Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Zbigniew Wawszczak, Z LONDYNU NA WOŁYŃ

Opowieść o podróży potomków polskich ziemian do rodzinnego majątku

 

Część 1

Wiosną 2005 roku inż. Jerzy Rąbalski z Londynu nawiązał kontakt z dr. Władysławem Grzebykiem, pytając, czy nie pomógłby mu w odwiedzeniu jego rodzinnej miejscowości w okolicy Dubna na Wołyniu. Dr Grzebyk znany jest w wołyńskich kręgach Polonii w Anglii jako organizator kilku wycieczek-pielgrzymek do Dubna. Odpowiedź była pozytywna.

Skorzystałem z zaproszenia przyjaciela, by poznać cudowną ziemię jego dzieciństwa i wczesnej młodości, magiczny Wołyń. Kraj, który w świadomości przeciętnego, zwłaszcza kresowego Polaka kojarzy się z tragicznym okresem drugiej wojny światowej. Podróż, oprócz oczywistego zadośćuczynienia prośbie rodaka z Londynu, zaowocowała również szeregiem reportaży w audycji „Kresy”. Przez kilkanaście tygodni relacjonowałem ten wyjazd. Oto istotne fragmenty relacji w wyprawy do Dubna i Zbytynia.

 

 

W lipcu 2005 roku mikrobus prowadzony wprawną ręka p. Zbyszka Rybki, szefa rodzinnej firmy przewozowej z Tyczyna, przekroczył z grupą 5 pasażerów granicę państwa w Korczowej. Formalności trwały kilka godzin. Wyjechaliśmy w gronie: wspomniany już inż. Jerzy Rąbalski z dwiema córkami – Carmen i Leną, dr Władysław Grzebyk oraz piszący te słowa.

Przygraniczne wsie, oglądane zza szyb samochodu, podobne do naszych. Dużo budynków w stanie surowym świadczy o stymulującym wpływie granicy polsko-ukraińskiej na rozwój budownictwa prywatnego, niechętnie jeszcze widzianego w niedawnej przeszłości. Pan Zbyszek, nie po raz pierwszy przebywający te trasę, tłumaczy nam, że właścicielom brak pieniędzy na dokończenie inwestycji. Jednak im dalej na wschód, tym większą widać różnicę między polskim a ukraińskim krajobrazem. Wsie coraz uboższe i mniej zadbane. Z rzadka tylko dostrzec można dachy kryte blachą lub dachówką. Przeważnie króluje wszechobecny, szkodliwy azbest. Tu i ówdzie niszczejące budynki dawnych gospodarstw kolektywnych, sowchozów i kołchozów. Olbrzymie łany dojrzewających zbóż przeplatają się z innymi, mniejszymi uprawami, tworząc malowniczą szachownicę. Świadczy to o odradzaniu się gospodarki indywidualnej. Nietrudno też zauważyć inną różnicę między naszym a ukraińskim pejzażem. Polskie pastwiska są prawie puste, za granicą widać stada pasącego się bydła, przeważnie czarno-białej, holenderskiej rasy, obok nich grupki koni. Widocznie Ukraińcom, przeciwnie niż nam, opłaca się indywidualnie hodować bydło. Nad potokami i stawami masy wodnego ptactwa świadczą o zapobiegliwości ludności wiejskiej, by mieć mięso z własnej hodowli.

Mając na uwadze odległy cel podróży, szybko przejeżdżamy przez Lwów, decydujemy się jedynie na krótki postój obok Cmentarza Orląt. Z dołu, ponad ogrodzeniem, widać szeregi białych krzyży na grobach bohaterów, którzy oddali życie w walce o ukochane miasto. Niestety, nie udało się nam wejść przez boczną furtkę. Skorzystanie z głównego wejścia, położonego dość daleko od naszego postoju, wymagałoby przejścia przez cały Cmentarz Łyczakowski i obowiązkowo obok pomnika Strzelców Siczowych, a na to nie mogliśmy sobie pozwolić. Zbyt wiele czasu straciliśmy na granicy. Zaglądamy tylko przez szczelinę furtki, wykonujemy pamiątkowe zdjęcia i ruszamy dalej na wschód.

Jedziemy obwodnicą Lwowa. Doradzono nam, że bez zbytniej straty czasu można zjeść obiad w zajeździe „Wiking” przy drodze na Kijów. Zajazd jest w prywatnych rękach, powstał kilka lat temu. Ładnie zaaranżowane wnętrze z elementami rycerskiego uzbrojenia koresponduje z nazwą. My jednak zajęliśmy stolik na zewnątrz. Z rozmowy z personelem wynika, że zajazd ma powodzenie. Dogodne położenie, smaczna kuchnia i ładny wystrój sprawiają, że w zajeździe chętnie zatrzymują się nawet wybitni przedstawiciel świata polityki, biznesu i kultury. Z pewną zadumą wspomina się tu odwiedziny popularnych aktorów, m.in. Rusłany, oraz polityków, jak np. brata prezydenta Ukrainy Juszczenki. Po spożyciu smacznego posiłku, w tym ukraińskiego barszczu, ruszamy w dalszą drogę. Następny postój planujemy dopiero w Dubnie, po przebyciu 150 km.

Przez parę godzin towarzyszą nam zmieniające się jak klatki filmowe rozległe równiny, przeplatane płaskowyżami i smugami lasów. Przypominamy sobie, że Ukraina pod względem obszaru – jest jednym z największych państw Europy (na szóstej pozycji) – należy do krajów wyjątkowo bogato wyposażonych w szatę leśną. To jedno z wielu bogactw tego kraju, zajmuje 39% powierzchni. A drogi? Przeważnie marne, wyboiste, ale pojawiają się spore odcinki o nowych, równych nawierzchniach. Po bokach pasy drzew zasadzone jeszcze w czasach Chruszczowa. Niestety, ograniczają one możliwość obserwowania krajobrazu, co było prawdopodobnie jednym z celów ich powstania, ale spełniają też inne pożyteczne role, oczyszczając powietrze i stanowiąc naturalne osłony przeciwśniegowe.

