Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Bolesław Hadaczek, DUMA O KRESACH RZECZYPOSPOLITEJ


(osnuta na motywach literackich)

 

Bolesław HadaczekTa kresowa opowieść wiąże się z wszystkim, co – słusznie czy niesłusznie – nazywa się dziś Kresami. A przecież są „kresy” historycznie rzeczywiste – tam na dalszym wschodzie, za Zbruczem (czy jeszcze dalej) i za linią ku północy aż po Dźwinę. I są nasze Ziemie Wschodnie, na zachód od tej linii. A na tych Ziemiach jest Lwów i Wilno, Nowogródek, Grodno i Krzemieniec, Łuck, Tarnopol i Stanisławów. Jest Brasławszczyzna i Wileńszczyzna, Podlasie, Wołyń i Podole, Pokucie i Huculszczyzna. Pamiętajmy o tym czytając. Bo to jest Polska właśnie, jak napisał Stanisław Wyspiański.

 

Kresy bogate, stare, piękne słowo. Jest w nim obszar i przestrzenność, bezkres równin falujących, oddalenie od świata i wicher stepowy. Dla każdego z tamtej strony zawiera w sobie treść ojczystej ziemi, jej barwy, kształt i woń. Hej, rubieże dalekie Rzeczypospolitej, hej, Kresy ciche, puste, zdławione, wymordowane, wysiedlone, zamarłe dla szpiegowskiego oka triumfującego łupieżcy-kata, kordonami bagnetów i ziemskiej mocy, dokumentami rządów potężnych i kongresów od Macierzy oddarte i z kart wykreślone! Nie zdoła mi nikt was unieść z wiernej pamięci! Jak perły w głębinach oceanu spoczywacie na dnie serc naszych, owiane wdzięcznością za to, żeście były.

Ziemio bezkresna, żyzna i szeroka, urodziwa a urodzajna, leniwa a senna, tęskniąca a śpiewna, bezwolna a mocna – nad wszystkie bliska i droga. Ziemio najmilsza mimo prześladowań. Jam dziecię Kresów, wytwór ich ducha, spadkobierca tych, co ongi za nią walczyli i polegli. Ziemio cudna, urocza. Mogą ją wrogie armie tratować i palić, mogą jej dzieci wywieźć, domostwa obalić, zmienić ją w pustynię – przygniatana stokrotnie, po stokroć odżywa. Oto jest ziemia moja, bo nie ma ziemi wybieranej, jest tylko ziemia przeznaczona, ze wszystkich bogactw – cztery ściany, z całego świata – tamta strona. Można mnie stamtąd wyrzucić, można mi kazać nie wrócić, wygnać. I powrócę, i odjadę, znów wrócę – do ziemi, bez której umarłbym z żalu.

 

Przewalały się nad Kresami burze dziejowe, biły pioruny i rżały trojańskie konie. Tęgo muzykowały chochoły, a cyklopi z jednym okiem odrywali biel od czerwieni. Bolesław Chrobry zbudował w XI wieku cesarstwo polsko-słowiańskie środkowe i zasiadł na kijowskim zamku Włodzimierza Wielkiego. Wojska Bolesława Śmiałego miały wygląd ruski, Jagiełło ochrzcił Litwę i Zmudź, a jego żona Jadwiga objęła pod swe berło Ruś Czerwoną. Ziemie polskie połączone z ziemiami litewsko-ruskimi stały się potęgą na niezmierzonych obszarach. Polska, Litwa i – Rzeczpospolita Jagiellońska za sprawą Kresów była państwem wielu narodów, kultur i wiar. Polszczyły się rusko-litewskie rody magnackie bez przymusu, a wraz z nimi rodziny szlacheckie. Wszyscy dobrowolnie poszli w Lachy.

Rycerze kresowi zahartowani w bojach, gotowi byli oddać życie za Ojczyznę i dla własnej sławy. Strzegli granic na dalekiej Ukrainie, chodzili w żelazie od stóp do głowy, z bliznami na piersiach i twarzy. Takim rycerzem był Mohort, przeszło stuletni strażnik hetmańskiego szlaku. Ten „kamienny narodowiec” wydawał się posągiem, siedział na koniu w zbroi, groźny i czujny. Wojowali nieustraszeni Strusowie, Korecki, Chmielecki i niezłomny Jarema. Walczył hetman Żółkiewski, co piersi swymi cały kraj zasłaniał, i Sobieski pełen nieśmiertelnej chwały.

