Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

NOWE KSIĄŻKI

 

RÓŻA I KAMIEŃ

 

Poetyckie zamyślenia Mariusza Olbromskiego w podróżach po Kresach.

Każda epoka ma swoje podróże, do miejsc szczególnych, mistycznych bądź zapomnianych. XXI wiek odszukuje ślady życia i historii na Kresach Rzeczpospolitej, brutalnie zniszczonych w czasie II wojny światowej i po niej. Ślady, których nie tylko poeci i pisarze nie mogą obojętnie ominąć, ale też inni ludzie. Miejsca i wydarzenia, które zaważyły niejednokrotnie na losach narodu, przynosiły splendor i dawały poczucie siły – a zostały bezkarnie zniszczone. Nie tylko architektura, pałace, dwory, kościoły, budowle i gmachy publiczne, ale też krajobraz, przyroda.

Stąd poetyckie zamyślenia poety Mariusza Olbromskiego, który w swoich podróżach, znając historię i literaturę – wciąż odkrywa kamienie bądź pustkę po nich, które były świadkami wielkich wydarzeń Polski. Do nich należą Krzemieniec, Berdyczów, Olesko, Podhorce, Podkamień, Lwów i wiele innych miast i miasteczek na Kresach. Najbardziej zniszczone historyczne obiekty na Wołyniu ze spalonymi kościołami wraz ludźmi mordowanymi przez UPA w 1943 roku.

Niedokończone Msze Wołyńskie

Wiersze dotykające bolesnych ran wołyńskiego ludobójstwa, które pochłonęło tysiące ludzi – w tym połowę bezbronnych dzieci. Mordowanych w okrutny sposób, palonych w domach, stodołach, szkołach i kościołach. Tak było w Porycku, Wiśniowcu, Kisielinie, Hrynowie i innych wołyńskich kościołach – gdzie podczas mszy świętej – mordowano ludzi. Miejsca te w podróżach odwiedził poeta. Zastając tam bolesną ciszę, często zatarte ślady zbrodni, przywołuje to i zapisuje – ku przestrodze. Bez klątwy, bez pogardy oprawców – po ludzku, chociaż ci nie mieli ludzkich instynktów ani zasad chrześcijańskiej wiary. Jak pogodzić świat w tych wymiarach, jak zapisać ludzkie tragedie i nie poranić czasu. Sztuka słowa ocala pamięć podeptaną, niechcianą, straszną. Literatura jest niekończącą się księgą żywotów ludzi, zarówno wielkich, jak i małych, szumnych i zwyczajnie cichych. Ocala zdarzenia i losy narodu, podnosi podeptane, chroni przed przemijaniem i zapomnieniem. Tym też ma uczyć i stawiać drogowskazy – młodym pokoleniom.

Wszystko, co ujrzałem, nie pozwala milczeć pisze poeta w wierszu Róża i kamień. Jak przejść obojętnie obok takich cierpień i ludzkich tragedii – gdy świat współczesny nam wokół wariuje w zmysłowości, w pysze, w pogardzie do piękna i prawdy.

 

Mozaika Krzemieniecka

Poetyckie przestrzenie, w czasie których poszukujący śladów historii i literatury poeta odnajduje tak wiele polskich twarzy, znanych do dzisiaj. Poetów, profesorów, dyplomatów, duchownych – ludzi z kart polskiej historii. Nikt ze współczesnych poetów polskich nie poznał tak duszy Krzemieńca i cieni ludzi z historii Ojczyzny. Nikt nie odwiedził tyle razy i swoją pracą nie wsparł krzemienieckiej pamięci, jak poeta Mariusz Olbromski – inicjator i organizator wielu sesji literackich w Dworku i Wielkiego Jubileuszu dwusetnej rocznicy urodzin Juliusza Słowackiego. Stąd te krzemienieckie wiersze, które tak wiele znaczą i są kontynuacją wielkiej literatury, mającej tam źródła od czasów Wieszcza. Odnajdujemy ślady tutaj, sprzed pól wieku… Ślady Iwaszkiewicza ze Stawiska – pod Górą Bony w Krzemieńcu, który w 150. rocznicę urodzin wieszcza Juliusza Słowackiego przed Dworkiem Januszewskich zasadził brzozę. Rośnie i szumi, by świadczyć o tym, co jest dla poetów dziś także – tęczą niegasnącą. I w dalekim Adampolu, nad Bosforem, gdzie grób Ludwiki z Jaszun – z tak dawnej, zauroczonej miłości Słowackiego, do dzisiaj jest śladem historii tułactwa z Kresów. Miejsce szczególne, które odwiedza poeta i zapisuje zachowane pamiątki polskiej historii do poetyckich liryk.