Naszemu rodakowi z Londynu, dla którego jest to pierwszy od ponad sześćdziesięciu lat powrót na Kresy, przypadły do gustu. Córki, słabo mówiące po polsku, nie wypowiadały się na ten temat. Ich mama jest Hiszpanką, mieszkają i pracują w Anglii, są więc dwujęzyczne.

Zbliża się wieczór, a my jesteśmy w drodze od godziny 6 rano. Pomimo wygodnego i nie w pełni wypełnionego mikrobusu czujemy w kościach ponad trzy i pół setki przebytych kilometrów. Na szczęście organizator wyprawy dr Władysław Grzebyk oznajmia, że zbliżamy się do rogatek Dubna. Po prawej stronie, na lekkim wzniesieniu, pojawia się duża metalowa kompozycja z sylwetką zamku i napisem DUBNO. Oczywiście cyrylicą.

Wysiadamy z busa, by na tym tle zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Zapada już zmierzch, gdy mijamy ustawiony na wysokim postumencie czołg T-34, niezwykle skuteczny w walkach II wojny światowej. Dobrze, że niepodległa Ukraina nie odesłała go do huty. Miliony Ukraińców w szeregach Armii Radzieckiej walczyły z III Rzeszą. Tysiące, w czołgach u boku Rosjan, szturmowały skutecznie Berlin. Wielu oddało swoje młode życie.

 

Pierwsze wrażenie z wjazdu do 900-letniego grodu osłabia coraz większa ciemność. Po lewej stronie – brama Łucka i sylwetka dawnego klasztoru oo. Bernardynów, dziś cerkiew prawosławna. W dali mignęła baszta zamku Ostrogskich. Na dokładniejsze zwiedzanie przyjdzie jeszcze czas. Tymczasem, prowadzeni przez rodowitego Wołyniaka, dr. Władysława Grzebyka, kierujemy się w stronę peryferii, do dzielnicy Surmicze, gdzie w jednym z domków w stylu rustykalnym zamierzamy spędzić kilka najbliższych dni. Zostaliśmy zaproszeni przez panią Marię Bożko, przewodniczącą Towarzystwa Kultury Polskiej na Dubieńszczyźnie.

Przybysze z Londynu: inż. Jerzy Rąbalski wraz z córkami Carmen i Leną.Co prawda jest w mieście nowoczesny, niedawno pobudowany hotel, ale my wolimy zatrzymać się u swoich, pomagając w ten sposób, jak się okazało, serdecznym i gościnnym, choć niezamożnym rodakom. Z pewnością w hotelu byłoby wygodniej, jednak nie mielibyśmy tej kameralnej, prawdziwie rodzinnej atmosfery. Mogliśmy poznać bliżej życie gospodarzy oraz docenić szczególnie talenty kulinarne p. Marii. Po ulokowaniu w kilku pokojach niespodziewanie przestronnego domu i spożyciu smacznej kolacji udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Spodziewamy się, że czekają nas tu ciekawe przeżycia.

Dopiero nazajutrz, w trakcie zwiedzania zamku, najważniejszej atrakcji miasta, zrozumieliśmy, dlaczego Dubno – stare, ponad 900-letnie wołyńskie miasto, ulokowane nad meandrami leniwie płynącej srebrnej Ikwy (opiewanej przez Juliusza Słowackiego) i rozciągającymi się wokół bagnami, było obiektem tak trudnym do zdobycia. Nad położoną na równinie osadą dominował gród, przekształcony z czasem w mocno ufortyfikowany zamek. Przez długi czas pozostawał w ręku zamożnej rodziny ruskiej, książąt Ostrogskich, którzy rozbudowali warownię. W XVIII wieku nowi właściciele, Lubomirscy, wznieśli obok zamku bardziej okazały pałac.

Aby dostać się na teren zamku, należy przejść przez drewniany most, który niegdyś był zwodzony, a następnie przekroczyć potężną bramę ozdobioną kolorowym herbem. Na tarczy starannie odrestaurowanej dostrzegamy herby Ostrogskich (św. Jerzy zabijający smoka), Sanguszków (Pogoń litew­ska) i Lubomirskich (Szreniawa). Prawdopodobnie niejeden raz przez zwodzony most przerzucony nad podobną do głębokiego wąwozu fosą wjeżdżał do zamku, w otoczeniu zbrojnego orszaku, hetman litewski, znakomity dowódca, ks. Konstanty Ostrogski. Być może triumfalnie wracał po zwycięskiej bitwie pod Orszą nad Dnieprem w 1514 roku, kiedy to dowodzone przez niego wojska polsko-litewskie w puch rozniosły armię moskiewską. Może w orszaku zwycięzcy prowadzili jeńców wziętych do niewoli pod Orszą?

Kościół oo. Bernardynów w Dubnie, wzniesiony z pocz. XVII w., wczesnobarokowy. Obecnie cerkiewBramę i otaczający ją budynek odrestaurowano jeszcze za czasów II Rzeczpospolitej. Mieściło się tu starostwo. Wchodzimy na ogromny dziedziniec zamkowy, zamknięty dwiema potężnymi budowlami: XVI-wiecznym zamkiem Ostrogskich i XVIII-wiecznym pałacem Lubomirskich. W obu budynkach prowadzone są od lat prace remontowo-konserwatorskie. Rozpoczęto jak należy, od remontu dachów, a następnie sukcesywnie wykonywane są dalsze roboty. Jednak potrzebne są olbrzymie kwoty, a państwo ukraińskie podobnych obiektów, będących świadkami historii Rzeczypospolitej Obojga Narodów, ma wiele. Na razie wewnątrz nie ma dużo do zwiedzania, podziwiać można tylko niektóre, częściowo wyremontowane sale.

Przez długie lata dubieński zamek wykorzystywały kolejne armie, ostatnio Armia Czerwona. Zwiedzając częściowo odremontowane (przez ekipę ze szkoły im. Iwana Trusza we Lwowie) sale pałacu Lubomirskich, w jednej z nich podziwialiśmy wspaniały fryz, przedstawiający kształtne nimfy tańczące z faunami. Brak we fryzie jednej nimfy wytłumaczono nam tym, że gdy zeszła do śpiewających w tej sali żołnierzy radzieckich, biedaczka już nie powróciła.