 

Kresy obrastały w mity. Mit jasny idealizował je, na nich urzeczywistniały się bohaterstwo i poświęcenie dla Ojczyzny, szybko dorabiano się fortun i decydowano o losach całego kraju. Kresy stały się symbolem potęgi i chwały Rzeczypospolitej: były kolebką narodu polskiego, tam toczyły się walki Scytów i Sarmatów z wrogami, w stepowych mogiłach spali snem wiecznym nasi najstarsi przodkowie, stamtąd zaczęły się wędrówki Polan na Zachód. Tu narodzili się następcy Homera, lirnicy i wieszczowie czerpiący natchnienie ze źródeł pierwotnej Słowiańszczyzny.

Na wszechsłowiańskiej królowej laszej (na Ukrainie, Podolu i Wołyniu) samo powietrze upajało jak wino. Co blasku! co krasy! co woni!/ Co ptactwa! I gwaru, rozgwaru! Na wiosnę wyglądała jak kielich jednej róży, pełna woni, barw i dźwięków: Czego dusza zapragnie, płynie tu obficie. Ach, ile tu powabów, uciech i słodyczy! Oko ich nie przepatrzy i myśl nie przeliczy. (...) Ziemia tu wspaniała, groźna, świetna, skromna, tęskna, cicha. Dziwi, wznosi, rozpacza, skarży się, uśmiecha.

Dorobiły się też Kresy mitu ciemnego, który rozrastał się coraz bardziej pod wpływem nieustających wojen i buntów, wrogości i nienawiści. Już pod koniec XVI stulecia zaczęły rozbrzmiewać złowieszcze hasła antypolskie, nawołujące do wypędzania i zabijania. W XVII stuleciu Kresy traciły atrybuty Arkadii: Co za świat, co za świat! Groźny, dziki, zabójczy. Krew w nim tańsza od wina, człowiek tańszy od konia. Świat, w którym łatwo zabić, trudno nie być zabitym. Kogo nie zabił Tatarzyn, tego zabił opryszek, kogo nie zabił opryszek, zabił go sąsiad. Katorgami i zsyłkami na Sybir kończyły się nasze powstania niepodległościowe w XIX stuleciu, a nieludzkimi okrucieństwami enkawudzistów i banderowców – wiek XX.

 

Kresy stały się kolebką i ostoją Sarmatów mających wąsy i kontusze, a przede wszystkim szczere, polskie dusze: Kiedy zbrojno – to ze szablą, Kiedy z miną -– to już z diablą, Kiedy strojno – to we złocie, Gdy pracować – to już w pocie, Bankietować – to już szumnie, Sejmikować – to już tłumnie, (...) kiedy order – to za bliznę, Kiedy cierpieć – za ojczyznę. Na Kresach powstał nasz romantyzm, który żywił się wieloetnicznym tworzywem tamtejszych ludów, ich kolorytami historyczno-lokalnymi: Od stepu przyszły szumy, Wiatrów smętki i dumy, A od Litwy – szum drugi sosnowy. Ziemi powonna siła – Oto nas upowiła I wonnemi oblała balsamy!Koloryty Kresów znalazły szczególny wyraz w piosenkach rusko-polskich (dumkach, szumkach), melancholijnych i słodkich, sentymentalnych i lirycznych, śpiewanych po miastach i wsiach. Wyrastały one z heterogenicznej realności kresowej i z wielowiekowego współżycia wielu narodów. Śpiewano je po polsku, ukraińsku i po białorusku, w języku mieszanym, gwarą polsko-ruską w tekstach przerabianych i przekładanych w całości lub częściowo. Były to piosenki ludyczne, frywolne i żartobliwe, z mnóstwem wykrzyknień, pozdrowień i życzeń. W znakomitej większości anonimowe i wariantne. Bujne życie towarzyskie na Kresach sprzyjało karierze owych piosenek, a ich walory biesiadne zapewniały niektórym miejsce w aranżowanych repertuarach rozrywkowych do naszych czasów.