 

Zostałaś tu nad szarfą błękitną, co dwa lądy dzieli

I dwie życia twego przedziwne połowy.
…zwraca się do romantycznej bohaterki Ludwiki Śniadeckiej, obdarowywanej niegdyś westchnieniami przez młodego Julka z Krzemieńca. A w zauroczeniach wielką historią i pięknem w wierszu Miasto tęsknoty, pisze:

I znów Juliuszu w twym czarownym mieście… rozsnuwa liryczne słowa, śpiewne i czyste. W wierszach podróżnych po Kresach, najwyraźniej odczuwa się rzewność mowy polskiej i jej słodycz dobroduszną, barwną i spokojną. Łagodność słów opisująca miejsca w sposób mistyczny i wielo­wątkowy, stawia przed oczyma obrazy prześwietne, nie z marzeń, a z kart historii, prawdy o losach krzemieńczan . To najurokliwsza wędrówka poety z cieniami tych, którzy przeszli, i tych, którzy wciąż idą ulicą Słowackiego, na górę Bony, na tunicki cmentarz i do kościoła z pomnikiem Króla Ducha.

Olbromski jest jednym z nielicznych poetów współczesnych, który w doborowy sposób łączy język stary, dziewiętnastowieczny ze współczesnym w sposób łagodny, z szacunkiem. Te dwie cechy charakteru i osobowości – łagodność i szacunek do ludzi i świata, to dominująca cecha całej twórczości Olbromskiego. Świat słowa z dobroci i życzliwości pisany, chociaż w różnych nastrojach – daje poczucie piękna i światło mowie polskiej, tak bezkarnie szarganej przez współczesnych agitatorów poezji, rzekomej awangardy XXI wieku. Świadomy jestem i potwierdzam fakt, że kresowe liryki w nienajlepszych czasach i ogólnej pogardzie piękna – w cudowny sposób ocalają wartości nieprzemijające. Cienie wieszczów, które idą w lirycznych zapisach, kołchozowymi drogami – gdzie dawniej kwitły łany chlebodajne – tam wokół lustra Ikwy, Styru i Dniestru aż po wiślane krajobrazy – snuje się duma polska.
Kiedy tam staniesz w lustrze widzisz siebie,
jakby nad Dniestrem wstały ranne zorze,
 ciszę Wawelu pojmiesz nagle w sobie…
Takich odkryć i takiego spojrzenia w lustro wody – życie, życzę, a szczególnie tym, którzy niekoniecznie kochają Ojczyznę.

 

PS. O podróżowaniu Mariusza Olbromskiego na wschód w posłowiu do książki pisze dr Jan Wolski. Jest tam doskonała recenzja poezji z wszystkimi walorami, odkrytymi przez znawcę słowa literackiego. Dobromyśli o twórczości i walory poezji, dopisane naukowym językiem, zamykają książkę poetycką wielu wartości.

Krzysztof Kołtun

*    Mariusz Olbromski, Róża i kamień. Wydawnictwo PHU Farta Rzeszów, 2012. Krzysztof Kołtun jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, Oddz. Kraków.

 

 Od Pana Adama Redzika przyszła nowa – szczególnie dla nas ciekawa – książka jego autorstwa: Stanisław Starzyński (1853–1935) a rozwój polskiej nauki prawa konstytucyjnego (Wydawnictwo Wysoki Zamek, Warszawa–Kraków 2012, w cyklu Monografie Instytutu Allerhanda, nr 1). Nie jest przypadkiem, że autor przysłał nam tę księgę, dotyczy ona bowiem wybitnego uczonego związanego ze Lwowem i Ziemią Lwowską. Urodził się bowiem koło Żółkwi w majątku Derewnia. Starzyńscy wywo­dzili się ze starego rodu rycerskiego*, a ich przodkowie doznawali wielu zaszczytów w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Stanisław Starzyński urodził się w Snowiczu w pow. złoczowskim. Uczył się najpierw w domu, potem w Żółkwi i Lwowie. Po maturze (1872) wstąpił na Uniwersytet Lwowski, który właśnie w tym czasie uległ polonizacji**, na wydział Prawa i Umiejętności Politycznych (!). Jego szerokie studia, włączając w to uzupełniające studia w Monachium, zakończyły się habilitacją w r. 1883 – zarazem został docentem, a w r. 1889 został powołany na katedrę prawa politycznego, co oznaczało powstanie pierwszej samodzielnej katedry prawa konstytucyjnego na Uniwersytecie Lwowskim.

