Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Feliks Budzisz, Z MYŚLĄ O 70. ROCZNICY NAJKRWAWSZEJ NIEDZIELI

Feliks Budzisz, Z MYŚLĄ O 70. ROCZNICY NAJKRWAWSZEJ NIEDZIELI


Stało się już tradycją, że 11 lipca, w rocznicę największego nasilenia mordów ludności polskiej na Wołyniu w 1943 r., w środowiskach z kresowym rodowodem są organizowane żałobne uroczystości i nabożeństwa w intencji pomordowanych Polaków i poległych żołnierzy samoobrony, którzy w nierównych, desperackich walkach bronili ludność przed zagładą. Dzień 11 lipca, nazywany Dniem Pamięci Męczeństwa Kresów, gromadzi nie tylko Kresowian na żałobnych uroczystościach, uczestniczą w nich również ci, którym nie są obojętne losy Rodaków z Kresów. Zbrodni ludobójstwa na ludności polskiej dokonała na Ziemiach Południowo-Wschodnich II Rzeczypospolitej Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i jej formacje: tzw. Ukraińska Powstańcza Armia (UPA), służba bezpieczeństwa (SB) oraz miejscowi rezuni z tzw. samoobronnych kuszczowych widdiłów (SKW).
Tylko na Wołyniu i południowym Polesiu formacje te w latach 1943–44 wymordowały około 60 tys. ludności polskiej, głównie dzieci, kobiet i starców. W 1944 r. rzezie objęły następne województwa: tarnopolskie, stanisławowskie i lwowskie oraz wschodnie powiaty Lubelszczyzny i Rzeszowszczyzny.
Polskie władze podziemne, jak i miejscowa ludność, liczyły początkowo, że katastrofie można zapobiec albo ją przynajmniej odwlec drogą negocjacji z OUN-UPA, ale liczne próby rozmów na różnych szczeblach dramatycznie zawiodły. Wysłani z Kowla przez Delegata Rządu, Kazimierza Banacha, parlamentariusze Zygmunt Rumel, komendant BCh na Wołyń, i jego oficer do zleceń specjalnych Krzysztof Markiewicz, wraz z przewodnikiem Witoldem Dobrowolskim, zostali zamordowani 10 lipca 1943 r. przez rozerwanie końmi.
W latach 1943–44 nie znajdzie się na Wołyniu dnia, w którym OUN-UPA-SB-SKW nie dokonałyby mordów na bezbronnej ludności, a były dni, kiedy zamordowały tysiące. Tak było 10, 11, 12, 13 lipca czy w kilku dniach pod koniec sierpnia.
Na 11 lipca, niedzielę, przypada APOGEUM ZBRODNI. Była to NAJKRWAWSZA NIEDZIELA w naszej historii. Pod względem zasięgu terytorialnego, liczby ofiar i barbarzyństwa oprawców – zbrodnie dokonane w tę niedzielę przewyższają wszystkie inne dokonane kiedykolwiek na ludności polskiej w ciągu jednego dnia.
W 167 miejscowościach Wołynia, w powiatach włodzimierskim, horochowskim, kowelskim i innych, w tę niedzielę i sąsiednich dniach najbardziej wyrafinowanymi sposobami zamordowano wiele tysięcy osób. W kilku wołyńskich kościołach OUN-UPA-SB-SKW zabiły blisko tysiąc wiernych, nie oszczędzając księży przy ołtarzach. W kościele w Porycku podczas mszy upowcy obrzucili granatami wiernych i otworzyli do nich ogień z broni ręcznej i maszynowej. Rannych dobijali strzałami w głowę. Zabili ponad 220 osób. Ksiądz Bolesław Szawłowski, odprawiający mszę, został dwukrotnie ranny, schronił się u miejscowego popa, ale po kilku dniach został zamordowany przez banderowców. Podpalony przez nich kościół ugasiła ulewa.