 

Dzisiaj rozpamiętujemy życie spędzone na Kresach. A wygląda to tak, że zakołysze się człowiek we wspomnieniach, w marzeniu, że przyjdą do niego Kresy we snach. Ustroją się w jakiś zachód słońca, zaturkoczą daleko furą na gościńcu, zaskrzypią lodem pod obcasami na zimnej ścieżce. I już są tutaj, i już są z nami. Kresowianie opowiadają drobiazgowo, co kiedyś przeżywali na Kresach. Generują narracje zbliżone do magicznego realizmu. Fundują sobie częste odwiedziny – podróże – wycieczki w rodzinne strony w wyobraźni – i jadą bez tchu.

Przekraczają granice w czapce niewidce tęsknoty, pod wpływem zewu krwi i przeczuć odziedziczonych po rodzicach – jakby to pamiętali z innego istnienia. Przenoszą się tam w rozmaitych okolicznościach: w sali reanimacyjnej szpitala i w stanie psychicznej nieważkości, ożywiając stare fotografie, karty ewidencyjne i cudze relacje. Wystarczy jedno czyjeś słowo, intonacja czy gest i już powracają. Pisarze wykorzystują konwencje sylwy, eseju, opowieści wspomnieniowej, pamiętnika i reportażu, komponują mozaiki ze scenek i anegdot regionalnych, wypisów z kraju lat dziecinnych. Jedni wspominają koegzystencję Polaków, Białorusinów, Żydów i Rosjan w dawnej guberni mińskiej; litewskich „żubrów”. Drudzy wędrują ścieżkami Polesia zasłuchani w jego echa, zapatrzeni w czary i opary z bagien wstające. Wykarczowani zza Buga i Sanu przywołują swoje miasta, miasteczka i wsie, pomordowanych braci i siostry, rozstrzelanych, zesłanych i zaginionych. Opisują wołyńską niezabudkę, podolskie korzenie i krwawe żniwa za Styrem i Horyniem, rozpad kresowego świata i rozpędzanie ludzi na cztery wiatry.

 

Babcia opowiada wnukowi o słynnej parafii Gliniany, starożytniejszej być może od samej Warszawy: spalona przez Tatarów sześćdziesiąt razy, nie licząc potem Mos­kali, Turków i Kozaków, Węgrów, Mołdawian i Wołochów, białych, bolszewików i petlurowców, mazepińców, banderowców i bulbowców, akowców, partyzantów radzieckich i znajomych chłopów. A teraz tam bieda, choć ziemia najlepsza w Europie. Babcia jest mesjanistką i wierzy, że Polska będzie ostoją pokoju w nagrodę za cierpienia i wiarę, obejmie skrzydłami matczynymi wszystkie ludy od morza do morza w miłosnej unii z Litwą, Ukrainą i Białorusią, a może i innym jeszcze narodem. Przypominają wywózkę na Sybir – I potem już tylko trakt, wciąż pisk wozów, chrobot sań, wciąż krzyki konwojujących nas enkawudystów. Te krzyki do dzisiaj słyszę. Ucieczkę przed banderowcami. – Rankiem tatunio konia zaprzęgli, nas samych na furę i wio dalej. Przykrył weretami, słomą, a potem gnojem nas troskliwie obrzucił, taj przyklepał. W całości – nu niby, że gospodarz w pole obornik wywozi.

Dominuje nostalgia. Marian Hemar na emigracji przeistoczył się w dwóch ludzi: w jednego, który ze Lwowa wyjechał, i w drugiego, który w nim pozostał na zawsze myślą rzewną i wspomnieniem czułym. Wykreował dwa światy: teraźniejszy wygnańczy i miniony lwowski. Pamięć męczyła go bez końca, a ponad Lwów nie było tematów ważniejszych, powracał przy każdej sposobności w protestach, dumaniach, w gniewie i śpiewie, w napomykaniach i narzekaniach. Andrzej Chciuk wykreował Wielkie Księstwo Bałaku na pamięciotęsknocie, która męczy, szarpie i trawi, a zarazem przynosi pocieszenie. Coraz to wydobywa ze swej fenomenalnej pamięci jakąś scenę, zdarzenie lub zajście. O pamięć modli się do Marii Panny z Kochawiny pod Stryjem. Prawie mistyczny Drohobycz wciąż kroczy za nim: krajobrazy, ludzie i ich powiedzonka, wiedza potrzebna i niepotrzebna. Za Nowogródczyzną tęsknił Stanisław Baliński: za białoruskim pejzażem, śnieżycami i Krzemieńcem, za nadniemeńskimi dworkami, basztą zamku Litawora i za cerkiewką. Do Wileńszczyzny wyrywało się serce Zofii Bohdanowiczowej: do Wilna w obłokach i Wilii szumnej, do dyrwanów i Ostrej Bramy – Boże, niebo po śmierci na Wilno mi zamień.

