Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

NOWE KSIĄŻKI

 Nie mogę ostatnio uwolnić się, a może wcale nie chcę, od Karoliny Grodziskiej. Niedawno wzruszałem się nad wydaną przez nią książką opowiadającą o tragicznej postaci młodego lwowiaka Stanisława Gottfrieda. To młody, nieszczęśliwie zakochany w pannie Reichertównie, rokujący duże nadzieje poeta, a książka o nim to Stanisław Gottfried (1892–1915), lwowski poeta Młodej Polski (wybór i opracowanie: Karolina Grodziska i Alina Trzcionkowska, Kraków 2011). Dobrze farba nie wyschła w tej książce, a na księgarskich półkach ukazał kolejny opasły tom autorstwa Karoliny Krakowianki zapomniane. O niezwykłych paniach pochowanych na cmentarzu Rakowickim 1803–1920 (Kraków 2011). Można znaleźć tam informacje o wielu postaciach – nie tylko kobietach, wszak obok pań pojawiali się zazwyczaj ich rodzice, bracia, mężowie, kochankowie czy przyjacioły – związanych ze Lwowem lub Kresami. Zaledwie skończyłem ją czytać, a dotarła do mnie kolejna rzecz pióra Karoliny Grodziskiej: Listy, liście, wspomnienia… Z dziejów lwowskich rodzin Reichertów, Peterów i Negruszów (Kraków 2012). We wstępie autorka pisze, że ta książka stanowi efekt blisko dziesięcioletniej wędrówki po archipelagu rodzinnych papierów i uzupełniających je wspomnień. Dokumenty przewiezione ze Lwowa do Krakowa czy Wrocławia i Gliwic, w powojennej rzeczywistości i wobec upływu lat coraz mniej istotne – jak coraz mniej realny stawał się powrót do rodzinnego miasta – stopniowo tracące znaczenie, zsyłane do piwnic i na strych, rozdzielane i przejmowane z mieszkań, których też już nie ma, bo ich mieszkańcy odeszli, a tylko my jeszcze potrafimy odtworzyć w pamięci tamte wnętrza, by trafić do biblioteczek i szuflad z papierami… To dzięki takim autorom, historykom jak Karolina Grodziska odkurzone dokumenty, ale i wspomnienia rodzinne przemawiają ponownie, odzyskują należną im wagę i rangę. I jak tu nie kochać Karoliny!?

Sam tytuł mówi, o czym – a właściwie o kim – jest książka. Pragnę też uprzejmie donieść Czytelnikom, że autorka po każdej swej książce zażegnuje się, iż jest to ostatnia, jaką poświęca swym przodkom, bliższej i dalszej rodzinie. Mam nadzieję, iż są to czcze obietnice, bo czekają na opracowanie kolejne lwowskie rodziny. Ale nie tylko. Myślę, że i cmentarzom lwowskim, jak i bibliotekom czy wydawnictwom należy się w końcu solidne naukowe opracowanie, a to tematyka będąca w zakresie zainteresowań dr Karoliny Grodziskiej. A było ich sporo, tylko czy istnieją jeszcze jakiekolwiek materiały archiwalne?

O czym jest książka Karoliny Grodziskiej, każdy powinien przekonać się sam. Czyta się ją jak powieść sensacyjną czy romans… Wszak przewijają się przez jej karty losy kilku kresowych, lwowskich rodzin. Wielkie dramaty, miłości, pasje… A wszystko dzieje się na przestrzeni jakże burzliwych czasów, noszących też znamiona jakże złudnej chwilowej stabilizacji, ck Austrii, I wojny światowej (w przyszłym roku przypada rocznica 100-lecia jej wybuchu), spokojniejszych czasów II Rzeczypospolitej, a wszystko zwieńczone dramatem II wojny światowej, po której opisywane rodziny Negruszów, Peterów i Rei­chertów wszystko muszą zaczynać od zera, oswajając obce miasta, obce domy w nowej – też obcej – Polsce Ludowej. Nie mam tyle miejsca, by choćby w zarysie opowiedzieć o losach opisywanych rodzin.