Sam dziedziniec uporządkowany, przystosowany do ruchu turystycznego. Ustawione są zabytkowe haubice. Kilka lat temu prowadzone były prace wykopaliskowe, ale z powodu śmierci profesora kierującego badaniami roboty przerwano i do tej pory nie wznowiono. Z dziedzińca ogrodzonego murem można wąską furtką wyjść na zewnątrz i stromą ścieżką zejść do Ikwy. Od srony rzeki zamek prezentuje się jeszcze okazalej. Niewątpliwie atrakcją zamkowej twierdzy są lochy. Widoczne z daleka półkoliste sklepienie zachęca do ich zwiedzenia. Schodzimy w dół kilkoma schodami. Jeszcze niedawno można było tu wjechać powozem. Znajdujemy się w długim, wysokim i dość szerokim pomieszczeniu. Mieczysław Orłowicz w popularnym przedwojennym przewodniku po Wołyniu podaje, że w lochu można było swobodnie zawrócić karetą. To prawda. Inna legenda głosi, że loch ten prowadził kiedyś do klasztoru Bernardynów, odległego o ponad 2 km. Nie sprawdzamy tego. Gdy spoglądaliśmy na kamienne sklepienie i ściany tego lochu, na których widoczne są otwory po żelaznych okuciach, pomyśleliśmy o więzionych jeńcach wojennych, którzy w mroku i wilgoci marzyli o wolności i wyjściu na światło dzienne. My swobodnie wychodzimy, by udać się na krótki spacer po zamkowych wałach. Z wysoka widać fosę, która niegdyś była odnogą Ikwy. Na krańcach wałów dwie baszty. Z jedną, basztą Beaty, związana jest legenda: gdy trwało wesele księżniczki Beaty, pod twierdzę podeszli Tatarzy. Nadmiar wypitego alkoholu spowodował dezorganizację w szeregach obrońców, jedynie przytomność umysłu panny młodej i jej celny strzał z basztowej armaty uratowały zamek przed wrogiem.

Opuszczając zamek, zwiedziliśmy jeszcze nieduże muzeum, znajdujące się w części bramowej. Wśród kameralnej ekspozycji ikon zauważyliśmy portret surowej pani. Podpis informuje, że jest to Anna Alojza Chodkiewiczowa, żona hetmana Karola Chodkiewicza, jednego z wielkich wodzów Rzeczypospolitej szlacheckiej. Według historycznego przekazu, po śmierci męża zabrała potajemnie jego zwłoki z Kresów i przewiozła do klasztoru sióstr Benedyktynek w naszym Jarosławiu. Bała się, że gdy Kozacy zdobędą Ostróg, sprofanują jego doczesne szczątki. W pomieszczeniu obok modnie ubrana dziewczyna sprzedaje bilety, oddzielne na zwiedzanie dziedzińca zamkowego i oddzielnie na wystawę ikon. Jest też kilka okolicznościowych wydawnictw, w tym jedno po polsku. Chętnie skorzystaliśmy.

Dzisiejsze Dubno jest niedużym, około 40-tysięcznym prowincjonalnym miastem. Nie zawsze tak było. W dziejach tego grodu bywały okresy, że kwitło tu bujne życie, zjeżdżały tłumy szlachty niemal ze wszystkich stron Rzeczypospolitej na doroczne zjazdy, zwane kontraktami dubieńskimi. Przyby­wali kupcy i bankierzy, a nawet z Warszawy zajeżdżał słynny Bogusławski ze swym teatrem. Jeszcze wcześniej, od XVI wieku, o gród dubieński rozbijały się najazdy tatarskie, kozackie i moskiewskie. Tak było np. w 1577 roku, kiedy to książę Janusz Ostrogski odparł niszczący najazd tatarski. Niestety, samo miasto zostało spustoszone, ale mieszkańcy zdążyli się schronić za murami zamku. Jak podaje kronikarz, ponad 200 wsi należących do książąt Ostrogskich zostało przez najeźdźców z Krymu złupionych i spalonych. Podczas próby zdobycia zamku sytuacja była jednak poważna. Siostra ks. Janusza, panna Katarzyna Ostrogska, gdy Tatarzy Dubna dobywali, poprzysięgła sobie modląc się ustawicznie, skoczyć w wodę, jeśliby zamku dobyli. Na szczęście do tego nie doszło. Nie próbował zdobyć dubieńskiej twierdzy Bohdan Chmielnicki w 1648 roku, mimo że wiedział o skarbach w niej zgromadzonych; jednak Kozacy złupili miasto i wymordowali 1500 Żydów. Zamek wytrzymał również kilkumiesięczne oblężenie sprzymierzonych z Kozakami wojsk moskiewskich gen. Szeremietiewa w 1660 roku. Siłami polskimi dowodził wówczas hetman wielki koronny Stanisław Potocki.

Okres największego rozkwitu przeżyło Dubno na przełomie XVIII i XIX stulecia, kiedy wraz z rozległymi obszarami ziemskimi stało się własnością rodziny książąt Lubomirskich. Przełomową datę stanowi rok 1772. Ze Lwowa zajętego przez Austrię przeniesiono do Dubna doroczne zjazdy szlachty zwane kontraktami. Trwające kilka tygodni kontrakty dubieńskie rozpoczynały się na początku roku kalendarzowego. Prowadzenie interesów, np. handel pszenicą, którą następnie spławiano do Gdańska, umilano sobie hucznymi zabawami. W karty przegrywano fortuny, a zdarzały się i samobójstwa z tego powodu. Jak pisze pamiętnikarz, właściciel Dubna ks. Michał Lubomirski utrzymywał swój DOM na stopie odpowiedniej rodowi swemu i wielkiej fortunie. Sam muzyk, wyborną trzymał orkiestrę. W czasach kontraktów codzienne obiady dla obywa­teli i dwa bale na tydzień dawał. I koncerta w jego salach zamkowych odbywały się. Teatr Wojciecha Bogusławskiego grywał najmodniejsze sztuki, wystawiane w Warszawie. Zdarzały się też niemiłe przygody. W drodze do Dubna artyści Bogusławskiego przeprawiali się przez niezbyt dobrze zamarznięty Bug, wpadli do wody i straciwszy kostiumy, ledwie z życiem uszli. Szlachta zebrana na ratuszu w Dubnie, gdyż tam była sala teatralna, dobrowolnie podwoiła cenę za bilety, by pomóc artystom. Wtedy Dubno stało na czele wszystkich miast wołyńskich; zjeżdżali tu obywatele Korony i Litwy, z Galicji i Ukrainy, zza Dniestru i Dniepru.