Kresonostalgia oszukuje nierzadko i gnębi, ale też pomaga żyć. Jest siłą duchową, uczuciem energetyzującym i patriotycznym. Wyrasta na pamięci widzącej, słyszącej i wskrzeszającej przeszłość. Wiersze Kazimierza Wierzyńskiego wyrażają „psie wycie” za ziemią karpacką, spazm, do którego wstyd mu się przyznać. Czuł się rozwłóczonym po świecie przybłędą, „wykruszyną nostalgii”, krążył nad krajem maleńkim i ubogim i nigdy się już od niego nie oderwał. Grzały go podkarpackie strony i stryjskie olszyny, widział jak mlecz puszysty leciał i pola w malwach żółkły, jak mgły jarami sunęły nad Dniestrem, a stary Bojko przewracał się we śnie. Najbardziej brakowało mu wędrówek po Karpatach Wschodnich: Ach, gdyby można pójść jeszcze raz krętą i żółtą ścieżką, wydeptaną na zboczu przez krowy, albo przez gęste łąki po pas, pod czarne ściany buków i sosen w Karpatach.Dzisiaj na ziemiach kresowych dawnej Rzeczypospolitej wciąż jeszcze rodzą się wiersze polskie pisane przez Polaków żyjących na Litwie, Białorusi i Ukrainie. Wiersze dokumentarne i sentymentalne, broniące „biało-czerwonej barwy”: proste jak ścieżka przez żyto i serca westchnienia, zwykłe jak pola i chłopska dola; czułe jak ręce matuli, czyste jak wody źródlane i pierwsze kochanie. Opiewają ojcowiznę rozdartą, zawsze drogą i piękną nad Wilią, w Krzemieńcu, we Lwowie czy Trembowli: potężne dęby Dewajtisy, kwitnące trawy koło Tarnopola i przedwiośnie wileńskie, lato nad Ikwą i jesień na Polesiu. Tam borowiki wychodzą na drogę, deszcz szlocha, a wiatr hula jak młodzik. Tam kwitną chabry w polu żytnim, płaczą derkacze, a woń jaśminu bywa tak gęsta, że ją widać. Tam pachnie chlebem, słowiki śpiewają, a żaby koncertują. Przekonują o swym zakorzenieniu w polskości na ojczystej ziemi: gdy ich spalą, odrodzą się z popiołów, gdy zatopią, z dna błota wykiełkują wzwyż, poniżani nie schylą kornie czoła, Wilna też nie wykołują z ich duszy. Żalą się, że Polska zapomina o nich, odtrąca i nazywa ruskimi, głoszą pochwałę mowy ojczystej, której dochowują wierności, mowie świętej jak szept pacierza. Często są to wiersze religijne: o kaplicy w Solecznikach, kościele świętojańskim w Wilnie i Najświętszej Pannie w Ostrej Bramie; strofy modlitewne o wigiliach na Syberii, o wygnaniu i katyńskim lesie. Przebija z nich gorzka skarga na osamotnienie, na pozostawanie obcymi dla sąsiadów zza ściany i na życie nie przeżyte, a przebolałe.

 