Lata, które nastąpiły, były okresem wielkiej aktywności naukowej i polityczno-społecznej Starzyńskiego. I tak trwało do r. 1923, gdy Profesor wystąpił o przejście na emeryturę. Spowodowało to wiele protestów ze strony wydziału i uczelni. Starzyński nie ustąpił i w r. 1925 został mianowany profesorem honorowym.

Ostatnie lata spędzał Profesor w połowie w Derewni, w połowie we Lwowie. Zmarł na wsi i na tamtejszym cmentarzu został pochowany w grobowcu rodzinnym. Niestety dziś nie ma po nim śladu.

Tyle na temat życiorysu Profesora Starzyńskiego.

 

*  *  *

Jest jednak jeszcze drugi życiorys Profesora, dotyczący jego działalności naukowej i społeczno-politycznej, o czym wyżej wspomnieliśmy. W tych sprawach możemy jedynie zacytować niektóre wyjaśnienia autora, ponieważ problematyka i kierunki aktywności Profesora to sprawy zbyt specjalistyczne i trudne jak na Czytelników niezorientowanych w tych dziedzinach.

S. Starzyński angażował się przez wiele lat w prace rad powiatów w Żółkwi i we Lwowie, ponadto był aktywnym działaczem zrzeszeń ziemiańskich i gospodarczych, bywał też sędzią przysięgłym. W 1907 r. został posłem do Sejmu Krajowego. Tam był szczególnie aktywny w pracach nad projektami ustaw budżetowych. Kolejnym jego obowiązkiem stała się reforma wyborcza, jednak przez swoje cechy charakterologiczne nie otrzymał teki ministra ani prezesa Koła Polskiego w Wiedniu. Projekt reformy opracował samodzielnie, a przyjęto go w 1914 r. Uznano, że największym osiągnięciem Starzyńskiego jako posła, a zarazem jedną z największych osiągnięć ustrojowych w Galicji stało się rozszerzenie autonomii krajów koronnych monarchii Habsburgów na podstawie tzw. Lex Starzyński.

Innym polem działalności Starzyńskiego był Trybunał Państwa (który powstał wcześniej). Był on poprzednikiem Trybunału Konstytucyjnego. Po I wojnie Starzyński proponował, by taki sąd konstytucyjny powstał w wolnej Polsce.

W latach 1915–18 Starzyński uczestniczył w wielu inicjatywach lwowskich, wiedeńskich i krakowskich, mających na celu działania na rzecz odbudowy niepodległej Polski. Kolejnym polem działania były prace nad uchwaleniem Konstytucji marcowej z 1921 r. Te i dalsze prace zajmowały Starzyńskiego aż do końca życia.

 

*  *  *

Powyższe informacje i zagadnienia znalazły się w trzech rozdziałach pierwszej części książki A. Redzika: Rodzina, Uniwersytet, Parlament. Część druga pt. Twórczość naukowa – to kolejne trzy rozdziały: Nauka prawa konstytucyjnego w XIX wieku i pierwszej połowie wieku XX; Dorobek naukowy z okresu austro-galicyjskiego; Dorobek naukowy z okresu II RP. Część trzecia (i rozdział VII): Uczniowie. Czytelników zainteresowanych tymi niełatwymi, ale jakże ciekawymi sprawami odsyłamy do książki Adama Redzika. A Jemu składamy serdeczne podziękowanie i wyrazy uznania.

 

*    Autor przytacza rozważania, czy Starzyńscy są z tej samej linii co Starzeńscy, ale herby są nie te same.

**  Dotąd, od zaboru, panowała na uniwersytecie niemczyzna.

 

 W jednym z poprzednich numerów (CL 1/13) omówiliśmy pierwszy tom nowego cyklu prof. Stanisława S. Niciei, zatytułowanego Kresowa Atlantyda, a obecnie ukazał się tom II, poświęcony słynnym wschodniomałopolskim uzdrowiskom pt.
Uzdrowiska i letniska kresowe. Znamy je – bodaj z nazwy lub opowiadań rodziców i dziadków – a może ten i ów Czytelnik z własnych podróży, a nawet kuracji?

