Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Danuta Idziak z Zienkiewiczów, WOŁYŃSKI EPIZOD

Relację spisała Elżbieta Wierzchowska-Wójcik


Był 11 lipca 1943 roku. W słońcu drogą toczyła się furmanka ciągniona przez dwa młode koniki. Wóz, jak nakazywał świąteczny obyczaj, wymoszczony był tkanymi w domach kolorowymi kilimkami. Obok powożącego końmi Józefa zajęła miejsce odświętnie ubrana, w kapeluszu na głowie, jego żona Zofia. Córki: 15-letnia Regina i 11-letnia Danuta siedziały obok rodziców. Była niedziela i rodzina Zienkiewiczów jechała na mszę świętą do kościoła parafialnego w Kisielinie, oddalonego od domu o 7 kilometrów.

*  *  *
Na Wołyniu czas był bardzo niespokojny. Od wiosny Polacy nie czuli się tu bezpiecznie. Dotąd w zgodzie żyli z pozostałymi nacjami zamieszkującymi te tereny. Józef ożenił się i wraz z żoną Zofią z Ozimków zamieszkał w domu swoich rodziców w miasteczku Oździutycze w powiecie horochowskim. W latach 1932–1934 był wójtem Oździutycz. Gdy o dwie córki powiększyła się jego rodzina, kupił pod gospodarstwo grunty położone na obrzeżach miasteczka, zwane Korczunkiem (Karczunkiem?). Gospodarstwo, malowniczo położone pod lasem, dawało utrzymanie rodzinie. Miasteczko zamieszkiwali Polacy o typowo polskich nazwiskach, przykładem Różańscy, Łozińscy, Kraszewscy, prócz tego spora liczba Żydów i Ukraińcy. Żyła tu niewielka grupa ukraińskiej inteligencji i sporo rodzin ukraińskiej skrajnej biedoty. Poczta w miasteczku była prowadzona przez Polaków, szkołę też prowadził polski nauczyciel nazwiskiem Kusal. Miał córkę Danusię, która przyjaźniła się z Reginą Zienkiewiczówną.
Od jakiegoś czasu do Reginy przychodził młody Ukrainiec Saszka Szubal. Deklamował jej wiersze Tarasa Szewczenki i opowiadał o wspaniałych perspektywach Ukrainy. Był zdeklarowanym nacjonalistą i należał do Ukraińskiej Powstańczej Armii. Ostrzegał Reginę o niebezpieczeństwie, które miało rychło zagrozić egzystencji Polaków na Wołyniu. Polacy mieli być zlikwidowani, a Ukraina miała mieć status samostijnego (niepodległego) kraju – tylko dla Ukraińców. Regina przekazała ostrzeżenie Saszki rodzicom. Wskutek tego ostrzeżenia i wieści rozchodzących się po okolicy o mordowaniu Polaków, rodzina Zienkiewiczów zaczęła nocować w pobliskim lesie. Znajdowało się tam miejsce w kształcie dużego leja, dogodne do ukrycia ludzi, w którym można było bezpiecznie doczekać ranka. Ukraińcy mordowali po wsiach głównie w nocy. W lesie rodzina musiała zachowywać ciszę, ponieważ w okolicy kręciły się banderowskie (bulbowskie) bandy. Wraz z Zienkiewiczami ukrywała się siostra Józefa – Zofia Różańska ze swoją córką Ireną. Ciotkę Zofię męczył wówczas kaszel. Aby nie zdradzić kaszlem kryjówki, miała ze sobą masło, którym likwidowała kasłanie. Którejś nocy dość blisko przechodziła ukraińska sotnia. Było słychać, jak szli. Ciotka Różańska w porę wzięła w usta bryłkę masła i załagodziła w wypróbowany sposób napad kaszlu. Rodzina była uratowana.