W kościele w Kisielinie wierni podjęli desperacką obronę, dzięki której część z nich ocalała, wśród nich ranny ojciec kompozytora Krzesimira Dębskiego. Zabito 90 osób. W kaplicy w Krymnie upowcy z miejscowymi rezunami zamordowali 40 osób, w Zabłoćcach około 150 i ks. Józefa Aleksandrowicza. Opis mordu w kaplicy w Chrynowie przekazał Zygmunt Abramowski, mieszkaniec Chrynowa:
W kaplicy było około 200 osób, przeważnie kobiety i dzieci. Po podniesieniu zauważyłem, stojąc obok drzwi, podejrzany ruch. Zobaczyłem, że kilku banderowców ustawiło ręczny karabin maszynowy typu diechtiariewa. Zaczęli strzelać do ludzi seriami i z ręcznych karabinów, rzucili również dwa granaty, które nie wybuchły. Schowałem się z kolegą za grube drzwi kaplicy. W świątyni wybuchł popłoch i krzyk rannych. Ludzie zaczęli uciekać drzwiami bocznymi obok zakrystii i chóru. Kaplica jednak otoczona była szczelnie i bez przerwy rozlegały się strzały. W świątyni, gęsto ostrzeliwanej z rkm-u i broni pojedynczej, trwał krzyk i rozdzierający uszy pisk dzieci. Zamordowano około 150 osób.
W tę najkrwawszą niedzielę banderowcy wymordowali ludność polską wielu wsi. W Dominopolu zabili 250 osób, ocalało zaledwie kilka, które dopadli w innych miejscowościach. W Orzeszynie zabili ponad 300. Mord w Gucinie opisał Józef Murmanowski, były mieszkaniec tej wsi:
Była to niedziela, 11 lipca 1943, około godz. 8. Padał drobny deszcz. Kolonię Gucin koło Myszkowa, pow. włodzimierski, otoczyli upowcy i zaczęli wyganiać jej mieszkańców z domów, pędząc do środka kolonii, gdzie stała stara nieużywana kuźnia. Kto się ociągał i nie chciał iść, był bity lub rąbany siekierą. Ponieważ kolonia składała się z trzech ulic, to na drugiej ludność została spędzona do stodoły, a na trzeciej mieszkały tylko dwie rodziny Polaków, to ich postrzelano w mieszkaniach. Po spędzeniu wszystkich do kuźni i stodoły oblano budynki benzyną i podpalono. Kiedy dym zaczął dusić, ludzie zaczęli uciekać. Wtedy z ustawionego karabinu maszynowego strzelano do uciekających i palących się budynków. Ogółem w Gucinie zginęło z rąk banderowców 140 osób.
O masowym mordzie w Teresinie wspomina Marian Świstowski: … do Teresina o świcie przyjechała banda UPA i zamordowała 80 osób. Z naszej bliskiej i dalszej rodziny – 18 osób, między innymi zamordowali moją babcię Amelię, jej męża Jana i ciocię Kazimierę, obu wujów: Stanisława Umańskiego i Michała Bojko, nie przepuścili nawet dwuletnim Krysi i Tamarce.
Przerażająco długa jest lista miejscowości, gdzie tej niedzieli dokonano potwornych, masowych zbrodni na ludności polskiej. Kto ocalał, starał się dotrzeć do bezpieczniejszych miejsc, klucząc głównie nocą po zbożach, lasach, bezdrożach. W powiecie włodzimierskim większość uciekających kierowała się do Włodzimierza, gdzie był silny garnizon niemiecki, dający pewne bezpieczeństwo uciekinierom. Co tam się działo, wspomina komandor Józef Czerwiński, wówczas piętnastolatek:
W nocy 11 lipca wokół Włodzimierza stanęły łuny. Od rana miasto zaczęło zapełniać się uciekinierami, którzy cudem uniknęli śmierci. Zrozpaczeni ludzie, niekiedy ranni lub okaleczeni, opowiadali o faktach niesłychanego bestialstwa nacjonalistycznych bandytów.
Ucieczka do Generalnego Gubernatorstwa była niezwykle utrudniona, gdyż granicy na Bugu strzegł Grenzschutz. Przekroczyć ją można było tylko za solidną łapówkę, najskuteczniej w złocie. Zresztą samo dotarcie do Bugu było wręcz niemożliwe ze względu na liczne patrole UPA i miejscowych rezunów, którzy polowali na uciekinierów. Ocalała ludność powiatu horochowskiego uciekała na południe do miasteczek województwa lwowskiego, gdzie masowe rzezie rozpoczęły się w 1944 r.
Zajadłe ściganie uciekających z pożogi i jeszcze okrutniejsze ich mordy zadają kłam twierdzeniu ounowskich historyków, również w Polsce, że celem OUN-UPA było tylko wypędzenie ludności polskiej z terenów traktowanych przez banderowców jako tereny etnicznie ukraińskie. Jej celem było fizyczne wyniszczenie obecności polskiej, by nigdy już tam nie powróciła.