Ta książka – jak pisaliśmy już wcześniej o tym cyklu – nie ma charakteru pracy ściśle naukowo-badawczej, jest to natomiast barwne i ciekawe, choć skrótowe opisanie tych miejscowości, fragmentów ich dziejów oraz roli, jaką pełniły w lecznictwie oraz w życiu społeczno-kulturalnym społeczności dla ludzi minionych (niestety) epok. Niezapomniane, choć zabrane nam przed kilkudziesięciu laty zdroje i letniska – to Truskawiec, Jaremcze, Worochta, Skole i Morszyn. Te właśnie wybrał autor, ale było ich oczywiście więcej*.

Każdy z czterech rozdziałów (Worochta i Jaremcze, położone blisko siebie nad Prutem, są ujęte razem) mógłby stanowić osobną książkę (Truskawiec to prawie 80 stron, duży format). Ogromnym plusem książki jest wielka ilość ilustracji: starych fotografii, widokówek, nieco reprodukcji. Większość zdjęć pochodzi z tamtych epok, od XIX wieku, ale najwięcej z lat międzywojennych. Jest też trochę zdjęć współczesnych ludzi i miejscowości oraz właścicieli dóbr, pensjonatów i prywatnych domów. Pokazano ludzi i rodziny, które gościły w omawianych uzdrowiskach. Przewija się mnóstwo nazwisk, które kiedyś wiele znaczyły, ale i dziś są pamiętane. Przykładem baronowie Groedlowie – właściciele karpackich lasów, Jaroszowie, Niedźwirscy, Szajnowie, Emil Zegadłowicz, Wasylewski, profesorowie lwowscy – Wygrzywalski, Twardowski, Bruchnalski, Mościcki, Thullie – wszystkich nie sposób wyliczyć. A z lat dawniejszych Mikuli – uczeń Chopina, Ujejski, Bełza, Maryla Wolska i Dudrowie ze Skolego, inż. Kosiński – budowniczy linii kolejowej i wiaduktów. I ci, którzy zginęli w górach: Ralski, Chlipalski…

Ludzi tych znano z prasy, radia, z książek i prac naukowych, które pisali, ale byli rozproszeni po całym kraju: Lwów, Warszawa, Poznań, Kraków. A w czasie wakacji lub zimą można ich było zobaczyć tutaj, całkiem prywatnie, poznać na wycieczkach czy na stokach narciarskich, w pijalniach mineralnych, w pensjonatach i kawiarniach.

Profesor Nicieja napisał znowu ciekawą, a zarazem uroczą książkę. Czekamy na następne!

 

*    Pro domo sua: piszący te słowa przedstawił w latach 1991–93 na łamach „Semper Fidelis” (bo nasz kwartalnik CL jeszcze wtedy nie istniał) te i inne uzdrowiska wschodniomałopolskie, były to jednak bardziej geograficzno-techniczne opisy, a te, które daje prof. Nicieja, to barwne opowieści historyczno-literackie.

(AC)

 Wydana w maju 2012 r. przez KIW książka Jerzego SzczęśniakaBrody. Jeniecki obóz pracy (1939–1941) jest swego rodzaju monografią jednego z kilkudziesięciu podobozów Budowy NKWD nr 1 – obozu w Brodach, w przedwojennym województwie tarnopolskim. Książka została oparta na relacjach polskich jeńców wojennych (szeregowych i podoficerów) – z tzw. Kolekcji Generała Andersa, przechowywanej w amerykańskim The Hoover Institution on War, Revolution and Peace (Stanford, Kalifornia), a także na dokumentach sowieckich Głównego Zarządu NKWD do spraw Jeńców Wojennych i Internowanych, pozyskanych w 1993 r. przez polską Wojskową Komisję Archiwalną. Zbiór tych dokumentów (kopie) znajdują się w zasobach Centralnego Archiwum Wojskowego w Warszawie. Przytoczone w pracy Szczęśniaka dotyczą wstępnej organizacji Budowy Zachodnioukraińskiej Drogi nr 1.

Autor wykorzystał w swojej książce 85 indywidualnych relacji jeńców oraz dwa zestawienia sumaryczne. Wszystkie one dotyczą obozu jenieckiego w Brodach, a sporządzone zostały w okresie luty–marzec 1943 r. jako odpowiedź na skierowane do byłych jeńców pytania kwestionariusza, przygotowane przez Biuro Historyczne (Kwestionariusz byłego jeńca-internowanego-więźnia-łagiernika-zesłańca w ZSRR).