*  *  *
Wóz toczył się spokojnie w kierunku Kisielina. Ciągnęły go dwa młode koniki – Wicher i Iskra. Rodzina Zienkiewiczów dojeżdżała do miejsca, gdzie droga rozwidlała się na dwa kierunki: do Kisielina i do Swojczowa. I wtedy koniki czymś zaniepokojone, stanęły. Zaczęły szarpać uprząż, prychać, czegoś się bały. Józef zaczął je popędzać, ale za nic nie chciały iść w kierunku Kisielina. Żal mu było użyć bata, zwłaszcza na młodziutką Iskrę, więc pozwolił koniom skręcić na Swojczów – przecież tam też był kościół...    
Podczas gdy czujne koniki wiozły rodzinę Zienkiewiczów do Swojczowa zamiast do Kisielina, w kisielińskim kościele działy się dantejskie sceny. Najpierw przed kościołem pojawili się banderowcy i na placyku przed wejściem wymordowali Polaków zdążających na mszę. Reszta wiernych zaryglowała się w kościele ufając, że bandyci nie poważą się mordować w poświęconym miejscu. Ukraińcy zaczęli się jednak dobijać do drzwi i namawiać Polaków do wyjścia, bo jakoby do nich nic nie mają. Zdezorientowani ludzie otworzyli drzwi i rzeź rozpoczęła się na nowo. Ukraińcy zabijali Polaków w ulubiony przez siebie sposób – siekierami, widłami, nożami, czasami strzelając. Duża część wiernych schroniła się z księdzem w solidnie wymurowanej plebanii. Tam ludzie zaryglowali się i rozpoczęli obronę, trwającą wiele godzin. Lali mocz (nie było wody) na oblane benzyną i palące się drzwi plebanii, odrzucali z powrotem nierozerwane granaty napastników. Jednym z obrońców był ojciec słynnego kompozytora Krzesimira Dębskiego – Sławosz. W obronie plebanii stracił nogę. Ukraińcy ostatecznie zrezygnowali z oblężenia i o północy odstąpili (powyższy opis Danusia zna dziś z Internetu).
Tej niedzieli bandy UPA zorganizowały masową akcję w celu wymordowania jak największej liczby Polaków. Do tego celu wybrali kościoły Wołynia. Jadąca na mszę rodzina Zienkiewiczów o tym nie wiedziała. I gdyby nie koniki...
Od strony Swojczowa, odległego od Oździutycz o 15 kilometrów, uciekały furmanki z ludźmi wystraszonymi łunami pożarów i pogromami. W swojczowskim kościele banderowcy również dokonali rzezi na Polakach. Zienkiewiczowie w powrotnej drodze do domu słyszeli w okolicy krzyki i lamenty poszkodowanych oraz jęki rannych. W oddali widzieli łuny pożarów. To płonęła polska wioska zwana Kolonią Rudnią.

*  *  *
Wielki strach padł na pozostałych przy życiu Polaków. Ukraińskie bandy odgrażały się dalszymi rzeziami. Józef już od pewnego czasu liczył się z koniecznością opuszczenia domu i miał przygotowane najpotrzebniejsze rzeczy do zabrania. Kiedy więc rodzina wróciła tej tragicznej niedzieli do domu, nie było czasu do stracenia. Zienkiewiczowie zabrali tobołki, załadowali je na furmankę, przywiązali do niej krowę o imieniu Raba i przy pomocy swoich dzielnych koników udali się w kierunku najbliższej stacji kolejowej Wojnica, oddalonej od Oździutycz o 7 kilometrów.
Nie byli sami. Drogą ciągnął sznur wozów. Wraz z nimi uciekały przed zagładą inne polskie rodziny z Oździutycz i okolicy. Uciekała też ciotka Różańska z córką. Jej mąż Stanisław był przed wojną prezesem Cechu Rzemiosł Różnych i prowadził również własną kuźnię w Oździutyczach. Wiedział, co mu grozi ze strony Niemców, gdyby się wydało, że miał stanowisko prezesa, więc na początku wojny uciekł wraz z kuzynem przez zieloną granicę do Zamościa w Generalnej Guberni i na zasadzie pod latarnią najciemniej – zatrudnił się na kolei, gdzie został maszynistą. Żonę i córkę zostawił pod opieką szwagra Józefa. Teraz jego bliscy uciekali, starając się trzymać blisko Zienkiewiczów. I tak będzie do końca ich wspólnej wędrówki.
Nie była to jednak spokojna podróż. Co jakiś czas na uciekinierów napadały ukraińskie bandy. Ludzie próbowali się bronić, ale nie bardzo mieli czym. W Wojnicy czekało ich rozczarowanie. Żaden pociąg nie jechał do zbawczego Włodzimierza Wołyńskiego. A Polacy mogli czuć się bezpiecznie tylko w większych miastach Wołynia, ponieważ stacjonowały w nich na ogół duże ilości wojska, policji i innych tego typu formacji niemieckich. Ukraińcy zazwyczaj nie pozwalali sobie na napady w ich obecności.