Po masowych lipcowych rzeziach nie było komu grzebać pomordowanych, którzy leżeli w domach, obejściach, ogrodach, polach, lasach na skwarze przez wiele dni. Straszny widok ukazał się naszym oczom – relacjonował naoczny świadek. – W łóżkach, bo działo się to w nocy, pełno trupów, wszystko we krwi – ściany, podłogi, pościel. W oknach i drzwiach dzieci ponabijane na widły, łopaty, kosy.
Inny naoczny świadek, wysłany samochodem z niemiecką obstawą do wsi po zboże na chleb dla głodujących we Włodzimierzu uciekinierów, ujrzał wstrząsający widok rozkładających się ciał, nad którymi krążyły wrony i unosiły się chmary much. Przerażeni strasznym widokiem i trupim odorem, również niemieccy żołnierze, wrócili z niczym, bez zwłoki, do garnizonu.
Na Wołyniu w apokaliptycznym 1943 r., a w następnym na całych Kresach Południowo-Wschodnich nie było wsi, w której ludność polska, pozbawiona zbrojnej osłony, pozostałaby przy życiu. W miastach i miasteczkach ochronę zapewniały – nie zawsze skuteczną – niemieckie i węgierskie garnizony. Na wsiach ludność polską ochraniały samoobrona i oddziały AK, na Lubelszczyźnie również BCh. Rzezie na Wołyniu i południowym Polesiu trwały z różnym natężeniem
do wkroczenia tam Armii Czerwonej, w Małopolsce Wschodniej i wschodnich powiatach Lubelszczyzny i Rzeszowszczyzny mordy o znacznie mniejszym natężeniu miały miejsce do połowy 1947 r.
Liczne prace naukowe, oparte głównie na relacjach świadków eksterminacji, świadczą, że była ona przygotowywana ideologicznie i propagandowo przez wiele lat oraz realizowana z dużym organizacyjnym zaangażowaniem wszystkich szczebli OUN-UPA-SB, od najwyższych do najniższych, terenowych. To przywódcy i dowódcy tych formacji, wywodzący się z inteligencji ukraińskiej, głównie galicyjskiej, są odpowiedzialni za ludobójstwo ludności polskiej, mordy na własnej – ukraińskiej,
a także Żydach, Rosjanach, Czechach.
Ponad 250 tys. zbrodniarzy, również z dywizji SS „Galizien” i innych militarnych i paramilitarnych formacji, będących na usługach Niemiec hitlerowskich, uciekło na Zachód i wielu z nich żyje tam w całkowitej bezkarności. W USA uniknął kary główny ideolog i organizator ludobójstwa na Kresach Mykoła Łebed „Ruban”, zastępca S. Bandery, sponsorowany przez tamtejsze władze jako działacz kultury (!). Pośmiertnie doczekał się skandalicznego panegiryku w „Przeglądzie Historycznym” paryskiej „Kultury”, autorstwa B. Osadczuka, który z kolei został wyróżniony (za co ?) najwyższymi polskimi odznaczeniami (!).
Warto również wiedzieć, że pierwsze pomniki ludobójców stanęły w USA: R. Szuchewycza w Buffalo (1968), S. Bandery w Nowym Jorku (1983) i co trzeba mocno podkreślić: przy milczeniu Polonii, chociaż wówczas wiedziano i tam,
że honorowani pomnikami są winni ludobójstwa na ludności polskiej. Postawienie pomników na pewno wymagało odpowiednich uzasadnień. Ciekawe, jakimi kryminalnymi łgarstwami uzasadniono zasługi ludobójców, okłamując władze municypalne, a może i stanowe? Warto też wiedzieć, że pod naciskiem ounowskiej diaspory ukraińskiej w USA i Kanadzie E. Moskal, prezes Polonii amerykańskiej, zakazał polonijnej prasie poruszania tematu eksterminacji ludności polskiej przez OUN-UPA.
