Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Irena Parandowska, POZNAŁAM JANA

Jana poznałam, gdy byłam jeszcze w szkole, w liceum Olgi Filippi.

Uczęszczałam też do konserwatorium w klasie fortepianu u pani Kornelii Tarnowskiej, która była ciotką Rittnera, autora W małym domku. W tym samym czasie byłam jeszcze w szkole dramatycznej u Frączkowskiego, mieszczącej się przy konserwatorium. Aż strach pomyśleć, jak można to było wszystko połączyć. Oczywiście system nauczania był zupełnie inny niż dzisiaj. Ale mimo wszystko trudno mi odtworzyć, jak sobie z tym dawałam radę, a raczej, co szwankowało i jak bardzo byłam zapędzona.

W opowiadaniu Corso Jan wspomina scenę z naszej młodości; Niosła albo książki, gdy wracała z gimnazjum, albo nuty, gdy szła do konserwatorium. Gdy ją tam odprowadzałem, serce mi drżało, bo na tej samej Chorążczyźnie, naprzeciw konserwatorium, stał dom, w którym się urodziłem…

Jan wykładał w szkole dramatycznej. Mówił o dramacie, a właściwie o wszystkim, co wchodziło w zakres literatury.

Przypatrywałam się temu młodemu człowiekowi, który wówczas miał krótko ostrzyżoną bródkę o odcieniu lekko rudawym i bokobrody. Mówił z wielkim ferworem, wstawał z katedry, przechadzał się. Zdania jarzyły się od metafor, zwłaszcza gdy sięgał do źródeł antycznych.

Wkrótce poznaliśmy Platona, Homera, nie mówiąc już o tragikach greckich. W jego klarownej mowie nic nie nastręczało trudności. Mówił jasno, z dużą prostotą, tak jak pisał. Miał wtedy dwadzieścia osiem lat.

Był już znany. W rozmaitych periodykach pojawiały się opowiadania, które potem weszły do tomu pod tytułem Juvenilia, jak np. szkic o Jeanie Jacquesʼu ­Rousseau czy esej o Oskarze Wildzie, Antinous w aksamitnym berecie, prototyp późniejszej książki Król życia.

Kiedyś po skończonej lekcji podszedł do mnie i zapytał, czy mógłby mnie odprowadzić. Nie czekając na moją odpowiedź, powiedział:

– Będę na panią czekał przy wyjściu.

Nie byłam całowicie zaskoczona, nawet wiedziałam, że prędzej czy później coś takiego nastąpi. Mówiły o tym jego spojrzenia, a jedna z koleżanek powiedziała:

– Ależ wpadłaś naszemu Parandziu w oko.

Byliśmy pod obstrzałem całej szkoły, ale w gruncie rzeczy traktowano to jako niewinny flirt. Bomba pękła dopiero na próbach Ptaków Arystofanesa, gdzie Józef Wittlin, póżniejszy autor Soli ziemi, ćwiczył z nami chóry.

W pewnym momencie podsunięto mi liścik od Jana. Zaraz odpisałam i zwinięty papierek rzuciłam w jego stronę, przy czym zabawiając się w słowiczkę dosyć głośno zanuciłam jej radosny trel: „Tijo-tijo-tijo-tijo-tiks”. Wittlin spojrzał groźnie w moją stronę.

– Czego się pani wyrywa?

– Ja się nie wyrywam, tylko śpiewam, panie profesorze.

– Proszę wyjść – krzyczał zirytowany Wittlin – pani przeszkadza!

Irena i Jan ParandowscyWstałam i podeszlam do ściany, na której wisiały nasze ubrania. Wtedy Jan zbliżył się do mnie i podał mi mój płaszcz. Była to oczywiście nie lada sensacja.

Wittlin po latach, gdy byłam już żoną Jana, opowiedział to zdarzenie kolegom i zakończył tym swoim akcentem lwowskim:

– Ta, gdybym wiedział, że to będzie moja prezesowa, prędzej siebie, a nie ją bym wyrzucił ze sali.

To co początkowo wydawało się przejściowym flirtem, z dnia na dzień zmieniło się w wielkie uczucie. Widywaliśmy się codziennie. Program mojego dnia tak był pełny, że mogłam z niego wyłuskać tylko przelotną chwilę między jednym a drugim zajęciem i wtedy zawsze widywaliśmy się z Janem.

W szkole dramatycznej mieliśmy małą scenkę, rodzaj studia, gdzie raz w tygodniu graliśmy dla zaproszonych gości to, co było przerabiane na lekcjach. Grałam Julkę w Sieci Kisielewskiego. Niedawno w telewizji z wielkim wzruszeniem oglądałam moją wnuczkę, Joasię Szczepkowską, w tej roli.