Uwagę czytelnika musi przykuć bogaty wybór fotografii. Zawsze oglądając takie biograficzne kresowe książki, zastanawiam się skąd, jakim cudem ci ludzie ocalili z wojennej pożogi tyle rodzinnych pamiątek?! Im więcej czytam o przeszłości, tym bliżsi stają mi się ludzie z tamtego wymiaru czasu. Czasem budzę się ze snu, w którym kręci się tyle obcych, ale nie wiadomo dlaczego bliskich osób. Potem wydaje mi się, że to znajomi z kart książek. Niby senna mara, ale… Ich postępowanie, namiętności prawie niczym nie różnią się od współczesnych nam problemów. Tak dalecy, a jakże bliscy…

Zachwycimy się też szatą graficzną książki przygotowaną przez znanego artystę plastyka Władysława Plutę. Elementy zielnika (czy dzisiaj ktoś z młodych ludzi wie, jak wygląda zielnik?) wplecione w listy czy karty dziennika – toż to edytorskie mistrzostwo świata przecież! Nie tylko piękne, ale i przypominające o tym, że między karty tagebuchów, do listów wsuwało się też na pamiątkę a to kwiat (dowód miłości?), a to liść unikatowej rośliny albo np. klonu, pod którym skradło się dziewczynie pocałunek…

A kiedy już zamknie się książkę Karoliny Grodziskiej, opanują czytelnika wspomnienia z własnej przeszłości. Niejednemu łza w oku się zakręci, niektórzy sięgną po pióro, pewniej po komputer, by zanotować swe wspomnienia, inni zadzwonią do przyjaciół, by wspólnie powspominać przeszłość. By jednak tak piękne chwile przeżyć, trzeba sięgnąć po opisywaną książkę! A ja poczekam na następną opowieść Karoliny Grodziskiej…

Janusz M. Paluch

 

 Znany nam z licznych książek o tematyce kresowej red. Marek A. Koprowski utrwalił pamięć o legendarnej Polce z Krzemieńca w niewielkiej objętościowo książce-wywiadzie Od Humania do Krzemieńca: Irena Sandecka (wyd. „Wołanie z Wołynia”, Biały Dunajec – Ostróg 2012). W minionym roku przypadła 100. rocznica urodzin nieżyjącej już Pani Ireny (1912), ale Jej odejście nastąpiło dokładnie 3 lata temu (marzec 2010).

Irena Sandecka urodziła się dużo dalej na wschód niż Krzemieniec (ok. 300 km), na ziemiach ukrainnych, które też kiedyś były nasze, i Polaków pozostało tam po rozbiorach wielu. Kiedy wybuchła rewolucja sowiecka, a traktat ryski odciął tamte ziemie od nowej Polski, trzeba było uciekać. Wraz z setkami Polaków przekroczyła rodzina Sandeckich zieloną granicę, a szukając dla siebie nowego miejsca, osiadła w Krzemieńcu. Tam, z niewielkimi przerwami, spędziła Pani Irena prawie 90 lat.

W Krzemieńcu zdała maturę mając 16 lat. Była za młoda na studia, więc ukończyła miejscowe seminarium nauczycielskie, a zaraz potem rozpoczęła i ukończyła studia na UJ w Krakowie. Potem była jeszcze praca w kilku miejscach, na koniec w Belgii. Wtedy wybuchła II wojna i Irena niezwłocznie wróciła do Polski, do Krzemieńca. Pierwszą okupację sowiecką przetrwała jako pielęgniarka, szwaczka, bibliotekarka, sekretarka… Potem przyszli Niemcy. Wzmogły się akcje banderowskie, rozpoczęte już za sowietów. Głównym problemem stała się pomoc dla uciekinierów z wołyńskich wsi do Krzemieńca i Wiśniowca.

I tak doszło do ponownego wejścia sowietów. Nie było już mowy o oficjalnej pracy nauczycielskiej. Pani Irena została laborantką w szpitalu i tak zostało do emerytury w 1969 roku. Teraz rozpoczął się nowy okres w Jej działalności. Podjęła szeroką działalność społeczną, związaną z parafią krzemieniecką. Kościół parafialny nie został zamknięty, ale przez lata pozbawiony księdza. Była więc współorganizatorką życia społecznego, organistką, potajemnie uczyła dzieci religii, ale także języka polskiego, polskiej historii i kultury. Księża tam dojeż­dżali, a względna normalność nastała dopiero w 1955 roku. Pierwszym legalnym proboszczem został ks. Jakub Macyszyn, do dziś tam serdecznie wspominany. W Krzemieńcu działał przez lat 18, ale nadmiar pracy w kilku miejscowościach Tarnopolszczyzny oraz nieustanne szykany ze strony KGB doprowadziły go do przedwczesnej śmierci w wieku 62 lat. Pani Sandecka była główną współpracowniczką księdza, który nawet zamieszkał w Jej domu*, bo plebania została zabrana**.