*  *  *
Mijały godziny w Wojnicy. Nadszedł wieczór. Wozów przybywało, cały plac przy stacji zapełniali uciekinierzy. Było coraz niebezpieczniej. Bano się, że ukraińskie bandy mogą otoczyć stację i wymordować ludzi. Najbardziej bano się o dzieci. Dorośli mogli w jakiś sposób próbować się bronić, ale z dziećmi sytuacja była beznadziejna.
Na stacji był mały odwach niemiecki, który dysponował samochodem ciężarowym. Po naradzie z Niemcami zdecydowano, że za opłatą ciężarówka zabierze dzieci do Włodzimierza, ale tylko dzieci. Danuta i Regina musiały więc rozstać się z rodzicami. Rankiem ulokowano dzieci na pace samochodu – malutkie i te starsze. Samochód z dziećmi i Niemcami odjechał, a wozy z dorosłymi uciekinierami ruszyły w dalszą 30-kilometrową drogę do Włodzimierza. I znów Wicher z Iskrą okazały się pomocne. Szła również całą tę drogę, przywiązana do furmanki, krowa Raba.
W drodze bandy napadały na uciekających, ginęli ludzie. Uciekinierzy nie mieli żadnej eskorty. W terenie niemieckie wojsko bało się banderowców, unikało konfrontacji z Ukraińcami i nie broniło Polaków. Dlatego przedostanie się do Włodzimierza było walką o życie. I jeszcze ten strach: co się stało z dziećmi, czy dojechały całe?
Tymczasem ciężarówka z dziećmi szczęśliwie przejechała całą trasę. Ukraińscy bandyci bali się zaatakować niemiecki samochód. Niemcy nie dowieźli jednak dzieci do samego miasta. Przy wjeździe do Włodzimierza stał most na niewielkim dopływie rzeki Ług. Niemcy wyładowali dzieci przed tym mostem i odjechali do miasta. To było straszne. Dzieci były przerażone i bezbronne. Zostały same! A rodzice w niewiadomym położeniu!
Pod koniec dnia wozy uciekinierów dotarły do mostu. Rodziny odzyskały swoje dzieci – żywe i całe, ale przerażone i głodne.