W warunkach bezkarności wokół ludo­bójstwa na Kresach narosło na Zachodzie i na Ukrainie wiele propagandowych kłamstw. Banderowscy „pamiętnikarze”, wśród nich wspomniany „Ruban”, stworzyli obszerną, wielojęzyczną literaturę, w której wybielają, nobilitują i heroizują zbrodniarzy, przerzucając winę z oprawcy na ofiarę. Pomagają im w tych oskarżeniach apologeci OUN-UPA i w Polsce. Skandalem jest np. książka R. Drozda pod wymownym tytułem „UPA”, gloryfikująca tę zbrodniczą formację i szkalująca polskiego żołnierza.
Wyjątkowo naganny jest kult OUN-UPA, którego wyrazem są między innymi liczne pomniki i tablice chwały, fundowane na Zachodniej Ukrainie, ale również w Polsce na terenach zroszonych krwią Ofiar tej formacji. Mamy więc i u nas sytuację nienormalną, niemal surrealistyczną, bo owe pomniki postawiono bez zezwolenia polskich władz i wbrew zdecydowanej opinii społeczności lokalnych. Sytuacja przypomina gloryfikację mordercy w domu ofiary. Taka etyczna degrengolada
ma swoje główne źródło w linii ideologicznej „Gazety Wyborczej” i jej podobnych pism, zwłaszcza „Naszego Słowa”.
Ta pierwsza swego czasu zbulwersowała Kresowian tezą, że UPA to cześć i duma Ukrainy, a kto jest innego zdania, ten ma coś wspólnego z KGB! A więc kilka milionów Polaków z kresowym rodowodem – to agenci tej przestępczej organizacji. W taki sposób „GW” potraktowała Kresowian, którzy przeszli przez piekło banderowskiego terroru, zostawiając na Kresach groby najbliższych i cały swój wielopokoleniowy dorobek. A już trudno inaczej nazwać jak niegodziwością wobec Ofiar OUN-UPA przemilczanie ludo­bójstwa i eksponowanie wyolbrzymionych albo urojonych krzywd Ukraińców, na przykład na uroczystości w Pawłokomie czy któryś z kolei raz w rocznicę operacji „Wisła”. Taka postawa naszych elit wobec największej tragedii własnego Narodu i niewyobrażalnych krzywd, jakich doznał ze strony OUN-UPA w latach wojny i okupacji, a również w pierwszych latach powojennych, musi rodzić u Kresowian rozgoryczenie i uzasadnione przekonanie, że są dyskryminowani jak żadna społeczność w Polsce.
Rażącym przykładem takiej dyskryminacji była chociażby odmowa zajęcia się przez byłych rzeczników praw obywatelskich ofiarami OUN-UPA, które w banderowskich, krwawych pogromach zostały ciężko ranne czy doznały silnych traum psychicznych, utrudniających całe późniejsze życie. Przejście przez krwawy banderowski terror, nawet w bazach samoobronnych, miało nieraz podobnie traumatyczny wpływ na zdrowie jak pobyt w okupacyjnych miejscach odosobnienia.
Krzywdą, w odczuciu Kresowian, jest lekceważenie i obstrukcja ich prawa do rekompensat za mienie pozostawione na Kresach. Upokarzają ich władze stołeczne nie zezwalając na postawienie Pomnika Ofiar OUN-UPA w stolicy – pomordowanych, którzy kochali ją i marzyli, by ją kiedyś zobaczyć. Kochali ją może bardziej niż ci, co złożyli podpisy na liście protestu przeciwko pomnikowi. Jest wyjście z sytuacji: sygnatariusze tej niechlubnej listy powinni wystąpić do władz stołecznych z prośbą
o realizację nowej wersji pomnika autorstwa wybitnego artysty prof. M. Koniecznego, która czeka już kilku lat. Przywracanie historycznej pamięci o kresowej tragedii ludności polskiej jest świętym, patriotycznym obowiązkiem również władz stolicy.
Niektórzy ounofilscy historycy i publicyści, również w Polsce, mają Kresowianom za złe, że mówią i piszą o swoich tragicznych losach, przeżyciach podczas banderowskiego ludobójstwa, nazywają ich szowinistami, ukrainożercami, uniemożliwiającymi polsko-ukraińskie porozumienie i przyjaźń. Jest to stanowisko wysoce amoralne, prymitywnie pokrętne – choćby wobec obłędnego kultu OUN-UPA. Niedoszłe Ofiary tej ludobójczej formacji mają nie tylko prawo, ale i moralny obowiązek pamiętać i mówić ku przestrodze o swoich tragicznych, kresowych losach, o bestialsko pomordowanych rodzicach, rodzeństwie, sąsiadach, znajomych. Nasi politycy i publicyści obrażają się na Prezydenta USA, i słusznie, że nazywa obóz w Auschwitz polskim obozem, ale sami popełniają rażące, kompromitujące błędy, np. „Rzeczpospolita” z 31 V br. pisze, że 11 lipca 1943 r. OUN-UPA dopiero rozpoczęła rzezie ludności polskiej. Tego dnia, w niedzielę, było ich największe nasilenie, apogeum zbrodni, a nie początek.