Z wielkim przepychem w dubieńskim zamku ks. Michał Lubomirski dwukrotnie przyjmował króla Stanisława Augusta Poniatowskiego podczas jego podróży na Podole w 1787 roku. Niestety po śmierci ks. Michała wnuk jego, Józef Lubomirski, przeważnie mieszkający w Paryżu, swój ogromny majątek dubieński tak zadłużył, że w drugiej połowie XIX wieku sprzedany został na licytacji i przeszedł w ręce rosyjskie hr. Szuwałowych. Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę w 1918 roku zrujnowany zamek przejęło państwo, a okoliczne posiadłości ziemskie rozparcelowano na potrzeby osadnictwa wojskowego i cywilnego.

Nową, tragiczną dla wielu Polaków kart otwiera dla Dubna i okolic wybuch wojny w 1939 roku. Historia to nieodległa i wszystkim znana.

 

Opuszczamy zamkowy dziedziniec i wchodzimy na ulicę o przedwojennej nazwie Panieńska, dziś Szewczenki. Mijamy wykonany w brązie pomnik wieszcza Ukrainy Tarasa Szewczenki. Natchniony poeta przemawia do grupki przyjaciół. Fotografię pomnika znajdziemy później w kolorowym albumie „Riwenszczyna” w domu naszych gospodarzy na Surmaczach. Poruszając się w kierunku północnym, mijamy położony po lewej stronie budynek dawnego Gimnazjum i Liceum im. ks. Stanisława Konarskiego, do którego uczęszczał dr Grzebyk, dalej mamy rodzinny dom legendarnego pilota z okresu II wojny światowej, Stanisława Skalskiego, a na końcu ulicy budynki klasztorne Karmelitanek. Dziś mieści się tu szpital onkologiczny.

Jest ładne lipcowe popołudnie, na błękitnym niebie białe cumulusy. Nieopodal mostu spinającego brzegi leniwie płynącej Ikwy jakiś mężczyzna siedzi z wędką. Z rezygnacją macha ręką – dziś ryba nie bierze. Dr Grzebyk, dla którego droga przez most prowadzi do jego rodzinnej miejscowości Bortnica, tłumaczy naszej czteroosobowej grupce: kiedyś Ikwa płynęła malowniczymi zakolami, ale Sowieci postanowili rzekę wyprostować i bezpowrotnie zniszczyli jej piękno. W tych zakolach stał klasztor prawosławny i cerkiew „Czesnym Chrest”. Każdego wieczoru płynęła stamtąd przepiękna muzyka dzwonów. Niestety, na początku 1944 roku, w czasie długich walk o Dubno, kopulasta cerkiew stała się dobrym celem artylerii. Spłonęła doszczętnie, pozostały tylko resztki murów, które zostały rozebrane na początku lat sześćdziesiątych. W tym miejscu komunistyczna władza zbudowała oczyszczalnię ścieków! Dzisiaj „Czesnym Chrest" istnieje tylko we wspomnieniach starszych ludzi, gdyż żaden ślad po nim nie pozostał. Podobnie jak po trudnej do ustalenia liczbie arcydzieł ludzkiego geniuszu, który strawił ogień okrutnych wojen.

Wracamy do centrum. Nieopodal rynku odkrywamy niewielką księgarnię, nie ma tu jednak żadnych przewodników turystycznych czy planu miasta. Daremnie pytamy o album „Riwenszczyzna”. Rynek i przylegające doń uliczki prezentują się lepiej niż peryferyjne dzielnice. Zauważalna jest tu dbałość o ład i czystość. Wybudowana zapewne w czasach radzieckich estrada służy miejscowym zespołom artystycznym. Była wykorzystana w dniach 900-lecia Dubna w 2001 roku. 27 maja 2005, gdy obchodzono na Ukrainie święto mniejszości etnicznych, bardzo dobrze zaprezentował się polski zespół „Krzemienieckie ­Barwinki”. Swoich sił próbowała również grupa wokalna Towarzystwa Kultury Polskiej pod kierunkiem p. Marii Bożko.

W obrębie rynku znajdowało się przed wojną kilka hoteli i restauracja, w których zatrzymywali się okoliczni ziemianie, kupcy, a także m.in. Aleksander Wertyński, Hanka Ordonówna i inni. Z pewnością występowali w sali teatralnej, która znajdowała się w ratuszu. Niestety, ratusz zniknął z pejzażu miasta, podobnie jak hotele oraz liczna do czasów wojny społeczność żydowska. Wiemy, jaki spotkał ją los. Stosunkowo niedawno na zdewastowanym kirkucie ustawiono pamiątkowy, nieduży obelisk z czarnego marmuru. Natomiast Polacy nadal oczekują na upamiętnienie katolickiego cmentarza. W planie naszej wycieczki mieliśmy spotkanie z władzami miasta, merem lub jego zastępcą, na którym chcieliśmy między innymi poruszyć tę sprawę. Była już przed kilku laty złożona obietnica wydzielenia z terenu dawnego cmentarza, zwanego tutaj polskim, małego fragmentu, ogrodzenia go i umieszczenia pamiątkowego obelisku lub tablicy. Koszt tego przedsięwzięcia byłby przecież niewielki. Jednak do spotkania z przedstawicielami miasta nie doszło, nie z naszej winy. Daremnie oczekiwaliśmy na obiecany przez sekretarkę mera telefon.