Funkcjonowanie obozu w Brodach omawiane w opisywanej publikacji przebiegało w trzech etapach: pierwszy (organizacyjny) od końca września do połowy października 1939 r.; drugi: połowa października 1939 – kwiecień 1941; trzeci: kwiecień – czerwiec 1941. Zmieniła się też lokalizacja obozu: na początku w tzw. Czerwonych Koszarach, następnie w dawnym pałacu Potockich z 1751 r. (kompletnie zdewastowanym i obrabowanym) w obrębie Twierdzy Brodzkiej, w końcu – w dawnych magazynach wojskowych bliżej budowanego teraz przez jeńców lotniska.

Najobszerniej w książce Szczęśniaka został omówiony drugi etap funkcjonowania obozu. Już same podtytuły rozdziału poświęconego temu etapowi świadczą o skali i wadze problemów, jakimi autor się zajmuje. Dla przykładu; Wobec siebie i innych; Jeniecka egzystencja; Praca; Kondycja psychofizyczna jeńców; Sowiecka propaganda.

W odniesieniu do pierwszego podrozdziału: z relacji jeńców wynika, że w początkowym okresie kierownictwo obozu powierzono głównie komunizującym Żydom pochodzącym z Brodów. Naczelnikiem był Jerzy Brandwein, zagorzały komunista; administratorem (tzw. „zawchoz”) Neustadt, a następnie Gladstein; lekarzem dr Korchin. Oto opinia jednego z jeńców: Ten zestaw bardzo przykro dał się nam we znaki. (…) Wypędzanie chorych i rannych (byli i tacy) na pracę, nie zwracali uwagi na to, że ludzie są bosi i nie ubrani (…), brak najprymitywniejszych warunków higienicznych, profanacja i deptanie nogami dewocjonaliów itp.

Po zakończeniu organizacji obozu na nowym miejscu – w dawnym pałacu Potockich – jeńcy zostali zatrudnieni przy budowie drogi Nowogród Wołyński–Równe–Dubno–Brody–Busk–Lwów na odcinku Brody–Podhorce. Tutaj ok. połowy grudnia 1939 r. sowieci wprowadzili znane już u nich, „sprawdzone” normy pracy. Od ich wykonania zależała ilość i jakość dziennego wyżywienia. Regulowała to ustalona przez Zarząd do spraw Jeńców Wojennych struktura tzw. kotłów. Dla wyrabiających 110% normy i więcej – kocioł III (stachanowski): kasza, kawa, herbata, mała porcja mięsa, zupa, kartofle na sucho, 1000 g chleba. Kocioł II – 100 do 60% normy: odpowiednio 800, 700, 600 g chleba, obiad bez mięsa. Kocioł I (karny): poniżej 40% normy – 400 g chleba, śniadania i obiady sporadycznie, zupa jęczmienna albo buraczana, bez żadnych tłuszczów – ½ litra 2 razy dziennie.

W końcowym etapie funkcjonowania obozu w Brodach roboty na lotnisku prowadzone były przez całą dobę – dwie dwunastogodzinne zmiany: od 4 rano do 16 i od 16 do 4 rano. W miesiącu jeńcom przysługiwały jedynie dwa wolne dni. Ludzi niezdolnych do pracy lub ciężko chorych kierowano albo do szpitali, np. miejskiego w Brodach, albo do obozu w Zimnej Wodzie – jednego z najgorszych obozów pod względem mieszkania, jedzenia i pracy.

22 czerwca 1941 roku (niedziela) ok. godziny trzeciej niemieckie samoloty niespodziewanie zbombardowały sąsiadujące z obozem lotnisko i hangary. Kolejny dzień przyniósł jeszcze intensywniejsze bombardowania. W związku z tym w południe ogłoszono decyzję o ewakuacji obozu.

Z uwagi na brak jakichkolwiek środków transportu zarządzono ewakuację pieszą (!). Wymarsz z Brodów rozpoczął się o godz. 15. Był to początek niebywałej wprost gehenny, która miała trwać 26 dni, do 18 lipca. Pokonano w tym czasie, w skrajnie ciężkich warunkach, ok. 800 km. Tak oto tę upiorną wędrówkę zanotował jeden z jeńców: Marsz odbywał się codziennie od 4–5 rano, a kończył się ok. 21–23. Bez względu na pogodę. (…) Żołnierz bolszewicki był bezwzględny, kopał chorych, szarpał, szczuł psem i kazał dalej maszerować. Jeńcy stale byli narażeni na ataki samolotów niemieckich, bombardowania i ogień karabinów maszynowych.