Już nie pamiętam, z jakiej okazji zwrócił się do mnie znany aktor lwowski Barwiński i zaproponował, żebym na wieczorze, w którym on również występował, deklamowała Dzwony Ujejeskiego przy ankompaniamencie Marsza żałobnego Szopena. Byłam w wielkim kłopocie, bo nie miałam odpowiedniej sukni na taki występ. Wyciąg­nęłam z szafy czarny haftowany szal mojej matki i upięłam na sobie wspaniałą robę. W pas wetknęłam czerwone maki.

Wzruszające wspomnienie zostało mi po bardzo młodym wówczas Julianie Przybosiu, który przyjechał do Lwowa zaproszony na wieczór poetycki. Zaraz zjawił się u mnie, przyniósł swoje wiersze i poprosił, abym przeczytała na jego wieczorze to, co najbardziej będzie mi się podobało. Otworzyłam tomik i zaczęłam głośno czytać. Przyboś podszedł do mnie i powiedział:

– Dziękuję pani, tak to trzeba mówić.

Kilka tygodni przed swoją śmiercią odwiedził nas w Konstancinie, w Zaiksie. Kilkadziesiąt lat minęło od naszego pierwszego spotkania. Przyboś z drobiazgową dokładnością, zwracając się niejako do Jana, opisał mieszkanie moich rodziców. Pamiętał nawet kolor obicia fotelików i zielony dywan na podłodze. Byliśmy bardzo poruszeni jego pamięcią.

Kamienica we Lwowie przy ul. Domsa 5, gdzie Jan Parandowski spędził dzieciństwoWtedy, w Konstancinie, wyszłam z Przybosiem, żeby go kawałek odprowadzić; wiedziałam, że nie czuje się zbyt dobrze. Wracał do Obór tak zwaną czarną drogą, kierując się między domkami otoczonymi rozmaitą zielenią. Przy jednym z nich zatrzymał się. Rosły tam, jak bliźni bracia, dwa kolorowe krzaki. Tam się pożegnaliśmy. Było to nasze ostatnie spotkanie.

Jeden z następnych wieczorów spędziliśmy z Arturem Marią Swinarskim, który w opłakanym stanie przyjechał z Poznania do Lwowa, zbuntowany przeciw własnemu domowi.

Młody, obszarpany, zjadał półmisek kanapek, które musiały mu starczyć za całe pożywienie dzienne.

Futuryści, tacy jak Aleksander Wat, Bruno Jasieński, Artur Swinarski, zachowywali się, zwłaszcza na swoich wieczorach, tak jak to Francuzi określają: „pour epater les bourgeois”. Aleksander Wat podobno kazał się wieźć na taczce, w obszernej beczce, z której wydobywały się obelgi przeciw wszystkiemu, co dążyło do ładu i normalizacji. Sprzeciw, bunt, przekora. Gdyby dożyli do chwili obecnej, czyż nie broniliby wiele z tego, czemu byli kiedyś przeciwni?

Swinarskiemu zaproponowałam, że jego wiersz pt. Karuzela zaśpiewam, w każdym razie pierwszy wiersz:

 

Wirują drewniane koniki

Durch grune blumige Wiesen

 

Podeszłam swoim zwyczajem do fortepianu, uderzyłam parę taktów i zanuciłam skoczną melodię. Swinarski był zachwycony. Ale na wieczorze, siedząc między autorem a prelegentem Sewerynem Przybylskim, tak byłam rozbawiona tą myślą zaśpiewania, że gdy zaczęłam, musiałam kilkakrotnie przerywać, bo po prostu dusiłam się ze śmiechu. Cała sala się bawiła, a w końcu razem zaśpiewaliśmy ten dwuwiersz. To był sukces. Swiniarski zadedykował mi Karuzelę, gdy wyszła w tomiku.

Jan nigdy nie przychodził na moje występy. Byłam tym trochę dotknięta, a gdy go zapytałam, dlaczego tak jest, podawał jakieś błahe powody. Zjawił się dopiero na balu urządzonym przez szkołę. Na tej zabawie była również piękna i delikatna jak mimoza Janina Romanówna. Gdyśmy po wielu latach spotkały się na złotych godach Hani i Jarosława Iwaszkiewiczów, wspomniała ten bal:

– Widziałam was wtedy jak tańczyliście, było w tym widoku coś niesłychanie wzruszającego. Chciałabym być na waszych złotych godach.

Nie mogłam spełnić tego życzenia. Taka rocznica odbyła się w 1975 roku, ale w gronie naszej rodziny i szczupłej garstki osób przebywających na rekonwalescencji, tak jak Jan, w lecznicy w Konstancinie.

Na wakacje pojechałam z rodzicami do Żegiestowa. Tam już czekały na mnie listy Jana. W kilka dni później przyjechał. Szłam z matką wzdłuż Popradu i nagle się obróciłam. Zobaczyłam go idącego o kilkanaście kroków od nas. Tak się zaczęło to, co miało przetrwać ponad pół wieku.

Ukończyłam już liceum, ale ciągle chodziłam do konserwatorium i do szkoły dramatycznej.