Zamek w DubniePolski cmentarz straszy więc nadal dewastacją i ruiną. Wyobraźmy sobie wielohektarowy teren zarośnięty drzewami i krzewami. Resztki żelaznej bramy wskazują, którędy wchodziło się na miejsce wiecznego spoczynku zmarłych wyznania rzymskokatolickiego. Jeszcze po ostatniej wojnie odbywały się tu pogrzeby. A dzisiaj? Wśród krzewów i zielska znajdujemy resztki nagrobnych płyt i pomników. Z ogromnego cmentarza ostała się tylko nieduża budowla, grobowiec, a może kaplica, bez żadnych znaków rozpoznawczych. Kilka lat temu, w czasie działania Społecznego Komitetu Pomocy Kościołowi w Dubnie pod kierunkiem dr. Władysława Grzebyka, gdy proboszczem był ks. Tadeusz Bernat, na cmentarzu ustawiono krzyż i umieszczono tablicę informacyjną. Niestety, już jej nie ma. W Dzień Zaduszny odprawiano mszę św. za spokój pogrzebanych. Władze miasta obiecywały uporządkować teren, ale nic nie zrobiły. W bezpośrednim sąsiedztwie powstało osiedle domków i nie jest tajemnicą, że część pomników i nagrobków wykorzystano do budowy fundamentów. W tym miejscu przypomnijmy, że podobny los spotkał też niektóre niemieckie cmentarze na Ziemiach Odzyskanych. Kiedy wreszcie nauczymy się szanować miejsca pochówku ludzi bez względu na to, kim byli?.

Kończy się pierwszy dzień naszego pobytu w Dubnie. Wrażenia były i przyjemne, i przykre. Kierujemy się w stronę naszej kwatery przez bardziej zaniedbane, peryferyjne dzielnice. Spędzimy miły wieczór w gronie rodzinnym p. Marii, przy smacznym posiłku.

Nazajutrz czeka nas wyprawa poza miasto.

 

Dlaczego jednak celem naszej ekskursji jest Dubno, a nie inne, największe ośrodki tej ziemi, jak Łuck czy Równe? Dlatego, że z tym wiekowym grodem łączą się osobiste przeżycia dwu uczestników wycieczki: inżynier Jerzy Rąbalski z Londynu urodził się nieopodal Dubna, podobnie jak matematyk z Rzeszowa, dr Władysław Grzebyk, który jest naszym przewodnikiem. W ostatnich latach wielokrotnie odwiedzał te strony. Jako przewodniczący społecznego komitetu pomocy miejscowej parafii rzymsko­katolickiej przywoził pieniądze, wyposażenie kościoła i świadczył pomoc charytatywną dla parafian. Dla obu panów, a zwłaszcza dla londyńczyka inż. Jerzego Rąbalskiego, jest to typowa podróż sentymentalna, próba dotarcia do miejsca, gdzie stał rodzinny dwór i gdzie upłynęło jego bajkowe dzieciństwo. Czekał na to 67 lat, do końca niepewny, czy uda się dotrzeć do upragnionego celu. Kresowy ziemianin jest wiekowym i schorowanym człowiekiem, dlatego usilnie poszukiwał kogoś, kto mógłby go bezpiecznie zawieźć do miejsca, gdzie stał rodzinny dom. Tym człowiekiem okazał się emerytowany nauczyciel akademicki z Rzeszowa, Władysław Grzebyk, który podjął się tego zadania, licząc na to, że przy okazji uda mu się wygospodarować parę godzin, aby odwiedzić swoją rodzinną miejscowość Bortnicę, dawną osadę byłych legionistów Józefa Piłsudskiego, po której nie pozostał ślad. Niestety nie starczyło już na to czasu.

Nawet gdyby pominąć osobisty cel wyprawy, to i tak Dubno zasługuje na uwagę przybysza z Polski. Jest jednym z najstarszych grodów na Wołyniu, ma naprawdę bogatą i ciekawą przeszłość. Zachowało się tutaj wiele ciekawych obiektów i zabytków dawnej architektury. Zamek w Dubnie pozostawał przez kilka stuleci w posiadaniu możnej rodziny Ostrogskich, która podobnie jak szereg innych rodów pochodzenia ruskiego uległa polonizacji i przeszła na katolicyzm. Książę Konstanty Ostrogski, jeden z najwybitniejszych wodzów Rzeczypospolitej szlacheckiej, który pokonał wojska moskiewskie pod Orszą, był gorącym obrońcą prawosławia, a jego wnuk, ks. Janusz Ostrogski, stał się gorliwym katolikiem, jak już wspomniałem.

Dubno staje się sławne w Rzeczypospolitej szlacheckiej u schyłku XVIII stulecia, kiedy to przeniesiono do niego ze Lwowa tzw. kontrakty, czyli doroczne zjazdy szlachty, odbywane w celach handlowych i kulturalnych. Zjeżdżali tu więc posiadacze ziemscy, jak Rzeczpospolita długa i szeroka, kupcy, bankierzy, a z Warszawy aktorzy i córy Koryntu. Ówczesny właściciel miasta i ogromnych włości ziemskich, książę Marceli Lubomirski, uczynił z Dubna ośrodek kulturalny znacznej rangi.

Świetność Dubna nie upadła wraz z rozbiorami kraju i utratą kontraktów przeniesionych do Kijowa. Nadal zjeżdżali tu z bliższych i dalszych stron właściciele ziemscy, bankierzy i kupcy. Dobra passa trwała do powstania 1831 roku, po którego upadku na ziemie kresowe spadły prześladowania ze strony Rosji carskiej. Za udział w niepodległościowej insurekcji carat masowo konfiskował majątki ziemskie, zamykał polskie szkoły i klasztory, przymuszał do przejścia na prawosławie drobną szlachtę. Represje te jeszcze się spotęgowały po stłumieniu powstania styczniowego 1863 roku.

W dziejach kultury narodowej Dubno może poszczycić się także tym, że wydało jednego z wielkich Polaków, wybitnego reformatora oświaty na Kresach i twórcy słynnego Liceum Krzemienieckiego Tadeusza Czackiego. Początkowo nawet nosił się on z zamiarem, by liceum to umieścić w ­Dubnie. Z miastem związany był również znany pisarz epoki romantycznej, twórca poematu Maria, Antoni Malczewski, a w czasach późniejszych, pisarka i aktorka Gabriela Zapolska.