Następcami ks. Macyszyna byli ks. Bronisław Marecki, uważany niemal za świętego, potem ks. Marcjan Trofimiak, późniejszy biskup łucki. Z tym ostatnim stosunki społeczności krzemienieckiej docierały się dość długo, z początku nie budził zaufania***.

Parafia w Krzemieńcu cieszyła się dużo większą swobodą niż inne: używanie – mimo zakazu władz – dzwonu kościelnego, urządzanie imprez ku czci Słowackiego. To były w dużej mierze zasługi „bojowej” postawy I. Sandeckiej. Po rozpadzie bloku sowieckiego była współzałożycielką Towarzystwa Odrodzenia Kultury Polskiej. W sprawie zbrodni ukraińskich była nieugięta.

W nowych czasach zaczęły napływać do Krzemieńca liczne wycieczki z RP. Pani Sandecka stanęła w centrum sprawy propagowania historii i polskości tego miasta. Otwarto wreszcie muzeum Słowackiego w dworku z nim związanym, położono tablicę pamiątkową na dawnym domu Bessera, kontynuowano opiekę nad grobami profesorów Liceum.

Niestety nastąpił okres ukrainizacji**** w kościele, szkole i coraz bardziej w domach. Język polski ograniczono do szkoły niedzielnej, prowadzonej przez Towarzystwo. Bastionem polskości pozostał dom Pani Ireny Sandeckiej. Dom ten zapisała „Wspólnocie Polskiej”. Dożyła 98 lat.

AC

 


*    Był to, jak wiadomo, dawny dom Willibalda (wg PSB – Suiberta) Bessera, który w latach 1809–1833 był profesorem Liceum Krzemienieckiego (ur. w Innsbrucku, wykształcony we Lwowie i Krakowie).

**  Podobne zamiary władz sowieckich były wobec kościoła parafialnego, uratował go jednak… pomnik Słowackiego, na którego przeniesienie władze nie mogły się zdecydować ze względów technicznych.

*** Ks.Trofimiak zaczął wprowadzać język ukraiński do liturgii, ale polscy wierni wymusili zaprzestanie.

**** Od lat 1980. pojawili się kolejni księża (Mieleszko, Iwaszczak), którzy wprowadzili język ukraiński do kościoła. Podobnie jest w szkołach.

 O życiu odważnym i pracowitym, poświęconym służbie Bogu i Ojczyźnie Abpa Ignacego Tokarczuka (zm. 29 XII ’12) pisaliśmy w poprzednim numerze (CL 1/13). W ostatnim roku Jego życia ukazała się książka pt. Nie można zdradzić Ewangelii. Rozmowy z Abp. Ignacym Tokarczukiem. Rozmawiał, wstępem i przypisami opatrzył Mariusz Krzysztofiński (wyd. IPN w Rzeszowie oraz Uniwersytet Papieski JPII w Krakowie), Kraków 2012.

Rozmowę poprzedza wstęp do książki, napisany przez ks. Arcybiskupa. Mówi on wiele o Autorze, który przez całe życie podążał za Chrystusem i swoje życie kapłańskie budował na wartościach ewangelicznych. Słowa św. Pawła Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj to idea, którą realizował w życiu. Jego dokonanie to budowa wielu kościołów i kaplic w czasach, kiedy władze nie dawały pozwoleń i rzucały kłody pod nogi. Były to zmagania z narzuconym nam komunizmem i ateizmem, walka o suwerenność Polski i wpływ Kościoła na moralną i religijną formację Polaków. To, że udawało mu się realizować swoje plany wbrew otaczającej rzeczywistości, tłumaczy: Jeśli Bóg wymaga od nas wielkiego czynu, wówczas odnajdujemy w sobie siłę, która zdawała się dawniej niemożliwą.

Kiedy w 1966 r. obejmował diecezję przemyską, powiedział: Duszę moją przenika głębokie poczucie pokory, bo przecież, znając swoją słabość i ograniczoność jako człowiek, widzę równocześnie z całą wyrazistością olbrzymie i trudne zadania, jakie przede mną, jako Waszym Biskupem, stoją.