Najtragiczniejszy był atak w dniu 11 albo 13 lipca pod miejscowością Skwira, przed Dnieprem. Tak zapamiętał to jeden z uczestników marszu: … z niskiego pułapu samolot ostrzelał nas z karabinów maszynowych, zrzucając równocześnie masę granatów. Rezultatem tego niewinnego żartu było: 46 zabitych i 210 rannych na stan 1500 jeńców. Ciała zabitych pochowaliśmy we wspólnych mogiłach przy szosie, rannych odwieziono do pobliskiego kołchozu, gdzie podobno zabrali ich wkrótce Niemcy, którzy stale deptali nam po piętach.

Po 26 dniach morderczego wysiłku jeńcy dotarli wreszcie do stacji kolejowej Złotonosza (już za Dnieprem). Stąd mieli zostać przewiezieni pociągami do zbiorczego obozu w Starobielsku. Czekał ich ponowny koszmar, gdyż sowieci ładowali do wagonów od 50 do blisko 80 osób (!). Ta, trwająca pełnych 5 dni, okrutna podróż, wyglądała następująco: Warunki w transporcie były straszne: wielka ciasnota, ubrania mokre, a potem wszy rzuciły się na nas (…). Życie było okropne. Jeżeli dali chleba, to 8 dag (…) a na drugi dzień jedno wiadro zupy grochówki na 70 ludzi, ugotowanej na poczekaniu koło wagonu (…) nie dawali więcej wody jak ½ litra na dobę, a gorączki były straszne w lipcu (…). A nawet widziałem, jak kolega, chcąc ratować się, pił własny mocz z flaszki.

Po przybyciu do stacji w Starobielsku zauważono, że część żywności, najwyraźniej przeznaczonej także dla jeńców, konwojenci rozgrabili, a resztę – prawdopodobnie popsutą – zakopali.

23 czerwca 1941 r. wyszły z Brodów (wg sowieckich dokumentów) 1183 osoby, do Starobielska dotarły mniej niż 322 osoby (zabici – 80, ranni – 201, określani wspólnie jako zabici i ranni – 34, zaginieni – 7). W Starobielsku sowieci skoncentrowali łącznie ok. 13 tysięcy ludzi. Warunki egzystencji we wszystkich podobozach były trudne. Obozy mieściły się na terenie dawnego klasztoru żeńskiego św. Trójcy, gdzie w 1940 roku przetrzymywano blisko 4000 polskich oficerów, podchorążych i chorążych, zamordowanych następnie w Charkowie w kwietniu tegoż roku i pogrzebanych w Piatichatkach.

W wyniku wyniszczenia organizmu jeńców oraz chronicznego niedożywienia zwiększona była ich podatność na rozmaite choroby. Powszechne były: świerzb, czyraki, obrzęki nóg, a także panosząca się wszędzie grypa. Panował wszechobecny brud i roiło się od przeróżnych pasożytów. Nic dziwnego więc, że notowano 6–10 zgonów dziennie.

 

                                *  *  *

Przełomowym dniem dla jeńców stał się piątek 1 sierpnia 1941 roku. Zarządzono ogólną zbiórkę, padły pierwsze komendy po polsku. Zebranym ogłoszono oficjalnie treść umowy podpisanej 30 lipca w Londynie przez gen. Władysława Sikorskiego i ambasadora ZSRS Iwana Majskiego. Zapanowała powszechna radość, zmącona jednak dość mocno ogłoszonym w tym samym czasie sowieckim komunikatem o „udzieleniu jeńcom polskim amnestii”. – Od tej chwili oczekiwaliśmy niecierpliwie na przyjazd naszych oficerów do organizacji nowych jednostek – wspomina w swojej relacji jeniec Antoni Woropaj.

24 sierpnia do Starobielska dotarła z Moskwy polska Komisja Poborowa dowodzona przez ppłk. dypl. Kazimierza Wiśniowskiego. W poniedziałek 25 sierpnia dokonano przeglądu wszystkich jeńców.

Według danych pochodzących z meldunku ppłk. Wiśniowskiego ich ogólna liczba wynosiła 11 952 osoby, w tym 73 w izbach chorych. Do tego należy dodać tych jeńców, którzy byli przetrzymywani w innych miejscach (kołchozy, sowchozy, roboty budowlane), co da ostateczną liczbę wszystkich internowanych w Starobielsku – 12 852. Zaczęto organizować bataliony i kompanie, a na ich czele stanęło 14 oficerów ujawnionych w trakcie pierwszego dnia poboru. W trzecim dniu funkcjonowania komisji ppłk Wiśniowski zażądał od sowietów codziennego podstawiania 48 wagonów. Transporty do miejsc formowania Armii Polskiej ruszyły jednak dopiero w pierwszych dniach września 1941 r. Każdemu ze zwolnionych jeńców wypłacano zapomogę w wysokości 500 rubli (odpowiednik dwumiesięcznego wynagrodzenia sowieckiego robotnika kwalifikowanego).