Raz jeszcze nastąpił renesans Dubna w okresie 20-lecia międzywojennego, kiedy stanowiło ono część II Rzeczypospolitej. To rozdział sam w sobie zasługujący na dokładniejsze omówienie.

Jakie jest ukraińskie Dubno dzisiaj? Starałem się o tym opowiedzieć już wcześniej.

Niestety wydaje się, że jest bardziej prowincjonalne aniżeli pomiędzy wojnami. Np. nie udało się znaleźć księgarni z prawdziwego zdarzenia, aby zaopatrzyć się w regionalne, dotyczące miasta i okolic wydawnictwa. Nie ma już sali teatralnej, w której kiedyś wystawiał sztuki Wojciech Bogusławski, a przed wojną koncertowali tacy artyści, jak Hanka Ordonówna i słynny wykonawca cygańskich romansów Aleksander Wertyński. Regularnie przyjeżdżał tu także Teatr Wołyński z Łucka.

Pewne ożywienie nastąpiło w okresie obchodów 900-lecia miasta, które wypadły w 2001 roku. Przyspieszono prace remontowe zamku i pałacu, odremontowano część ulic, Dubno wzbogaciło się o nowoczesny hotel i kilka restauracji.

 

 

Część 2. Zbytyń

 

Ta wycieczka miała dla przybyszów z Wielkiej Brytanii szczególne znaczenie. Nawet mnie i dr. Grzebykowi udzieliło się jakieś napięcie, mimo że miejscowość do której jechaliśmy okrężną trasą, pokonując kilometry wyboistej drogi, była przysłowiową plamą na mapie. Nigdy wcześniej tu nie byliśmy, a zapewne drugi raz nie wrócimy.

Na wschód od Dubna rozciąga się urokliwa kraina. W przedwojennym przewodniku Mieczysława Orłowicza określona jest mianem „Wołyńskiej Szwajcarii”. Rozciągają się tu niewielkie wzniesienia pokryte lasami i rozległe pola z łanami dojrzewającej złotej pszenicy. Wyboisty szeroki trakt, wybrukowany bazaltową kostką, obsadzony został na przemian włoskimi orzechami i dzikimi czereśniami. Domy porozrzucane z rzadka wśród łanów zbóż.

Zatrzymujemy się przed położonym nieopodal drogi gospodarstwem i pytamy ogorzałych od słońca i wiatru mieszkańców o drogę do Zbytynia. Potwierdzają, że posuwamy się we właściwym kierunku. W czasie krótkiej wymiany zdań podchodzę do jednej z przydrożnych czereśni i bez trudu zrywam garść czarnych jagód, cierpko-słodkich, doskonale gaszących pragnienie.

Dzień jest upalny, jedziemy wolno, bo naszemu przewoźnikowi Zbyszkowi serce się kraje, że jego świetny bus volkswagen musi pokonywać kilka kilometrów kocich łbów. Wreszcie skręcamy w prawo. Wiejska droga opada z niewielkiego wzgórza. Zatrzymujemy się przed drewnianą chałupą, obok której kilku mężczyzn przecina mechaniczną piłą potężny pień drewna. Będą z kloca wspaniałe deski. Pytamy, gdzie tu znajduje się dawny folwark i dwór. Siwy mężczyzna wskazuje ręką kierunek i mówi, że to już całkiem blisko. Jeszcze dwie minuty jazdy i przed naszymi oczami ukazuje się rozległa zielona płaszczyzna, z paru rozwalającymi się zabudowaniami. Z niekłamanym zainteresowaniem rozglądamy się wokół. Widok na wpół zrujnowanej podłużnej budowli pogłębia wrażenie destrukcji. Jednak rozciągające się dookoła, sięgające aż po smugę lasu na horyzoncie łąki urzekają pięknem. Okazuje się, że to miejsce na duże gospodarstwo wiejskie wybrano przed wiekami znakomicie. Zabudowania postawiono na obszernym płaskowyżu, skąd rozciągają się wspaniałe widoki na całą okolicę. W dole płynie niewielka rzeczka Zbytynka i to od niej wzięła nazwę miejscowość.

Przybysze z Londynu są bardzo poruszeni. Trudno się dziwić sędziwemu potomkowi dawnych właścicieli, zamożnych wołyńskich ziemian, który dopiero po 67 latach pojawił się w rodzinnej miejscowości. Córki Carmen i Lena są po raz pierwszy na ziemi, skąd wywodzi się ich rodzina. Te półkrwi Hiszpanki nie wyobrażały sobie, że jest tu tak pięknie. Wędrujemy po rozległym majdanie. W ścianach rozpadającej się co najmniej stumetrowej obory odkrywamy fragmenty starego muru z polnych kamieni: to bez wątpienia ocalałe resztki zabudowań wzniesionych w czasach, kiedy gospodarowała tutaj ziemiańska rodzina Rąbalskich. Docieramy do ruin obiektu z częściowo zasypanymi gruzem piwnicami. Może tutaj stał dwór? Nieoczekiwanie pojawia się starsza tęga kobieta i nieśmiało podchodzi do nas. Lody zostały szybko przełamane, gdy dowiaduje się, że jednym z przybyszów jest syn ostatniej dziedziczki, Jerzy Rąbalski. Spaloną przez słońce twarz Ukrainki rozjaśnia promienny uśmiech. Wyznaje, że nigdy nie przypuszczała, iż spotka syna dziedziczki. Jako chłopiec opuścił wraz z matką rodzinny dwór w tajemnicy i pośpiechu jesienią 1939 roku. Ona co prawda nie pamięta właścicieli, urodziła się później, ale doskonale zna ich z opowiadań nieżyjących rodziców, którzy wynajmowali się do pracy we dworze i zawsze byli przyzwoicie wynagradzani przez panią Rąbalską. Dziedziczka zaskarbiła sobie wdzięczność swoich pracowników. Kiedy budowali, jako młode małżeństwo, własną oborę, pozwoliła im trzymać krowy w dworskiej. Z ogromnych lasów, które należały do dworu, dawała mieszkańcom drewno na budowę domów na opał.