We wspomnieniach ks. Arcybiskupa przewija się tęsknota za Kresami dawnej Rzeczypospolitej, za rodzinnym Zbarażem i Lwowem, za ukochaną Ziemią Rodzinną, którą musiał opuścić w 1945 roku.

          Marta Walczewska

 

 Napisana na emigracji w Argentynie przez Floriana Czarnyszewicza książka Nadberezyńczycy (wyd. „Arcana”, Kraków 2011) to powieść dotycząca życia polskiej szlachty zagrodowej na terenach między Berezyną a Dnieprem w latach 1911–1920. Tytuł książki uzupełnia informacja: Powieść w trzech osnuta na tle prawdziwych wydarzeń (nb. owe trzy tomy wydane są w formie jednej, grubej księgi).

W pierwszych słowach Posłowia M. Urbanowski pisze: Nadberezyńczycy Floriana Czarnyszewicza to jedna z najważniejszych i najpiękniejszych powieści polskich XX wieku. Zachwycali się nią najznakomitsi krytycy: Melchior Wańkowicz, Michał Kryspin Pawlikowski, Czesław Miłosz, Jerzy Stempowski, Józef Czapski… „Wystarczyło jednej stronicy, abym uległ wpływowi tego narkotyku i przeczytał jednym tchem 577 stronic dużego formatu”, pisał Miłosz. „Wielką książką” nazwał „Nadberezyńczyków” Czapski […], a M.K. Pawlikowski ocenił ją następująco: „Nadberezyńczycy” to najwybitniejsze dzieło Czarnyszewicza. Epicka, na poły awanturnicza, na poły romansowa opowieść o dramatycznych losach mieszkańców polskich zaścianków położonych między Berezyną a Dnieprem… Jedna z najważniejszych i najpiękniejszych powieści polskich. „Wojna i pokój” naszych Kresów.

Danuta Trylska-Siekańska

 


 

FLORIAN CZARNYSZEWICZ (1900–1964), ur. w okolicach Bobrujska (Rosja, dziś Białoruś). 1921 zamieszkał w Wilnie, 1924 wyemigrował do Argentyny, pracował tam jako robotnik. Zarazem autor czterech wybitnych powieści: Nadberezyńczycy, Wicik Żywica, Losy pasierbów, Chłopcy z Nowoszyszek (lata 1942–1963).


 

 

 Można się spierać, czy „Rocznik Lwowski” to czasopismo czy dzieło historyczno-literackie. My tradycyjnie wybieramy to drugie, inaczej nie wypada. Tak czy owak wielka satysfakcja ogarnęła wszystkich – redaktorów, autorów, wydawców i nas czytelników, gdy nadeszła wiadomość, że nareszcie nowy, długo oczekiwany numer „Rocznika Lwowskiego” 2010–2011 ujrzał światło dzienne. Nie ma żadnej przesady w tym, co piszemy, bo wydawnictwo to uważamy za najlepsze, najwartościowsze spośród całej ukazującej się w tych czasach literatury poświęconej historii, kulturze i ludziom naszych utraconych Ziem południowo-wschodnich.

Poprzedni numer za lata 2008–2009 ukazał się w 2010 r. Od początku, tzn. od 1991 r., wyszło 20 roczników w 15 tomach (w tym 6 podwójnych). Nowa księga ma ten sam co zwykle kształt i wystrój, 308 stron. Zamieszczono w niej oryginalne prace 16 autorów, 8 recenzji oraz 8 kolorowych ilustracji.

Pośród owych 16 zasadniczych prac wyróżniono, jak w dotychczasowych numerach, trzy grupy: 1. rozprawy, szkice, przyczynki historyczne; 2. beletrystyka, wiersze, wspomnienia; 3. Polacy we Lwowie, lwowiacy w Polsce i w świecie. Po tych następuje 4. grupa: recenzje, które dotyczą literatury odnoszącej się do Lwowa i Ziem PW. Pozycje zawarte w grupie pierwszej świadczą szczególnie o naukowym charakterze Rocznika.

W artykule Pawła* Należniaka o więzieniach lwowskich w czerwcu 1941 roku dowiadujemy się (niejako przy okazji), że we Lwowie działały przed II wojną trzy więzienia: „Łąckiego” – dla przestępców pospolitych; „Brygidki” (w dawnym klasztorze ss. Brygidek, skasowanym po 1772 r. przez Austriaków) – dla przestępców kryminalnych; „Zamarstynów” (w dawnym klasztorze oo. Misjonarzy, skasowanym jw.) – dla wojskowych.

