku Adama Staneckiego, na życzenie jego rodziny, w książce zmienione zostało nazwisko. W tle – jak to w szpiegowskich książkach i filmach, rozgrywa się gorąca i piękna miłość, która kończy się tragedią.

Książkę Leszka Kani czyta się szybko, za szybko. Jest to interesujący materiał na scenariusz filmowy, w którym oprócz dobrze napisanych (choć wydają się brzmieć bardzo współcześnie) dialogów, dopełnieniem reszty jest na ekranie wyreżyserowany obraz. Na stronach powieści nie do końca udaje się autorowi wprowadzić czytelnika w dramatyczną atmosferę wynędzniałego i oblężonego Lwowa czy odgrywającego w książce ważną rolę Przemyśla. Ale taka zdaje się być współczesna literatura – szybka, sensacyjna i filmowa. Jakkolwiek ukłon podziękowania należy złożyć Leszkowi Kani za tę książkę, która odkrywa przed literatami olbrzymie pokłady możliwości, jakie niesie okres pierwszej wojny światowej oraz tego, co było po niej na Kresach.     
(JMP)

• Ukazało się już wiele książek przywołujących wspomnienia Sybiraków, o niektórych pisaliśmy w naszym czasopiśmie. Każda z relacji jest inna, osobliwa i osobista, ale wszystkie z nich łączy jedno – zesłanie i związane z tym trudne, często niewyobrażalne przeżycia.
W 2007 roku ukazała się kolejna książka o tej tematyce, autorstwa ks. Romana Pioterka Przez Sybir do kapłaństwa. Wspomnienia Sybiraka – kapłana, wydana w Poznaniu przez „JASART STUDIO”.
Słowo wstępne napisał historyk – ks. profesor z UAM, Bernard Kołodziej TChr, są także liczne ilustracje (zdjęcia, mapy i fotokopie dokumentów); książka obejmuje 5 części (ponad 200 stron), których tytuły mówią wiele o ich treści:
I. Z Wielkopolski i Górnego Śląska na Kresy Wschodnie Rzeczypospolitej; II. Sybiriada; III. Powrót do Ojczyzny. Z Ukrainy do Polski (na Ziemie Odzyskane) – repatriacja; IV. Na drodze powołania kapłańskiego; V. Znów na Kresach Wschodnich – na „zielonej Ukrainie”.
Ks. Roman Pioterek swoją pierwszą podróż z Nowego Bytomia na Kresy przebył w łonie matki i w 1929 roku urodził się w Zborowie na Podolu (w woj. tarnopolskim). Ojciec – Stefan – Wielkopolanin, hallerczyk, był polskim policjantem najpierw na Górnym Śląsku, potem w wyniku skierowania służbowego – w Tarnopolskiem, matka – Wiktoria Franciszka pochodziła z Górnego Śląska.
Autor opisuje pogodne dzieciństwo, zabawy z kolegami, spacery z rodzicami w pięknej scenerii uroczego Podola. Ten czas beztroski przerwał wybuch wojny i wkroczenie Armii Czerwonej; w jednej chwili zmieniło się życie jego i jego bliskich. Zaczął się czas represji i prześladowania Polaków. Ukraińcy pomogli ukryć się ojcu, jednak nieodnalezienie ojca – policjanta – nie powstrzymało Rosjan od wywózki pozostałej rodziny na Daleki Wschód. Zaczęła się wojenna tułaczka i deportacja do Kazachstanu od Pawłodaru przez Majsk do Ochry, wszystko pomiędzy stepem i Irtyszem. Potem, od 1943 r., kolejna „przeprowadzka” do tzw. Armii Pracy, do Kuszwy na Uralu. Tam w 1944 roku z wycieńczenia zmarła matka Autora – miał wtedy niespełna 14 lat. Stąd, już sam, z innymi Polakami wrócił w rejony Ukrainy Południowo-Wschodniej, gdzie w okolicy Chersonu pracował w sowchozie. Następnie w ramach repatriacji trafił na Śląsk, by ostatecznie osiąść w Wielkopolsce. Tutaj też ukończył seminarium duchowne oraz studia teologiczne i doktoranckie. Do przejścia na emeryturę pełnił posługę duszpasterską.
Ostatnia część omawianej publikacji jest szczególna, jest to bowiem relacja Autora z Jego dwu pielgrzymek – wycieczek na Kresy: powrót do miejsca urodzenia, dzieciństwa, szukanie korzeni, a przede wszystkim śladów ojca i wyjaśnienia przyczyn jego śmierci. Nurtował go bowiem brak wiedzy o losach zaginionego ojca. Choć był pewny, że ojciec nie żyje, postanowił poznać okoliczności jego śmierci, być może okrutnej. Po wielu krokach, które podejmował, udało mu się dopiero w czasie drugiej pielgrzymki, dzięki pomocy majora milicji Wasila Wiktorowicza, dotrzeć do archiwum we Lwowie, gdzie jego kierowniczka, nie znajdując jakichkolwiek informacji, porozumiała się z archiwum w Kijowie i uzyskała informację, że ojciec, Stefan Pioterek, urodzony w 1899 r., został aresztowany 25 II 1942 roku przez NKWD i oskarżony (nie wiadomo o co – być może o szpiegostwo). Jako oskarżony, w związku z sytuacją wojenną, został „ewakuowany”. Ewakuowani więźniowie byli eskortowani przez NKWD, idąc pieszo często słabli w drodze i z wycieńczenia umierali bądź byli dobijani. Aresztowanego ojca nie zidentyfikowano w żadnym więzieniu, tak więc bardzo prawdopodobne, że zaginął on, jak wielu innych, w tej „drodze ewakuacyjnej”.
Całość opowieści zamyka Posłowie (fundament pojednania), w którym Autor przedstawia fundament pojednania polsko-ukraińskiego i polsko-rosyjskiego; jest też bibliografia – literatura pomocnicza.
Na koniec omówienia trzeba podkreślić, że – jak napisał w omówieniu książki ks. Maciej: ks. Pioterek mógł jednoznacznie potępić ludzi, którzy zgotowali taki okrutny los jego najbliższym i jemu samemu. Nie robi tego, jakby rozumiał, że to nie jest jego rola. Oddaje sąd Bogu. Wspomnienia są przykładem interpretacji wydarzeń w kategorii wiary. To jest mocny punkt książki. Widzieć Boga i jego miłość wśród chorób, śmierci, wygnania, nędzy i zwątpienia.  (AS)
Danuta Trylska-Siekańska (DTS),
Anna Stengl (AS), Anna Madej (AM)
Janusz Paluch (JMP), Andrzej Chlipalski