Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

POEZJA

Mariusz Olbromski

 

Niedokończone msze

 

W ruinach świątyń – Koloseum ciszy,

bo któż jeszcze dojrzy i któż usłyszy

tych, co klęczeli tam wobec Miłości –

tak rozmodlonych przed ołtarzem,

tych strzelających im znienacka w plecy,

bijących siekierami, widłami na oślep.

 

Głucho w świątyniach tych, ciągle wilgotno,

gdzie wielki łopian latem chroni piski myszy,

gdzie każdy kamień skamieniał ponownie

widząc – tu serca uniesione – tam buchające

ogniem nienawiści – i sceny –

które przerosły piekło dantejskie…

 

Nie wszystko – cząstkę prawdy ten pochwyci,

kto w ciszy chwilę jedną choć przyklęknie.

Któż pojmie i ogarnie msze niedokończone,

które wciąż trwają – w niebie – święte –

Rosną na nowo w strumienie modlitwy –

 

* *

Duszom Męczenników daj pokój, Panie,

a żywym – jak wołał Papież Słowianin –

daj całą prawdę, i – pojednanie.

 

 

Róża i kamień

 

Wszystko, co ujrzałem, nie pozwala milczeć:

wniebogłosy rapsod trwający w przestrzeni,

te setki świątyń, ongiś świetnych, dziś w ruinie.

Pałace, dwory trądem zniszczeń tknięte;

Po wsiach i głosach drży jeszcze powietrze,

ponad bodiakiem, łobodą, pustynną równiną.

 

Róża się złączy z kamieniem, gdy sercem

obejmiesz nie stary kamień tylko, choć cenny,

lecz płomień, który go kształtem czynu obwieścił

i w pokolenia – dalej – lotem wciąż przechodził,

językiem wieścił, dźwięczał i szeleścił.

Róża jest bowiem trwalsza od kamienia.

 

Bo wszystko jednak przez nią pozostanie,

choćby trwał tylko popiół i psy wierne.

 

Bo może w tym są mosty ponad snami,

że gdyby tamci nagle znowu wstali

z tych tysięcy zniszczonych cmentarzy

i z tych tysięcy bezimiennych mogił opuszczonych,

mogli nas jeszcze zrozumieć – choć w innym

czasie – i zmienionych.

 

Trwanie to ciągła podróż z różą

przez sen – i zachwycenie – i śpiewanie –

 

 

Ballada wołyńska

 

Drogi mój ukochany boję się nie wiem

czy jesteś wśród kaczeńców jaskrów

tak na kawałki tutaj wtedy posiekany.

 

Piękna ma ukochana wszakże jestem

wciąż mnie olśniewasz choć minęły lata,

jak wtedy gdy szliśmy przez brzeźniak,

obok czeremchy stały w stroju białym

zapadał zmierzch i wilgi śpiewały

 

Znów piękno słyszę, nadal widzę ciebie,

nasze wesele pod lipami. Grała kapela…

Pamiętasz bociek na strzesze klekotał

i rojne gwiazdy nocą nad nią drżały?

 

Czemu rwiesz kwiaty znowu z prochu mego

na tym ugorze, gdzie stał dom błękitny

i nasza wieś serdeczna, kwitły wokół sady?

 

Muszę już jechać miły bo autobus czeka.

Ta chwila – dawne szczęście – znowu

rozkwitła nagle dziwnie miedzy nami…

Niech polny zapach chociaż pozostanie…

 

Stara kobieta błądzi z trudem w polu,

z laską, zgarbiona, płaszcz ortalionowy.

„Hej, proszę pani! Pora już nam wracać!

Kwiatki znów zbiera i nie słyszy wcale?”

Silnik się grzeje, klakson się odzywa.

Już czas wyruszać w dalszą drogę.

 

 

Szaleństwo i dzieło

 

Pamięci Romana Aftanazego

skromnej Postaci Ossolineum

 

Niedługo nic już nie zostanie z pereł dziejów,

ni marmur, ani płótno, ani kamień na kamieniu,

z tysiąca dwustu świetnych pałaców i dworów,

z parków, ogrodów Kresów nic prócz gruzu

i nic prócz zgliszcz, burzanów i szaleju.

 

Z muzyki kamienia tylko bełkot rzezimieszka,

z ekspresji rzeźb nawet nie kruszywo do betonu,

z książek oprawnych w złoto – obłok dymu,

ze starej porcelany krzyk krótki jak nicość,

szalety z resztek altan, oranżerii ogrodu.

 

Kruki milczenia wiszą nad tym wszystkim,

nad skarbem wielkiej pracy kilkunastu pokoleń,

nad tchnieniem setek galerników piękna.