Dla wszystkich nastąpił wreszcie koniec blisko dwuletniej jenieckiej poniewierki. Rozpoczęła się nowa droga, przez ZSRS, Iran, Irak, Palestynę i Egipt do Włoch, jakże już blisko Polski!

 

                                *  *  *

Praca Jerzego Szczęśniaka zawiera obszerny wybór sowieckich dokumentów, zgromadzonych w CAW jako Kolekcja Wojskowej Komisji Archiwalnej – Akta z Archiwów Rosyjskich, a także wybór dokumentów z opracowania Drogi śmierci. Ewakuacja więzień sowieckich z Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej w czerwcu i lipcu 1941, autorstwa K. Popińskiego, A. Kokurina, A. Gurianowa.

Poza tym: wykaz autorów relacji i zestawień, pochodzących ze zbiorów The Hoo­ver Institution on War… w Stanach Zjednoczonych, obszerna bibliografia, trzy szkice (mapki): wybrane punkty obozowe, Brody i okolice, droga ewakuacji obozu Brody, a przede wszystkim 9 unikatowych rysunków Włodzimierza Toczyłowskiego, również jeńca obozów sowieckich Szepietówka i Hołowica, a następnie Starobielsk, przedstawiających życie obozowe, ewakuację, wyjście z obozu na wolność. Rysunki powstały w 1941 roku w Tocku. Także krótki szkic biograficzny autora rysunków.

Jako uzupełnienie relacji jeńców, zawartych w książce, Jerzy Szczęśniak zamieścił w niej obszerny życiorys swojego dziadka (ze strony matki), Bronisława Grodzickiego, który był jeńcem obozów we Włodzimierzu Wołyńskim, Brodach i Starobielsku. Wspomnienia, spisane przez matkę autora, a dotyczące epizodów z życia jej ojca, stały się inspiracją do powstania omawianej książki.

Na koniec trzeba koniecznie zwrócić uwagę na szczególną pasję historyczną Jerzego Szczęśniaka, która zaowocowała niezwykle skrupulatnym udokumentowaniem całej książki. Przypisy, znajdujące się niemal na każdej stronie, przynoszą dużą, zebraną przez autora wiedzę na temat tego bolesnego okresu drugiej wojny światowej, jakim były lata 1939–1941, zwłaszcza na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej.

Ireneusz Kasprzysiak

 

 Nie jest to książka nowa, wydana została przed kilku laty (brak daty) przez warszawskie Muzeum Niepodległości pod redakcją ówczesnego – dobrze wspominanego – dyrektora Andrzeja Stawarza, zatytułowana Polonia Restituta. O niepodległość i granice 1914–1921.

Jest to piękny i ciekawy album z naukowymi tekstami i masą ilustracji (format A4), wydany jako pamiętnik wystawy, która odbyła się w tymże muzeum (znowu brak daty). Autorem scenariusza i komisarzem wystawy, a zarazem autorką podstawowego tekstu jest Jolanta Niklewska. Autorem wstępu jest prof. Wiesław J. Wysocki.

Pierwsze ilustracje pokazują nam dramat epoki przełomu XIX i początku XX wieku: powstanie styczniowe, Sybir, wybuch II wojny, Legiony. Osobny rozdział poświęcony Józefowi Piłsudskiemu i Romanowi Dmowskiemu, a wreszcie konferencji pokojowej w Paryżu 1919 r. Powstanie Armii Polskiej we Francji w 1918 r., gen. Haller, Paderewski. I koniec wojny.

Osobny, obszerny rozdział dotyczy Lwowa i Małopolski Wschodniej (10 stron), wojny z Ukraińcami. Potem sprawa całej wschodniej granicy, wojna polsko-bolszewicka 1920 r. W końcu powstania śląskie i wielkopolskie, walka o Warmię i Mazury.

Znakomity album, doskonały bogaty zestaw ilustracji, które w innej skali były eksponatami na wspomnianej wystawie.