Po wejściu sowietów do Lwowa w 1939 r. dotychczasowy gmach Miejskich Zakładów Elektrycznych przy ul. Pełczyńskiej (róg Kadeckiej) został przejęty na siedzibę NKWD, a w 1941 r. – gestapo. W długim artykule autor opisuje tragiczną działalność obu najeźdźców na samym styku obu okupacji.

Jurij Smirnow omawia lwowski kościół oo. Jezuitów, jego historię i wystrój artystyczny. W dalszej części książki (III) opisuje kolejne cztery kościoły i kaplice pod kątem ich powojennych losów, ale i tam dowiadujemy się dużo o ich dziejach i wystroju.

Michał Piekarski przedstawia ostatni sprzed I wojny i międzywojenny okres dziejów muzykologii na Uniwersytecie Lwowskim. Padają nazwiska, które znamy także z czasów po II wojnie.

Całkiem nowy stał się dla nas temat omówiony przez prof. Oskara S. Czarnika, będący wspomnieniem o Tymonie Zaborowskim z Podola (1799–1828), poecie – piewcy Miodoborów, patriocie i romantyku. Jego twórczość poetycka mogła po stu parudziesięciu latach podbudować ducha żołnierzy walczących o Polskę we Włoszech, niestety wtedy właśnie Stalin, Roosevelt i Churchill zadecydowali o naszej klęsce…

Jan Wnęk porusza tematykę dodatków do „Gazety Lwowskiej” z okresu stulecia 1817–1918. Było ich sporo, jednak najważniejsze to Rozmaitości (do lat 40. XIX w.) oraz Przewodnik Naukowy i Literacki (1883–1919). Ich celem było m.in. ograniczenie wiedzy i ideologii z czasopism austriackich. Poświęcone były zagadnieniom historycznym i literackim, jak również historii sztuki, psychologii, nauk społecznych, oświaty, teatru itd.

W Lwowskich Miscellaneach Janusz Wasylkowski przypomina ciekawe postacie, m.in. prof. Romana Atanazego, oraz związane z nimi życiorysy, wspomnienia, anegdoty.

W drugiej grupie natrafiamy przede wszystkim na urocze wspomnienie lite­racko-emocjonalne Leszka Sawickiego** o Haneczce z ulicy Kurkowej. Ponadto wspomnienie Zdzisława J. Zielińskiego o przeżyciach w pierwszym okresie II wojny, króciutkie opowiadanie Jerzego Stokłosy i dłuższe Marka Bernackiego o współczesnej podróży do Stanisławowa. I wiersze: Mariusza Olbromskiego, Waldemara Michalskiego i Jana Skłodowskiego.

W grupie trzeciej wymieniono Bolesława Hadaczka Dumę o Kresach. To tekst na wskroś literacki, dlaczego więc nie znalazł się w drugiej grupie? Czytelnicy mogą go przeczytać w niniejszym numerze CL, może więc ktoś zapytać, po co ten utwór pojawia się w tym samym czasie w dwóch czasopismach, które trafią do tych samych czytelników? To będzie słuszne pytanie, ale tak sobie życzył Autor, a my nie śmieliśmy zaoponować!

Czwarta grupa to recenzje. Omówiono osiem dzieł, z których kilka znalazło się już w naszym kwartalniku (ks. Wołczańskiego, Niciei, Buraczyńskiego, Wasylkowskiego, jednak tu, w Roczniku są potraktowane szerzej i głębiej. Książki dotąd nam nie znane dotyczą socjologii, prawa, dawnej sztuki i architektury.

Z niecierpliwością oczekujemy na kolejny tom „Rocznika Lwowskiego”. Oby stało się to jak najprędzej.


 

*    Imię autora artykułu Paweł na kolejnych stronach u góry zamieniono błędnie na Piotr.

**  Imię i nazwisko autora Leszka Sawickiego na kolejnych stronach u góry zamieniono błędnie na Zdzisław J. Zieliński.

 

 Nie mieliśmy w rękach książki autorstwa Danuty Adamczyk pt. Polskie społeczne placówki wydawnicze we Lwowie (Wydawnictwo Akademii Świętokrzyskiej, Kielce 1996). Ale warto wiedzieć.