Nasz przyjazd sprawił, że wiadomość o przybyciu „polskich panów” rozeszła się po wsi. Niedługo pojawił się starszy mężczyzna, wysoki, pochylony, podpierający się kosturem. Wołodia Petrowicz, bo tak nazywa się przybysz, opowiada niezłą polszczyzną, jak po przyjściu bolszewików w 1939 roku dobrze prosperujące gospodarstwo ziemskie wraz z dworem zostało doszczętnie rozgrabione. Jesteśmy świadkami małej sensacji. Nieoczekiwanie tęga gospodyni, którą poznaliśmy na wstępie, demonstruje nieduże zdjęcie. To fotografia z lat 30., pożółkła, przechowywana w ukraińskiej rodzinie z niezwykłym pietyzmem. Na zdjęciu para młodych, w weselnym, ukraińskim stroju ludowym, a wraz z nimi młoda, ubrana z miejska kobieta. Fotografia przedstawia zdjęcie z wesela rodziców rozmówczyni, a stojąca obok młodych kobieta to matka inż. Rąbalskiego. Siwy mężczyzna z Londynu nie potrafi powstrzymać łez, a towarzyszące mu córki obawiają się, by ojcu nie zaszkodził nadmiar wzruszenia. Tę cenną pamiątkę-relikwię inż. Rąbalski zabierze ze sobą do Londynu. Zabierze też, skwapliwie wykonywane przez córki, fotografie naszych rozmówców, ukraińskich chłopów, którzy przechowywali przez tyle lat pamięć o „polskich panach”. Dobrą pamięć.

Wołodia Petrowicz Muzyka, który jako żywo przypomina ukraińskiego lirnika, śpieszył się tak bardzo na spotkanie z nami, że zdążył tylko założyć jedną skarpetkę. Ten szczupły, wysoki jak tyka mężczyzna sprawił jeszcze jedną niespodziankę. Zaśpiewał kilka starych polskich piosenek. Ma dobrą pamięć i słuch, przed wojną trzy lata chodził do polskiej szkoły. Wyuczone piosenki, w tym jedna o marszałku Piłsudskim, na zawsze pozostały jego własnością. Nie ukrywamy, jak bardzo wzruszył nas ten ukraiński wieśniak. Aby zaspokoić naszą ciekawość, prowadzi nas na krawędź majdanu i pokazuje miejsce, gdzie stał dwór, zburzony do fundamentów. Świadczy o tym obszerny loch. Jego kamienne sklepienia mogą sobie liczyć 200 lat. Bez wątpienia przechowywane były w nim znakomite trunki, którymi raczyli się gospodarze i jak to w dawnej Polsce bywało, chętnie zapraszali na biesiady i spotkania przyjaciół i sąsiadów.

 

Syn ostatnich właścicieli liczącego 1000 hektarów majątku Zbytyń inż. Jerzy Rąbalski postawił stopę dokładnie w miejscu, gdzie urodził się przed 79 laty. Szczęśliwie uratowany z rąk NKWD w 1939 roku, przeżył powstanie warszawskie jako jeden z nielicznych żołnierzy elitarnego, harcerskiego batalionu „Parasol”. Aż do dziś nie wierzył, że kiedyś uda mu się jeszcze odwiedzić swój rodzinny Zbytyń. A jednak czasami marzenia się spełniają. Nawet u kresu życia.

Kiedy wędrujemy po obszernym majdanie, gdzie kiedyś, aż do ostatniej wojny, rozciągały się zabudowania dużego majątku ziemskiego i gdzie zapewne stała okazała siedziba właścicieli, kiedy rozmawiamy z grupką mieszkańców, którzy spontanicznie przybyli na to spotkanie z nami, nie opuszcza mnie jednak myśl, że stąpamy po ziemi wołyńskiej, w którą wsiąkła krew dziesiątków tysięcy Polaków, bezpardonowo mordowanych w latach drugiej wojny światowej przez nacjonalistyczne organizacje OUN-UPA. W Zbytyniu nie było ofiar, bo nie było Polaków. Kilka polskich rodzin zatrudnionych w majątku Rąbalskich w porę opuściło wieś, właściciele wyjechali wcześniej, przed wkroczeniem wojsk sowieckich. Rąbalscy uciekali przed represjami NKWD, polscy pracownicy majątku przed zagładą ze strony UPA.

Przed wejściem do sklepionej piwnicy, jedynej pozostałości po dawnym dworze ziemiańskim w Zbytyniu. Na zdjęciu od lewej: Maria Bożko, dr Władysław Grzebyk, inż. Jerzy Rąbalski, Lena Rąbalska i inniWołodia Petrowicz Muzyka, który z miejsca zaskarbił sobie naszą sympatię swą bezpośredniością, a szczególnie piosenkami, domyślił się, że nie jest nam obca wiedza o rzeziach, które rozgrywały się na wołyńskiej ziemi. Nawiązał do tej drażliwej sprawy w sposób pośredni. Kiedy zwróciliśmy uwagę na jego względnie młody wygląd, napomknął, w jaki sposób udało mu się wymigać od służby w UPA. Kiedy parokrotnie go nagabywano, ratował Wołodię jego chłopięcy wygląd, młodzieńcza sylwetka. Tłumaczył się przed werbownikami banderowców, że jest zbyt młody na to, by iść na wojaczkę. Nie mieliśmy możliwości sprawdzić, czy wersja Wołodii jest prawdziwa, ale jego poczciwy wygląd, nieskrywana radość ze spotkania z przybyszami z Polski, ciepłe wspomnienie o przedwojennej, polskiej szkole – wszystko to skłaniało nas do przekonania, że tak było istotnie.

Nadszedł czas pożegnania. Ten moment był najtrudniejszy dla sędziwego przybysza z Londynu, potomka dawnych właścicieli Zbytynia, inż. Jerzego Rąbalskiego. Pewnie przypomniał sobie lata dzieciństwa spędzone w zbytyńskim dworze, beztroskie zabawy z rówieśnikami, kąpiele w stawie położonym nad brzegiem potoku Zbytynka, wyprawy wraz z matką i furmanem dworską bryczką do powiatowego Dubna drogą wijącą się pośród łanów falującej pszenicy.