 

 

 Książka Ewy Krystyny Hoffman-Jędruch pt. Ślady na piaskuZ Tarnopola do Argentyny, z podtytułem Kresowa rodzina w wojennej zawierusze – to, jak pisze autorka w przedmowie, pamiętnik zbiorowy. Składają się na nią wspomnienia mojej matki, jej brata, mojego wuja Zbigniewa Neuhoffa, siostry mojego ojca, ciotki Ludwiki Düringowej i moje własne przeżycia wojenne widziane oczami dziecka. Oddając ją do rąk czytelnika, chciałabym utrwalić obraz barwnego społeczeństwa lwowskiego i jego zaginionej, a bardzo unikatowej kultury, której korzenie tkwiły głęboko w miłości do rodzinnego miasta.

Autorka utrwala nie tylko obraz Lwowa, ale również Tarnopola, gdyż ze strony matki rodzina wywodziła się z Tarnopolskiego. Neuhoffowie to spolonizowana rodzina z niemieckiej Westfalii, posiadacze większych lub mniejszych majątków ziemskich. Wśród nich chyba najbardziej znany był dziadek autorki, który po studiach na Politechnice Lwowskiej zamieszkał w Tarnopolu i gdy ówczesny proboszcz, ks. Bolesław Twardowski (późniejszy arcybiskup lwowski) zaczął budować tarnopolski kościół parafialny, to właśnie inżynier Stefan Neuhoff objął kierownictwo nad budową.

Rodzina ojca – Hoffmanowie, jak pisze autorka, miała głębokie mieszczańskie korzenie i we Lwowie była osiedlona od dawna. Babka autorki, Paulina, wcześnie owdowiawszy, z wielkim trudem wychowywała dwójkę dzieci. Troszczyła się o ich wykształcenie, ale też wpajała zasady etyki i sprawiedliwości. Ojciec autorki, Maksymilian, ukończył wydział prawa UJK.

W 1910 r. rodzina Neuhoffów przenosi się do Lwowa i tu w 1929 r. Zofia, matka autorki, jako trzecia kobieta w Polsce kończy wydział prawa. Zofia i Maksymilian poznają się w 1928 r., pobierają w 1930 r., a od 1936 wspólnie prowadzą kancelarię adwokacką. W 1938 r. przychodzi na świat ich córka Ewa – autorka Śladów.

Wrzesień 1939. Od tej pory losy rodzin Neuhoffów i Hoffmanów są bardzo podobne do losów innych rodzin kresowych. Ojciec ginie w Katyniu. Matka i babka autorki zostają wywiezione do Kazachstanu. 18-miesięczna wtedy autorka, mimo iż była na liście wywózek, z powodu choroby pozostaje we Lwowie pod opieką wuja Zbigniewa Neuhoffa i jego żony i dzieli ich los aż do ekspatriacji ze Lwowa i osiedlenia się w Bytomiu. Matka i babka dzięki układowi Sikorski–Majski docierają do Armii Andersa. Zofia okazuje się niezwykle silną osobowością, osiąga coraz wyższe stopnie wojskowe, i jak wielu jej podobnych kończy karierę wojskową w Londynie.

W Bytomiu jest jej córka, której nie widziała sześć lat. Ponieważ różne „okazje” nie umożliwiły wywiezienia dziecka z komunistycznej Polski przez zieloną granicę (jedna z prób kończy się uwięzieniem małej Ewy w czeskim Cieszynie) – pewnego marcowego dnia w 1946 r. w bytomskim mieszkaniu wujostwa pojawia się nieznana Ewie kobieta… mama! Zaczynają się przygotowania do potajemnego wyjazdu Ewy, matki i wujostwa z Polski. Z pałacu arcybiskupiego w Krakowie w ciężarówkach UNRRY przez Czechy, Niemcy Wschodnie i Zachodnie docierają (nie bez przygód) do Belgii i po pokonaniu kolejnych trudności do Londynu. Gdy w 1948 matka powtórnie wychodzi za mąż, rodzina emigruje do Argentyny, gdzie autorka kończy inżynierię chemiczną na uniwersytecie w Buenos Aires. Obecnie mieszka w USA, gdzie po przejściu na emeryturę podjęła studia i w 2010 r. obroniła pracę doktorską z historii średniowiecza.

Ślady na piasku – wydane w 2012 r. przez wydawnictwo „Świat Książki” – napisane są żywym, barwnym językiem i bogato ilustrowane fotografiami i dokumentami rodzinnymi. Mimo dramatyzmu niektórych opisanych wydarzeń czyta się te wspomnienia jednym tchem i z przyjemnością.

Anna Madej