Nad życiem, które kwitło i jak zjawa znikło,

jaśniało wieki niczym szczyt polskości.

 

Teraz zapis cenzury i zmowa nad nami

więc moje dzieło w swym szaleństwie tworzę.

W deszczach wrocławskich samotnie po pracy

w mieszkaniu skromnym zaparzam herbatkę

i nie wiem, co z tysięcy listów, fiszek pozostanie,

z tysięcy świadectw tych, co jeszcze pamiętają,

i nie wiem, ile dni już przeszło, lat dziesiątek,

niepewne, czy to wszystko przetrwa, co zostanie,

czy światło ujrzy dzieło pośród flag czerwonych,

które niczym zagłada wiszą nad mym oknem,

nad szarym miastem i nad całym krajem.

 

 

Wśród pól o nadziei

*

A oto cisza – jak powrót do siebie,

w niej ciszy serce lepiej siebie słucha,

bo trzeba mieć nadzieję wbrew nadziei,

która jest właśnie mądra, a nie głupia,

jeśli płynie z łaski, z roztropności ducha,

z męstwa, które z miłości się rozwija.

 

Nadzieja trudna, a rozpacz tak łatwa.

Nią niczym tratwą można w dół popłynąć.

Nadzieja drogą pod prąd, pod lawinę,

zasiewem pracy, który – wzejdzie?

później?... choć może – czasem –

pokolenia miną.

 

**

Śpieszmy do pojednania, rzeki płyną,

słońce zapada i żaden dzień nie będzie

nigdy powtórzony. Serca szczęśliwe gdy

płoną, przenika je czysto blask łagodny,

 

jak drzewa w parku, kiedy ptaki rozwijają

nieskończone symfonie w drżącym słońcu.

Dzień narasta pięknem niewymownym, jeśli

współbrzmią tony: wiary, nadziei, pokoju.

Każdy okruch świata jest cząstką

błękitnej solidarności,

bo mieszka w nim iskra Miłości.

 

Nie dojdzie do gwiazdy betlejemskiej ten

kogo nie przeniknie duch braterski.

 

Zawsze w drodze w końcu zabłądzi.

 

***

Nie żebym ludziom tu nie życzył szczęścia…

Niechaj się cieszą słońcem i spokojem,

lecz nie odwrócę też oczu od krzyży

i tylu miejsc zarosłych bez krzyży

w tej świętej ziemi prochów i popiołów.

 

W tej ziemi skrzydłem ognia uniesionych

wielu pałaców, setek wsi i dworów,

w tej ziemi tylu zrujnowanych świątyń

zamilkłej polskiej mowy najśpiewniejszej

jak puste pola są po ściętym zbożu.

 

O nie turystą tutaj jestem zabłąkanym,

bo serce me lirnikiem ślepym który widzi

i świetnościami w dziejach zapodzianych

wciąż syci swoją cichą pieśń.

 

Dialog z żywymi rzuca tęcze blasku

jak z wież kościelnych płyną czysto tony,

lecz słyszę tu też dźwięki zakopanych dzwonów

i głosy których nie ma… jak trzepot aniołów

 

Bo to co było wielkie – ciągle jeszcze woła.

A to co było czyste – jak krynica płynie

i w innych ziemiach może wznieść ogrody

i w oknie nagle zjawę róży wyśnić.

 

 

Z mgieł ku słońcu

 

Przy grobie – łask krynicy – latami

trwali wierni na Cmentarzu Janowskim,

przy drugim znów na Łyczakowskim,

aż w Rzymie nastał dzień idący wolno

z białej zasłony mgieł ku słońcu.

 

Już świtem huczał morzem głosów

przed bazyliką świata plac ogromny.

Znad Tybru mewa wolno nadleciała

zjaśniały pinie nad portykiem drżące,

majestat złota włożyły posągi.

 

I szły i szły narody kontynentów

z flagami – wielkie rzeki kolorowe –

by poznać jak rozmawiał z Niebem

nieustannie Arcybiskup Lwowski;

jak nogą był chromemu, a okiem

ślepemu, na proch się ścierał drogą

drogą miłosierdzia idąc Gorazdowski.

 

Dźwięk dzwonów leciał wokół globu

trzepotem niewidzialnych skrzydeł

i śpiew się modlitewny zrywał

w słoneczny lazur radość unoszący…

 

Bo to, co w sercu czasem skryte,

samotne, czyste niczym diament,

bolesne, jak wyboru drogi trudne,

w mgłach czasu, zda się, że zgubione

może odkryte być cudownie.