Świat tak bardzo się zmienił. Rąbalscy bezpowrotnie utracili wielki majątek ziemski. Aby ujść z życiem, musieli w wielkim pośpiechu opuścić ziemię, na której żyli i gospodarowali ich przodkowie.

 

*  *  *

 

Upłynęło kilka lat od czasu, kiedy z dr. Grzebykiem towarzyszyliśmy Jerzemu Rąbalskiemu i jego córkom w wyprawie do rodzinnego majątku. Nie zapomnieliśmy tragedii Polaków ze wsi Kiryłówka koło Dubna i o staraniach p. Marii Bożko, by pamięć o tragicznych wydarzeniach nie uległa zatarciu. Przez wiele lat jeździła na miejsce, gdzie kiedyś znajdowała się wieś, gdzie aż do Wielkanocy 1943 roku mieszkali jej rodzice. Zapalała znicze. Przez wszystkie te lata nie rozstawała się z nadzieją, że nadejdzie czas, kiedy uda się jej postawić krzyż na miejscu, gdzie rozegrała się tragedia. Mówiła nam o swoich staraniach. Ciekaw byłem, czy tej dzielnej kobiecie udało się zrealizować jedno z gorących pragnień.

Potwierdzenie, że tak się stało, nadeszło od Marii Bożko. W numerze ze stycznia-lutego 2009 r. dwumiesięcznika „Wołanie z Wołynia” ukazał się jej artykuł zatytułowany Moje rodzinne gniazdo Kiryłówka na Wołyniu. Oto jego fragmenty.

Dziś na miejscu mojego rodzinnego gniazda Kiryłówki rośnie bujny las, a wokół pagórki i rzeka. Słowem malowniczy, urokliwy krajobraz. Niestety, kryje w sobie tyle łez, ludzkich tragedii i bolesne wspomnienia pamiętnej Wielkanocy 16 kwietnia 1943 roku. O tej tragedii przypomina potężny, żelazny krzyż, postawiony w lesie z inicjatywy Towarzystwa Kultury Polskiej w Dubnie w 2005 roku.

To tu spoczywają szczątki 28 Polaków, mieszkańców Kiryłówki, zamordowanych przez banderowców. A wśród nich moi dziadkowie – Maria i Józef Cichońscy.

Wraz z kuzynką Helcią, mieszkającą obecnie w Legnicy, wspominamy rodzinną Kiryłówkę – 37 domostw, 142 mieszkańców. Niedaleko Szumsk, gdzieś obok Smolary, Tartak, Lubomira, Gradki, Długie Pole. W centrum wsi był pański dwór. Pani była dobrą kobietą, zawsze wspierającą biednych, pogorzelców. Na św. Michała Archanioła, czyli 29 września, obchodzono odpust, ale ksiądz dojeżdżał z Dubna raz w miesiącu. Zbierano już materiały na budowę kaplicy. Polacy i Ukraińcy żyli obok siebie zgodnie, mieli wspólne plany, razem pracowali i świętowali. Niestety, wojna zniszczyła wszystko, zrujnowała plany mieszkańców Kuryłówki, a sąsiedzką przyjaźń zamieniła w nienawiść.

Siostra p. Marii, Helena, przypomina okoliczności śmierci grupy mieszkańców Kiryłówki:

Ludzie przez las uciekali przed banderowcami: Władzia Orębowa, Stacha, Walerka z Romkiem Wojciechowskim, rodzice Walerki, Klikiewiczowie i czworo dzieci. Banderowcy napadli ich w lesie, zaczaili się na furmankę i wrzucili do rzeki dwu- i trzyletnie dzieci. Waleria i Romek, gdy dowiedzieli się, że ich dzieci nie żyją, nie chcieli już uciekać, podnieśli ręce na znak poddania się i banderowcy ich zastrzelili.

Nie mam wątpliwości: to, że wysoki, żelazny krzyż stanął w Kiryłówce, to przede wszystkim zasługa Marii Bożko. Ona, jej córki i syn – to prawdopodobnie jedyni potomkowie dawnych mieszkańców Kiryłówki mieszkający na Wołyniu. Sięgnijmy jeszcze do artykułu Marii Bożko w piśmie „Wołanie z Wołynia”.

Palę znicze pod krzyżem w Kiryłówce, wracając do wspomnień, opowieści mamy. Wyobrażam sobie ten dom i ogród, w którym mieszkała. Widzę ten strych, na którym od świtu do nocy ukrywała się z małym synkiem, moim bratem Alfredem. Słyszę odgłosy strzałów skierowanych w stronę głuchego dziadka Józefa i widzę przerażenie w oczach mojej babki (Niemki z pochodzenia), gdy banderowcy kazali pokazać jej ogród i tam zastrzelili.

Zawsze czułam się Polką, dziś mam już Kartę Polaka i od kilku lat jestem prezesem Towarzystwa Kultury Polskiej w Dubnie. Swoje wspomnienia wraz z modlitwą poświęcam mieszkańcom Kiryłówki, tej, której już nie ma. Cichońscy, Paszkiewiczowie, Wojciechowscy, Gryszpińscy, Choińscy, Orębowie, Klimkiewiczowie, Bożkowie, Janiccy – pragnę wszystkich Was ocalić od zapomnienia.

Dobry Jezu, a nasz Panie, daj im wieczne spoczywanie!

Trudno pozostać obojętnym, gdy czyta się te słowa pełne miłości, żalu, współczucia dla dawnych mieszkańców niewielkiej Kiryłówki, ofiar nierozumnej nienawiści, których życie zakończyło się nagle, jednego dnia, w trakcie skromnych wojennych obchodów Świąt Zmartwychwstania Chrystusa w 1943 roku. Żadna z tych niezamożnych, chłopskich rodzin, zamordowanych z budzącym grozę okrucieństwem, nie ma własnej mogiły na cmentarzu. Nie ma też bliskich, którzy mogliby zapalić lampkę i położyć kwiaty. Zginęli wszyscy, dziadkowie, rodzice, dzieci.

Nie wątpię, że póki żyć będzie ta dzielna kobieta, pani Maria Bożko, pod żelaznym krzyżem w lesie na ziemi nieistniejącej już wsi Kiryłówki w Dzień Zaduszny palić się będą znicze. Światełka pamięci.