*  *  *
Włodzimierz był przepełniony uciekinierami. Z całego powiatu zjechały tu polskie rodziny, chroniąc się przed niechybną śmiercią. Na placach i ulicach stały setki wozów. Ludzie szukali schronienia, miejsca do spania. Do Zienkiewiczów podeszła młoda Ukrainka i zaproponowała im miejsce do wynajęcia w swoim mieszkaniu. Z początku nie byli pewni, czy mogą jej zaufać, ale okazało się, że jest ona kochanką miejscowego Niemca, więc przystali na tę propozycję. Był to tylko kąt do spania dla rodziny i pomieszczenie dla koni i krowy, ale nie było wyboru.
Po dwóch tygodniach od wyjazdu z rodzinnych stron Józef dowiedział się, że dokonano mordu na tych Polakach, którzy pozostali. Niespokojny o los swoich rodziców i rodziców żony, mimo prób powstrzymania go przez rodzinę, pojechał do Oździutycz sprawdzić, co się z nimi dzieje. Jego ociec Bronisław i matka Ewelina z Łozińskich byli już w podeszłym wieku, nie chcieli uciekać i zostawiać swego gospodarstwa. Gdy wszyscy uciekali przed pogromem, oni pozostali w miasteczku.
Józef po drodze spotkał znajomego młodego Ukraińca, którego zapytał o matkę i ojca. Ten powiedział mu, że oboje zostali zabici. Zmieszany Ukrainiec dodał, że nie cierpieli, ponieważ zostali straceni z broni palnej. Odradzał stanowczo Józefowi pójście do zagrody rodziców – ostrzegał, że tam wciąż kręcą się bandy. Natomiast poszedł z nim na położony na uboczu miasteczka Korczunek i wskazał Józefowi miejsce pogrzebania zamordowanych rodziców Zofii. Wraz z nimi zginęła z rąk oprawców ich 18-letnia wnuczka (sierota) Helena. Pogrzebano ich na zagonie truskawek w ich własnym ogrodzie.
A więc nie przeżyli pogromu wołyńskiego również leciwi rodzice Zofii Zienkiewiczowej – Waleria i Adam Ozimkowie...
Ich historia też warta jest odnotowania.
mapka
*  *  *
Przed pierwszą wojną światową Ozimkowie mieli gospodarstwo w miejscowości Kurgan (Kurhan?) w powiecie horochowskim. W czasie wojny ich dom został doszczętnie zniszczony. Pola zryte głębokimi okopami, trudnymi do zasypania, praktycznie nie nadawały się do użytku. Po wojnie wraz z dziećmi mieszkali w ziemiance i cierpieli okropny głód. W tej sytuacji Adam zdecydował się wyjechać do Ameryki na zarobek. Na obczyźnie był dwa lata, wrócił z pieniędzmi, kupił kawałek pola na Kurganie, postawił dom i założył gospodarstwo.
Ich córka Zofia poznała Józefa Zienkiewicza i wyszła za niego. Gdy po pewnym czasie Józef z Zofią zamieszkali w Oździutyczach na Korczunku, postanowili sprowadzić rodziców Zofii bliżej siebie. Ozimkowie sprzedali więc gospodarstwo na Kurganie i osiedlili się na Korczunku. Odtąd mieszkali w bliskim sąsiedztwie z córką i zięciem.
Nikt z rodziny nie zna ostatnich chwil życia Walerii i Adama Ozimków na Korczynku. Tak więc Regina i Danuta straciły w tym czasie obu dziadków i obie babcie.

*  *  *
We Włodzimierzu Zienkiewiczowie przebywali aż do stycznia 1944 roku. Utrzymywali się z pracy najemnej i ze zbiorów z opuszczonych okolicznych ogrodów i gospodarstw. Józef dbał o konie, miał pracę. W styczniu trzeba było jednak uciekać z Włodzimierza. Ze wschodu nadciągała Armia Czerwona. Ukraińcy stawali się coraz bardziej hardzi. Teraz nie bali się nawet Niemców. Jednej styczniowej nocy wdarli się do miasta i urządzili rzeź, której ofiarą padło wielu Polaków. Nad ranem rodzina Zienkiewiczów pośpiesznie opuściła mieszkanie zabierając dobytek na furmankę. Znów przyszło im wędrować z pomocą wiernych koników.
Przerażeni szli ulicą, która pokryta była zmasakrowanymi ciałami, wokół krew i przerażające sceny. Danusi wydawało się, że matka specjalnie prowadzi ją tą straszną ulicą, aby to wszystko zobaczyła i zapamiętała. I rzeczywiście... zapamiętała na zawsze.
Kierunek ucieczki był jeden – na zachód. Jak najdalej od ukraińskich rezunów i bolszewików, o których poczynaniach krążyły złowieszcze informacje. Już bardziej znośny jawił się terror niemiecki. Ludzie tysiącami uciekali więc w kierunku Bugu, starając się przekroczyć rzekę i dostać do Generalnej Guberni. Pociągi kursowały, ale były przede wszystkim na użytek wojska niemieckiego, które starało się utrzymać front na Ukrainie. Drogami na zachód wędrowali piesi i ciągnęły wozy konne.
Rodzina Zienkiewiczów po wyjeździe z Włodzimierza skierowała się w stronę mostu na Bugu w miejscowości Uściług. Niemiecka straż nie bardzo panowała nad morzem ludzkim napływającym ze wschodu. Ludzie uciekali często bez dokumentów, tak jak stali, w ostatniej chwili spod siekier bandytów. Trudno było ich nie wpuścić do Generalnej Guberni – byli przecież narodem podbitym przez Hitlera. Po wielu godzinach czekania, strachu i niepewności straż przepuściła rodzinę na lewy brzeg Bugu. Zienkiewiczowie i ich córki byli uratowani.