Po drugiej wojnie światowej Kresy rozpadły się na szereg „małych Ojczyzn” Polaków, utraconych, ale ocalonych w niewygasającej pamięci. Na północnokresowe: „Litwę gniazdową” z doliną Niewiaży i Wileńszczyznę z „miastem bez imienia”; Mińszczyznę i Kowieńszczyznę z Kalużycami i Nowotrzebami; „nadberezyński kraj” w widłach Berezyny i Dniepru; Kolonię Wileńską z „najpiękniejszym wąwozem świata” oraz Wyżynę Oszmiańską z „wilczymi łąkami” koło Mołodeczna. I na południowokresowe, jak: Podole – ziemię okopów; Ukrainę – Helladę Scytyjską; „Wielkie Księstwo Bałaku” z „Drohobyczem i Stryjem; „Wielkie Księstwo Wierzyńskie” – ziemię karpacką; Kuśniewiczowskie hrabstwo Yoknapatawha z „Trójkątem Wielkich Łąk”, Lwów z Wysokim Zamkiem i „tajojami”; „Świętą Galileę” – ziemię krzywdzoną i horiaczą; Huculszczyznę z wysokimi połoninami i Czarnohorą; Dolinoszczęsną koło Brodów, dolinę średniego Dniestru i „Wierchowinę-matkę”. A miłość do nich okazuje się często irracjonalna.

Powracamy do tych Ojczyzn w zadumie, aby lepiej poznać własne rodowody i zrozumieć samych siebie w kresowych korzeniach. Twórcy podejmują kresowe problemy, aby zobrazować realne sensy takich pojęć, jak tożsamość, tolerancja, koegzystencja. Pragną przekazać ważne przesłania o potrzebie dobrosąsiedzkich dialogów bez przemilczeń, półprawd i fałszów, prowadzących do pojednania. Żeby się pięknie różnić. Chcieliby opisać świat kresowy z konkretnymi zdarzeniami, ludzkimi emocjami, bólem, miłością i nienawiścią. Zostać strażnikami narodowej pamięci i ostrzec ustami zamordowanych: Nie porzucajcie, nie zostawiajcie nas w spokoju dla waszej gadaniny, pisaniny, krzątaniny, starań przynoszących drobne zyski, waszej powszedniej zapobiegliwości.Kresy to ogromny spadek po polsko-litewsko-ukraińsko-białoruskim współżyciu dziejowym, po wielkiej wielokulturowej wspólnocie. Uczyły trudnego współistnienia na co dzień naszości z innością. Tam wciąż kryją się korzenie naszych współczesnych zachowań i przekonań, gorących tematów i dylematów. Trzeba je przetwarzać w trwałe bogactwo narodowe, bez niegodnego odwracania się od własnej przeszłości. Nie warto rozprawiać o ostatecznym końcu Kresów czy o kresie Kresów. Nie wolno tego Słowa pochopnie wymazywać ze słowników i niszczyć w świadomości narodu. A wprost przeciwnie – trzeba utrwalać i pogłębiać. To jedyny taki skrót myślowy, nie do zastąpienia. Niedorzeczne jest dowodzenie, że Kresy posiadają desygnat pusty ułomny i fikcjonalny, że to mroczny mit krwi i ziemi, dewocyjna legenda, a kto pisze o nich, ma wyłącznie spojrzenie polonocentryczne i nostalgiczno-roszczeniowe. Nasi sąsiedzi (Ukraińcy, Litwini, Białorusini) nie muszą akceptować Kresów (uszanujmy ich punkty widzenia). Każdy naród ma prawo do własnej historii, do pojęć i terminologii przedstawiającej precyzyjnie tę historię.

 

Kresy stanowiły ongiś integralną część Polski i tego faktu zapisanego w księgach już nikt nie zmieni. Trzeba o tym pisać nie tylko z dumy. Dzisiaj są supernazwą (arcykategorią) obejmującą wszystkie ziemie wschodnie Pierwszej i Drugiej Rzeczypospolitej i tylko te ziemie. Jej treść i zakres krystalizowały się od zarania dziejów naszego państwa. Kresy to Wielka Nekropolia i Panteon Jagiellonidów – Westerplatte Kresowian.


BOLESŁAW HADACZEK, ur. 1929 w Lachowcach k. Stanisławowa. Po ekspatriacji rodziny na Śląsk Opolski nauka w szkole średniej w Prudniku. Od 1950 studia polonistyczne na KUL i Uniw. Poznańskim. Praca jako nauczyciel w szkołach średnich, potem w wyższych. Na Uniw. Szczecińskim uzyskał tytuł profesora. 1972–2000 kierownik Zakładu Literatury Polskiej. Głównym tematem zainteresowania Autora jest literatura kresowa, o której napisał wiele artykułów w czasopismach, a od 1993 wydaje serię roczników naukowych pt. Kresy w literaturze (patrz CL 3/2004, s. 32 i 47).