Wręczenie Janowi Parandowskiemu doktoratu h.c. KUL przez rektora ks. M. Krąpca. Po prawej kard. S. Wyszyński, po lewej ks. rektor Mieczysław KrąpiecDo Mitologii, która wyszła w 1924 roku, zrobiłam spis imion własnych. Byłam strasznie dumna, że Jan mnie powierzył tę robotę. Pamiętam niezliczone karteluszki z imionami rzymskich i greckich bogów i herosów, które odnotowywałam z liczbą strony, na której występowały. Jakże byłam olśniona, kiedy odnajdywałam etymologię jakiejś nazwy, jak Febris – bogini gorączki, albo Astrejos – ojciec gwiazd i wiatrów.

Ulubionym mitem Jana był mit o Prometeuszu. Mówił, że ten mit jest utkany z miłości i poezji, dlatego ta postać w ciągu wieków zapładniała wyobraźnię poetów.

– Prometeusz – powiadał Jan – w człowieku rozbudził ducha i dał mu moc panowania nad światem.

Żyłam w czadzie tej poezji i z każdym dniem coraz bardziej zdawałam sobie sprawę, jak mnie los wyróżnił, stawiając w zaraniu mojej młodości obok człowieka, który w tak cudowny sposób wzbogaca moje życie.

W 1924 roku Jan pojechał do Paryża. Zaczęły przychodzić jego listy. Pisał codziennie. Na kilkunastostronicowych kartkach ukazywał to miasto, dzieląc się ze mną każdą refleksją. Obok antyku kultura francuska była najbliższa jego sercu, a Flaubert był dla Jana wzorem sztuki pisarskiej. Był też pod wielkim urokiem Anatola France’a i odwiedzając bukinistów na quqi Malaquais z niejednej rozmowy dowiadywał się od nich mnóstwa szczegółów z życia pisarza mieszkającego przy tej samej ulicy.

Wojna zabrała mi listy Jana. Po tylu latach nie mogłabym odtworzyć tego, co wtedy pisał, ale po dzień dzisiejszy tkwi we mnie tonacja i żar tych wyznań, które w nim to miasto rozpaliło. Na koniec napisał: Już wracam, nie rozstanę się z Tobą nigdy.

Ślub wzięliśmy 8 sierpnia 1925 we Lwowie w kościele św. Mikołaja.

Miałam na sobie kostium z czesuczy, biały aksamitny kapelusz z opuszczoną koronką, a w ręku kremowe róże. Odtąd w każdą rocznicę ślubu dostawałam od Jana taki bukiet.

On był w ciemnym garniturze. Wszystko odbyło się bez pompy. Byli tylko moi rodzice, mój brat i matka Jana. Nasi świadkowie, pani Albinowska, malarka, i jej ojciec, generał, spóźnili się, a ponieważ to nas zniecierpliwiło, poprosiliśmy dwóch kościelnych, żeby nam świadczyli.

W metryce mam zapisane ich nazwiska.

Była wczesna godzina ranna. Czekała na nas dorożka. Pojechaliśmy na Domsa 5, gdzie matka Jana przygotowała wspaniałe śniadanie.

Ulica Domsa 5. Nasze pierwsze mieszkanie, gdzie urodziły się nasze dzieci, gdzie byliśmy szczęśliwi, gdzie z każdego kąta wyglądało dzieciństwo Jana. Ogród z altanką, gdzie chował swoje skarby, grusza, na którą się wspinał po ulubione klapsy. W ten świat małego Dunka – jak go wtedy nazywali – prowadziła mnie matka Jana, z którą łączył mnie serdeczny stosunek.

Była to osoba cicha, dyskretna, odnosząca się z wielkim pietyzmem do pracy Jana i z absolutną aprobatą do wszelkich jego poczynań. Nie było mowy o jakiejkolwiek ingerencji z jej strony. Byłam trochę zalękniona i obawiałam się, że nie sprostam takiej pokorze. Nawet coś takiego jej powiedziałam.

– Ach, nie obawiaj się, moja droga. Życie każdego człowieka jest inne. Moje, z konieczności, skupiło się na jedynaku. Wiesz pewnie od Jasia, jak prędko owdowiałam i zostaliśmy sami na świecie.

– Tak, mówił mi o tym, ale najwięcej o babce.

– Najwięcej o babce? Tak, miała więcej czasu ode mnie i oddawała mu to w dwójnasób. Powiedziałaś: najwięcej o babce. Ale wszystko było na mojej głowie. Sama go posyłałam: idź do babki, ona ci wytłumaczy. Idź z babką na spacer, idź z babką do kościoła… Ona była od święta, ja na co dzień.

To ta babka z Zegara słonecznego.

 

 

 

Powyższy tekst jest pierwszym rozdziałem książki wspomnień wdowy po pisarzu, Ireny Parandowskiej „Dzień Jana”, Warszawa 1983.