*  *  *
Znali cel swojej ucieczki. Razem z ciotką Różańską i jej córką chcieli dostać się do Zamościa, do wujka Różańskiego – kolejarza. Nie było to jednak takie proste. Właściwie bez zezwoleń, przepustek i dokumentów ważnych w Generalnej Guberni było to niemożliwe.
Po przekroczeniu Bugu obie rodziny wraz z wieloma innymi uciekinierami z Wołynia pokierowano do miejscowości Strzyżów, oddalonej o kilka kilometrów od Hrubieszowa. Była tam duża cukrownia z bocznicą kolejową. Wśród rodzin pracowników cukrowni tułacze znaleźli tymczasowe schronienie. Ciotka Różańska dała znać mężowi, gdzie się znajdują. Wujek rozpoczął działania. Najpierw zorganizował pociągiem tajny przewóz żony i córki. Następnie, mając kurs na linii Hrubieszów–Zamość, a było to dopiero w marcu 1944 roku, znalazł możliwość przewiezienia Reginy i Danusi do Zamościa. Schował obie dziewczynki w wagonie towarowym pomiędzy workami ze zbożem. W tym celu przygotował między workami dwie jamy, gdzie dziewczynki się chowały, gdy pociąg był kontrolowany przez niemiecką służbę kolejową. Musiały w swych schowkach siedzieć cicho jak trusie i bały się głośniej oddychać. Akcja się udała, dotarły do Zamościa. Wujek zabrał je (a wynajmował wówczas małe mieszkanko u pani Skrzyńskiej, przyszłej teściowej Reginy) do siebie. Były bezpieczne i miały dach nad głową.
Józef i Zofia Zienkiewiczowie nie mogli podróżować w taki sposób jak córki. Mieli konie, krowę i wóz – a to był cały ich majątek! Nie mogli tego zostawić albo sprzedać za marny grosz. Jedyne wyjście to była jazda wozem do Zamościa. Udało im się przejechać te ostatnie 50 kilometrów tułaczki bez większych kłopotów. Dotarli do Zamościa i zamieszkali w lokum, które załatwił im wujek Różański u starszej, samotnej kobiety o nazwisku Kołodziej. Były tam też zabudowania gospodarcze, gdzie schronienie znalazły dzielne koniki: Iskra i Wicher, oraz krowa-żywicielka Raba.

*  *  *
Od wschodu nadciągał front. Niemcy stawali się coraz bardziej niespokojni, szykowali się do odwrotu, rabowali po domach i obejściach. Któregoś dnia Zofia zobaczyła, że niemiecki żołnierz wyprowadza konie z podwórza. Józefa nie było w domu. Wszyscy mężczyźni byli brani przez Niemców do ciężkich prac. Kopali rowy, okopy, umocnienia niemieckiej linii frontu. Często podczas tych prac strzelano do nich i zabijano ich za byle co. Mężczyźni więc, w obawie o własne życie, chowali się przed łapanką w stogach siana na pobliskich łąkach.
Zofia rzuciła się ratować zwierzęta. Żołnierz wymierzył do niej z karabinu. Płakała, prosiła, żeby zostawił rodzinie konie, że bez nich nie będą mieli z czego żyć. Żołnierz zarekwirował jednak koniki, a jako wyrównanie zostawił dwie stare szkapy.
I tak mądre koniki, które uratowały rodzinie życie pod Kisielinem, a potem uwoziły ją przed zagładą, wiatr historii pognał gdzieś w nieznane...

Ciotka Dana mieszka dziś w Krasnobrodzie.
Spisane w Warszawie, 1 stycznia 2013 r.