Nasz Parlament uczcił pamięć i złożył należny hołd Ofiarom Katyńskim, Ofiarom Holokaustu, więźniom obozów koncentracyjnych i łagrów, wszystkim Ofiarom zbrodni wojennych i okupacyjnych, a nawet Ofiarom Wielkiego Głodu na Ukrainie. Tylko Ofiary banderowskiego ludobójstwa musiały długo czekać na stanowisko Sejmu. Dopiero pod desperackim już naciskiem organizacji kresowych Sejm przyjął 11 lipca 2009 r. eufemistyczną uchwałę używając określenia „znamiona ludobójstwa” zamiast – „ludobójstwa okrutnego (genocidium atrox)”, jakim eksterminacja w istocie była. Ważne jednak w uchwale sejmowej, poprzedzonej uchwałą Sejmiku Dolnośląskiego z 30 IX 2008 – było złożenie hołdu Ofiarom UPA i kresowym Samoobronom oraz oddziałom AK i BCh, które w dramatycznych bitwach obroniły przed zagładą tysiące polskiej ludności. Uchwała zobowiązała wszystkie władze publiczne do przywrócenia historycznej pamięci o kresowej tragedii ludności polskiej. Uchwała ta, mimo że została wsparta podobnymi uchwałami sejmików: Opolskiego (27 X 2009), Podkarpackiego (28 XII 2009), Lubuskiego (23 II 2010), Lubelskiego (7 XII 2010), Małopolskiego (27 IX 2010), Mazowieckiego (11 VII 2011) – pozostaje uchwałą martwą. Jej realizacja natrafia na niezrozumiały opór ze strony elit samorządowych i rządowych, zwłaszcza w szkolnictwie i w większości mediów. Tymczasem media nagłaśniają jako wielką krzywdę przesiedlenie (wymuszone przez terror OUN-UPA) ludności z wypalonych Bieszczadów na tereny o wysokim standardzie cywilizacyjnym. Właśnie ta akcja przesiedleńcza położyła kres dalszemu rozlewowi krwi, rozpętanemu przez OUN-UPA już w 1942 r., pozbawiając banderowców bazy aprowizacyjnej, kwaterunkowej, rekrutacyjnej, informacyjnej. Mając wymuszone terrorem wsparcie u miejscowej ludności, zdesperowani banderowcy, w obawie przed karą za zbrodnie, trzymaliby się tam jeszcze wiele lat mordując nieprzychylną im ludność, paląc jej obejścia. Upowiec Omelan Płeczeń przesiedział w bieszczadzkim bunkrze 9 lat, co uwiecznił we wspomnieniach, ale o tym milczą ounofilscy historycy i publicyści.
Żywimy nadzieję, że przed 70. rocznicą banderowskiego ludobójstwa pozostałe sejmiki podejmą odpowiednie uchwały, w których uczczą pamięć Ofiar OUN-UPA i złożą hołd bohaterskim Kresowym Samoobronom oraz oddziałom AK i BCh, które w desperackich wałkach obroniły przed całkowitą zagładą setki tysięcy polskiej ludności, że w obchody tej tragicznej rocznicy włączą się władze państwowe i samorządowe. Mamy głęboką nadzieję, że tym razem władze stołeczne poważnie i ze zrozumieniem potraktują sprawę Pomnika Ofiar OUN-UPA i uroczyste centralne obchody 70. rocznicy banderowskiego ludobójstwa odbędą się przy tym pomniku z udziałem najwyższych władz. Spodziewamy się, że nasz parlament ustanowi 11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian, co obiecał Kresowianom prezydent Bronisław Komorowski, a dewizą żałobnych obchodów tej tragicznej rocznicy będą słowa: Prawda jest fundamentem, na którym może powstać autentyczna przyjaźń i zrozumienie w tej części świata.
Mortui viventes obligant!